Saga rodu Forsyte'ów. Nowoczesna komedia. t.2

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Saga rodu Forsyte\'ów. Nowoczesna komedia. t.2
Nowoczesna komedia. Część 2. Milczące zaloty. Srebrna łyżka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50,85  40,68 
Nowoczesna komedia. Część 2. Milczące zaloty. Srebrna łyżka
Nowoczesna komedia. Część 2. Milczące zaloty. Srebrna łyżka
Audiobook
Czyta Konrad Biel
29,95  21,26 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

V. Na marginesie

Jeżeli nawet Opatrzność była zupełnie zadowolona z Sapper’s Row w Camden Town, to jednak Michał nie doznawał podobnego uczucia. Cóż bowiem mogło usprawiedliwić istnienie bliźniaczych szeregów tych ohydnych trzypiętrowych domów, tak brudnych jak kołnierzyki prane we Włoszech? Cóż innego, prócz straty pieniężnej, mogły przynosić właścicielom te niewielkie, mieszczące się na parterze sklepiki? Któż — dla korzyści lub uciechy — zechciałby zboczyć w ten skromny zaułek z tłocznej, przeciętej liniami tramwajowymi ulicy, przesyconej zapachem smażonych ryb, nafty oraz starzyzny? Nawet dzieci, płodzone z bohaterską wytrwałością na drugim i trzecim piętrze owych kamienic, szukały słodyczy życia poza obrębem tej dzielnicy, bo na Sapper’s Row nie mogły ani wpaść pod koła, ani też spoglądać na reklamy kin. Jedyny ruch i ożywienie wnosiły tu ręczne wózki, rowery, platformy konne, które wlokły się powoli, oraz zabłąkane taksówki. Jedyne jej piękno stanowiły doniczki geranium i łaciate koty. Sapper’s Row chyliła się do upadku.

Michał wszedł w tę ulicę od strony zachodniej, a wszedł wbrew wyznawanej przez siebie ideologii. Miał oto przed sobą przeludnioną Anglię w jej najposępniejszej postaci — a on, orędujący za zmniejszeniem zaludnienia, przychodził, aby odwiedzić jakichś złamanych życiem cudzoziemców i dopomóc im do przedłużenia ich egzystencji. Zajrzał po drodze do trzech nędznych sklepików. Ani żywej duszy! Co gorsze z dwojga złego? Czy duża frekwencja, czy też pustka w tych sklepikach? Doszedł do numeru dwunastego i spojrzawszy w górę zobaczył w oknie czyjąś pochyloną głowę. Woskowo blada twarz, wzruszająco obojętna, nad rękami szyjącymi jakąś suknię. „To właśnie — pomyślał — moja «uniżona sługa» i jej zajęcie”. Wszedł do zakładu fryzjerskiego mieszczącego się na parterze i ujrzał dwa zniszczone krzesła, wątpliwej czystości ręczniki oraz zakurzone lustro nad brudną miednicą. Na jednym z krzeseł, czytając „Daily Mail”, siedział okrakiem i bez marynarki jakiś ponury osobnik o bladych, zapadłych policzkach, podkręconych wąsach, przylizanych włosach i oczach jak gdyby rozumiejących wszystko i zarazem tragicznych, oczach filozofa.

— Ostrzyc, proszę pana?

Michał potrząsnął głową.

— Czy tu mieszkają państwo Bergfeld?

— W tym domu, na najwyższym piętrze.

— Jak się tam dostać?

— O, tędy.

Przez zasłonięte portierą drzwi Michał przeszedł na schody. Znalazłszy się na górze stanął niezdecydowany. W pamięci jego zabrzmiało echo słów, które Fleur wypowiedziała po przeczytaniu listu Anny Bergfeld: „Tak, zapewne. Ale co to pomoże?” Nagle otworzyły się drzwi i Michał doznał wrażenia, że stoi przed nim widmo, wywołane z grobu: tak blade było to oblicze, tak zaostrzone jego rysy;

— Pani Bergfeld? Jestem Mont. Pani pisała do mnie. Kobieta drżała tak silnie, że Michał lękał się, aby nie zemdlała.

— Wybaczy pan, że usiądę?

