Zaginiony książęTekst

Z serii: Zwiadowcy #15
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Rangers Apprentice. The Royal Ranger. The Missing Prince.

First published Random House Australia Pty Limited, Sydney, Australia

This edition published by arrangement with Random House Australia

Wydanie pierwsze w tej edycji, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

Redakcja: Justyna Techmańska

Korekta: Dorota Piekarska, Renata Kuk

Skład i łamanie: Robert Majcher

ISBN oprawa miękka 978-83-7686-931-5

Copyright © John Flanagan 2020

All rights reserved.

Cover illustration by Jeremy Reston

Cover design & illustration © www.blacksheep-uk.com

All rights reserved.

Copyright for the Polish edition © 2020 by Wydawnictwo Jaguar

Książka dla czytelników w wieku 11+

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

SPIS TREŚCI

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

W serii

Pamięci mojego brata, Petera Flanagana,

1940–2019

Sierp księżyca schował się właśnie za zachodni horyzont, gdy spomiędzy drzew wyłoniło się dziesięciu jeźdźców. Jechali przed siebie, dopóki nie znaleźli się na szczycie wzgórza, z którego rozpościerał się widok na Zamek Araluen. Jeździec pośrodku uniósł dłoń w geście nakazującym zatrzymanie się. Grupa konnych ściągnęła wodze, by przyjrzeć się zamkowi. Konie parskały niecierpliwie – wyczuwały, że ta potężna budowla oznacza schronienie, wodę i paszę.

Jeździec po prawej tego, który dał sygnał, pochylił się w siodle, uważnie studiując teren, który przyjdzie im pokonać. Stok opadał łagodnie, a potem znowu zaczynał się wznosić. Gdzieniegdzie porastały go kępy drzew, tu i ówdzie widniały cieniste altany, ale nie zapewniały one schronienia. Każdy obserwator bez trudu dostrzeże jeźdźców.

Zawsze należało zakładać, że istnieje jakiś obserwator. Teraz jednak błonia wydawały się całkowicie puste. Jeśli ktoś miałby ich obserwować, byłby to człowiek z zamku, tam zaś spodziewano się tej niewielkiej grupki uzbrojonych mężczyzn.

Większość okien była ciemna – nic dziwnego, zważywszy na późną porę. Wzdłuż murów, w regularnych odstępach, ustawiono kosze z żarem, zaś po obu stronach bramy, zamkniętej teraz i zaryglowanej w ochronie przed intruzami, migotały pochodnie.

– Wszystko wydaje się w porządku, panie – ocenił cicho jeździec.

Mężczyzna obok niego skinął głową.

– Tego bym się spodziewał, nawet jeśli nie wszystko jest w porządku.

Obaj mówili po gallijsku. Po chwili na murach powyżej ogromnej bramy i mostu zwodzonego wywieszono latarnię, która zalała żółtym światłem granitowe ściany.

– A oto i sygnał – powiedział przywódca. Odwrócił się do jeźdźca po prawej stronie. – Odpowiedz im, Julesie.

Mężczyzna, do którego się zwrócił, miał przygotowaną podpałkę i krzesiwo, a także latarnię przypiętą do siodła. Potrzebował chwili, by rozpalić garść podpałki i przysunąć płomyk do knota. Potem zamknął szybkę zrobioną z niebieskiego szkła i podniósł wysoko latarnię, a niebieski blask oświetlił małą grupę.

Kilka sekund później światło na murach zamku poruszyło się powoli z lewej w prawą i z powrotem, po czym powtórzyło ten ruch trzy razy.

– To oznacza, że droga wolna – oznajmił przywódca. Szturchnął ostrogami konia i ruszył naprzód. Pozostali jeźdźcy podążyli za nim, rozdzielając się na dwie kolumny za przywódcą i rycerzem, który odezwał się jako pierwszy.

Poruszali się wolnym kłusem, kopyta koni prawie bezdźwięcznie uderzały w miękką ziemię. Kiedy znaleźli się u stóp zamkowego wzgórza i ruszyli pod górę, wierzchowce nieco zwolniły, więc jeźdźcy musieli je pogonić. Usłyszeli głośny klekot ogromnego mechanizmu, a na szczycie bramy pojawiła się świetlista szpara, coraz szersza, w miarę jak most zwodzony opuszczał się coraz niżej.

