Saga rodu Forsyte'ów. Nowoczesna komedia. t.2

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Saga rodu Forsyte\'ów. Nowoczesna komedia. t.2
Nowoczesna komedia. Część 2. Milczące zaloty. Srebrna łyżka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50,85  40,68 
Nowoczesna komedia. Część 2. Milczące zaloty. Srebrna łyżka
Nowoczesna komedia. Część 2. Milczące zaloty. Srebrna łyżka
Audiobook
Czyta Konrad Biel
29,95  21,26 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

VII. Odgłosy nocy

Michał nie widział nigdy Fleur płaczącej, toteż ogarnął go paniczny niemal strach, kiedy ujrzał, jak leżąc w poprzek łóżka tłumi w kołdrze rozpaczliwe łkanie. Czując na swych włosach dotknięcie jego ręki Fleur ucichła i leżała bez ruchu.

— Głowa do góry, kochanie! — rzekł łagodnie. — Nie jesteś przecież snobką, więc po co się tym przejmować?

Fleur podniosła się z trudem i siadła podkurczając nogi. Zaczerwieniona jej twarz mokra była od łez, włosy miała zwichrzone.

— Nie chodzi o to, jakim się jest naprawdę. Ważna jest tylko etykieta, jaką ci przypięto.

— A więc my przypięliśmy jej etykietę „zdrajczyni”.

— I cóż z tego? Wszyscy plotkujemy za plecami znajomych. Któż by na to zwracał uwagę! Ale jak ja mogę żyć dalej, skoro wszyscy będą ze mnie drwili nazywając mnie polującą na lwy snobką! Ona przez zemstę rozkrzyczy to na cały Londyn. Jakże będę mogła urządzać przyjęcia?

O czyją karierę dręczyła ją troska — o swoją własną czy też o jego? Michał przeszedł na drugą stronę łóżka i objął Fleur ramieniem.

— Nie zwracaj nigdy uwagi na to, co ludzie o nas myślą, dziecinko. Wcześniej czy później każdy z nas musi się o tym dowiedzieć.

— Ale nie tyś się o tym dowiedział. Skoro ludzie uważają, że taka jestem, to znaczy, że tak jest naprawdę.

— Ważne jest zdanie tylko tych ludzi, którzy nas rzeczywiście znają.

— Nikt nie zna nikogo — odparła ponuro Fleur. — Im więcej ludzie nas lubią, tym mniej nas znają, i dlatego właśnie ich zdanie posiada najmniejszą wagę.

Michał opuścił ręce.

Fleur tak długo siedziała w milczeniu, że znów okrążył łóżko i zaszedł z drugiej strony, chcąc zobaczyć, czy uda mu się coś wyczytać z jej twarzy wspartej posępnie na dłoniach. Tyle było wdzięku w tej pozie i w całej postaci, że zapragnął jej gwałtownie. A ponieważ pieszczoty tylko by ją rozdrażniły, więc tym silniej odczuł żądzę.

— Nienawidzę jej! — rzekła wreszcie Fleur. — I jeśli tylko będę mogła, zaleję jej sadła za skórę.

On również chętnie zalałby sadła za skórę „ulubienicy złotej młodzieży”, ale nie pocieszała go bynajmniej świadomość, że Fleur żywi takie uczucie. U niej znaczyło to więcej niż u niego, kiedy bowiem dochodziło do czynu, Michał ujawniał zupełny brak talentu w dokuczaniu ludziom.

— No, kochanie — rzekł — z czym kładziemy się spać?

— Powiedziałam, że nie będę więcej urządzała przyjęć. Ale będę!

— Doskonale! — odparł Michał. — To mi się podoba.

Fleur zaśmiała się. Dziwnie brzmiał pośród nocy ten suchy, krótki śmiech. I to również sprawiło Michałowi przykrość.