Osunęła się na brzeg łóżka. Pokój był bardzo czysty, ale prócz łóżka znajdowała się w nim tylko niewielka umywalnia, doniczka z geranium, blaszany kuferek, na którym leżała złożona para spodni, damski kapelusz na kołku i stojące przy oknie krzesło z rozpoczętą robotą.

Kobieta podniosła się. Wyglądała na lat najwyżej trzydzieści, była chuda, ale ładnie zbudowana. Jej owalna, zupełnie pozbawiona rumieńca twarz o ciemnych oczach przywodziła na myśl raczej Rafaela niż Sapper’s Row.

— Tak jakbym zobaczyła przed sobą anioła — powiedziała. — Proszę mi wybaczyć.

— Osobliwy to anioł, proszę pani. Męża nie ma w domu?

— Nie, proszę pana. Fritz poszedł na przechadzkę.

— Niech mi pani powie, czy jeżeli pokryję wam koszty podróży, pojedziecie do Niemiec?

— Nie dostaniemy teraz paszportu. Fritz jest tu od dwudziestu lat i ani razu nie jeździł do kraju. Stracił już niemieckie obywatelstwo. Tam, widzi pan, nie potrzebują takich jak my.

Michał przesunął ręką po włosach.

— A pani skąd pochodzi?

— Z Salzburga.

— A może tam by państwo wrócili?

— Bardzo bym chciała, ale co my tam będziemy robili? W Austrii panuje teraz bieda, a z moich krewnych nikt już nie żyje. Tu przynajmniej zarabiam szyciem.

— Ile to daje tygodniowo?

— Czasem funta, czasem piętnaście szylingów. Starczy na chleb i komorne.

— Nie otrzymujecie państwo zapomogi dla bezrobotnych?

— Nie, proszę pana. Nie jesteśmy zarejestrowani.

Michał wyjął banknot pięciofuntowy i położył go wraz ze swym biletem wizytowym na umywalni.

— Muszę się nad tym wszystkim zastanowić, proszę pani. Może by pani mąż zechciał przyjść zobaczyć się ze mną.

Wyszedł szybko, gdyż widmowa twarz kobiety oblała się rumieńcem. Przechodząc znów przez sklep spostrzegł, że fryzjer myje miednicę.

— Zastał ich pan?

— Tylko panią Bergfeld.

— Ha, musiało im się dawniej lepiej powodzić. Mąż to jakiś dziwny typ. Ma chyba niezupełnie dobrze w głowie. Chciał pracować razem ze mną, ale ja sam będę musiał rzucić tę robotę.

— O! A czemu?

— Potrzebne mi jest świeże powietrze, mam już tylko jedno płuco, a i to nieświetne. Muszę sobie znaleźć co innego.

— Trudna rzecz w dzisiejszych czasach.

Fryzjer wzruszył kościstymi ramionami.

— Ech! — powiedział. — Jestem fryzjerem niemal od dziecka, z przerwą w czasie wojny. Dziwnie mi było wracać do tego po wszystkim, co przeszedłem. Wojna zwaliła mnie z nóg — podkręcił mizernego wąsika.

— Nie bierze pan zasiłku? — spytał Michał.

— Ani pensa. Co może mnie jeszcze utrzymać przy życiu, to zajęcie na otwartym powietrzu.

Michał zmierzył go spojrzeniem od stóp do głów. Chudy, o długiej, wąskiej twarzy, z jednym płucem…

— A czy ma pan jakieś pojęcie o pracy na wsi?

— Najmniejszego. Muszę jednak coś znaleźć albo koniec ze mną.

Jego tragiczne, pełne zrozumienia oczy wpatrywały się w twarz Michała.

— Ogromnie mi przykro — powiedział Michał. — Do widzenia!

Fryzjer wykonał jakiś dziwny, gwałtowny gest.

