Saga rodu Forsyte'ów. Nowoczesna komedia. t.2

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Saga rodu Forsyte\'ów. Nowoczesna komedia. t.2
Nowoczesna komedia. Część 2. Milczące zaloty. Srebrna łyżka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 50,85  40,68 
Nowoczesna komedia. Część 2. Milczące zaloty. Srebrna łyżka
Nowoczesna komedia. Część 2. Milczące zaloty. Srebrna łyżka
Audiobook
Czyta Konrad Biel
29,95  21,26 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

The Modern Comedy

*

The Silent Wooing

2. The Silver Spoon

Projekt okładki

Marek J. Piwko

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Laura Ryndak

© ilustracja na okładce Stan Rohrer

Wydanie IX, Chorzów 2014

Edycja I

Niniejsze wydanie oparte jest na edycji Państwowego Instytutu Wydawniczego z 1962 r.

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax (0-22) 663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2014

ISBN 978-83-7835-252-5

tłumaczyła

Krystyna Czerwijowska

W lutym 1924 roku Jon Forsyte spędzał okres rekonwalescencji po grypie w Camden, w Południowej Karolinie. Siedział w palarni hotelowej i czytał o linczu, a lśniące włosy jeżyły mu się powoli na głowie.

Za plecami usłyszał głos:

— Czy wybierze się pan dziś z nami na majówkę do starych mogił?

Gdy podniósł głowę, zobaczył swego znajomego, młodego Francisa Wilmota, który przyjechał tu z okolic położonych dalej na południe.

— Z przyjemnością. A kto jedzie?

— O, tylko państwo Pulmore Hurrisonowie, ten powieściopisarz angielski Gurdon Minho, Blairówny i ich przyjaciółki, moja siostra Anna i ja. Mógłby pan pojechać konno, gdyby pan miał ochotę zażyć ruchu.

— Doskonale. Dziś rano przyszło kilka nowych koni z Kolumbii.

— Tak? To wspaniale! W takim razie my z siostrą także wybierzemy się konno. A może i któraś z Blairówien. Resztę towarzystwa mogą zabrać Hurrisonowie.

— Wie pan — powiedział Jon — czytam tu o paskudnym wypadku linczu.

Młody człowiek, do którego mówił, opierał się o parapet. Jon podziwiał jego twarz jakby wyrzeźbioną z kości słoniowej, ciemne włosy i oczy, cienki nos i delikatne usta, swobodną i zręczną postawę.

— Was, Brytyjczyków, wprost trzęsie, gdy czytacie o linczu. Tam w Southern Pines, gdzie pan mieszka, nie ma problemu murzyńskiego. Właściwie zagadnienie to w ogóle nie istnieje w Północnej Karolinie.

— Nie, i przyznam się, że go nie rozumiem. Nie widzę jednak powodu, żeby Murzyni nie podlegali tym samym prawom co biali. Zgodzę się, że bywają wypadki, kiedy trzeba strzelać bez ostrzeżenia, ale w głowie mi się nie mieści, jak pan może bronić prawa rozjuszonego tłumu. Wobec winowajcy trzeba zastosować normalną procedurę sądową.

— Przy naszych szczególnych trudnościach nie osiągnęlibyśmy tą drogą żadnych wyników.

— Ale jeśli nie stawiacie przestępcy przed sądem, to jakim sposobem możecie orzec, że jest winien?

— No cóż, wolimy raczej od czasu do czasu stracić niewinnego czarnego niż narażać na niebezpieczeństwo nasze kobiety.

— Moim zdaniem, trudno sobie wyobrazić coś gorszego niż zabicie człowieka za winę, której nie popełnił.

— W Europie może. Ale nie tu. Tu jeszcze panuje nieograniczona swoboda.

— A co myślą o linczu na Północy?

— Trochę wrzeszczą, ale to nieuzasadnione. My mamy Murzynów, a oni czerwonoskórych i robią to samo, tylko na szerszą skalę.

Jon Forsyte przechylił się w tył razem z fotelem bujającym, na którym siedział. Podniósł brwi z wyrazem zdziwienia.

— Uważam, że nasz kraj ciągle jeszcze znajduje się pod znakiem nadmiaru przestrzeni — mówił dalej Francis Wilmot. — Człowiek ma zawsze możność ulotnienia się. Więc w szczególnie dotkliwych dla nas sprawach bierzemy utrzymanie porządku we własne ręce.

— Ba, co kraj, to obyczaj! Cóż to za mogiły, do których się wybieramy?

— Zabytki staroindiańskie, podobno sprzed wielu tysięcy lat. Nie zna pan jeszcze mojej siostry? Przyjechała dopiero wczoraj wieczorem.