Tej nocy niezbyt dobrze spało się wszystkim mieszkańcom domu na South Square. Soames dostał o godzinie trzeciej w nocy bicia serca, czego nie doświadczał od dawna dzięki cygarom i świeżemu powietrzu, którego zażywał podczas gry w golfa. Niepokoił go również przeklęty zegar, którego głos rozlegał się co godzina, oraz jakieś tajemnicze szmery między trzecią a czwartą, jak gdyby ktoś chodził po domu.

I ktoś rzeczywiście chodził, a mianowicie Francis Wilmot. Od chwili kiedy w tak impulsywny sposób poparł Soamesa, znajdował się w jakimś szczególnym stanie ducha. Jak Soames przypuszczał, Francis słyszał także obelżywe słowa Marjorie Ferrar pod adresem pani domu. Ale właśnie w momencie, gdy zadał jej kłam, został — podobnie jak Szaweł sposobiący się do ataku na chrześcijan — tknięty nagłą ślepotą. Te niebieskie oczy rzucając mu wyzywające spojrzenie posłały zarazem błysk, który jak gdyby mówił: „Młodzieńcze, podobasz mi się!” I spojrzenie to szło za nim wszędzie. Prześladowała go wizja tej smukłej nimfy o białej skórze i złocistorudych włosach, o błękitnych wyzywających oczach, czerwonych, roześmianych ustach i białej szyi pachnącej niby sosnowy, zalany słońcem las.

Obserwował ją przez cały wieczór. Ale zadziwiające było to, że w ciągu tej jednej długiej chwili obraz jej wrył się tak w jego zmysły, że teraz nie mógł zasnąć. Choć nie został jej przedstawiony, wiedział, że nazywa się Marjorie Ferrar, i podobało mu się to imię. Francis Wilmot spędził całe swe życie na wsi i bardzo mało znał kobiety — Marjorie wydała mu się więc niepodobna do żadnej z tych, które znał. I właśnie jej zarzucił kłamstwo! Ta myśl wzburzyła go tak bardzo, że wypił całą zawartość karafki z wodą, ubrał się i prześliznął na dół. Minąwszy Dandiego, który poruszył się i warknął coś jak gdyby: „Nadzwyczajne! Ale te nogi są mi znane!” — dotarł do hallu, gdzie przez półokrągłe okienko nad drzwiami płynął z ulicy mleczny blask. Zapaliwszy papierosa usiadł na marmurowej skrzyni do ubrań. To go nieco ochłodziło. Wstał i zapaliwszy światło zauważył leżącą obok książkę telefoniczną. Machinalnie odszukał literę „F”. Jest! „Ferrar Marjorie, 3, River Studios, Wren Street”. Przekręciwszy wyłącznik spuścił łańcuch na drzwiach i wyśliznął się z domu. Znał drogę do rzeki i ruszył w tym kierunku.

Była to godzina, kiedy wszystkie dźwięki, bezsilne już, kłonią głowy do snu i kiedy można słyszeć przelatującą ćmę. W księżycowej poświacie, w przezroczystym, wolnym od dymów powietrzu Londyn spał. Srebrzyły się mosty, wieże, woda — i wszystko miało taki wygląd, jak gdyby wyrwało się spod władzy człowieka. Nawet domy i drzewa, każde z osobna, zachwycały się księżycową nocą i zda się, szeptały wraz z Francisem Wilmotem strofę z Pieśni o starym żeglarzu:

O śnie! Rozkoszny, drogi śnie

Po wszystkie krańce ziemi!

Królowo Niebios, dzięki ci!

Sen mi po klęsce strasznych dni

Zjednałaś prośby swymi6.

