Saga rodu Forsyte`ów.Tom 3Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Saga rodu Forsyte`ów.Tom 3
Przebudzenie. Do wynajęcia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,95  49,56 
Przebudzenie. Do wynajęcia
Audio
Przebudzenie. Do wynajęcia
Audiobook
Czyta Konrad Biel
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału:

THE FORSYTE SAGA

AWAKENING TO LET

Projekt okładki

Maciej Konopka

Redaktor prowadzący

Milena Rachid Chehab

Re­dak­cja

Irma Iwaszko

Ko­rek­ta

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8169-751-4

Warszawa 2019

Wy­daw­ca

Pró­szyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Interludium

Przebudzenie

Była godzina piąta po południu. Lipcowe słońce, oświetlając hall w Robin Hill poprzez grube okno w suficie, rzucało plamę blasku akurat na zakręcie szerokiej klatki schodowej. Pośrodku tej smugi świetlnej stał mały Jon Forsyte w błękitnym płóciennym ubranku. Włoski gorzały mu w tym oświetleniu; gorzały i oczy pod zmarszczonymi brewkami, bo oto malec – jak to już czynił niezliczone razy w oczekiwaniu na przyjazd ojca i matki – zastanawiał się, w jaki sposób po raz ostatni zejść schodami na dół. Czy przebyć cztery schody jednym skokiem, a pięć dalszych… na siedzeniu? To już przestarzałe! Po poręczy? Ale jak? Na buzi, nogami w przód? To już bardzo przestarzałe! Na brzuszku, boczkiem? Do niczego! Na plecach z rozkrzyżowanymi w dwie strony ramionami? Nie wolno! A może na buzi, głową w przód, w sposób nieznany dotąd nikomu poza nim samym?… Taki był powód zmarszczki na rozjaśnionej słońcem twarzyczce małego Jona…

W owym czasie – to jest w lecie 1909 roku – różne prostoduszne istoty noszące się właśnie z myślą uproszczenia mowy angielskiej nie wiedziały nic, rzecz prosta, o małym Jonie, w przeciwnym bowiem razie przyznałyby się doń jako do swego ucznia. Jednakże na tym świecie można wszystko aż nadto uprościć – bo oto prawdziwe imię chłopca brzmiało Jolyon, a jego żyjący ojciec i zmarły brat przyrodni z dawna już zagarnęli dla siebie dwa inne skróty: Jo i Jolly. Trzeba nadmienić, że mały Jon uczynił, co w jego mocy, by zgodnie z powszechną wymową nadać swemu imieniu najpierw formę Jhon, później zaś John; formę Jon przyswoił sobie dopiero wówczas, gdy ojciec wytłumaczył mu, że jest to konieczne.

Ojciec posiadał dotąd tylko część jego serca – część niezajętą przez stajennego Boba, co grywał na harmonii, i przez niańkę zwaną „Da”, która w niedziele i święta przyodziewała fioletową sukienkę, a w życiu prywatnym, jakie dorywczo prowadzą i słudzy domowi, nosiła nazwisko Spraggins. Matka ukazywała się chłopcu jedynie na podobieństwo zjawy sennej – cudownie pachnąca, gładziła mu główkę przed samym zaśnięciem i czasami przycinała jego złotobrązowe włoski. Gdy rozbił sobie czoło o piec w dziecinnym pokoju, przyszła zatamować krew, a gdy dręczyły go złe sny, siadała na łóżku i tuliła główkę chłopca do swej szyi. Była mu droga, ale daleka, ponieważ „Da” była tak bliska, a w sercu mężczyzny trudno naraz pomieścić więcej niż jedną kobietę. Z ojcem, naturalnie, łączyły go też więzy szczególnej wspólnoty – mianowicie mały Jon roił sobie, że gdy dorośnie, zostanie również malarzem, z tą tylko maleńką różnicą, że nie będzie malował obrazów jak ojciec, ale ściany i sufity, stojąc na desce pomiędzy dwiema drabinami, przepasany zapaćkanym fartuchem i owiany miłym zapachem świeżego wapna… Poza tym ojciec brał go z sobą do Richmond Park, gdzie chłopak mógł jeździć na kucyku zwanym dla swej maści Myszką.

Mały Jon urodził się ze srebrną łyżką w buzi1 – może trochę za wielką i zbyt wygiętą. Nie zdarzyło mu się słyszeć, by ojciec lub matka zwracali się gniewnie czy to do siebie, czy do niego, czy do kogokolwiek innego; stajenny Bob, kucharz, Jane, Bella i reszta służby, a nawet „Da” – jedyna osoba nakładająca mu pewne hamulce – zwracając się do niego, mieli szczególny ton głosu. Jon był przeto święcie przekonany, że świat jest siedliskiem doskonałej a nieustającej uprzejmości i swobody.

