Auschwitz. Szachy ze śmierciąTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

1. Gambit łotewski

2. Obrona holenderska

3. Otwarcie polskie

4. Obrona Benoniego

5. Rozgrywka pionem hetmańskim

6. Zugzwang

7. Elohim i siła osądu

8. Otwarcie Rétiego

9. Otwarcie gońcem

10. Los zatrutego piona

11. Przyjęty gambit hetmański

12. Broń Alechina

13. Debiut zamknięty

14. Dwa skoczki

15. Młynek

16. Fianchetto

17. Partia hiszpańska

18. Otwarcie Ahlhausena

19. Wariant Najdorfa

20. Kontrgambit Albina

21. Obrona bałtycka

22. Gambit monachijski

23. Obrona francuska

24. Atak Torre

25. System Colle-Koltanowski

26. Atak Trompowskiego

27. Debiut angielski

28. Otwarcie pionem królewskim

29. Partia włoska

30. Obrona Czigorina

31. Wariant Janowskiego

32. Kontrgambit Philidora

33. Atak królewsko-indyjski

34. Obrona Grünfelda

35. Obrona Caro-Kann

36. Grecki podarunek

37. Końcowa rozgrywka: cztery skoczki

38. Nieśmiertelna partia

Stopnie oficerów i podoficerów SS

Nota historyczna

Podziękowania


Tytuł oryginału

THE DEATH’S HEAD CHESS CLUB

Wydawcy

Grażyna Woźniak

Agnieszka Koszałka

Redaktor prowadzący

Katarzyna Krawczyk

Konsultacja szachowa

Joanna Góra

Redakcja

Anna Sidorek

Korekta

Krystyna Śliwa

Irena Kulczycka

Copyright © John Donoghue, 2015

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Bohdan Maliborski 2016

Wszystkie postaci w tej książce, wyjąwszy osoby publiczne, są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żyjących czy zmarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Świat Książki

Warszawa 2016

Świat Książki Sp. z o.o.

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Joanna Duchnowska

Dystrybucja

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o., Sp. j.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10

www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-813-9566-3

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1
Gambit łotewski

1944

Konzentrationslager Auschwitz III-Monowitz

Jest późne lutowe popołudnie i w obozie panuje cisza. Ostry wiatr ze wschodu – wróg z długiej listy wrogów – hula między drewnianymi barakami, wyczekując powrotu więźniów. Wszyscy wiedzą, że przemawia własnym językiem. Nie opowiada o świecie za drutami, o słońcu w odległych górach ani o śniegu prószącym na ulicach miasta. Mówi tylko o tym, czego jest świadkiem w obozie otoczonym drutem kolczastym pod napięciem: o głodzie, samotności w tłumie współwięźniów i śmierci. Światło lamp łukowych rozcina mrok i zalewa plac apelowy nienaturalną łuną, tworząc wyraziste cienie między słupami ogrodzenia. Więźniowie są głodni. Głód to kolejny wszechobecny wróg, potężny i dręczący; żrąca pustka w żołądku, której nie zapełni poranna porcja chleba ani wydawana w południe wodnista zupa.

Kolejny wróg to zmęczenie, ale więźniom nie wolno odpoczywać. Muszą bezustannie zachowywać czujność, żeby nie naruszyć niepisanych, nieznanych i nieprzewidywalnych, wprowadzanych od ręki zasad, których jedynym celem jest zwielokrotnienie sposobów gnębienia więźniów. Każda z tych zasad – oficjalna i nieoficjalna, znana i nieznana – to też wróg. Obóz jest w stanie wojny, a jedyną miarą zwycięstwa pozostaje to, że więźniowi jakimś cudem udało się przetrwać jeszcze jeden dzień.

Siedząc w budynku komendantury z filiżanką kawy w ręku w ciepłym gabinecie z widokiem na teren obozu, Obersturmführer[1] SS Paul Meissner wpatruje się w okno. To porządna kawa, a nie erzac, który dostają żołnierze na froncie, bo służba w obozie jest ciężka i walnie przyczynia się do zasobności Rzeszy. Meissner unosi filiżankę do ust i rozkoszuje się aromatem kawy. Chwila spokoju. Niemiec spogląda w niebo. Stalowoszare chmury ciągną się aż po horyzont. Meissnera pobolewa noga. To nieomylny znak, że do rana na pewno spadnie śnieg.