Na chybił trafił skręcił w prawo i poszedł wzdłuż rzeki. Nigdy jeszcze w życiu nie zdarzyło mu się iść przez wielkie miasto o tej porze, w której wszystko zamiera. Ścichły namiętności i żądza zysku, zasnęły troski, umilkła groza. Tu i ówdzie ktoś przewraca się zapewne bezsennie na łóżku. Może czyjaś dusza przenosi się do wieczności. W dole na wodzie majaczą opuszczone, ciemne barki i krypy, na których migoczą tylko czerwone światła. Na wybrzeżu latarnie płoną bez celu, jak gdyby wolne od swoich obowiązków. Ludzie zniknęli. W całym mieście on jeden tylko na nogach — i cóż czyni? Bystry z natury i pełen przedsiębiorczości w sytuacjach wymagających zdecydowanego działania, młody południowiec nie posiadał daru analizy i z pewnością nie widział nic śmiesznego w swojej nocnej włóczędze nawet wówczas, kiedy nagle zrozumiał, że dopiero kiedy ujrzy okna j e j mieszkania, będzie mógł wrócić do domu i położyć się spać. Przechodząc obok Galerii Tate spostrzegł postać ludzką; w księżycu połyskiwały guziki.

— Przepraszam, panie sierżancie — zagadnął — gdzie jest Wren Street?

— Prosto i piąta ulica na prawo.

Francis Wilmot powędrował dalej. „Kinematograficzny” księżyc chylił się coraz niżej, gwiazdy jaśniały coraz silniej, gałęzie drzew zaczynały drżeć. Młodzieniec odnalazł piątą przecznicę, uszedł kilka kroków wzdłuż linii domów, ale niewiele to pomogło. Było zbyt ciemno, aby mógł odczytać nazwiska albo liczby. Doszedłszy do następnego posągu ludzkiego z błyszczącymi guzikami, spytał:

— Przepraszam, panie sierżancie, jak dojdę do River Studios?

— Musi pan wrócić. Ostatni dom na prawo.

Francis Wilmot poszedł z powrotem. Tak, to ten dom; cofnięty w głąb ulicy, stoi osobno. Zatrzymał się przed nim patrząc na ciemne okna. Za jednym z nich na pewno znajduje się ona! Tak! „Umiejscowił” ją. Zerwał się wiatr i Francis zawrócił do domu, Ukradkiem, tak jak się przedtem wydostał, wszedł na schody. Minął Dandiego, który znów podniósł łeb jakby mrucząc: „Jeszcze bardziej nadzwyczajne, ale to wciąż te same nogi!” Po czym wszedł do swego pokoju, położył się i zasnął jak dziecko.

VIII. Wokół sprawy

Milczenie, jakim pominięto przy śniadaniu incydent ubiegłego wieczora, nie wywarło na Soamesie większego wrażenia: w obecności młodego Amerykanina nikt oczywiście nie chciał poruszać tej sprawy. Zauważył tylko, że Fleur była bardzo blada. Wczesnym rankiem, kiedy Soames leżał nie śpiąc, ogarnęły go wątpliwości natury prawnej. Czy w obecności pół tuzina osób można bezkarnie nazwać „zdrajczynią” choćby nawet i taką rudowłosą pannicę?

Po śniadaniu udał się do swojej siostry Winifredy i opowiedział jej całe zajście.

— Miałeś najzupełniejszą słuszność, mój drogi — oświadczyła. — Mówiono mi, że to młoda osoba o tak swobodnych obyczajach, jak się dziś zdarza. Ojciec jej, wiesz, jest właścicielem tego konia, co to walczył bez powodzenia z koniem francuskim… Nigdy nie mogę zapamiętać, jak się nazywał. W owym biegu o jakąś tam nagrodę. Ach! Boże drogi!… Gdzie to było?…

— Nie znam się zupełnie na wyścigach — burknął Soames. Ale po południu w klubie „Connoisseurs” podano mu bilet wizytowy. Przeczytał:

Lord Charles Ferrar

High Marshes Klub „Burton”

koło Newmarket

Na chwilę ugięły się pod nim kolana. Ale wspomnienie wyrazu „snobka” przyszło mu z pomocą i rzekł sucho:

— Proszę poprosić tego pana do pokoju gościnnego.

Nie zamierzał śpieszyć się do tego osobnika; dopił więc herbatę, nim ruszył ku owej odosobnionej części klubu.