Świadomość Jona – dziecka 1901 roku – zaczęła się kształtować właśnie wtedy, gdy jego ojczyzna po owym przykrym ataku szkarlatyny, jakim była wojna z Burami, przygotowywała się do liberalnego odrodzenia przypadającego na rok 1906. Surowość nie była w modzie, a rodzice mieli wzniosłe pojęcia na punkcie niczym nieskrępowanej swobody swego potomstwa. Połamali przeto rózgi, pobłażali dzieciom i już z góry entuzjastycznie przewidywali wspaniałe rezultaty tej metody. Poza tym mały Jon postąpił dobrze i rozsądnie, wybierając sobie na ojca miłego mężczyznę lat pięćdziesięciu dwóch, który poprzednio stracił jedynego syna, a na matkę kobietę lat trzydziestu ośmiu, której był synem pierworodnym i jedynym. Jeżeli nie został czymś pośrednim między pokojowym pieskiem a małym mądralą, zawdzięczał to uwielbieniu, jakie ojciec okazywał matce, gdyż nawet mały Jon mógł zauważyć, że nie była ona tylko – jego matką i że przy niej on sam grał dopiero drugie skrzypce w sercu ojca. Jakie zajmował miejsce w sercu matki, tego jeszcze nie wiedział. Co się tyczy „cioci” June (przyrodniej siostry, w tym jednakże wieku, iż wyrosła z tego stosunku pokrewieństwa), ta, trzeba jej to przyznać, kochała go, ale traktowała zbyt obcesowo. Także i oddana mu „Da” miała gusta spartańskie: kąpiel przygotowywano mu chłodną, kolanka miał odsłonięte i nigdy go nie zachęcano, by roztkliwiał się nad sobą. Gdy szło o utrapioną kwestię wychowania, mały Jon podzielał zdanie tych, którzy uważali, że dzieci nie należy do niczego przymuszać. Czuł sympatię do mademoi­selle, która codziennie rano przez dwie godziny uczyła go języka francuskiego, historii, geografii i czterech działań. Nie były mu niemiłe i lekcje gry na fortepianie udzielane przez matkę, ta bowiem umiała zachęcać go do uczenia się coraz nowych melodyjek, nigdy nie każąc ćwiczyć takiej, której nie lubił – tak że chłopak wciąż palił się do zdobywania coraz to większej zwinności niezgrabnych dotąd paluszków. Pod okiem ojca uczył się rysować zabawne świnki i inne zwierzątka. Nie był wspaniale edukowanym chłopaczkiem. Jednakże – ogółem rzecz biorąc – srebrna łyżka nadal tkwiła w jego buzi, nie przynosząc mu szkody, chociaż „Da” niekiedy twierdziła, że towarzystwo innych dzieci „dobrze by mu zrobiło”.

Jakież to było rozczarowanie, gdy pewnego razu – a było to w siódmym roku życia – uparł się przy czymś, na co ona się nie zgodziła i położyła go na obie łopatki! Ten pierwszy hamulec nałożony nieskrępowanej indywidualności Forsyte’a doprowadził chłopca niemal do szału. W tym beznadziejnie rozpaczliwym położeniu oraz w niepewności, czym się to wszystko skończy, było coś przerażającego. A gdyby tak ona nigdy już nie dała mu powstać! Przez pięćdziesiąt sekund krzyczał wniebogłosy, cierpiąc okrutne męczarnie. Najgorsze jednak – to przekonanie, że „Da” dopiero po upływie tego czasu uświadomiła sobie udrękę strachu, jaki przeżywał… I w ten oto straszliwy sposób unaocznił mu się brak wyobraźni istoty ludzkiej! Gdy pozwoliła mu wstać, był nadal przekonany, że „Da” popełniła rzecz straszną. Chociaż nie pragnął skarżyć się na nią, obawa, że coś podobnego może się jeszcze powtórzyć, kazała mu odszukać matkę i powiedzieć:

– Mamusiu, nie pozwól, żeby „Da” jeszcze mnie kiedy tak przytrzymała na ziemi!

Matka, wznosząc nad głową ręce, w których trzymała dwa sploty włosów – couleur de feuille morte2, jak mały Jon nie nauczył się jeszcze ich nazywać – spojrzała na niego oczyma podobnymi do skraweczków jego brunatnej aksamitnej kurteczki i odrzekła:

– Dobrze, syneczku, nie pozwolę.