— Nie. O której wyruszamy?

— O dwunastej. To mniej więcej godzina drogi przez las.

W samo południe Jon wyszedł więc przed dom w ubraniu do konnej jazdy. Przed hotelem czekało pięć wierzchowców, gdyż okazało się, że dwie Blairówny zdecydowały się jechać konno. Francis Wilmot ruszył przodem z siostrą, Jon jechał pomiędzy Blairównami.

Były to młode, ładne panny o charakterystycznej urodzie amerykańskiej, do której przywykł podczas dwu i pół lat pobytu w Stanach Zjednoczonych: przeciętne w kolorycie, miały okrągłe twarze i dobrą cerę. Z początku zachowywały się milcząco, ale niebawem stały się niesłychanie głośne. Jechały po męsku i z wielką wprawą. Jon dowiedział się, że zarówno one, jak i organizatorzy majówki, państwo Pulmore Hurrisonowie, mieszkają stale na Long Island. Panny zasypywały go pytaniami na temat Anglii, a Jon, który opuścił kraj mając lat dziewiętnaście, wiele odpowiedzi wysnuwał z fantazji. Zaczynał spoglądać tęsknie pomiędzy uszami konia ku Francisowi Wilmotowi i jego siostrze, którzy kłusowali przed nimi w milczeniu. Milczenie to wydawało mu się z odległości niezwykle kojące. Droga wiodła przez rzadki las świerkowy; drzewa były wysokie i smukłe, a teren dość piaszczysty. Słońce świeciło jasno i przygrzewało, lecz powietrze zachowało jeszcze chłodną rzeźwość. Jon jechał na gniadym wierzchowcu i czuł się tak, jak się czuje człowiek w pierwszym dniu powrotu do zdrowia.

Blairówny chciały wiedzieć, jakie jest jego zdanie o powieściopisarzu angielskim — umierały z pragnienia, aby ujrzeć na własne oczy prawdziwego literata. Jon czytał tylko jedną jego książkę i ze wszystkich postaci utkwił mu w pamięci jedynie kot. Blairówny nie znały żadnej jego powieści. Słyszały tylko, że koty Minha są „po prostu zdumiewająco mądre”.

Wtem jadący przodem Francis Wilmot ściągnął cugle i wskazał spore wzgórze, które niewątpliwie wyglądało na uformowane sztucznie. Wszyscy zatrzymali konie. Przez dwie minuty przyglądali się w milczeniu wyniosłości, potem orzekli, że „to bardzo ciekawe”, i pojechali dalej. W małej kotlince stały oba auta, a ich pasażerowie wyładowywali prowianty. Jon odprowadził konie, aby je przywiązać obok wierzchowców rodzeństwa Wilmotów.

— Moja siostra — przedstawił Francis Wilmot.

— Pan Forsyte, prawda? — powiedziała dziewczyna.

Spojrzała na Jona, a Jon na nią. Smukła, lecz najwidoczniej silna, miała na sobie długą, ciemnobrązową kurtkę, spodnie do konnej jazdy i wysokie buty. Spod miękkiego; brązowego filcowego kapelusza wymykały się ciemne, kędzierzawe włosy. Blada, nieco śniada twarz zdradzała opanowaną żywość charakteru. Szerokie brwi rysowały się wyraziście, prosty nosek miał lekko zadarty koniuszek, a nie umalowane usta były dość duże, ale ładne. Uwagę Jona zwróciły przede wszystkim oczy dziewczyny: odpowiadały dokładnie jego wyobrażeniu o oczach nimfy wodnej. Spoglądały nieco ukośnie, piwne, spokojne i kuszące. Nie był pewien, czy nie zezują odrobinę, ale nawet jeśli tak, podnosiło to tylko ich urok. Poczuł się onieśmielony. Żadne z nich nie powiedziało ani słowa.

Francis Wilmot zauważył:

— Muszę się przyznać, że jestem głodny. Ruszyli razem ku zapasom żywności.

Jon zwrócił się nagle do siostry Francisa:

— Czy pani dopiero co przyjechała?

— Tak.

— Skąd?

— Z Naseby. To pomiędzy Charlestonem a Savannah.

— O, Charleston! Lubię to miasto.

— Anna woli Savannah — wtrącił Francis Wilmot.

Anna skinęła potakująco głową. Nie robiła wrażenia rozmownej, lecz głos, którym czasem rzucała parę słów, był miły i dźwięczny.

— Właściwie żyjemy w pewnym osamotnieniu — opowiadał Francis. — Prawie sami czarni. Anna nie widuje zupełnie Anglików, z którymi mogłaby porozmawiać.