Pośrodku niewielkiego pokoiku stał wyprostowany dość wysoki i szczupły mężczyzna, któremu podkręcone do góry wąsy nadawały wyraz impertynencki. Tkwiący mocno w prawym jego oku monokl zdawał się z nim zrośnięty. Na wąskich, osmaganych wiatrem policzkach skóra zaczynała się już marszczyć, a gęste włosy srebrzyła tu i ówdzie siwizna. Soames od pierwszego wejrzenia poczuł do niego antypatię.

— Pan Forsyte, jeśli się nie mylę?

 

Soames skłonił głowę.

— Ubiegłego wieczoru pozwolił sobie pan użyć w obecności kilku osób uwłaczających słów w stosunku do mojej córki.

— Tak jest. Były one całkowicie zasłużone.

— Więc pan nie był wówczas pijany?

— Ani trochę — odparł Soames.

Ta sucha dokładność jak gdyby zmieszała nieco gościa, który podkręcił wąsa i głębiej jeszcze osadził monokl w oku, po czym rzekł:

— Mam spis osób, które słyszały pańskie słowa. Zechce pan napisać do każdej z nich oddzielnie, że cofa pan bez jakichkolwiek zastrzeżeń swoje obelgi.

— Nic podobnego nie zrobię.

Nastąpiła chwila milczenia.

— Pan jest, zdaje mi się, dependentem.

— Prawnikiem.

— Skutki odmowy muszą więc być panu znane.

— Jeżeli pańska córka zechce zwrócić się do sądu, będę bardzo rad tam się z nią spotkać.

— Odmawia pan cofnięcia swoich słów?

— Odmawiam stanowczo.

— Zatem żegnam pana!

— Zegnam pana!

Przez okamgnienie Soames jak gdyby chciał zatrzymać tego osobnika czując, że włosy jeżą mu się na głowie. Lecz zamiast tego usunął się nieco na bok pozwalając mu wyjść. Zuchwały brutal! Zdawało mu się, że słyszy jeszcze wyraźnie głos starego wuja Jolyona, gdy w ósmym dziesiątku ubiegłego stulecia nazywał jakiegoś jegomościa nędznym, „dependenciną”. I Soames poczuł, że za wszelką cenę musi się przed kimś wygadać. „Stary Mont” zna z pewnością tego gagatka, pójdzie więc do niego i zasięgnie wiadomości.

W „Aeroplanie” został nie tylko sir Lawrence’a Monta o niemal poważnym wyrazie twarzy, ale również i Michała, który widocznie opowiadał ojcu wszystkie szczegóły wczorajszego incydentu. Soames doznał uczucia ulgi, gdyż zbyt boleśnie dotknęły go rzucone córce obelgi, aby miał ochotę je powtarzać. Opisawszy wizytę, jaką złożył mu przed chwilą lord Ferrar, zakończył tymi słowy:

— Cóż to za jeden ten Ferrar?

— Charlie Ferrar? Winien jest wszystkim pieniądze, ma parę niezgorszych szkap i świetnie strzela.

— Nie zrobił na mnie wrażenia dżentelmena — oświadczył Soames.

Sir Lawrence podniósł brew, jak gdyby rozmyślając, czy powinien odpowiedzieć na tę uwagę człowieka, który nie miał przodków, o człowieku, który ich miał.

— A jego córka — dodał Soames — nie jest damą.

Sir Lawrence pokiwał głową.

— Upraszcza pan, Forsyte, upraszcza. Ale ma pan słuszność. W ich krwi jest jakaś niedobra domieszka. W pokoleniu starego markiza nie doszła do głosu, to zacny staruszek; ale istnieje, niewątpliwie istnieje… Jego ciotka…

— Nazwał mnie dependentem — rzekł Soames z ponurym uśmiechem. — Ona zaś kłamcą. Nie wiem, co jest gorsze.

Sir Lawrence wstał i wyjrzał przez okno na St. James’s Street. Soames doznał wrażenia, że wydłużona głowa starego Monta, osadzona na wąskich, prostych ramionach, znaczy w tej sprawie więcej niż jego własna. Wchodzili tu w grę ludzie, którzy zwykli mówić i robić to, co im się podoba, nie oglądając się na konsekwencje. Ten… baronet sam wyrósł w takiej atmosferze i niewątpliwie musi wiedzieć, jaki jest ich sposób myślenia.