Mały Jon był zadowolony z tego jej wystąpienia w charakterze bóstwa opiekuńczego, zwłaszcza gdy spod stołu, gdzie w czasie śniadania oczekiwał ulubionego grzybka, usłyszał, jak mówiła do ojca:

– A więc czy ty powiesz „Da”, mój drogi, czy też ja mam to uczynić? Ona jest tak do niego przywiązana…

Na to ojciec odpowiedział:

– Tak, ale nie powinna okazywać tego w taki sposób. Wiem doskonale, jakie to uczucie, gdy jest się położonym na łopatki. Żaden z Forsyte’ów nie zniesie tego ani przez minutę.

Zdając sobie sprawę, że rodzice nie wiedzą o jego bytności pod stołem, mały Jon wpadł w zupełnie nowy dla niego stan zakłopotania i nie ruszył się z miejsca, mimo iż na grzybka miał ogromną ochotę.

Takie było pierwsze jego zanurzenie się w czarnych otchłaniach istnienia. Od tego czasu nie przeżywał już żadnych objawień – aż do dnia, gdy poszedłszy do obory, by napić się mleka wprost od krowy, udojonego właśnie przez Garratta, ujrzał cielątko Koniczynki… nieżywe! Nie dał się pocieszyć i w towarzystwie zaniepokojonego Garratta udał się na poszukiwanie „Da”; nagle jednak zrozumiał, że nie jest ona tym kimś, kogo mu potrzeba, pomknął co tchu szukać ojca i wpadł w rozwarte ramiona matki.

– Cielątko Koniczynki zdechło! Och! Och! Takie jest flakowate!

Uścisk matki i jej słowa: „Ależ, dziecko, uspokój się, uspokój”, utuliły go w płaczu. Lecz jeżeli cielątko Koniczynki mogło zdechnąć… mogło się to samo przydarzyć każdemu stworzeniu… nie tylko pszczołom, muchom, chrząszczom i kurczątkom… i każde mogło stać się równie flakowate! Jakież to było straszne… i jak rychło poszło w niepamięć!

Następną przygodą, i to bardzo bolesną – którą matka pojęła znacznie lepiej niż „Da” – było „przysiedzenie” wielkiego trzmiela. Potem już przez cały rok nie zdarzyło się nic o istotnym znaczeniu aż do czasu, gdy po dniu fatalnego samopoczucia chłopak zakosztował choroby, na którą złożyły się: wysypka, łóżko, łyżka z miodem i mnóstwo mandarynek. Wtedy to cały świat rozkwitł nagle przed jego oczyma. Stało się to za sprawą „cioci” June; albowiem ledwo Jon stał się „kulawym kaczęciem”, June w te pędy przybyła z Londynu, przywożąc książki, które wykarmiły jej wikingowską duszę urodzoną w pamiętnym roku 1869. Książki te, sędziwe i wielobarwne, roiły się od przeokropnych zdarzeń. Ciotka czytała je małemu Jonowi aż do chwili, kiedy pozwolono mu je czytać samemu; wtedy zwiała do Londynu, pozostawiając chłopcu cały stos tej lektury. Ta strawa wywoływała ferment w jego wyobraźni, aż w końcu nie myślał już i nie śnił o niczym innym, jak tylko o miczmanach, okrętach arabskich handlarzy niewolników, piratach, tratwach, kupcach drzewa sandałowego, maszynach parowych, rekinach, bitwach, Tatarach, Indianach, balonach, biegunach północnych i innych szaleńczych rozkoszach. Gdy pozwolono mu wstać, natychmiast olinował i omasztował swoje łóżko – od kasztelu przedniego aż po rufę – po czym odbił od okrętu i płynął w wąskiej wanience po zielonych wodach dywanu, aż dotarł do skały, na którą wdarł się za pomocą mahoniowych gałek otwierających jej szuflady, aby przytknąwszy do oka wysoką szklankę, rozejrzeć się po widnokręgu w poszukiwaniu zbawczych żagli. Później sporządził – niestety, na jeden tylko dzień – tratwę z wieszaka na ręczniki, tacki od herbaty oraz poduszek. Gdy przyniesiono mu kompot z renklod, nie wypił soku, ale zlał go do próżnej butelki od lekarstwa i zaopatrzył tratwę w otrzymany tak rum; postarał się też i o pemikan sporządzony z niedojedzonych kawałków kurczęcia utłuczonych i wysuszonych nad ogniem oraz o sok cytrynowy przeciwko szkorbutowi, wyciśnięty ze skórek pomarańczowych z dodatkiem odrobiny zaoszczędzonego soku. Innego dnia zrobił biegun północny z całej swej pościeli z wyjątkiem materacyka i dotarł do niego na łódce z kory brzozowej (w codziennym życiu była to krata sprzed kominka) po krwawym starciu z białym niedźwiedziem zrobionym z materacyka i czterech kręgli przybranych w nocną koszulę „Da”. Wkrótce ojciec, pragnąc ustatkować wyobraźnię chłopca, przyniósł mu Ivanhoe, Bevisa, książkę o królu Arturze i Szkolne lata Toma Browna. Jon wziął się do pierwszej z nich, po czym przez trzy dni budował zamek Front de Boeufa, bronił go i zdobywał, grając w tym widowisku kolejno każdą rolę z wyjątkiem Rebeki i Roweny; nie brakło przy tym i przeraźliwych okrzyków: En avant, de Bracy!3 – i innych podobnych wezwań. Przeczytawszy książkę o królu Arturze, stał się niemal wyłącznie sir Lamorakiem de Galles, bo choć w książce było o nim niewiele, jednakże imię jego bardziej się chłopcu podobało od imion wszystkich innych rycerzy; uzbrojony w długą tykę bambusową rycerz na śmierć zajeździł swego starego konia na biegunach. Bevis wydał mu się mazgajowaty; zresztą potrzebne tam były lasy i zwierzyna, tej zaś w pokoju dziecinnym brakło, pominąwszy dwa koty, Fitza i Pucka Forsy­t­e’ów, które nie pozwalały na poufalenie się. Na Toma Browna był jeszcze za młody. Toteż dom odetchnął z ulgą, gdy po czterech tygodniach pozwolono mu wychodzić na dwór.