Anna uśmiechnęła się, Jon odpowiedział jej uśmiechem. Nie podjęli tego tematu. Tymczasem dotarli do zapasów żywności, które rozmieszczono w ten sposób, aby pobudzić mięśnie i narządy trawienne do możliwie największego wysiłku. Pani Pulmore Hurrison, osoba około czterdziestki, o zdecydowanych rysach, siedziała podciągając stopy ku górze. Obok niej usadowił się powieściopisarz angielski, Gurdon Minho, w pozycji nieco bardziej powściągliwej. Dalej widniała grupa dziewcząt o zgrabnych i swobodnie upozowanych nogach. Opodal, trochę na uboczu, pan Pulmore Hurrison zaciskał małe usta na szyjce wielkiej butelki. Jon i Wilmotowie również usiedli. Piknik był rozpoczęty.

Jon rychło zdał sobie sprawę, że wszyscy oczekują, aby Gurdon Minho powiedział coś poza lakonicznym: „Tak”, „Naprawdę?”, „Ach!”, „Najzupełniej!”; na próżno jednak. Sławny pisarz początkowo natężał niemal boleśnie uwagę, aby nie uronić żadnego słowa, a potem, rzekłbyś, zapadł w drzemkę. Narodowa duma Jona została dotknięta, zwłaszcza że on sam był jeszcze bardziej milczący. Dostrzegł, że trzy Blairówny i ich dwie przyjaciółki knują rodzaj spisku mającego na celu ośmieszenie małomównego Anglika w dalszych stosunkach towarzyskich. Milczenie siostry Francisa Wilmota dodawało Jonowi otuchy; czuł, że nie miałaby ani prawa, ani ochoty przyłączyć się do podobnego spisku. Tymczasem szukał ucieczki sięgając co raz to po różne wiktuały i odczuł zadowolenie, gdy obrządek napełniania skurczonych żołądków skończył się wreszcie. Pikniki przypominają święta Bożego Narodzenia — przedstawiają się milej w perspektywie przyszłości lub przeszłości aniżeli wtedy, gdy stanowią teraźniejszość. Zapasy, na czas posiłku porozdzielane według rodzajów, zostały znów zapakowane do koszyków, a towarzystwo wsiadło do dwóch samochodów, które ruszyły w dalszą drogę, gdyż jakoby o dwie mile dalej miała się wznosić jeszcze jedna mogiła. Francis Wilmot i obie Blairówny zadecydowali, że wrócą i będą się przyglądali grze w polo. Jon zapytał Annę Wilmot, na co ma ochotę. Postanowiła zobaczyć drugą mogiłę.

 

Dosiedli więc koni i w milczeniu jechali ścieżką przez las. Wreszcie Jon spytał:

— Lubi pani pikniki?

— Nie znoszę.

— Ja też. A konną jazdę?

— Uwielbiam więcej niż cokolwiek na świecie.

— Bardziej niż taniec?

— Oczywiście. Jazdę konną i pływanie.

— Ach! Właśnie myślałem… — I umilkł.

— Co pan myślał?

— Tak jakoś myślałem, że pani musi być dobrą pływaczką.

— Dlaczego?

Jon wyjaśnił z zakłopotaniem:

— Bo ma pani oczy…

— Jakie? Czy rybie?

Jon roześmiał się.

— Niezupełnie. Oczy nimfy wodnej.

— Nie jestem pewna, czy to komplement.

— Naturalnie, że tak.

— Zdawało mi się, że nimfy nie mają dobrej opinii.

— O, wodne nimfy mają doskonałą! Tylko są nieśmiałe, oczywiście.

— Czy w Anglii żyje ich wiele?

— Nie. W gruncie rzeczy nigdy jeszcze żadnej nie widziałem.

— W takim razie skąd pan wie?

— Po prostu mam jakieś ogólne pojęcie, jakie oczy powinna mieć nimfa.

— Zapewne ma pan wykształcenie klasyczne. Czy wszyscy Anglicy kształcą się w tym duchu?

— Nic podobnego.

— A jak się panu podoba Ameryka?

— Bardzo. Ale czasem tęsknię do kraju.

— Marzę o podróżach.

— Nigdy pani nie podróżowała?

Potrząsnęła głową.

— Siedzę tylko w domu i doglądam gospodarstwa. Ale liczę się z tym, że będziemy musieli sprzedać nasz stary dwór; bawełna już się nie opłaca.

— Ja hoduję brzoskwinie w okolicy Southern Pines, wie pani, w Północnej Karolinie. To jest w tej chwili popłatne.

— Czy mieszka pan sam?

— Nie, z matką.

— Czy to Angielka?

— Tak.

— Ma pan ojca?

— Umarł przed czterema laty.

— My z Francisem jesteśmy sierotami od dziesięciu lat.