Wielkie przęsło uderzyło z łoskotem o ziemię, gdy jeźdźcy byli od niego oddaleni o jakieś trzydzieści metrów. Widzieli, że krata nie została jeszcze podniesiona i zagradza wjazd na zamkowy dziedziniec. Jeźdźcy na przedzie grupy zbliżyli się do krawędzi mostu i zatrzymali konie.

Z małej furtki z boku kraty wyszedł mężczyzna w zbroi, z halabardą i długim mieczem u pasa. Kiedy nieco się zbliżył, jego zbroja zalśniła lekko w świetle pochodni po obu stronach przejścia.

Przywódca jeźdźców popatrzył na potężne ciemne ściany wznoszące się nad nim. Nie miał wątpliwości, że znajdują się w zasięgu strzału kilku łuczników uzbrojonych w długie łuki, jakich używano w Araluenie zamiast kusz. Z pewnością byli strzelcami wyborowymi.

Zbrojny zatrzymał się o kilka metrów od oddziału.

– Czy znacie hasło? – zapytał cicho.

Jeździec na czele poprawił się lekko w siodle.

– Pax inter reges – powiedział w starożytnym języku. „Pokój między królami”.

Wartownik skinął głową, odwrócił się w stronę zamku i podniósł prawą rękę, dając sygnał żołnierzom przy kracie. Potężna konstrukcja powoli zaczęła się podnosić przy akompaniamencie szczęku łańcucha w wartowni. Kiedy znalazła się dostatecznie wysoko, zbrojny gestem zaprosił jeźdźców do środka.

– Możecie wjechać – powiedział.

Kopyta koni zadudniły na deskach mostu, gdy jeźdźcy, nadal w dwóch kolumnach, ruszyli przed siebie stępa. Na brukowanym dziedzińcu odgłos kopyt rozbrzmiewał już inaczej. Z obu stron obserwowali ich uzbrojeni żołnierze. Jeden z nich, z insygniami sierżanta, wskazał drzwi donżonu, masywnej kamiennej budowli wznoszącej się pośrodku dziedzińca. Kiedy to zrobił, wrota na parterze otworzyły się, a zza nich wylała się złocista poświata pochodni.

 

Nowo przybyli podjechali w tamtym kierunku i zsiedli z koni, które oddali w ręce czekających w gotowości służących, by je nakarmili i oporządzili. Przywódca grupy przycisnął dłoń do krzyża. Odzwyczaił się już od tak długiej jazdy, a teraz miał za sobą czterogodzinną podróż.

Mężczyzna, który otworzył drzwi, wyszedł na dziedziniec i skłonił się lekko. Siwowłosy i dystyngowany, miał na sobie eleganckie i kosztowne ubranie.

– Witamy w Zamku Araluen. Jestem lord Anthony, królewski szambelan – powiedział. Ton jego głosu był neutralny, ani zachęcający, ani wrogi. Gość skinął mu głową w milczeniu. Anthony odsunął się na bok i gestem wskazał drogę. – Proszę tędy.

Przywódca grupy wspiął się po schodach, a szambelan ruszył za nim, trzymając się z boku. Pozostali poszli w ich ślady.

Kiedy znaleźli się w jasno oświetlonej wielkiej sali donżonu, szambelan przyjrzał się dowódcy. Był niższy od Anthony’ego o dobre pięć centymetrów i delikatnie zbudowany. Elegancko skrojony kaftan ze skóry w kolorze ciemnej zieleni nie mógł ukryć jego braku kondycji fizycznej. Miał wąskie ramiona i odrobinę wystający brzuch, a do tego się garbił. U lewego boku nosił bogato zdobiony miecz, u prawego – wysadzany klejnotami sztylet.

Anthony stwierdził, że nawet tak wspaniała broń, nie czyni z tego mężczyzny wojownika. Inna rzecz, że wiedział to już w momencie, kiedy uprzedzono go o tej wizycie.