Wydostawszy się z Sapper’s Row na tłoczną i hałaśliwą magistralę Michał przypomniał sobie słowa z jakiejś sztuki widzianej przed rokiem czy dwoma. „Położenie mas ludowych pozostawia wiele do życzenia. Wezmę na siebie obowiązek obrony ich interesów w parlamencie, ruszę tę sprawę z miejsca!” Położenie mas ludowych! Jakież to odległe! Pocieszny upiór kilku zaledwie bezsennych nocy, nieprzyjemna a starannie strzeżona tajemnica, zakłócające niekiedy spokój wycie głodnego psa! I prawdopodobnie nikt w Anglii nie przejmuje się tym mniej niż owych sześciuset kilkunastu wytwornych przedstawicieli ludu, którzy zasiadają wraz z nim w Izbie. Zadaniem ich bowiem jest właśnie poprawa położenia ludu, a to uwalnia od koszmarów. Od czasów Oliwera Cromwella zasiadło w Izbie w tym samym celu chyba szesnaście tysięcy ich poprzedników. A czy go osiągnęli — hm, trudno by za to ręczyć! A jednak oni rzeczywiście pracowali nad tą sprawą, inni zaś tylko patrzyli pouczając ich, co należałoby zrobić.

Zadumę Michała przerwał nagle czyjś głos:

— Czy nie miałby pan dla mnie zajęcia?

Michał przyśpieszył kroku, po chwili jednak przystanął. Spostrzegł, że człowiek, który się do niego zwrócił, miał wzrok spuszczony i nie zauważył tego odruchu słabości. Zawrócił ku niemu. W okrągłej, ziemistej twarzy błyszczało dwoje czarnych oczu. Przyzwoicie, choć licho ubrany, spokojny i bezradny, człowiek ten miał znaczek zdemobilizowanego żołnierza.

— Pan się zwracał do mnie? — zapytał Michał.

— Doprawdy, sam nie wiem dlaczego, proszę pana. Tak mi się wyrwało.

— Pan bezrobotny?

— Tak. I krucho ze mną.

— Żonaty?

— Wdowiec, proszę pana, z dwojgiem dzieci.

— Dostaje pan zasiłek?

— Tak. I stoi mi to kością w gardle.

— Jak widzę, był pan na wojnie?

— Tak, w Mezopotamii.

— Jakiego zajęcia pan szuka?

— Jakie się nadarzy.

— Proszę mi podać swój adres i nazwisko.

— Henry Boddick, 94 Waltham Buildings, Gunnersbury.

Michał zapisał.

— Nie mogę nic panu przyrzec.

— Rozumiem, proszę pana.

— W każdym razie życzę powodzenia. Chce pan cygaro?

— Dziękuję i życzę panu szczęścia.

Michał ukłonił się i poszedł dalej, ale po chwili, gdy stracił z oczu Henry’ego Boddicka, wsiadł do taksówki. Jeszcze parę takich spotkań, a utraci owo przyjemne umiarkowanie, bez którego niepodobna zasiadać w Izbie!

Powtarzające się na Portland Place napisy: „Na sprzedaż” lub „Do wynajęcia”, przywróciły mu nieco poczucia równowagi.

Tego samego popołudnia Michał wziął z sobą do parlamentu Francisa Wilmota i wskazawszy mu schody wiodące do loży honorowych gości, sam wszedł na salę.

Nie był nigdy dotąd w Irlandii, debata wydała mu się więc oderwana od rzeczywistości. W każdym razie stanowiła żywą ilustrację trudności, które napotyka się dążąc do porozumienia w jakiejkolwiek dziedzinie. W każdej niemal mowie podkreślano z naciskiem bezwzględną konieczność dojścia do porozumienia, ale zarazem oświadczano, iż niepodobna odstąpić od tego lub owego warunku, co znów uniemożliwiało owo porozumienie. Jednak jak na debatę w kwestii irlandzkiej, dyskutowano dość spokojnie; wkrótce wszyscy przystąpią do głosowania i będą głosowali tak, jak to postanowili z góry, przed wysłuchaniem obrad. Michał przypomniał sobie, z jakim napięciem, wszedłszy do parlamentu, słuchał pierwszych rozpraw. Pamiętał, jak po każdej mowie doznawał wrażenia, że musi ona kogoś bezwarunkowo o czymś przekonać, i z jaką niechęcią następnie stwierdzał, że nic podobnego nie nastąpiło. Działała tu jakaś siła potężniejsza od wszelkiej wymowy, bez względu na jej moc czy szczerość. Pranie bielizny odbywało się gdzie indziej. Tu przewietrzano ją tylko przed włożeniem. A przecież ludzie sami nie wiedzieli, co myślą, dopóki myśli swych nie wyrazili słowami, czasem zaś nie wiedzieli tego nawet i potem. I po raz setny Michał doznał wrażenia, że ma nogi jak z waty. A przecież za parę tygodni będzie musiał wstać i trzymać się na nich mocno przez cały czas pierwszej swej mowy. Czy Izba nie odmówi mu swej „zwykłej pobłażliwości”, czy też powie: „Chcesz być, młodzieńcze, jajkiem mądrzejszym od kury? Lepiej zamilcz!”