— Chciałbym, żebyście kiedy do nas przyjechali. Moja matka strasznie by się ucieszyła.

— Czy jest podobna do pana?

Jon zaśmiał się.

— Nie, jest piękna.

Oczy dziewczyny spojrzały na niego z powagą, wargi jej rozchylił lekki uśmiech.

— Przyjechałabym z największą przyjemnością, ale Francis i ja nigdy nie możemy wyjeżdżać jednocześnie.

— Dziś przecież jesteście tu razem — zauważył Jon.

— Jutro wracamy. Chciałam zobaczyć Camden.

Oczy Anny znów podjęły spokojne badanie jego twarzy.

— A może by zamiast tego pan pojechał z nami i poznał naszą siedzibę? To stary dwór. Francis byłby bardzo zadowolony.

— Czy zawsze wie pani, z czego brat będzie zadowolony?

— Naturalnie.

— To musi być miłe. Ale czy pani naprawdę mnie zaprasza?

— Oczywiście.

— To będzie dla mnie wielka przyjemność. Nie cierpię hoteli. To znaczy… No, wie pani…

Sam jednak nie wiedział, więc nie był pewny, czy ona rozumie, co chciał powiedzieć. Anna dotknęła konia szpicrutą i wierzchowiec przeszedł w kłus.

Jechali alejami odwiecznych świerków; słońce świeciło im w oczy, od rozgrzanych igieł świerkowych, żywicy i ziół bił aromat; droga była piaszczysta i miękka, konie szły raźno. Jon czuł się szczęśliwy. Ta dziewczyna ma dziwne oczy — kuszące. I jest jeszcze lepszą amazonką niż Blairówny.

— Czy wszyscy Anglicy dobrze jeżdżą konno? — spytała.

— Jeżeli już w ogóle jeżdżą, to przeważnie dobrze. Ale w dzisiejszych czasach niewielu Anglików uprawia ten sport.

— Bardzo bym chciała poznać Anglię. Nasza rodzina przywędrowała stamtąd w roku 1700, z Worcestershire. Gdzie to jest?

— W zachodniej Anglii — objaśnił Jon. — Ale to okolica o charakterze tak odrębnym, jak tylko można sobie wyobrazić. Kraina sadów, bardzo ładna. Białe drewniane domki, pastwiska, ogrody owocowe, laski, zielone wzgórza. W czasie wakacji zrobiłem tam raz z kolegą szkolnym pieszą wycieczkę.

— To musi być śliczna okolica. Nasi przodkowie wyznawali katolicyzm. Mieli posiadłość, która się nazywała Naseby. Dlatego tak się też nazywa nasz tutejszy majątek. Ale moja babka była francuską Kreolką i pochodziła z Luizjany. W Anglii podobno myślą, że w żyłach Kreolów płynie krew murzyńska. Czy to prawda?

— Jesteśmy ignorantami — odparł Jon. — Ale ja wiem, że Kreole wywodzą się ze starych rodzin francuskich i hiszpańskich. Wyglądacie oboje, jakbyście mieli w sobie domieszkę krwi francuskiej.

— Zwłaszcza Francis. Czy nie sądzi pan, żeśmy minęli tę mogiłę? Ujechaliśmy już ze cztery mile, a zdaje się, że mówiło się tylko o dwóch.

— Czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Druga mogiła to chyba za dużo szczęścia.

Przez wargi dziewczyny przewinął się uśmiech. Wydawało się, że nigdy nie śmieje się na głos.

— Jakie plemię indiańskie zamieszkuje te strony? — spytał.

— Nie jestem całkiem pewna. Jeśli tu mieszkają w ogóle jacyś Indianie, to chyba Seminolowie. Ale Francis twierdzi, że te mogiły pochodzą z czasów dużo dawniejszych niż obecne plemiona. Co właściwie sprowadziło pana do Ameryki?

Jon przygryzł wargę. Nie sposób podać wprost przyczyny — mówić o waśni rodzinnej i zawodzie miłosnym.

— Wyjechałem naprzód do Kolumbii Brytyjskiej, ale tam nienadzwyczajnie mi się powodziło. Wtedy posłyszałem o brzoskwiniach w Północnej Karolinie.

— Ale dlaczego opuścił pan Anglię?

— Chyba dlatego, że nęciło mnie poznać trochę świata.

— Aha. — Odpowiedź zabrzmiała spokojnie, lecz z pełnią zrozumienia. Jon czuł dla Anny tym większą wdzięczność, że w istocie nie rozumiała. Wspomnienie pierwszej miłości rzadko go teraz nawiedzało — nie powracało już od roku albo i dłużej. Hodowla brzoskwiń pochłaniała go zupełnie. Poza tym Holly pisała, że Fleur urodził się syn.