Rzucił szybkie spojrzenie pozostałym gościom. Wszyscy z wyjątkiem jednego byli wyżsi od przywódcy, muskularni i dobrze zbudowani. Oto prawdziwi wojownicy. Mężczyzna, który wyróżniał się na tle grupy, musiał być spokrewniony z dowódcą – byli podobnie zbudowani i tego samego wzrostu. Anthony zauważył, że przywódca zawahał się, nie wiedząc, w którą stronę ma iść. Szambelan szybko wskazał szerokie schody prowadzące na wyższe piętra donżonu.

– Komnaty króla Duncana znajdują się na pierwszym piętrze – powiedział, a drobny mężczyzna znowu ruszył przodem. – Król wyraża ubolewanie, że nie mógł powitać gości tu na dole, sir. Kolano nadal mu dokucza, więc chodzenie po schodach sprawia mu trudność.

Gość prychnął pogardliwie.

– Czyli nadal jest kulawy, tak?

Szambelan uniósł brew, słysząc obelgę wypowiedzianą tonem pełnym wyższości. Nawet ze sztywnym kolanem Duncan pozostawał wojownikiem. Mógłby w każdej chwili sprać eleganckiego gościa na kwaśne jabłko.

– Może już jeździć konno i codziennie spaceruje z psami – odparł, starając się ukryć poirytowanie.

– Ale jak widać, nie może zejść po schodach – odparł mężczyzna.

Tym razem Anthony pozwolił sobie na okazanie niezadowolenia. Zatrzymał się i odwrócił do gościa.

– Nie. Ale jeśli to wam przeszkadza, sir, możemy w każdej chwili odwołać spotkanie. – Spojrzał wyniosłemu mężczyźnie prosto w oczy i nie odwracał wzroku. Pomyślał, że ten nadęty bałwan przyjechał tu prosić o przysługę, więc powinien umieć się zdobyć na odrobinę pokory.

Przez kilka sekund mierzyli się spojrzeniem, aż w końcu gość poddał się, lekceważąco wzruszając ramionami. Anthony pomyślał, że to typowe gallijskie zachowanie.

– To nieważne – stwierdził w końcu. – Możemy wejść na górę.

Ruszył po schodach, zaś Anthony, odczuwając lekki przypływ satysfakcji, poszedł tuż za nim. Na szczycie kamiennych schodów wskazał w lewą stronę.

– Proszę tędy, sir.

Znaleźli się pod potężnymi drzwiami, których strzegło dwóch zbrojnych. Na widok zbliżających się mężczyzn stanęli w gotowości i zagrodzili drogę długimi halabardami.

– Obawiam się, że wasi ludzie muszą zaczekać, sir – powiedział Anthony.

Drobny mężczyzna skinął głową. Ostatecznie tego należało się przecież spodziewać.

– Może wam towarzyszyć jedna osoba – dodał szambelan.

Gość wskazał mężczyznę, który był do niego podobny.

– Pójdzie ze mną mój brat Louis – oznajmił. Skinął na pozostałych. – Wy zaczekacie tutaj.

– To nie będzie konieczne. Przygotowaliśmy posiłek w komnacie obok – zapewnił Anthony i zawołał: – Thomas!

W korytarzu otworzyły się dalsze drzwi, z których wyłonił się służący w liberii. Skłonił się lekko i zaprosił gości do jasno oświetlonej komnaty.

Przywódca skinął głową, więc ośmiu wojowników podążyło tam, gdzie czekały na nich jedzenie i napoje. Wartownicy rozstąpili się i stanęli na baczność. Anthony zapukał do drzwi.

– Wejść – rozległ się głos ze środka.

Anthony wprowadził dwóch gości do gabinetu króla.

Duncan siedział za dużym stołem.

– Wasza Wysokość – odezwał się szambelan. – Przybyli król Philippe z Gallii oraz jego brat, książę Louis.

Duncan, król Araluenu, podniósł się z miejsca i obszedł stół, by przywitać gości.

– Witam w Araluenie – powiedział, wyciągając rękę.

Philippe uścisnął jego dłoń.

– Dziękuję, że zechcieliście nas przyjąć – odparł.

Duncan zbył te słowa wzruszeniem ramion.

– Powinniśmy zawsze być gotowi pomagać przyjaciołom. – Skinął głową drugiemu z mężczyzn. – Książę Louisie – powiedział.