 

Rozejrzał się.

Dokoła niego siedzieli przeróżni jego koledzy — członkowie parlamentu. Wybrańcy narodu potwierdzali jak gdyby doktrynę, że istota ludzka nie zmienia się wcale albo tak wolno, iż niepodobna tego zauważyć. Prototypy tych ludzi widywał w rzymskich posągach, na średniowiecznych malowidłach… „Zwykli, ale przyjemni” — myślał powtarzając nieświadomie autocharakterystykę Jerzego Forsyte’a z jego dni chwały. Ale czy oni traktują samych siebie poważnie, jak to było za czasów Burke’a albo nawet Gladstone’a?

Wyrazy „zwykła pobłażliwość” wyrwały go z zamyślenia. Oznaczały one czyjąś dziewiczą mowę. Ach tak! Przedstawiciel Cornmarket. Michał przygotował się do słuchania. Rozwijając swą myśl wstrzemięźliwie i jasno, mówca, jak się zdawało, chciał dowieść, że postulat: „Nie rób drugiemu, co tobie niemiłe” — nie powinien być całkowicie lekceważony nawet wobec Irlandii. Ale mowa ciągnęła się długo, zbyt długo — i Michał widział, jak Izba zapadała w apatię.

„Niestety, biedny mój bracie” — pomyślał, kiedy mówca nieco zbyt pośpiesznie zajmował znów swoje miejsce.

Następnie wstał jakiś bardzo dorodny mężczyzna. Złożywszy swemu szanownemu koledze powinszowania z powodu jego dobrze i z talentem wygłoszonej pierwszej mowy, wyraził jednak żal, że nie miała ona nic wspólnego z omawianą kwestią. Właśnie! Michał wysunął się z sali. Odnalazłszy swego „honorowego gościa” ruszył z nim razem w kierunku South Square.

Francis Wilmot był wprost pełen entuzjazmu.

— To było wspaniałe! — orzekł. — A kim był ten dżentelmen, który siedział pod baldachimem?

— Myśli pan o Speakerze5?

— Nie, mam na myśli tego, który nic nie mówił.

— Ano właśnie. On reprezentuje dostojeństwo Izby.

— Powinni by mu dostarczać dodatkową ilość tlenu. Tam na dole musi być senna atmosfera. Podobał mi się deputowany, który przemawiał ostatni. W Ameryce zrobiłby karierę. On ma szerokie idee.

— Ów idealizm, który was chroni przed wstąpieniem do Ligi Narodów, co? — zapytał Michał z uśmiechem.

Francis Wilmot żachnął się dość energicznie.

— Cóż — rzekł — gdy pomijając zewnętrzne warstwy sięgniemy do samego podłoża, okaże się, że jesteśmy tacy sami jak inni ludzie.

— Otóż to! — odparł Michał. — Idealizm to produkt uboczny geografii, to owa mgiełka oddalenia. Im dalej jesteśmy od pierwotnego podłoża, tym mniej konieczne staje się dostrzeganie go. W stosunku do sytuacji europejskiej jesteśmy o dwadzieścia mil morskich bardziej idealistycznie nastawieni niż Francuzi. Wy zaś przewyższacie nas pod tym względem o swe trzy tysiące mil odległości. Ale gdy chodzi o Murzynów, to my jesteśmy o trzy tysiące mil morskich większymi idealistami od was. Wszak prawda?

Francis Wilmot przymrużył ciemne oczy.