 

W owym miesiącu – a był to marzec – drzewa szczególnie przypominały maszty okrętowe. Wiosna ta, czarowna dla małego Jona, stanowiła okres ciężkiej próby dla jego kolan, ubranek, nade wszystko zaś dla cierpliwości „Da” zmuszonej prać, cerować i łatać jego odzienie. Codziennie, ledwo skończyło się śniadanie, rodzice, których okna wychodziły na tę stronę, mogli widzieć rezolutną twarzyczkę i jasne włoski synka wybiegającego z pokoju lekcyjnego, przebiegającego taras i wdrapującego się na pień starego dębu. W ten sposób rozpoczynał on dzień, ponieważ przed lekcjami nie było czasu na dalsze wyprawy. Urozmaicony powab starego dębu nigdy chłopcu nie powszedniał; miał on maszt główny, maszt przedni i przymasztek i zawsze można było z niego schodzić po pionowych linach – czyli po sznurach huśtawki. Po lekcjach kończących się o jedenastej udawał się do kuchni po cienki plasterek sera, biszkopt i dwie renklody (zapas żywności dostateczny co najmniej na zaopatrzenie łodzi ratunkowej) i zjadał to w jakiś wymyślny sposób, po czym, uzbrojony po zęby w strzelbę, pałasz i pistolety, wyruszał na prawdziwą wyprawę poranną, spotykając po drodze nieprzeliczone mnóstwo handlarzy niewolników, Indian, korsarzy, lampartów i niedźwiedzi. O tej porze dnia rzadko widywano go inaczej jak z kordelasem w zębach (wyglądał niczym Dick Needham), wśród hucznej palby cynkowych kapiszonów. Niejednego ogrodnika ustrzelił ziarnkiem fasoli ze swej rusznicy. Wiódł życie czynne, pełne mocnych wrażeń.

– Jon staje się okropny – mówił pod dębem ojciec do matki. – Boję się, iż gotów się wykierować na marynarza lub innego ladaco. Czyś zauważyła u niego choćby ślad kultu dla piękna?

– Ani śladu…

– No, niebu niech będą dzięki, że go jeszcze nie ciągnie do kół i maszyn! Wszystko znieść mogę, tylko nie to. Pragnąłbym, żeby trochę więcej interesował się przyrodą.

– Ma wiele wyobraźni, Jolyonie.

– Tak… Krwiożerczej wyobraźni. Czy kocha teraz kogokolwiek?

– Nie, nikogo specjalnie… tylko wszystkich w ogóle. Nie narodziło się jeszcze dziecko tak kochające i kochane jak Jon.

– Bo to twój syn, Ireno.

W tejże chwili mały Jon, leżąc na gałęzi wysoko ponad głowami rodziców, ustrzelił ich oboje dwoma ziarnkami fasoli, jednakże ten urywek dosłyszanej rozmowy utknął niby trudny do strawienia kąsek w jego ptasim żołądeczku. Kochający, kochany, wyobraźnia, krwiożercza wyobraźnia!… Tymczasem liście zaczęły już tworzyć gąszcz – i oto nadchodził dzień urodzin Jona, przypadający corocznie dwunastego maja, a pamiętny zawsze obiadem złożonym z najulubieńszych frykasów, mleczka cielęcego, grzybków, makaroników i polewki imbirowej.