Królewski brat skłonił się z gracją.

– Wasza Wysokość – odparł i wyprostował się.

Duncan przyjrzał się mężczyznom. Byli wyraźnie zmęczeni po podróży i pokryci pyłem z drogi.

– Jest już późno, a wy przybywacie z daleka. Na pewno jesteście znużeni i głodni.

Philippe lekko wydął wargi i skinął głową.

– To był ciężki dzień – przyznał.

– Wasze komnaty są już przygotowane. Zaraz przyślę tam jedzenie i napoje, a także gorącą wodę do kąpieli, jeśli chcecie się odświeżyć. Wyśpijcie się dobrze, porozmawiamy rano.

Philippe po raz pierwszy się uśmiechnął.

– Będziemy za to niezwykle wdzięczni. Mamy wiele do omówienia.

Duncan przechylił głowę na bok.

– Nie wątpię – odparł.


Stary, poobijany wiejski wóz pilnie wymagał odmalowania. Drewniana półoś prawego koła całkiem wyschła, ponieważ smar wytarł się dawno temu, i skrzypiała teraz w regularnym rytmie – irytujący dźwięk skłaniał wszystkich do zaciśnięcia zębów. Najwyraźniej nie przeszkadzało to staremu farmerowi, który jechał na wozie. Siedział przygarbiony na koźle i cmokał językiem, by pogonić muła zaprzęgniętego w hołoble.

Muła nieustannie należało poganiać. Był uparty i marudny, jak większość jego pobratymców, zaś wóz był ciężki i zapakowany zbiorami z farmy. Dno wypełniały snopy pszenicy i jęczmienia, a także worki ziemniaków, warkocze cebuli i osiem czy dziewięć dorodnych dyń. Z tyłu, głowami w dół, wisiało dziewięć ubitych tłustych kaczek, chwiały się, gdy drewniane koła podskakiwały i kołysały się na wybojach kolein. Ptaki miały oczywiście zostać sprzedane na mięso, ale ich pióra także były cenne jako materiał do wypychania poduszek. Ta podwójna wartość znajdowała odzwierciedlenie w cenie, jaką farmer mógł dostać za nie na targu.

Za wozem, przywiązane do tylnej osi, dreptały dwie młode owce – baran i maciorka. Były najcenniejsze z tego, co farmer zabierał na targ. Baran mógł zostać wykorzystany do rozrodu, zaś runo maciorki już teraz było grube i gęste. Kiedy podrośnie, będzie w każdym sezonie dostarczać dużo wełny.

Farmer był drobnym mężczyzną, a kiedy się pochylał na koźle, sprawiał wrażenie przygniecionego wiekiem i latami ciężkiej pracy. Sądząc jednak z jakości i ilości produktów wiezionych na targ, jego trud się opłacał. Nosił starą połataną koszulę, a na głowę nasunął bezkształtny słomiany kapelusz. Spodnie były z szorstkiej wełny, przędzionej w domu, a buty ze skóry – stare, ale dobrze utrzymane. W czasach, gdy większość ludzi na wsi mogła pozwolić sobie tylko na drewniane chodaki wypchane sianem, te buty stanowiły dowód zapobiegliwości i dobrobytu – podobnie jak jakość produktów na wozie.

Droga wspięła się na niewielkie wzgórze, a otwarte pola po obu stronach powoli zaczęły ustępować miejsca gęstemu lasowi, w którym głębokie cienie drzew ukrywały każdego, kto mógłby obserwować trakt.

A teraz właśnie ktoś go obserwował. Dokładnie czterech ktosiów przyglądało się poskrzypującemu wozowi, który toczył się powoli wśród drzew. Po obu stronach drogi rozciągało się jeszcze osiem czy dziewięć metrów otwartej przestrzeni, dalej zaś zaczynała się ściana lasu. Farmer spojrzał obojętnie na mroczne cienie po bokach drogi i poprawił się na koźle, żeby znaleźć wygodniejszą pozycję. Nic nie wskazywało, by zauważył wśród drzew milczących obserwatorów.