— Istotnie — odrzekł. — Im dalej na północ Stanów, tym bardziej idealistycznie odnoszą się ludzie do kwestii murzyńskiej. Ja i Anna spędziliśmy całe życie wśród czarnych i nigdy nie mieliśmy z nimi zatargów. Kochamy ich i oni nas kochają. Gdyby jednak który z nich ośmielił się dotknąć mojej siostry, nie ręczę, czy nie wziąłbym udziału w linczu. Nieraz rozmawialiśmy o tym z Jonem. On inaczej odnosi się do tej sprawy. Twierdzi, że Murzyna należy traktować na równi z białym. Ale on nie zna prawdziwego Południa. Wyobrażenia jego pozostały odległe o trzy tysiące mil morskich od naszego kraju.

Michał milczał. Zawsze coś się w nim zamykało, ilekroć wymawiano w jego obecności to imię.

Francis Wilmot dodał w zamyśleniu:

— W każdym kraju znajdzie się kilku świętych, będących jak gdyby argumentem przeciwko pańskiej teorii. Ale większość nas nie wznosi się, jak sądzą, ponad przeciętny poziom natury ludzkiej.

— Skoro mowa o naturze ludzkiej… — zaczął Michał. — Otóż i mój teść!

VI. Soames czuwa

Przedłużywszy sobie weekend Soames spędził popołudnie w Ogrodzie Zoologicznym, gdzie musiał chronić swych ciotecznych wnuków, małych Cardiganów, od zbyt bliskiej komitywy z małpami i z kotami. Odstawiwszy ich z powrotem do Imogeny Soames drzemał w klubie, leniwie przeglądając wieczorne pisma, kiedy raptem natrafił na następujący artykulik w rubryce „Życie towarzyskie”:

Na zbliżającą się sesję parlamentu szykuje się niespodzianka, przygotowywana na środowych zebraniach u pewnej młodej damy, mieszkającej niezbyt daleko od Westminsteru. Jej małżonek, przyszły baronet, do niedawna związany z literaturą, ma sobie jakoby powierzone wprowadzenie do Izby idei politycznych opatrzonych osobliwą etykietą foggartyzmu, a których źródłem jest książka sir Jamesa Foggarta zatytułowana Zatrważająca sytuacja Anglii. Według ogólnego mniemania to pocieszne bicie w dzwony na alarm zapoczątkował pewien nieco ekscentryczny redaktor jednego z popularnych tygodników. Zobaczymy, co z tego wyniknie. A tymczasem wyżej wspomniana przedsiębiorcza młoda dama korzysta z sytuacji i usiłuje stworzyć u siebie „salon” dzięki zainteresowaniu, jakie zawsze budzi wszelkie korsarstwo polityczne.

Soames przetarł oczy. Ponownie, ze wzrastającym gniewem, przeczytał notatkę „Przedsiębiorcza młoda dama korzysta z sytuacji i usiłuje stworzyć u siebie «salon»…” Kto to mógł napisać? Soames wsunął gazetę do kieszeni — pierwsza kradzież, jaką kiedykolwiek popełnił — i idąc przez St. James Park wśród zapadającego zmierzchu myślał bezustannie o tym anonimowym artykuliku. Aluzja wydawała mu się niewątpliwa i w dodatku pełna złośliwości. Określenie „łowczyni lwów” nie byłoby od tego wyraźniejsze. Na nieszczęście „łowczyni lwów” w pierwotnym znaczeniu tego słowa stanowiło komplement i Soames miał poważne wątpliwości, czy aby wtórne znaczenie zostało kiedykolwiek w orzecznictwie uznane za zniesławiające. Szedł pogrążony wciąż w głębokiej zadumie, gdy wtem zrównali się z nim Michał i Francis Wilmot.

— Co słychać, proszę pana?

— Ach! — odparł Soames. — Muszę z tobą pomówić. Macie zdrajcę w swym obozie. — I bez żadnej złej intencji spojrzał gniewnie na Francisa Wilmota.

— Cóż się stało, proszę pana? — zapytał Michał, kiedy znaleźli się w jego gabinecie. Soames podał mu złożoną gazetę.

Michał przeczytał artykulik i skrzywił się.