Meissner jest wysoki nawet jak na Niemca. Ma ciemne włosy i niepokojąco błękitne oczy. Jako członek Waffen SS jest w obozie kimś wyjątkowym; kołnierz jego munduru zdobią dwie srebrne błyskawice na czarnym tle, co odróżnia go od esesmanów z Totenkopfverbände[2] w mundurach z trupią czaszką. Meissner wyraźnie utyka. To pamiątka po pocisku z rosyjskiego czołgu, ale także coś w rodzaju honorowej odznaki, gdyż niewielu jego kolegów walczyło na froncie. Meissner spędza dnie w Abteilung I. Jego bezpośrednim przełożonym jest komendant obozu. Do obowiązków Obersturmführera należy nadzór nad licznymi podobozami Auschwitz, głównie nad dawnym Zwangsarbeitslager Juden, obozami w Fürstengrube i Blechhammer oraz innymi, położonymi jeszcze dalej. Odpowiada za personel SS. Dwaj Scharführerzy i dowodzeni przez nich ludzie codziennie dokonują dla niego cudów, tworząc harmonogramy dotyczące więźniów i środków transportu.

Najwięcej kłopotów przysparza mu IG Farben Werke, przypominający labirynt kompleks przemysłowy Buna, obsługiwany przez obóz w Monowicach. Olej syntetyczny i kauczuk wytwarzane z węgla wydobywanego w okolicznych kopalniach mają kluczowe znaczenie dla przebiegu wojny, tymczasem budowa zakładu przeciąga się o kilka miesięcy; jak dotąd nie wyprodukowano tam ani kropli oleju czy grama kauczuku.

Nagle, bez ostrzeżenia, cisza zostaje przerwana. Obozowa orkiestra[3] zaczyna wygrywać melodię dziarskiego marsza. Meissner na próżno próbuje sobie przypomnieć jego nazwę. Spogląda na zegarek. Gdzie się podział ten dzień?

Po kilku minutach, kiedy już ogłoszono fajrant, więźniowie pojawiają się w obozie. Wrażenie jest tak absurdalne, że niemal komiczne. Ludzkie wraki w brudnych pasiakach maszerują w takt wesołej melodii. Paru kapo[4] zmusiło nawet swoich ludzi do śpiewania. Prowadzą ich wprost na plac apelowy, gdzie tworzą szerokie na pięciu więźniów kolumny. Ci, którzy przybyli wcześniej, marzną na zimnym wietrze, czekając na pozostałych. Jest ich ponad dziesięć tysięcy, więc minie sporo czasu, nim się zbiorą i rozpocznie się apel.

 

Jednego z więźniów przywieźli tu niedawno, z Francji. Jeszcze nie ma zapadniętych oczu i nie nabrał przerażającego obozowego wyglądu. Co prawda schudł i pasiak wisi na nim luźno, ale zdrowie wciąż mu dopisuje. Kiedyś miał nazwisko, w innym życiu, które nie było jedynie codzienną walką o przetrwanie. Nazywał się Emil Clément i był zegarmistrzem. Teraz to tylko Häftling[5] o numerze 163291.

W oczach Rzeszy Emil jest winny zbrodni, dla której nie ma wybaczenia: urodził się Żydem.

Na placu apelowym zalega cisza. Zaczyna się odliczanie. Więźniowie muszą stać na baczność, nie zważając na lodowate podmuchy wichru kąsające ich wyniszczone ciała. Wyczekują znużeni i pełni niepokoju. Jeśli coś nie będzie się zgadzać, liczenie zacznie się od nowa. Dzisiaj wszystko jest w porządku. Rapportführer jest zadowolony. Więźniowie mogą się rozejść. Można by przypuszczać, że rozlegnie się zbiorowe westchnienie ulgi, ale nic z tego, bo nie mogą liczyć na odpoczynek. Nie chcą marnować sił.

Emil pada na pryczę. Zwykle pracuje w warsztacie, gdzie wyrabia maleńkie mechanizmy potrzebne do napraw licznych przyrządów służących do mierzenia i regulowania procesów, które tworzą krwiobieg zakładów Buna. Podobne wykonywał wcześniej, montując je w zegarkach. Dzisiaj zabrakło jednak prądu i przydzielono go do komanda, które rozładowywało z wagonów worki z cementem i układało je w magazynie. Emil jeszcze nigdy nie był tak zmęczony. Boli go każdy mięsień. Niedopasowane drewniane chodaki poobcierały mu stopy. Już nawet nie czuje stale doskwierającego głodu.