Przywódcą grupy był przysadzisty, około trzydziestoletni brodacz. Miał proste ubranie – kaftan i domowej roboty spodnie – a także płaszcz z niedźwiedziej skóry. Kaptur zrobiono z łba niedźwiedzia. Na pierwszy rzut oka wyglądało to imponująco i groźnie – jakby warczący pysk znajdował się tuż nad brodatą, brudną twarzą mężczyzny. Jeśli jednak ktoś przyjrzałby się uważniej, dostrzegłby bez wątpienia, że niedźwiedź w chwili śmierci nie był w najlepszej formie. Jeden z kłów był ułamany w połowie, a w licznych miejscach, gdzie futro się wytarło, prześwitywały łyse placki skóry. Ten opłakany stan płaszcza i kaptura nie przeszkadzał jego właścicielowi. Sam siebie nazywał Bartonem Niedźwiedziobójcą i zyskał w okolicy złą sławę jako przywódca bandy rabusiów napadających na prostych ludzi – farmerów i mieszkańców pomniejszych wiosek.

Barton siedział na niskiej gałęzi drzewa i przyglądał się skrzypiącemu wozowi. Z irytacją spojrzał w dół, gdy jeden z jego ludzi pociągnął go za nogę.

– Co jest? – zapytał nieprzyjemnym szeptem. Mężczyzna, który nazywał się Donald, uśmiechnął się głupkowato i wskazał wóz.

– Sporo dobra tam wiezie – powiedział. Ponieważ samozwańczy niedźwiedziobójca nie odpowiadał, Donald kontynuował: – Skoczymy tam je zabrać?

– Po co mielibyśmy to robić? – zapytał Barton.

Donald energicznie wzruszył ramionami i przewrócił oczami.

– Pszenica, pyry, dyńki, kaczki i owce – wyjaśnił, jakby Barton sam tego nie widział. – Ładny grosz można by za to dostać – podsumował.

Barton potrząsnął głową i skrzywił się szyderczo.

– Po co mielibyśmy sobie dokładać roboty? – Wskazał ruchem głowy przygarbionego farmera. – Zaczekamy, aż on je sprzeda za nas.

Donald popatrzył w stronę wozu, skinął głową, ale zaraz zmarszczył brwi.

– No ale – zaczął – wtedy ich nie zabierzemy, co nie? Skoro je sprzeda, to nie będzie ich miał.

– Nie – odparł z naciskiem Barton. – Będzie miał pieniądze, które za nie dostał. Śliczne monetki robiące dzyń-dzyń.

Na brudnej, nieogolonej twarzy Donalda powoli pojawił się wyraz zrozumienia.

– A my mu zabierzemy te dzyń-dzyńki – domyślił się.

Barton z teatralną przesadą pokiwał głową.

– Tak właśnie zrobimy. Zabierzemy mu je.

Donald uśmiechnął się, ale jego uśmiech zbladł, gdy dostrzegł kolejny problem.

– Kiedy? – zapytał. – Kiedy mu je wszystkie zabierzemy?

– Po południu, kiedy będzie wracać z targu – wyjaśnił Barton.

Donald znowu się uśmiechnął, zaczynając pojmować plan przywódcy.

– Będzie tędy wracać z wszyściutkimi pieniążkami…

– A my je zabierzemy – potwierdził Barton.

Uśmiech Donalda stał się szerszy, gdy opryszek wyobraził sobie scenę, jaka miała się rozegrać po południu.

– To mu się nie spodoba, no nie? – powiedział i zarechotał ochryple.

Barton skinął głową, aż zakołysał się kaptur jego płaszcza.

– Ani odrobinę mu się nie spodoba – przyznał. – Ale czy my się tym przejmiemy?

Donald zatańczył w miejscu.

– Ani odrobinę się nie przejmiemy.

Popatrzył za wozem, który zniknął za drzewami na zakręcie traktu. Jeszcze przez minutę czy dwie słyszeli w oddali skrzypienie kół, ale potem nawet ten dźwięk ucichł.

Barton spojrzał na słońce.

– Możemy trochę odpocząć – stwierdził. – On będzie wracać dopiero za kilka godzin.