— Ten, co to napisał, bywa na waszych przyjęciach — rzekł Soames. — To jasne. Któż to?

— Prawdopodobnie to „ona”.

— Czy sądzisz, że drukują podobne rzeczy napisane przez kobiety?

Michał nic na to nie odpowiedział. „Stary Forsyte” stanowczo nie dotrzymywał kroku nowym czasom.

— Czy wymienią mi nazwisko tej osoby, jeżeli się do nich zwrócę? — spytał Soames.

— Na szczęście, nie.

— Dlaczego mówisz „na szczęście”?

— Prasa, proszę pana, to roślina czuła jak mimoza. Obawiam się, że mógłby ją pan urazić. A przy tym prasa zawsze mówi rzeczy miłe, a zgoła niezasłużone…

— Ale to… — zaczął Soames. Urwał w samą porę i zamiast tego, co miał na myśli, spytał: — Wydaje ci się, że będziemy musieli to połknąć?

— I nawet strawić.

— Fleur urządza jutro przyjęcie?

— Oczywiście.

— Zostanę więc i będę czuwał.

Michał ujrzał nagle w wyobraźni teścia jako detektywa pilnującego upominków ślubnych.

Mimo pozornej obojętności czuł się jednak dotknięty. Świadomość, że jego uwielbiana ma żyłkę kolekcjonerską i lubi obracać się wśród ludzi, którzy mogą się jej przydać, czarując ich swą towarzyską swobodą, budziła w nim dotąd tylko pobłażliwe zdziwienie. Teraz zaś wydało się to czymś więcej niż zabawną słabostką. Szybkość, z jaką na jej twarzy pojawiały się i gasły uśmiechy, jak gdyby pod krótko obciętymi włosami działał jakiś ukryty mechanizm; prędkie ruchy szyi tak czarująco obnażonej; mądre spojrzenia pięknych oczu, maskowane umiejętnie, lecz nie dość jeszcze umiejętnie; trzepotanie białych powiek; wyrazisty ruch dłoni sięgających zaborczo, jeśli można tak określić te delikatne i wytworne gesty, po karierę — wszystko to zaczęło nagle sprawiać Michałowi ból. A przecież czyniła to dla niego i Kita! Podobno Francuzki zawsze współdziałają ze swymi mężami w robieniu życiowej kariery. Tak, we Fleur grała francuska krew! A może to po prostu pewien idealizm, pragnienie okazania się najlepszą w całym otaczającym ją gronie? Tak tłumaczyła to lojalność Michała. Ale na środowym zebraniu wodził niespokojnie wzrokiem od twarzy do twarzy, usiłując wykryć oznaki drwiny.

Soames zastosował inną metodę. W istocie, nie nachodziły go przeróżne wątpliwości nurtujące tego, kto spędza noce z przedmiotem swojej krytyki. Zdaniem Soamesa nie było powodu, dla którego by Fleur nie miała utrzymywać znajomości z arystokratami, członkami parlamentu, malarzami, ambasadorami, młodymi wartogłowami, a nawet z pisarzami, skoro ma taką fantazję. Im wyższe stanowisko zajmują ci ludzie, myślał dość naiwnie, tym mniej prawdopodobne, aby pożyczali od niej pieniądze lub też nawarzyli jej jakiegoś piwa. Fleur jest warta tyleż albo i więcej, co każdy z nich; jego głęboką dumę dotknęła do żywego świadomość, że ktoś mógłby sądzić, że Fleur usiłuje wszelkimi sposobami skupić tych ludzi wokół siebie. To nie ona ubiega się o nich, to właśnie o nią się ubiegają! Stojąc pod obrazem Fragonarda, który jej podarował, Soames mógł uchodzić za jednego z ambasadorów Fleur; szpakowaty, ze starannie utrzymanym wąsem, o nieprzeniknionym wyrazie twarzy, wydatnej szczęce, miał spojrzenie skupione, nie zatrzymujące się dłużej na niczym, rzekłbyś, spojrzenie człowieka, co wiele widział w życiu i mało w nim znalazł ciekawego.