Sir Lawrence odwrócił się.

— Ona może wytoczyć sprawę sądową, Forsyte. To była publiczna obelga. Jakie ma pan dowody?

— Moje własne uszy.

Sir Lawrence spojrzał na jego uszy, jakby mierząc ich wielkość.

— Hm… A co jeszcze?

— Ten artykulik.

— Ona dogada się z gazetą. Co jeszcze?

— Mężczyzna, z którym rozmawiała.

Michał zawołał:

— Filip Quinsey! Na niego nie można liczyć.

— Cóż więcej?

— No — odparł Soames — coś z tego słyszał też ów młody Amerykanin.

— Ach — rzekł sir Lawrence — niech pan uważa, żeby ona nie dogadała się i z nim. Czy to wszystko?

Soames skinął głową. Teraz, kiedy się nad tym zastanowił, i jemu wydało się, że to niewiele!

— Mówi pan, że nazwała pana kłamcą. A gdybyśmy tak pierwsi rozpoczęli ofensywę?

Zapanowało milczenie. Po czym Soames rzekł:

— Przeciwko kobiecie? Nie!

— Zupełnie słusznie, Forsyte! One wciąż jeszcze cieszą się pewnymi przywilejami. Nie ma innej rady, musimy tymczasem siedzieć cicho i czekać, co z tego wyniknie. Zdrajczyni! Przypuszczam, że pan wie, ile może kosztować ten wyraz?

— Koszty to rzecz nieistotna — odparł Soames. — Tu chodzi o rozgłos.

Wyobraźnia malowała mu już obrazy tego, co go czeka. Widział siebie, „przed kratkami”, powtarzającego szczegółowo zjadliwe słowa tej kocicy i rzucającego na żer publiczności i prasie wyraz „snobka” w odniesieniu do własnej córki. Jeśli bowiem tego nie uczyni, pozbawi się możności obrony. Cóż za udręka!

— A co mówi Fleur? — zapytał nagle Michała.

— Wojna bez pardonu.

Soames podskoczył na krześle.

— Ach! — rzekł. — Typowa kobieta. Ani krzty wyobraźni!

— Początkowo i ja tak myślałem, proszę pana, ale teraz nie jestem już taki pewny. Fleur mówi, że jeśli się Marjorie Ferrar nie przytnie od razu języka, roztrąbi to wszędzie, a im więcej nada się sprawie rozgłosu, tym mniej tamta zdoła wyrządzić szkody.

— Sądzę — rzekł wracając na swoje miejsce sir Lawrence — że trzeba będzie pójść do starego Shropshire’a. W roku pięćdziesiątym czwartym mój ojciec z jego ojcem strzelali razem bekasy w Albanii.

Soames nie mógł dostrzec związku tych dwu spraw, ale propozycji nie odrzucił. Markiz to jak gdyby emerytowany książę i należy przypuszczać, że nawet w tej demokratycznej erze posiada pewne wpływy.

— Ma ósmy krzyżyk — ciągnął dalej sir Lawrence — i cierpi na podagrę, ale jest jeszcze żwawy jak ptaszek.

Soames nie był pewien, czy to objaw pocieszający.

— Nie będę zasypiał gruszek w popiele. Pójdę tam zaraz — oświadczył sir Lawrence.

Rozstali się na ulicy i sir Lawrence skierował się na północ, ku Mayfair.

Markiz Shropshire dyktował właśnie swemu sekretarzowi list do Rady swego hrabstwa w naglącej sprawie powszechnej elektryfikacji, stanowiącej namiętność jego całego życia. Był jednym z pierwszych, którzy zaprowadzili u siebie elektryczność, i pozostał jej wierny do końca swych pełnych werwy i optymizmu dni. Niski, o ptasim wyglądzie staruszek we włochatym tweedowym ubraniu z niebieskim jedwabnym krawatem przesuniętym przez kółko, o rumianych policzkach i starannie utrzymanej białej brodzie i wąsach, markiz stał właśnie w swej ulubionej pozie: nogę miał opartą na krześle, łokieć na kolanie, a podbródek na dłoni.