— Myślę, że już czas wracać — oświadczył nagle. — Niech pani spojrzy na słońce!

Słońce rzeczywiście zapadało już nisko za drzewa.

— Zgoda.

Jon zawrócił wierzchowca.

— Puśćmy się galopem, bo za pół godziny będzie ciemno. Księżyc wschodzi teraz bardzo późno.

Puścili konie galopem po ścieżce. Słońce zachodziło jeszcze szybciej, niż się spodziewali. Powietrze przenikał chłód, światło mierzchło. Nagle Jon ściągnął cugle.

— Strasznie mi przykro. Obawiam się, że nie jedziemy wcale tą drogą, którą przyjechaliśmy tu z popasu. Zdaje mi się, że zboczyliśmy w prawo. Te drogi są wszystkie jednakowe, a konie dopiero wczoraj przyszły z Kolumbii. Znają okolicę nie lepiej od nas.

Anna roześmiała się.

— Zabłądzimy.

— Aha. To nie żarty w tych lasach. Czy one w ogóle się nie kończą?

— Nie wygląda na to. Przynajmniej nie w tych stronach. To dopiero przygoda!

— Tak, ale pani się zaziębi. W nocy robi się porządnie zimno.

— A pan chorował na grypę!

—O, to głupstwo. Tu widać jakąś drogę w lewo. Czy skręcimy w nią, czy jedziemy prosto?

— Skręćmy.

Pokłusowali boczną drogą. Zmrok zanadto już zgęstniał, by mogli jechać galopem. Niebawem ciemność uniemożliwiła także kłus. Droga wiła się bez końca.

— Ładna historia — niepokoił się Jon. — Tak mi przykro!

Zerknął na jadącą u swego boku dziewczynę, lecz zdołał dostrzec tylko jej uśmiech.

— Dlaczego? To świetna zabawa.

Był innego zdania, lecz cieszył się, że Anna tak to traktuje.

— Zachowałem się jak osioł. Pani brat mi tego nie daruje.

— Będzie wiedział, że jestem z panem.

— Gdybyśmy choć mieli kompas! W ten sposób możemy tłuc się całą noc. O, znowu rozwidlenie. Boże, ależ się robi ciemno!

Niemal w tej samej chwili zapadła zupełna ciemność. Jon z trudem mógł dojrzeć Annę oddaloną od niego o pięć jardów. Podjechał do niej, a ona dotknęła jego rękawa.

— Niech się pan nie martwi — prosiła — bo to psuje całą przyjemność.

Ściągnąwszy cugle uścisnął jej rękę.

— Jest pani nadzwyczajna.

— O, niech mnie pan nazywa Anną, skorośmy zabłądzili. „Pani” to zbyt oficjalnie w takiej sytuacji.

— Dziękuję bardzo. Mnie na imię Jon. Bez h, zdrobnienie od Jolyon.

— Jolyon… Jon. Podoba mi się to imię.

— Anna była zawsze moim ulubionym imieniem. Czy zaczekamy na wschód księżyca, czy też pojedziemy dalej?

— O której wzejdzie księżyc?

— Zdaje się, że około dziesiątej sądząc po zeszłej nocy. I będzie prawie pełnia. Ale jest dopiero szósta.

— Jedźmy i zdajmy się na konie.

— Dobrze! Tylko jeśli pozwolimy im wybierać drogę, to nie ulega najmniejszej wątpliwości, że ruszą w kierunku Kolumbii. A to musi być stąd o setki mil.

Posuwali się stępa wąską drogą. Panowała już głęboka ciemność. Jon zapytał:

— Nie zimno ci? Rozgrzałabyś się idąc pieszo. Ruszę przodem. Trzymaj się blisko, żeby mnie widzieć.

Wysforował się naprzód. Wkrótce zsiadł z konia, gdyż sam zmarzł. Pomiędzy nie kończącymi się drzewami leżała głęboka cisza. Nigdzie ni promienia światła.

— Teraz mi zimno — zabrzmiał głos Anny — i ja także zsiądę.

Wędrowali tak może pół godziny prowadząc za sobą wierzchowce i niemal po omacku szukając drogi, gdy Jon powiedział:

— Popatrz! Tam widać jakby polankę. A co to za czarna masa na lewo?

— To mogiła.

— Zastanawiam się tylko, która. Czy ta, którąśmy widzieli, czy tamta druga. A może jeszcze inna?

— Chyba lepiej zatrzymajmy się tu do wschodu księżyca. Wtedy może rozpoznamy tę mogiłę i odnajdziemy drogę.

— Masz słuszność. Przypuszczam, że tu mogą być bagna. Przywiążę konie w zacisznym miejscu i poszukamy sobie jakiegoś schronienia. Ależ zimno!