Wszakże pomiędzy owym dniem ósmych urodzin a godziną popołudniową, kiedy to Jon w smudze lipcowego słońca stał na zakręcie klatki schodowej, zaszło kilka ważnych wydarzeń.

„Da”, snadź strudzona ustawicznym szorowaniem kolan chłopca, a może posłuszna owemu tajemniczemu instynktowi, który nawet niańki zmusza do rozstania się z wychowankami, zaraz nazajutrz po urodzinach Jona pożegnała się z nim wśród strumieni łez, by „wyjść” – całkowicie i zupełnie – „za jednego kawalera”. Mały Jon, przed którym do tej pory rzecz tę tajono, był niepocieszony przez całe pół dnia… Nie powinni byli trzymać tego przed nim w tajemnicy!… Dwa wielkie pudełka żołnierzy wraz z baterią armatek tudzież Młodzi trębacze, którzy znaleźli się pomiędzy prezentami urodzinowymi – wszystko to, wespół ze świeżym strapieniem, przyczyniło się do pewnego przewrotu, jaki dokonał się w chłopcu: zamiast osobiście szukać przygód i narażać własne życie, zaczął urządzać pomysłowe zabawy, w których wystawiał na szwank życie nieprzeliczonych zastępów żołnierzy cynowych, kamyków, kulek szklanych i ziarnek bobu. Z tych różnych postaci „żeru armatniego” czynił całe kolekcje i posługując się na przemian to jednymi, to drugimi, prowadził to wojnę siedmioletnią, to hiszpańską, to trzydziestoletnią, to jeszcze inne, o których czytywał w wielkiej Historii Europy stanowiącej niegdyś własność dziadka. Wojny te – których przebieg, uzależniony od inwencji chłopca, mijał się niekiedy z prawdą dziejową – rozgrywały się na podłodze dziecinnego pokoju, do którego nikt nie mógł wchodzić z obawy, by nie pomieszać szyków królowi szwedzkiemu Gustawowi Adolfowi lub nie rozdeptać jakiejś armii austriackiej. Do Austriaków – ze względu na dźwięczność ich nazwy – był namiętnie przywiązany, toteż widząc, że tak mało mieli bitew zwycięskich, wymyślał przynajmniej w zabawie coraz to nowe dla nich triumfy. Ulubionymi jego generałami byli: Eugeniusz Sabaudzki, arcyksiążę Karol i Wallenstein; Tilly’ego i Macka, choć byli Austriakami, oczywiście trudno darzyć sympatią (Jon słyszał pewnego razu z ust ojca, że były to „operetkowe postacie”, jednakże nie bardzo rozumiał, co by to mogło znaczyć). Przepadał i za Tureniuszem, również ze względów eufonicznych.

Opisany okres – przyczyniający dużo zmartwień rodzicom, gdyż chłopak, zamiast biegać po dworze, bawił się w domu – trwał przez cały maj i połowę czerwca, póki nie położył temu kresu ojciec, przynosząc Przygody Tomka Sawyera i Przygody Hucka. Przeczytawszy te książki, malec poczuł, że coś się w nim zmieniło, i wyruszył znów poza bramę domu, by rozpocząć zawzięte poszukiwania jakiejś rzeki. Ponieważ w Robin Hill z przyległościami nie było takowej, przeto zastąpić ją musiał staw, gdzie na szczęście znajdowały się lilie wodne, jętki, komary, sitowie i trzy krzaki łoziny. Po tym stawie – gdy ojciec i Garratt stwierdzili za pomocą sondowania, że dno jest bezpieczne, a woda w najgłębszych miejscach dochodzi do dwóch stóp głębokości – pozwolono chłopcu jeździć w małej wywrotnej łódce; spędzał w niej całe godziny, to wiosłując, to znów leżąc na dnie, niewidoczny dla Indianina Joe i innych nieprzyjaciół. Ponadto na brzegu stawu zbudował sobie ze starych pudełek od biszkoptów wigwam zajmujący powierzchnię bez mała czterech stóp kwadratowych, a kryty gałęźmi. W szałasie tym palił maleńkie ogniska i piekł na nich ptaki, których nie ustrzelił ze swej flinty, polując wśród pól i w zagajniku, albo ryby, których nie ułowił w stawie, ponieważ ich tam w ogóle nie było. To mu zajęło resztę czerwca i ów lipiec, gdy ojciec i matka bawili w Irlandii. Przez te pięć letnich, pogodnych tygodni, zostawiony sam sobie, wiódł samotne życie w świecie wyobraźni, za całe towarzystwo mając strzelbę, wigwam, łódkę i wodę; a chociaż mały, ruchliwy jego umysł uporczywie odsuwał od siebie pojęcie piękna, jednakże chwilami narzucało mu się ono, to przysiadając na skrzydełku jętki, to skrząc się na kwiatach lilii wodnej, to lejąc błękit w jego oczy, kiedy leżał na wznak w zasadzce.