Zeskoczył z gałęzi i znalazł kępę długiej, miękkiej trawy po drugiej stronie drzewa. Położył się wygodnie i nasunął niedźwiedzią maskę na oczy, żeby je osłonić. Pozostali członkowie bandy – Jednooki Jem i Walter Blizna – poszli w jego ślady i ułożyli się na miękkiej ziemi. Donald patrzył na nich przez chwilę, zastanawiając się, czy może zrobić to samo. Powstrzymał go jednak głos Bartona.

– Ty stój na straży – oznajmił szorstko. – Może przejeżdżać jeszcze jakiś farmer.

 

Donald, lekko rozczarowany, skinął głową. Trawa była gęsta i wyglądała na chłodną i miękką.

– Tajest – powiedział. – Będę stać na straży


Dopiero po południu skrzypiące koło obwieściło powrót wozu. Rytm poskrzypywania stał się teraz szybszy, ponieważ pusty wóz poruszał się z większą łatwością niż wcześniej. Muł truchtał przed siebie, machając z zadowoleniem ogonem. Wolał ciągnąć lekki wóz niż tak ciężki, jak rano, a poza tym wracał teraz do wygodnej stodoły i worka pełnego obroku. Farmer jak poprzednio siedział na koźle, a na pustym dnie wozu leżały tylko trzy płócienne woreczki.

Wóz zniknął obserwatorom z oczu w niewielkiej kotlinie, przez którą biegła droga. Barton pospiesznie skinął na Jema i Waltera.

– Na drugą stronę drogi – polecił. – Donald i ja zaczekamy tutaj. Nie pokazujcie się, dopóki go nie zatrzymamy.

Pomagierzy nie przypomnieli, że przez ostatnie tygodnie robili to tuziny razy i nie potrzebowali instrukcji. Nie było sensu mówić takich rzeczy Bartonowi, który niezależnie od nastroju miał wybuchowy temperament. Przykucnięci, chociaż wóz nie pojawił się jeszcze w polu widzenia, przebiegli przez wąski trakt i schowali się pomiędzy drzewami. Obaj byli uzbrojeni – Jem miał własnej roboty włócznię, zaś Walter ciężką, nabijaną kolcami maczugę.

Barton również wyciągnął swoją maczugę zza drzewa, pod którym spał, i gestem nakazał, by Donald się schował.

– Nie pokazuj się – rozkazał. – Czekaj, aż cię zawołam.

Donald skinął kilka razy głową i wbiegł, pochylony, pomiędzy drzewa. Słońce było teraz niżej na niebie, a cienie w lesie stały się głębsze. Barton popatrzył za nim i skinął głową z ponurą aprobatą. Jeśli się nie wypatrywało obszarpanego rabusia, nie dało się go zauważyć.

Skrzypienie stało się głośniejsze. Barton wyjrzał ostrożnie zza drzewa. Wóz wyłonił się z kotliny i był teraz odległy zaledwie o trzydzieści metrów. Farmer wydawał się nieświadomy obecności uzbrojonej bandy. Barton uśmiechnął się złowieszczo.

– No to ma pecha – mruknął.

Nie zaskakiwało go, że tak łakoma zdobycz podróżuje samotnie traktem. Wraz ze swoimi ludźmi od trzech tygodni napadał na farmerów jadących lub wracających z targu. Większość z nich zaczęła teraz stosować środki ostrożności – podróżowali w grupach lub zatrudniali uzbrojonych strażników jako eskortę. W takich przypadkach rabusie przepuszczali farmerów bez zatrzymywania. Barton mógł pozować na nieustraszonego niedźwiedziobójcę, ale nie zamierzał nadstawiać karku w potyczce ze zbrojnymi. Nie w sytuacji, gdy nadal trafiali się głupcy podróżujący samotnie, tacy jak ten tutaj.

Pomyślał, że samotni podróżni pojawiali się jednak coraz rzadziej. Powinien niedługo przenieść się wraz ze swoimi ludźmi w nowe miejsce. Planował to od kilku dni. Teraz jednak ta bogata zdobycz sprawiała, że zwłoka mu się opłaciła.

Wóz był oddalony o dziesięć metrów, gdy Barton wyszedł zza drzewa i stanął na skraju drogi. Kilka razy machnął maczugą, pozwalając, by potężna głownia ze złowieszczym świstem przecięła powietrze.