— Ach, młody Mont! — zawołał. — Proszę siadać.

Sir Lawrence przysunął sobie krzesło, usiadł zakładając nogę na nogę i splótł dłonie. Było mu przyjemnie, że w sześćdziesiątym szóstym roku życia nazwano go „młodym Montem”.

— Przyniósł mi pan jedną ze swych doskonałych książek?

— Nie, markizie, przyszedłem do pana po radę.

— Ach! Piszemy dalej, panie Mersey.

…W ten sposób zaoszczędzicie, Panowie, swym płatnikom podatkowym przynajmniej trzy tysiące rocznie, wyświadczycie dobrodziejstwo całej okolicy, uwalniając ją od czterech brudnych i dymiących kominów, oraz zobowiążecie swego uniżonego sługę

Shropshire’a.

— Dziękuję panu, panie Mersey. A więc, czym mogę służyć, drogi mój młody Mont?

Odprowadziwszy wzrokiem znikającego za drzwiami sekretarza i czując na sobie spojrzenie żywych oczu starego para, przyglądającego mu się z takim wyrazem, jakby z każdym dniem widział coraz lepiej, sir Lawrence ujął w dwa palce swój monokl i rzekł:

— Pańska wnuczka, markizie, i moja synowa zamierzają stoczyć krwawy bój.

— Marjorie? — zapytał staruszek przechylając ptasim ruchem głowę na bok. — Nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Zachwycająca osóbka, wprost urocza, ale… nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Cóż ona znowu nabroiła?

— Nazwała moją synową polującą na lwy snobką, a ojciec mojej synowej nazwał pańską wnuczkę w żywe oczy — zdrajczynią.

— Odważny człowiek — zauważył markiz — odważny człowiek! Któż to taki?

— Nazywa się Forsyte.

— Forsyte? — powtórzył stary par. — Forsyte? Znam to nazwisko… Ale skąd?… Aha! Forsyte i Treffry, wielcy hurtownicy herbaty. Ojciec mój brał od nich bezpośrednio całe fury herbaty; takiej herbaty teraz nie dostanie. Czy jest on…

— Krewny, prawdopodobnie. Ów człowiek jest prawnikiem, ale wycofał się już z interesów. Jego zbiory obrazów są powszechnie znane. Posiada znaczny majątek i nieskazitelne imię.

— Rzeczywiście! A czy jego córka istotnie… hm… poluje na lwy?

Sir Lawrence uśmiechnął się.

— Jego córka to czarodziejka. Lubi być otoczona. Bardzo ładna, wzorowa matka. Ma w sobie francuską krew…

— Aa! — przerwał markiz. — Francuzki! Na ogół dużo lepiej zbudowane od naszych kobiet. A czego pan sobie ode mnie życzy?

— Aby pan pomówił ze swoim synem Charlesem.

Staruszek zdjął nogę z krzesła i niemal się wyprostował. Potem kilkakrotnie potrząsnął lekko głową.

— Ja w ogóle nie rozmawiam z Charlie’em — rzekł poważnie. — Nie rozmawiamy z sobą od sześciu lat.

— Proszę mi wybaczyć, markizie. Nie wiedziałem. Żałuję, że pana niepokoiłem.

— Ależ nie, nie, rad jestem, że pana widzę. Jeżeli się spotkam z Marjorie, zobaczymy, zobaczymy. Ale, drogi panie, cóż my poczniemy z tymi młodymi kobietami? Ani poczucia obowiązku, ani stałości, ani włosów, ani figury! Mówiąc nawiasem, czy słyszał pan o planie zużytkowania energii wodnej na rzece Severn? —Podał mu jakąś broszurę. — Od lat już jestem za przeprowadzeniem tego projektu. Po zelektryfikowaniu moja kopalnia zaczęłaby, podobnie jak inne, przynosić zyski. Ale tu nic nie rusza się z miejsca. Potrzeba nam trochę Amerykanów.