„Ciocia” June, której zlecono opiekę nad nim, miała w domu kogoś „dorosłego”, pokaszliwującego oraz lepiącego z gliny jakąś ludzką twarz, toteż nie kwapiła się nad staw, by zobaczyć, co chłopiec porabia. Pewnego razu przyprowadziła z sobą dwoje innych „dorosłych”. Mały Jon, który właśnie pomalował sobie gołe ciałko w żółte i niebieskie pasy, posługując się farbami wodnymi z ojcowskiego pudełka, a we włosy wetknął parę piór kaczych – dostrzegł przybyszów i zaczaił się w wiklinie. Tak jak przewidywał, podeszli od razu do jego wigwamu i uklękli, by zajrzeć do środka, toteż wydawszy okrzyk ścinający krew w żyłach, zdołał niemal doszczętnie oskalpować „ciocię” June i „dorosłą” panią, zanim te zdążyły go pocałować. Dwie osoby dorosłe zwały się „ciocia” Holly i „wujaszek” Val; „wujaszek” miał twarz ogorzałą, utykał nieco na jedną nogę i okrutnie śmiał się z chłopaka. Jon nabrał sympatii do „cioci” Holly, która, jak się zdaje, również była jego siostrą; jednakże oboje wujostwo wyjechali tego samego dnia po południu i już ich więcej nie widział. Na trzy dni przed spodziewanym przyjazdem ojca i matki wyjechała również – i to z wielkim pośpiechem – „ciocia” June, zabierając pokaszliwującego „dorosłego” wraz z jego bryłą gliny. Mademoi­selle powiedziała:

– Biedny człowiek, był bardzo chory; zabraniam ci, Jonie, wchodzić do jego pokoju.

Jon, któremu rzadko zdarzało się robić coś tylko dlatego, że mu tego zabroniono, powstrzymał się od przekroczenia zakazanej strefy, mimo że był znudzony i osamotniony. Prawdę powiedziawszy, powaby stawu już przeminęły, a chłopak – którego dusza przepełniona była po brzegi niepokojem – pragnął czegoś: nie drzewa ani strzelby, czegoś miłego, miękkiego. Owe dwa ostatnie dni wydały mu się miesiącami pomimo Rozbitków morskich, gdzie czytał o matce Lee i jej strasznym fajerwerku ze szczątków okrętu. Zdążył wtedy chyba ze sto razy wejść po schodach w górę i zejść z powrotem; z dziecinnego pokoju, gdzie obecnie sypiał, niejednokrotnie zakradał się do pokoju matki, przyglądał się wszystkiemu, nic nie ruszając, po czym szedł do ubieralni, a stanąwszy na jednej nodze, jak Slingsby, koło wanny, szeptał tajemniczo, by przynieść szczęście:

– Huś! Huś! Huś! Szukaj kota! Kota!

Potem znów, przekradając się, otwierał szafę z sukniami matki i wdychał głęboko coś, co zdawało się go zbliżać… sam nie wiedział ku czemu.

Uczynił to właśnie bezpośrednio przed ową chwilą, gdy stał pośrodku świetlnej smugi, głowiąc się nad tym, w jaki z kilku znanych sposobów zjechać po poręczy. Wszystkie wydały mu się niedorzeczne i nagle, znużony, jął iść z wolna po schodach, stopień po stopniu. Zdołał sobie w tym czasie całkiem wyraźnie uprzytomnić twarz ojca: krótką siwą bródkę, głębokie przymrużone oczy, pionową bruzdę między brwiami, żartobliwy uśmiech oraz jego smukłą postać, która małemu Jonowi wydawała się tak wysoka; matki natomiast nie mógł sobie przypomnieć. Z jej istnieniem kojarzyła się jedynie jakaś wizja o dwojgu wodzących za nim ciemnych oczach; a także zapach jej szafy.

W hallu była Bella – rozsuwała wielkie portiery i otwierała drzwi frontowe. Jon ozwał się przypochlebnie:

– Bella!

– Słucham panicza.

 

– Gdy oni przyjadą, podaj nam herbatę pod dębem; wiem, że lubią to najbardziej.

– Panicz chciał powiedzieć, że panicz to lubi najbardziej?…

Jon zamyślił się.

– Nie, oni to lubią, żeby mi zrobić przyjemność.

Bella uśmiechnęła się.

– Dobrze, dobrze, zrobię to, jeżeli panicz będzie tu siedział spokojnie i nic nie spsoci, póki państwo nie przyjadą.

Mały Jon usiadł na najniższym stopniu schodów i kiwnął głową. Bella podeszła bliżej i obejrzała go z góry.