Przywiązał konie tak, by stały osłonięte od wiatru. Gdy się odwrócił, zobaczył obok siebie Annę.

— Dreszcz tu przenika człowieka — powiedziała.

— Znajdziemy sobie jakąś przytulną kryjówkę i usiądziemy.

Ujął ją pod ramię i obeszli podnóże mogiły.

— Spójrz — powiedział nagle Jon. — W tym miejscu ktoś kopał. Powinno tu być zacisznie. — Pomacał ziemię, okazała się dostatecznie sucha. — Przysiądźmy tu i porozmawiajmy.

Siedzieli obok siebie, oparci plecami o ścianę wydrążonej wnęki, paląc papierosy i wsłuchując się w ciszę. Lecz oprócz parskania koni i rozlegających się od czasu do czasu głuchych uderzeń kopyt o ziemię nie słyszeli nic. Drzewa nie były tu dość gęste, a wiatr nie dość silny, by grać w ich konarach; poza dwojgiem młodych i ich końmi nie było wokół żadnej żywej istoty. Widzieli tylko roje gwiazd na tle bardzo ciemnego nieba i pnie świerków rysujące się w mroku głębszym tonem czerni. Ach, i jarzące się końce dwu papierosów; od czasu do czasu zaś jedno widziało twarz drugiego oświetloną tym nikłym blaskiem.

— Nie spodziewam się, żebyś mogła mi to kiedykolwiek wybaczyć — oświadczył Jon ponuro.

— Dlaczego? Jestem po prostu zachwycona.

— Bardzo miło z twojej strony, że tak mówisz. Ale musiałaś strasznie zmarznąć. Proszę, włóż moją marynarkę.

Zaczął ją zdejmować, lecz Anna zaprotestowała:

— Jeśli to zrobisz, ucieknę w las i naprawdę zabłądzę.

Jon włożył z powrotem marynarkę.

— To przypadek, że zamiast ciebie nie siedzi tu która z Blairówien.

— Wolałbyś, by tak było?

— Ze względu na ciebie, naturalnie. Ale jeśli chodzi o mnie, to z całą pewnością nie.

Zwrócili się ku sobie tak, że końce ich papierosów niemal się zetknęły. Widział tylko jej oczy i zapragnął nagle otoczyć ją ramieniem. Wydawało mu się to czymś naturalnym i właściwym, lecz oczywiście nie można było tego zrobić.

 

— Proszę poczęstuj się czekoladą — zaproponowała.

Jon zjadł bardzo mały kawałek. Czekoladę trzeba zostawić dla niej!

— To prawdziwa przygoda. Ależ ciemności! Bałabym się, gdybym była sama. Mam wrażenie, że pełno tu duchów.

— Duchów dawnych Indian — szepnął Jon. — Tylko że ja nie wierzę w duchy.

— Wierzyłbyś, gdybyś miał kolorową nianię.

— A ty miałaś taką nianię?

— Naturalnie. Miała głos miękki i słodki jak miąższ melona. Służy u nas dotychczas jeden stary Murzyn, który jako dziecko był niewolnikiem. To najlepszy Murzyn w okolicy, dobiega osiemdziesiątki, włosy ma bielusieńkie.

— Ojciec twój chyba nie mógł brać udziału w wojnie domowej, prawda?

— Nie. Uczestniczyli w niej obaj moi dziadkowie.

— A ile ty masz lat, Anno?

— Dziewiętnaście.

— A ja dwadzieścia trzy.

— Opowiedz mi o swoim domu w Anglii.

— Nie mam tam już domu. — Zaczął mówić o swej młodości, podając ją w ocenzurowanej wersji, i doszedł do wniosku, że Anna jest doskonałą słuchaczką. W zamian poprosił o jej dzieje. Podczas gdy opowiadała, zastanawiał się, czy podoba mu się jej głos. Choć zacinała się i miała dość niewyraźną wymowę, brzmiał miękko i cechowała go niezwykle przyjemna intonacja. Kiedy dziewczyna skończyła swą prostą opowieść — prawie nie opuszczała domu rodzinnego — zapadła cisza. Wreszcie Jon powiedział:

— Dopiero wpół do ósmej. Pójdę popatrzeć na konie. Potem będziesz mogła trochę się zdrzemnąć.

Okrążył podnóże kopca i podszedł do wierzchowców. Przez chwilę stał przy koniach głaszcząc je po chrapach i przemawiając do nich. Wzbierało w nim tkliwe, opiekuńcze uczucie: cóż za miłe dzielne dziecko! Twarz, której nie sposób wymazać z pamięci, która tak wiele wyraża! Nagle usłyszał głos dziewczyny — cichy, jakby zawołała mimo woli:

— Jon, och, Jon!