Emil dzieli pryczę z innym Francuzem, Yves’em. Przybyli do Auschwitz jednym transportem z obozu internowania w Drancy, ale nie znali się, zanim przydzielono im tę samą pryczę. Początkowo Emil czuł obrzydzenie na myśl, że będzie spał w tym samym łóżku z obcym mężczyzną. Teraz już jednak wie, że miał szczęście. To jedyne momenty, kiedy jest mu tu ciepło. Bardzo się zaprzyjaźnili i nawzajem nad sobą czuwają. Jeśli jednemu uda się zdobyć jakieś jedzenie – najcenniejszy obozowy skarb – dzieli się z drugim. Odwrotnie postępują inni więźniowie z baraku. Emil zauważył, że większość skupia się na własnych sprawach. Ich życie wisi na włosku i nie są w stanie znieść myśli, że mogliby się czymś dzielić. Ta samotność jest źródłem ich słabości, a zarazem wzmacnia nadzorców. Auschwitz to obóz, w którym wszystko dzieli.

Yves wspina się na pryczę. Śpią na trzeciej, najwyższej.

– Posuń się – rzuca.

Emil jęczy, zmuszając do wysiłku utrudzone ciało.

– Miałem dziś dobry dzień – oznajmia z uśmiechem Yves i przesuwa w stronę Emila bryłkę czarnego chleba. – Jeden Polak zostawił wełniany pasiak. Zorganizowałem go, kiedy nikt nie patrzył.

„Zorganizować” znaczy w obozie tyle, co ukraść. Więźniowie muszą to robić, żeby przeżyć. Niedorzeczne zasady obowiązujące w Auschwitz zachęcają do kradzieży, ale jeśli złodziej zostanie złapany, czeka go surowa kara.

– Przemyciłem go pod pasiakiem.

To cenna, choć ryzykowna zdobycz. Na dłuższą metę trudno ją ukryć. Lepiej wymienić na inny towar. W pralni położonej w zakątku obozu najbardziej oddalonym od kwater SS kwitnie handel wymienny. Codziennie tuż po apelu ruszają tam setki więźniów. Jedni sprzedają, inni kupują. To rynek kupującego, bo wszyscy mają puste żołądki, a obozową walutą pozostaje chleb. We wrzawie chaotycznych transakcji wymiennych ludzi o wytrzeszczonych z głodu oczach można przekonać do obniżenia cen. Łyżek i noży potrzebują wszyscy, ale władze obozu ich nie zapewniają. Trzeba je kupić. Są tu zbywane także inne przedmioty zorganizowane przez więźniów.

– Co z nim zrobiłeś? – pyta Emil.

– Sprzedałem blokowemu z szesnastki. Za dwie racje chleba.

To uczciwa cena. Mężczyźni jedzą w milczeniu, smakując każdy kęs, choć dokucza im świadomość, że pozostali więźniowie z baraku też są głodni. Nikt im nie przeszkadza. To niepisany obozowy kodeks. Gdyby znaleźli się w takiej samej sytuacji, zachowaliby się identycznie.

Wkrótce gaśnie światło i obóz pogrąża się w niespokojnym śnie. Już za parę godzin znów zacznie się mordęga.

Yves jest wdzięczny losowi za to, że skojarzył go z Emilem. To łagodny i kulturalny człowiek. Bez końca rozmawiają o przedwojennej Francji. Yves’a ciekawi zamiłowanie Emila do szachów.

– Wyjaśnij mi jeszcze raz, na czym polega gambit łotewski – szepcze do kolegi w ciemnościach.

1 Patrz tabela stopni w formacjach SS.

2 SS dzieliła się na trzy formacje: Algemeine SS, Waffen SS oraz Totenkopfverbände skupiającą strażników obozów koncentracyjnych. Tylko ci ostatni nosili emblemat trupiej czaszki na prawej klapie kołnierza.

3 Orkiestrę złożoną z więźniów utworzono w obozie macierzystym Auschwitz w 1941 roku. Później powstały podobne orkiestry w obozach Birkenau i Monowitz. Muzycy grali, kiedy więźniowie opuszczali teren obozu i gdy do niego wracali. Według jednego ze źródeł orkiestra grywała „podczas wszystkich ważnych wydarzeń” – przy okazji przemówień komendanta, transportów oraz egzekucji przez powieszenie. Dostarczała również rozrywki esesmanom oraz więźniom w lazarecie. Największą sławę zyskała orkiestra kobieca z Birkenau. Na jej czele stała Alma Rosé, znana austriacka skrzypaczka żydowskiego pochodzenia, która zmarła w 1944 roku.