– Niech panicz wstanie! – powiedziała.

Jon wstał. Przyjrzała mu się badawczo z tyłu. Nie pozielenił się trawą, a kolana wydawały się czyste.

– Wszystko w porządku! – zawyrokowała. – Dobre dziecko! A opalił się! Daj mi buzi!

I cmoknęła Jona we włosy.

– Jaki będzie dżem? – zapytał. – Tak jestem zmęczony czekaniem.

– Agrestowy i poziomkowy.

Świetnie! Właśnie jego ulubione!

Po odejściu Belli Jon przez minutę siedział spokojnie. Cisza panowała w wielkim hallu o drzwiach otwartych ku wschodowi, tak że widać było jedno z drzew Jona, mianowicie wielki bryg, żeglujący wolniutko poprzez wewnętrzny dziedziniec. Na tarasie słały się ukośne cienie kolumn. Jon wstał, przeskoczył jeden z tych cieni i obszedł wokoło klomb kosaćców zarastający środek basenu z szarawego marmuru. Kwiaty były bardzo ładne, ale pachniały słabo. Stanął w otwartych drzwiach i wyjrzał przez nie. A jeżeli!… jeżeli nie przyjadą?! Czekał już tak długo, że dalsze czekanie wydało mu się nie do zniesienia – i naraz jego uwaga prześliznęła się z owej fatalnej możliwości na drobne pyłki kurzu wibrujące w napływającej fali modrawego blasku słonecznego. Wyciągnąwszy rękę, starał się kilka z nich pochwycić. Bella powinna była odkurzyć ten skrawek powietrza! Ale może to nie był kurz – tylko to, z czego jest zrobiona światłość słoneczna? I Jon poszedł zobaczyć, czy światłość słoneczna na dworze jest taka sama. Okazało się, że inna…

Chłopak obiecał, że będzie spokojnie siedział w hallu; jednakże okazało się to wprost niewykonalne. Nie mogąc usiedzieć na miejscu, przeszedł wyżwirowany podjazd i położył się opodal na murawie. Zerwawszy sześć stokrotek, ponazywał je starannie: sir Lamorak, sir Tristan, sir Lancelot, sir Palamedes, sir Bors, sir Gawain – i kazał im kolejno staczać pojedynki, aż w końcu sam tylko sir Lamorak, którego wybrał ze względu na szczególnie mocną łodygę, miał jeszcze głowę, choć nawet i on po trzech spotkaniach wyglądał na zdechlaka i obszarpańca. W trawie, która niemal prosiła się o kośbę, gramolił się z wolna jakiś chrząszczyk. Każde źdźbło trawy było małym drzewem, którego pień musiał okrążać. Jon postawił sir Lamoraka nogami w dół i wydostał chrząszczyka spomiędzy traw; nieborak uciekł w dyrdy. Jon śmiał się, potem przestało go to ciekawić i westchnął. W sercu czuł pustkę. Odwrócił się i leżał na wznak. Kwitnące lipy pachniały miodem; niebo cudnie błękitniało, przystrojone kilkoma białymi obłoczkami, które wyglądały – a może i smakowały – jak lody cytrynowe. Słychać było, jak Bob gra na harmonii jakąś murzyńską piosenkę – i chłopiec czuł jednocześnie błogość i smutek. Znów się obrócił i przyłożył ucho do ziemi (Indianie umieją pochwycić uchem odgłosy dolatujące nawet z daleka), jednak nie słyszał nic poza harmonią. Ale niemal w tejże chwili posłyszał słaby turkot podobny do pomruku żaren. Tak!… To samochód… jedzie… jedzie!

Zerwał się na równe nogi. Czy ma czekać na ganku, czy też wbiec na schody, na górę, a w chwili gdy będą wchodzili, zawołać: „Uwaga!”, i zjechać powoli po poręczy, głową do przodu? Czy też?… Samochód skręcił w aleję wjazdową. Już za późno! Nie pozostało mu nic innego, jak tylko czekać i podskakiwać z niecierpliwością. Samochód nadjechał szybko, zawarczał i zatrzymał się. Ojciec wysiadł i zbliżał się; było to tak, jakby nadchodziło życie. Schylił się, w tejże chwili mały Jon podskoczył – i zderzyli się z sobą. Ojciec powiedział znów swoim tonem:

– Wielkie nieba! Aleś ty się opalił, mój chłopcze!