Wracał do niej po omacku, przez ciemność. Wyciągnęła do niego ręce.

— Tu jest naprawdę niesamowicie! Co za dziwny szmer! Ciarki mi przechodzą po grzbiecie!

— Wiatr wzmógł się trochę. Usiądźmy tak, żeby się wzajemnie oprzeć o siebie plecami, będzie ci cieplej. Albo, wiesz co, ja usiądę pod ścianą, a ty się o mnie oprzesz i zaśniesz. Teraz pozostały już tylko dwie godziny czekania, przy świetle księżyca możemy jechać dalej.

Usadowili się tak jak proponował. Anna oparła się plecami o bok Jona kładąc głowę na jego ramieniu.

— Wygodnie ci?

— Bardzo. Przeszły mi dreszcze. Czy nie jestem za ciężka?

— Ani trochę — zapewnił Jon.

Jeszcze przez chwilę rozmawiali i palili papierosy. Gwiazdy świeciły teraz jaśniej i oczy obojga oswoiły się z mrokiem. Grzali się wzajemnie i byli sobie za to wdzięczni. Jon z przyjemnością wdychał woń jej włosów przypominającą zapach siana. Zapadła długa cisza. Ciepłe, opiekuńcze uczucia opanowywały go coraz silniej. Miał ochotę objąć Annę i przygarnąć mocniej do siebie. Lecz oczywiście nie uległ temu pragnieniu. Mógł być dla niej jedynie źródłem ciepła na tyle bezosobistego, by zgodziła się z niego korzystać. Tamto dawne przeżycie zadało mu tak głęboką ranę, że odkąd opuścił Anglię, dziś dopiero po raz pierwszy zapragnął otoczyć kogoś ramieniem. Zerwał się wiatr, zaszeptał wśród drzew i ucichł. Cisza stała się jeszcze głębsza. Jon był zupełnie rozbudzony i wydawało mu się dziwne, że Anna potrafi spać, gdyż niewątpliwie zasnęła — znieruchomiała tak całkowicie. Przyglądał się mrugającym w górze gwiazdom. Członki zaczęły go boleć i drętwieć. Nagle zdał sobie sprawę, że Anna również nie śpi. Powoli odwróciła głowę i dojrzał jej oczy: poważne i kuszące.

— Jestem za ciężka — oświadczyła i usiadła prosto. Lecz przytrzymał ją ramieniem.

— Nic podobnego. Zostań tak, jeżeli ci ciepło i wygodnie w tej pozycji.

Głowa jej wróciła na jego ramię i dalej trwali bezsennie. Trochę teraz rozmawiali, przeważnie o błahostkach, i Jon pomyślał: „Dziwne, jak można żyć z ludźmi przez całe miesiące i nie poznać ich ani w połowie tak dobrze, jak my się teraz będziemy znali”.

Znów zapadła długa cisza, lecz tym razem ramię Jona otoczyło Annę — tak było obojgu wygodniej. I Jon doszedł do wniosku, że wolałby, żeby księżyc jeszcze nie wschodził. Zastanawiał się, czy ona myśli tak samo. Lecz jeśli nawet Anna doznawała podobnych uczuć, księżyc, przemierzając swe szlaki, nie liczył się z tym zupełnie. Nagle Jon uświadomił sobie, że już się wyłania, że czai się gdzieś za drzewami, że dziwna, łagodna poświata rozlewa się w powietrzu, ściele się po ziemi i osnuwa gałęzie.

— Księżyc! — powiedział. Anna się nie poruszyła, a jego serce zaczęło bić przyśpieszonym tętnem. Więc tak! Ona także nie chciała, by księżyc wschodził! Nieśmiały poblask z wolna przeistoczył się w światło, które wdarło się pomiędzy pnie i oblało ich siedzące postacie. Lecz oni trwali w bezruchu, jakby obawiając się, że czar pryśnie. Księżyc świecił coraz silniej, rósł w zimny przepych blasku i podnosił się ponad drzewa. Świat zdawał się ponownie ożywać. Przez głowę Jona przemknęła myśl: „A gdybym ją pocałował?” — ale odrzucił ją natychmiast. Czy możliwe, by Anna tego pragnęła? Lecz ona, jakby go odgadła, odwróciła głowę i utkwiła wzrok w jego oczach. Oświadczył:

— Jesteś pod moją opieką.

Odpowiedziała mu lekkim westchnieniem i podniosła się. Stali prostując się i spoglądali w osrebrzony, tajemniczy las.

— Popatrz, Anno! To właśnie ta mogiła. Tędy prowadzi ścieżka do kotlinki, w której jedliśmy obiad. Teraz odnajdziemy drogę bez trudu.