– Stać! – ryknął, unosząc drugą rękę w oczywistym geście nakazującym zatrzymanie się.

Farmer ściągnął lejce, a muł zatrzymał się, machając ogonem i tupiąc przednią nogą. Marzył już o worku obroku, a teraz stało się jasne, że posiłek pojawi się z opóźnieniem. To wystarczyło, by wzbudzić niezadowolenie muła, który z natury był kapryśny.

– Wielkie nieba, cóż my tutaj mamy? – odezwał się spokojnie farmer.

Jego dobór słów i akcent nie przypominały prostej wiejskiej gwary, jakiej należałoby oczekiwać od zwykłego farmera. To powinno obudzić czujność Bartona. Jednak rabuś był zbyt zadowolony z siebie, żeby silić się na ostrożność. Widok wypchanych woreczków na wozie, bez wątpienia pełnych monet, całkowicie wystarczył, by przestał uważać.

– Jestem Barton Niedźwiedziobójca! – zakrzyknął, wskazując pysk niedźwiedzia na swojej głowie. To zazwyczaj wystarczało, by jego ofiary ogarnęło przerażenie. Tym razem jednak nie wywarł efektu, jakiego się spodziewał.

Farmer pochylił się na koźle i z zainteresowaniem przyjrzał niedźwiedziej masce.

– Chcesz powiedzieć, że zabiłeś tego niedźwiedzia? – zapytał bez pośpiechu.

Barton zawahał się na sekundę czy dwie, zaskoczony brakiem lęku u swojej ofiary. Potem otrząsnął się, uniósł broń i zamachał nią nad głową.

– Tak właśnie! Zabiłem go jednym ciosem tej maczugi – warknął.

Farmer przypatrzył się uważniej i podrapał po uchu, zanim odezwał się znowu.

– Jesteś pewien?

Barton był naprawdę zdumiony. Ta rozmowa nie tak powinna się toczyć.

– Co takiego? – zapytał w końcu z niedowierzaniem.

Farmer wskazał niedźwiedzią maskę.

– Jesteś pewien, że nie był już zdechły, kiedy go znalazłeś? – zapytał. – Sam popatrz, trudno powiedzieć, że był w szczytowej formie. Jeśli nie był już martwy, z pewnością znajdował się jedną nogą w grobie. Ty po prostu skróciłeś jego męki i odesłałeś go w lepsze miejsce.

– To był… to… ja… – zająknął się Barton, próbując sformułować odpowiedź. W rzeczywistości niedźwiedź przeżył długie życie i odszedł ze starości, zanim bandyta go znalazł. Jednakże nikt wcześniej nie kwestionował przechwałek rabusia. Frustracja i wściekłość w końcu wzięły górę, a on odzyskał głos. – Oczywiście, że go zabiłem! – oznajmił. – Zaatakował mnie, a ja go zabiłem. Dlatego jestem znany jako Barton Niedźwiedziobójca.

Farmer nie wydawał się przekonany.

– Hmm – powiedział z namysłem. – Jesteś pewien, że nie nazywają cię „Barton Zadek Zdechłego Misia”? Przecież na górze masz niedźwiedzi łeb, a ty jesteś pod spodem. To by lepiej pasowało.

To było zbyt wiele dla zmieszanego rabusia. Nikt wcześniej mu się tak nie sprzeciwiał. Nikt wcześniej nie drwił sobie z niego. Nie zamierzał tego znosić. Zrobił krok w stronę wozu i uniósł groźnie maczugę.

– Złaź tutaj! – rozkazał. – Rzuć mi te woreczki i złaź tutaj, albo rozwalę ci łeb!

Farmer popatrzył na niego kpiąco i przechylił głowę na bok.

– Nie sądzę – odpowiedział.

Barton wydał ryk wściekłości i postąpił krok w stronę wozu, gotów zmieść bezczelnego farmera z jego siedzenia. Zanim jednak zdążył to zrobić, mężczyzna podniósł rękę i zatoczył nią koło w powietrzu.

Jakąś sekundę później Barton poczuł gwałtowne szarpnięcie, kiedy niedźwiedzia maska została zerwana z jego głowy i przypięta do drzewa drżącą strzałą.