Sir Lawrence podniósł się. Staruszek, opanowany żądzą „służenia sprawie”, dosiadł najwidoczniej znów swego konika. Wyciągnął rękę.

— Do widzenia, markizie. Cieszę się, że widzę pana w tak dobrym zdrowiu.

— Do widzenia, drogi mój młody Mont. Zawsze jestem do pańskich usług i proszę mi przysłać którąś ze swych uroczych książek.

Uścisnęli sobie dłonie. Tweedy markiza przepojone były ostrym zapachem torfu. Obejrzawszy się przy drzwiach, sir Lawrence spostrzegł, że staruszek wrócił do swej ulubionej pozy: z nogą na krześle i podbródkiem na dłoni czytał już znowu broszurę o elektryczności.

„«Klasa typ», jakby powiedział Michał — pomyślał. — Ale cóż to przeskrobał Charlie Ferrar, że staruszek nie rozmawia z nim od sześciu lat? «Stary Forsyte». powinien by się dowiedzieć…”

Tymczasem „stary Forsyte” szedł wraz z Michałem przez St. James’s Park w kierunku domu.

— Jak myślisz, co też mogło skłonić tego młodego Amerykanina do odezwania się? — spytał Soames.

— Nie wiem, proszę pana. I nie chcę pytać.

— Rozumiem — zgodził się ponuro Soames. Prawdę mówiąc, i on odczuwał niechęć na myśl o poruszaniu w rozmowie z Amerykaninem spraw tyczących honoru.

— Czy oni tam znają wyraz „snob”?

— Nie jestem pewny. Ale w Stanach „polować na lwy” oznacza pewien swoisty idealizm. Szukają towarzystwa tych ludzi, których uważają za lepszych od siebie. Uważają to za dowód wykwintnych upodobań.

Soames nie zgadzał się z tym, ale trudno by mu było wyjaśnić dlaczego. Nie uznawać niczyjej wyższości nad sobą lub córką stanowiło przewodnią zasadę jego życia — a przewodnie zasady nie nadają się zupełnie do dyskusji. Przekonanie to tkwiło w nim tak głęboko, że właściwie nie zdawał sobie sprawy z jego istnienia.

— Nie będę z nim wszczynał rozmowy na ten temat — powiedział — chyba że sam zacznie. Ale cóż ta młoda osoba może jeszcze zrobić? Obraca się zapewne w jakimś określonym kręgu towarzyskim…

— „Złotej młodzieży”.

— „Złotej młodzieży”?

— Tak, proszę pana. Szukają przyjemności za wszelką cenę i naturalnie, nikt się z nimi właściwie nie liczy. Ale Marjorie Ferrar jest niezmiernie popularna. Trochę maluje, ma stosunki w prasie, tańczy, poluje, bawi się w aktorkę, bywa wszędzie na weekendach. A weekendów nie należy lekceważyć, bo wtedy ludzie nie robią nic innego, tylko plotkują. Czy był pan kiedy na takim przyjęciu?

— Ja? — zapytał Soames. — Bogu dzięki, nie!

Michał uśmiechnął się. Istotnie, trudno o coś bardziej niedopasowanego do osoby teścia.

— Musimy urządzić dla pana takie zebranie w Lippinghall.

— Nie, bardzo dziękuję.

— Ma pan słuszność. Nic nudniejszego. Ale to są kulisy życia politycznego. Fleur uważa, że takie zebrania mogą mi przynieść niemało korzyści. A Marjorie zna wszystkich naszych znajomych oraz sporo innych osób. Doprawdy, ogromnie niezręczna sytuacja.

 

— Ja bym się tak zachowywał, jak gdyby nic nie zaszło — rzekł Soames. — Ale jak z gazetami? Należałoby je uprzedzić, że ta kobieta to fałszywa żmija.

Michał spojrzał sarkastycznie na teścia.

Na South Square zastali w hallu służącego. — Przyszedł do pana jakiś człowiek nazwiskiem Bugfill — uprzedził Michała.