4 Esesmani dokonywali selekcji więźniów, tzw. Prominenten, którymi wysługiwali się do zarządzania obozem. Zazwyczaj byli to Niemcy skazani za przestępstwa pospolite bądź więźniowie polityczni. Ältesten, blokowi, zarządzali barakami, a Kapo brygadami robotników, czyli Kommando. Funkcyjni korzystali z obozowych przywilejów, o ile utrzymywali pozostałych więźniów w karbach. By zachować swój status, często działali niezwykle brutalnie. Istnieją liczne relacje dotyczące katowania więźniów na śmierć nawet za drobne lub wyimaginowane przewinienia.

5 Więzień.

2
Obrona holenderska

1962

Grand Hotel Krasnopolsky, Amsterdam

Wywiad miał się ku końcowi. Prowadzący, stary wyga, który umiał przyszpilić każdego rozmówcę, nie zadał jeszcze tego najważniejszego pytania. Aż w końcu ze zręcznością iluzjonisty rzucił:

– Wielu widzów chciałoby usłyszeć o pańskim pobycie w Auschwitz.

Szczupły mężczyzna siedzący naprzeciwko poruszył się w fotelu i westchnął. Spojrzał jeszcze na magnetofon, jakby liczył, że szpule przestaną się kręcić. Znowu ktoś wyciąga ten temat; znowu pisk hamulców i jego życie nagle staje. Auschwitz. Po prawie dwudziestu latach wciąż go prześladuje. Dawanie świadectwa o tamtych okrutnych czasach traktował jako swój obowiązek, ale nie przychodziło mu to łatwo. Tutaj zupełnie się tego nie spodziewał. Uniósł głowę i spojrzał na swojego dręczyciela. Jego oczy miały szary, posępny kolor jak niebo, kiedy zanosi się na deszcz. Oczy te zdawały się przenikać rozmówcę i docierać do tajemnic, które powinny pozostać ukryte.

Prowadzący opanował dreszcz. Świadom, że nagle zapadła cisza, postanowił ją przerwać.

– Pańska niechęć do rozmawiania o tych sprawach jest całkowicie zrozumiała...

– Niechęć? – Słowo to zabrzmiało ostro, jakby rozmówca został złapany na kłamstwie. – Nie do końca. Raczej nie wiem, co powinienem powiedzieć. Padło już tyle słów na ten temat, że pewnie niewiele zostało do dodania. To skomplikowane. Jeśli zacznę, dokąd nas to zaprowadzi? Oczywiście gdzieś w tyle głowy kołacze się pytanie, do czego w rzeczywistości pan zmierza. – Mężczyzna podświadomie zacisnął długie szczupłe palce na poręczach fotela. – Chce się pan dowiedzieć, jak naprawdę wyglądało życie w obozie koncentracyjnym, czy też pragnie usłyszeć drastyczne opowieści o tym, co musieliśmy robić, żeby przeżyć?

Prowadzący zdawał sobie sprawę, że widzowie nie darują mu braku empatii, zmienił więc taktykę.

– W książce napisał pan, że Niemcy, którzy przeżyli wojnę, nie mogli pozostać nieskalani tym, co działo się w obozach śmierci. Czyli, można by rzec, odpowiedzialność zbiorowa. Naprawdę uważa pan, że wszyscy Niemcy są winni? Nie było dobrych Niemców?

Pytania nie wywołały spodziewanej reakcji. Mężczyzna pochylił głowę i przesunął ręką po rzednących włosach.

Prowadzący postanowił go ponaglić.

– Mijnheer Clément?

– Najwyraźniej wszyscy chcą, żebym spędził resztę życia na poszukiwaniu dobrego Niemca. Dlaczego? Żeby przeprosił? Za to nie można przeprosić. Chce pan dobrego Niemca? Odpowiem panu: Nie widziałem takiego. Ani jednego. – Clément wypowiedział ostatnie słowa powoli i wyraźnie.

Prowadzący wyczuł, że to jeszcze nie wszystko, i drążył dalej.

– Nie wspomina pan o tym w książce, ale czy przypadkiem to nie Niemiec uratował życie pańskiej żonie?

Clément rzucił mu złe spojrzenie.