W pobliżu stanęła plecami do niego młoda kobieta o złocistorudych włosach, które na wygolonym karczku odrosły ledwo na cal. Towarzyszył jej mężczyzna o łagodnym wyglądzie, bezustannie zacierający ręce. Soames mógł słyszeć każde ich słowo.

— Czy ta mała Mont nie jest pocieszna? Proszę spojrzeć teraz na nią, rozmawia z „Don Fernandem”! Można by pomyśleć, że świata za nim nie widzi. Aa! Podchodzi młody Bashly! Już zmiana frontu! To urodzona mała snobka! Ale dzięki temu nie stworzy „salonu”, jak sobie wyobraża. Na to potrzeba indywidualności i dowcipu, i umysłu, który „gwiżdże na wszystko”. A ona nie posiada na lekarstwo żadnej z tych cech. Prawdę mówiąc, co ona reprezentuje?

— Pieniądze? — zapytał łagodny mężczyzna.

— Nie tak znów wiele. A Michał do tego stopnia w niej zadurzony, że staje się zupełnie nudny. Chociaż to po części wina parlamentu. Słyszał pan, jak oni mówią o tym foggartyzmie? Nic, tylko żywność, dzieci i przyszłość: istna kwintesencja nudy.

— Nowinki — mruknął łagodny mężczyzna — to wada naszych czasów.

— Przykro patrzeć, kiedy podobne zero robi karierę dzięki takim bzdurom jak ów foggartyzm. Czytał pan tę książkę?

— Przejrzałem. A pani?

— Bóg strzegł! Żal mi Michała. Ta mała snobka eksploatuje go.

Soames, który stał tak, że nie mógł się wycofać, zaczął głośno sapać. Młoda kobieta, czując zapewne jakiś podmuch, odwróciła się i napotkała spojrzenie oczu tak szarych, zimnych i utkwionych w nią z taką siłą, że się mimo woli cofnęła.

— Cóż to za dziadyga? — zapytała swego łagodnego towarzysza. — Od jego wzroku przeszły mnie po prostu ciarki.

Łagodny mężczyzna przypuszczał, że to zapewne jakiś ubogi krewny — wygląda tak, jakby tu nikogo nie znał.

Ale Soames kierował się już w stronę Michała.

— Kim jest ta rudowłosa młoda kobieta?

— To Marjorie Ferrar.

— To ona jest zdrajczynią. Wyproś ją stąd!

Michał spojrzał zdumiony.

— Ależ my ją bardzo dobrze znamy, to córka lorda Charlesa Ferrara i…

— Wyproś ją! — powtórzył Soames.

— Skąd pan wie, że to ona jest zdrajczynią?

— Słyszałem dopiero co, jak mówiła dosłownie to samo, co było w tym artykule, a nawet jeszcze gorsze rzeczy!

 

— Ale to nasz gość.

— Piękny mi gość! — warknął Soames przez zęby.

— Nie można przecież wyprosić gościa. Prócz tego ona jest wnuczką markiza i „ulubienicą złotej młodzieży”. Wynikłby z tego piekielny skandal!

— A niech wynika!

— Nie zaprosimy jej więcej. To wszystko, co można zrobić.

— Doprawdy? — powiedział Soames i oddaliwszy się od zięcia podszedł do kobiety, którą nazwał zdrajczynią. Michał pośpieszył za nim, mocno zaniepokojony. Nigdy jeszcze nie widział, jak teść pokazuje pazury. Zbliżył się właśnie w chwili, kiedy Soames mówił przyciszonym, lecz wyraźnym głosem:

— Pani była tak uprzejma, że nazwała moją córkę snobką w jej własnym domu.

Michał ujrzał, jak ruchem wyniosłym zwróciła ku niemu głowę osadzoną na podgolonym karczku, zobaczył zimne, niebieskie oczy o wyrazie jakby obrażonym i zarazem bezwstydnym. Potem usłyszał jej śmiech i Soamesa mówiącego:

— Pani jest zdrajczynią. Proszę łaskawie stąd wyjść!

Ze stojących dokoła kilku osób żadna nie straciła ani słowa! O, do licha! A on — pan domu! Wystąpiwszy naprzód, Michał ujął Soamesa pod ramię.

— To wystarczy, proszę pana — rzekł spokojnie. — Nie jesteśmy na konferencji pokojowej.