— Tak — w słowie tym zabrzmiało coś, czego znaczenia nie potrafił odgadnąć. Poszli do koni, odwiązali je i wsiedli. Przypominając sobie teraz wspólnie drogę, ruszyli naprzód. Jechali obok siebie.

Jon powiedział:

— Przeżyliśmy coś, co miło będzie wspominać.

— Tak, nigdy tego nie zapomnę.

Więcej się nie odzywali. Czasem tylko naradzali się, gdy nasuwały się im wątpliwości co do wyboru trasy. Lecz niebawem droga przestała je nastręczać i puścili się kłusem. Wjechali na plac do gry w polo przylegający do hotelu.

— Pójdź uspokoić brata. Ja odprowadzę konie i zaraz przyjdę.

W salonie hotelowym zastał jednak tylko Francisa Wilmota, wciąż jeszcze w ubraniu do konnej jazdy. Miał on szczególny wyraz twarzy, może niezupełnie wrogi, lecz z całą pewnością nie przyjazny.

— Anna poszła na górę — oświadczył. — Widzę, że niezbyt dobrze zna pan okolicę. Napędził mi pan porządnego strachu.

— Strasznie mi przykro — odpowiedział Jon ze skruchą. — Wyszło mi z pamięci, że konie świeżo przybyły w te strony.

— Hm! — chrząknął Francis i wzruszył ramionami.

Jon popatrzył bystro na młodego człowieka.

— Nie przypuszcza pan chyba, że zawieruszyłem się naumyślnie? Bo ma pan taką minę, jakby pan tak myślał.

Francis Wilmot znów wzruszył ramionami.

— Niech pan daruje — zauważył Jon — ale zapomina pan, że pańska siostra jest damą i że wobec damy nikt się nie zachowa jak łobuz.

Francis Wilmot nie odpowiedział. Podszedł do okna i stanął przy nim wyglądając na zewnątrz. Jon uczuł gniew. Siadł na poręczy fotela, nagle zmożony śmiertelnym znużeniem. Ponuro nachmurzony patrzył w ziemię. Niech diabli porwą tego gościa! Czy myśli, że on uwodził Annę? Bo gdyby tak…

Za jego plecami zabrzmiał głos:

— Nie miałem tego na myśli. Przepraszam bardzo. Po prostu najadłem się strachu. Podajmy sobie ręce!

Jon impulsywnie wyciągnął dłoń i zamienili uścisk patrząc sobie prosto w oczy.

— Musi pan być całkiem wykończony — powiedział Francis Wilmot. — Chodźmy do mego pokoju. Mam u siebie butelkę. Annie dałem się już napić.

Poszli na górę. Jon zasiadł na jedynym krześle, Francis usadowił się na łóżku.

— Anna mówiła mi, że zaprosiła pana do Naseby. Mam nadzieję, że pojedzie pan jutro razem z nami.

— Pojadę z największą przyjemnością.

— To świetnie!

Pili, gawędzili, palili.

— Dobranoc — rzucił nagle Jon — bo bym tu zasnął.

Znów zamienili uścisk dłoni i Jon udał się chwiejnym krokiem do swego pokoju. Zasnął natychmiast.

Nazajutrz wszyscy troje pojechali przez Kolumbię i Charleston do posiadłości Wilmotów. Leżała ona nad brzegiem czerwonej rzeki, wśród plantacji bawełny i bagien, na których rosły melancholijne dęby obwieszone festonami florydzkiego mchu. W pobliżu dworu stały jeszcze dawne baraki dla niewolników, używane teraz tylko czasem jako szopy. Dwupiętrowy dwór miał szeroki ganek obrośnięty glicynią, na który z dwóch stron prowadziły schody. Ściany domu wymagały odnowienia. Wewnątrz ciągnęły się w amfiladzie pokoje, zawieszone starymi portretami zmarłych Wilmotów i de Freville’ów. Co krok spotykało się Murzynów i słyszało ich miękką, przeciągłą mowę.

Jon czuł się szczęśliwszy niż kiedykolwiek, od chwili gdy przed trzema i pół laty wylądował na drugiej półkuli. Rankami wałęsał się w słońcu w towarzystwie psów lub próbował pisać wiersze, bo oboje młodzi Wilmotowie byli zajęci. Po południowym posiłku jeździł konno z rodzeństwem lub tylko z Anną. Wieczorami, siedząc przed kominkiem, na którym od zachodu słońca płonęły szczapy drewna, uczył się od niej gry na ukulele lub słuchał, jak Francis Wilmot opowiada o uprawie bawełny; od owego krótkiego starcia pozostawał z nim w najlepszych stosunkach.