— O! Gdzieżeście go umieścili, Coaker?

— Po prostu nie wiedziałem, proszę pana, co z nim zrobić. Trzęsie się jak galareta. Zaprowadziłem go do jadalni.

— Przepraszam pana na chwilę — rzekł Michał.

Soames wszedł do bawialni, gdzie zastał Fleur i Francisa Wilmota.

— Pan Wilmot opuszcza nas, ojcze. Przyszedłeś w samą porę, żeby się pożegnać.

Jeżeli w życiu Soamesa bywały chwile, w których okazywał pewną serdeczność, zdarzało się to w takich właśnie przypadkach. Nie miał nic przeciw temu młodzieńcowi, a nawet podobała mu się dosyć jego powierzchowność. Ale przy pożegnaniu czuł niemal zawsze uczucie ulgi. A przy tym wchodziła tu w grę okoliczność, że Wilmot coś słyszał. Co, Soames nie wiedział, a spotykając się z nim byłby wystawiony na ciągłą pokusę i niepomny swej godności, mógłby go o to zapytać.

— Do widzenia panu — rzekł. — Jeżeli pana interesują obrazy… — urwał i podając rękę młodzieńcowi dodał: — …powinien pan zajrzeć do British Museum.

Francis Wilmot uścisnął mu z szacunkiem dłoń.

— Zamierzam to zrobić. Znajomość z panem uważam za szczególny zaszczyt.

Soames zastanawiał się dlaczego, a tymczasem młodzieniec zwrócił się do Fleur:

— Napiszę do Jona z Paryża i oczywiście prześlę mu pozdrowienia od pani. Państwo przyjęli mnie wprost niezwykle. Rad będę powitać panią i Michała u siebie, kiedykolwiek państwo znajdą się w Stanach. A jeżeli państwo zabiorą z sobą i pieska… to będę się cieszył, jeżeli ugryzie mnie jeszcze raz.

Pochylił się nad ręką Fleur i wyszedł, podczas gdy Soames spoglądał na nią z tyłu.

— Dosyć to nieoczekiwane — rzekł, kiedy zamknęły się drzwi. — Czy coś go wytrąciło z równowagi?

Fleur zwróciła się do Soamesa pytając zimno:

— Po coś sprowokował, ojcze, wczoraj wieczór całą tę scenę?

Niesprawiedliwość jej wystąpienia była tak wyraźna, że Soames przygryzł w milczeniu wąsy. Jak to? Czy mógł zapanować nad sobą, kiedy ją lżono w jego obecności?

— I zdaje ci się, że to da dobre rezultaty?

Soames nie był tego pewny, nie próbował więc udzielić odpowiedzi. Czuł tylko w sercu dojmujący ból.

— Czuję, że nie potrafiłabym wprost, spojrzeć nikomu w oczy i to przez ciebie, ojcze. Mimo to będę patrzyła. Skoro mnie nazwano polującą na lwy snobką, to będę nią rzeczywiście. Chciałabym tylko, żebyś nie sądził, iż jestem dzieckiem, które nie potrafi samo się obronić.

Soames wciąż milczał; przeszyty na wskroś bólem, cierpiał każdym nerwem swego ciała.

Fleur spojrzała na niego przelotnie i dodała:

— Przykro mi, ale nic na to nie mogę poradzić. Wszystko się tak powikłało.

I z tymi słowy wyszła z pokoju.

Soames przysunął się bezwiednie do okna i zaczął wyglądać. Patrzył na dorożkę odjeżdżającą z bagażem; patrzył na stadko gołębi, które sfrunęły na jezdnię i podziobawszy chwilkę odleciały z powrotem. Patrzył na jakiegoś mężczyznę całującego w półmroku kobietę i na policjanta zapalającego fajkę po skończonej służbie. Patrzył na wiele interesujących ludzkich spraw. Słyszał, jak Big Ben wydzwania godziny. Wszystko to nic go nie obchodziło! Soames widział tylko srebrną łyżkę. Sam włożył ją do ust Fleur, kiedy przyszła na świat.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?