Zaległa okropna cisza. Wszyscy jakby zastygli w bezruchu, tylko łagodny mężczyzna wciąż zacierał białe dłonie.

Marjorie Ferrar skierowała się ku drzwiom.

— Nie wiem, kim jest ten osobnik — rzekła — ale to kłamca.

— W żadnym razie!

Powiedział to stojący z brzegu grupki ciemnowłosy młodzieniec. Wzrok jego był utkwiony w Marjorie Ferrar, która teraz spojrzała także na niego.

I nagle Michał zobaczył tuż za sobą Fleur, bardzo bladą. Z pewnością wszystko słyszała! Fleur uśmiechnęła się i skinęła ręką, mówiąc:

— Madame Carelli zaraz zacznie grać!

Marjorie Ferrar szła ku drzwiom, a za nią kroczył łagodny mężczyzna wciąż zacierając ręce, jak gdyby zmywał z nich ślady tego przykrego incydentu. Soames, podobny do flegmatycznego brytana, postępował za obojgiem. Michał zamykał pochód. Z tyłu rozległy się słowa: „Ależ to pocieszne!” — i tłumiony wybuch śmiechu. Trach! Trzasnęły drzwi wyjściowe i na tym skończyło się zajście.

Michał otarł sobie czoło. Jedną połową mózgu podziwiał teścia, drugą myślał: „Tak, starszy pan jednak postawił na swoim!” Wrócił do salonu. Fleur stała obok klawikordu, jak gdyby nic nie zaszło, ale Michał zauważył, że palce jej zaciskają się kurczowo na fałdzie sukni. I uczuł ból w sercu. Z drżeniem oczekiwał ostatniego akordu.

Soames poszedł na górę. Stojąc przed Białą małpą w gabinecie Michała, rozważał swoje postępowanie. Nie żałował niczego. Ruda kocica! „Urodzona snobka!” „Pieniądze? Nie tak znów wiele”. Ha! „Podobne zero!” Wnuczka markiza, doprawdy? No, przynajmniej pokazał drzwi tej zuchwałej pannicy! Odezwał się cały upór tkwiący w jego naturze, owa cierpkość płynąca we krwi, wszystka niechęć wobec możnych i uprzywilejowanych — całe dziedzictwo pradziadów. Kim byli ci arystokraci, żeby się tak pysznić? Impertynenci! Połowa z nich to potomkowie ludzi, którzy zdobyli wszystko, co mają, rabunkiem i matactwem! I żeby ktoś z nich śmiał nazwać jego córkę, jego własną córkę snobką! On osobiście nie ruszyłby palcem, nie zrobił jednego kroku, żeby poznać się bodaj z księciem krwi królewskiej! Jeżeli Fleur lubi otaczać się różnymi ludźmi, jeżeli ją to bawi, czemuż nie miałaby tego czynić? Przebiegł go nagle zimny dreszcz. Może ona powie, że zrujnował jej „salon”? Cóż! Nawet gdyby tak było, nic na to nie poradzi. A lepiej, że się tak stało. Uwolnili się przynajmniej od tej kocicy i wyjaśnili sytuację. „Nie będę na nią czekał — pomyślał. — Burza w szklance wody!”

Delikatne tony klawikordu dobiegły Soamesa na schodach, kiedy zamierzał udać się do swego pokoju. Ciekawe, czy te wieczorne przyjęcia nie budzą dziecka… Nagle odskoczył w tył, słysząc groźne warczenie tuż koło swych nóg. Przy drzwiach dziecinnego pokoju leżał pies! O, gdyby to półdiablę było wówczas na dole, potrafiłoby z pewnością wpić zęby w ażurowe pończochy tej rudej kocicy! Szkoda! Znalazłszy się na górze Soames spojrzał na drzwi pokoju Francisa Wilmota znajdujące się na wprost drzwi jego własnego pokoju.

Ten młody Amerykanin musiał też coś niecoś usłyszeć. Ale nie będzie poruszał z nim tej sprawy. To nie wypada. I odgrodziwszy się drzwiami od natrętnych dźwięków klawikordu, Soames z determinacją zamknął oczy.