Uczucie wyczekiwania – czegoś upragnionego – wrzało z niesłabnącą siłą w duszy małego Jona… Wtedy rzuciwszy długie, nieśmiałe spojrzenie, dostrzegł matkę, uśmiechniętą, w niebieskiej sukni i z błękitną woalką na kapeluszu i we włosach. Podskoczył, jak tylko mógł najwyżej, nogami oplótł jej kibić i przytulił się z całych sił. Posłyszał jej westchnienie, poczuł, że i ona go obejmuje. Oczy jego, jeszcze wówczas ciemnoniebieskie, wpatrywały się w ciemnobrunatne tęczówki matki, aż na koniec jej wargi dotknęły jego powiek; przytulając się do niej ze wszystkich sił, posłyszał, jak pisnęła cichutko i śmiejąc się, mówiła:

– Aleś ty silny, Jonie!

Wówczas wysunął się z jej objęć i ciągnąc ją za rękę, szurnął w głąb hallu.

Gdy siedział pod dębem, zajadając dżem, uderzały go w matce różne szczegóły, których wpierw nie dostrzegał: tak na przykład policzki jej były śmietankowego koloru, w ciemnozłotych włosach snuły się srebrzyste nitki, na szyi nie miała, jak Bella, żadnego guza, a poruszała się cicho i spokojnie. Zauważył też parę drobnych kreseczek biegnących od kącików oczu, pod nimi zaś jakieś takie miłe cienie. Była piękna jak zawsze, piękniejsza niż „Da” lub mademoiselle, lub „ciocia” June, lub nawet „ciocia” Holly, do której nabrał wielkiej sympatii, ba, piękniejsza nawet niż Bella, która miała czerstwe policzki i czasami była nazbyt gwałtowna w swych wystąpieniach. Ta nowa uroda matki wydała mu się rzeczą wielkiej wagi, toteż chłopak jadł tego dnia mniej, niż miał zamiar.

Po podwieczorku ojciec wyraził ochotę przespacerowania się z nim po ogrodzie. Jon odbył więc długą rozmowę na tematy ogólne, omijając sprawy tak osobiste jak przygody sir Lamoraka i Austriaków oraz pustkę, jaką odczuwał w ciągu trzech ostatnich dni i która oto nagle została zapełniona. Ojciec opowiadał mu o miejscowości zwanej Glensofantrim4, gdzie bawił z matką, i o krasnoludkach, które tam wychodzą z ziemi, gdy na świecie wszystko ucichnie. Mały Jon stanął z rozstawionymi nogami.

– Czy ty naprawdę w to wierzysz, tatusiu?

– Nie, Jonie, ale myślałem, że ty uwierzysz.

– A czemu?

– Bo jesteś młodszy ode mnie… a to są postacie czarnoksięskie.

Mały Jon wysunął do przodu bródkę z dołeczkiem pośrodku.

– Nie wierzę w zjawy czarnoksięskie. Nigdy ich nie widywałem.

– Hm! – mruknął ojciec.

– A mamusia?

Ojciec uśmiechnął się żartobliwie.

– Nie, widuje tylko Pana.

– Cóż to za Pan?

– Taki koźlonogi bożek, co hasa w dzikich i pięknych ustroniach.

– Czy był w Glensofantrim?

– Mamusia mówi, że był.

Mały Jon wspiął się na palce i rozpoczął dalsze indagacje:

– A tyś go widział, tatusiu?

– Nie, widziałem tylko Wenus Anadyomene.

Mały Jon zamyślił się; wszak Wenus była wspomniana w jego książce o Grekach i Trojanach. Zatem Anna było jej imieniem, a Dyomene nazwiskiem. Gdy zapytał, okazało się jednak, że to jedno słowo, oznaczające „wynurzająca się z morskiej piany”.

– Czy ona wynurzała się z piany w Glensofantrim?

– Tak, codziennie.

– Jak ona wygląda, tatusiu?

– Jest podobna do mamusi.

– O! W takim razie musi być… – Lecz w tym miejscu urwał, przyskoczył do muru, wdrapał się na górę i zręcznie zsunął z powrotem na dół.

Czuł, że musi bezwzględnie zachować dla siebie odkrycie, że matka jest piękna. Jednak cygaro ojcowskie zaczęło tak jakoś długo się palić, że chłopak zmuszony był na koniec zagadnąć:

– Chciałbym zobaczyć, co mamusia przywiozła. Dobrze, tatusiu?

Podał ten niski powód, żeby go nie poczytano za niewieściucha, i był nieco stropiony, gdy ojciec spojrzał nań przenikliwie, westchnął znacząco i odrzekł:

– Dobrze, idź ją ukochać, mój chłopcze.

Poszedł zrazu niby to powolnym krokiem, potem jednak pomknął jak strzała. Drzwi między matczyną sypialnią a jego pokojem były otwarte i tędy wszedł. Matka klęczała jeszcze pochylona nad walizą. Stał przez chwilę cichutko tuż przy niej.