– Tak, w pewnym sensie to prawda. Nie nawiązałem do tego w książce, bo pisałem o własnych przeżyciach, nie mojej żony. Opowiem jednak, co jej się przydarzyło, choćby po to, by rozwiać mit o dobrym Niemcu. – Powiedział to ostrym tonem, z trudem panując nad głosem. Nim ponownie się odezwał, pociągnął łyk wody. – Oboje przeżyliśmy, choć żadne nie wiedziało, że to drugie żyje. Minęły miesiące, zanim ją odnalazłem. W jej karcie obozowej odnotowano, że zginęła – „zastrzelona podczas próby ucieczki” – co zwykle było eufemistycznym określeniem zgonu w wyniku tortur. Ale nie zginęła; przebywała w obozie Mauthausen w Austrii. Zachorowała na szkarlatynę i trafiła do szpitala. Gdyby nie była taka osłabiona... – Głos mu się załamał, musiał odchrząknąć. – Chciała prosić mnie o wybaczenie. Za co? – zdziwiłem się. – Nie mam ci czego przebaczać. Upierała się jednak i krok po kroku opowiedziała mi o tym, co musiała zrobić, żeby przeżyć.

Życie uratowała jej notatka. Tak, krótka notatka. Taka, którą mógł napisać każdy z najróżniejszych powodów – jak listę zakupów, przypomnienie, przeprosiny, żądanie zapłaty, asygnata – ciasno zwinięty kawałek papieru, który uderzył ją lekko w tył głowy i upadł na podłogę. Wiedziała, że musiał go rzucić któryś ze strażników. Przydepnęła papierek i rozejrzała się wokół, żeby sprawdzić, kto to zrobił. W pobliżu stało dwóch esesmanów. Podniosła karteczkę i poprosiła o pozwolenie na wyjście do latryny. Notatka zawierała trzy słowa: „Czy jesteś głodna?”.

To był Niemiec, jeden ze strażników. Tak, uratował jej życie, ale ceną była jej godność i szacunek do samej siebie. Uratował jej życie, ale byłoby lepiej, gdyby tego nie zrobił, bo czuła, że zdradziła nie tylko mnie, lecz także pamięć naszych dzieci. Czy zasługiwała na życie, skoro one zginęły? Podobnie jak ja czy ktokolwiek inny nie mogła stłumić woli życia, ale nie umiała też wybaczyć sobie, że się jej poddała. – Clément pochylił się w fotelu i wyprostował palec wskazujący, jakby chciał upomnieć swojego rozmówcę. Jego głos stwardniał i wypełnił się goryczą. – Pyta pan, czy to był dobry Niemiec. Jeśli wykorzystywanie bezbronnych, takich, którzy nie mają nic, skazanych na beznadziejną wegetację jest dobre, to był dobry. Ale dla mnie to, co uczynił, było obrzydliwością.

*

Emil Clément ruszył z Grand Hotelu Krasnopolsky przez ruchliwy plac Dam do swojego hotelu, dużo skromniejszego, położonego nad kanałem Singel. Nie miał daleko. Z okien pokoju widać było niewielki most, po którym przemykali rowerzyści z rozmarzonym wyrazem twarzy właściwym mieszkańcom Amsterdamu.

Emila zastanowiła dociekliwość prowadzącego program. Tego się nie spodziewał. Przecież nie był politykiem ani żadnym gwiazdorem, tylko szachistą. Czuł się nieswojo. Może nie powinien był wracać prosto do hotelu. Zamyślony, stanął przy recepcji.

– Mogę w czymś pomóc, mijnheer Clément? Życzy pan sobie klucz?

Emil rzucił spojrzenie recepcjoniście, postawnemu mężczyźnie po sześćdziesiątce.

– Może by i pan mógł. Czy jest w tym mieście takie miejsce, w którym ludzie grają w szachy? Jakiś skwer albo park?

– Oczywiście. – Mężczyzna się uśmiechnął. – Musi pan pójść na Leidseplein. Na pewno spotka pan tam szachistów. To spory kawałek stąd, ale może pan pojechać tramwajem z placu Dam. Łatwo trafić.

 

– Dziękuję, przespaceruję się. – Clément skinął głową. – Chętnie się przewietrzę.

*

Lijsbeth Pietersen szła połyskującymi złotem korytarzami hotelu Krasnopolsky tak szybko, jak pozwalały jej na to godność i wysokie obcasy. Trzymała w ręku ważną, a nawet bardzo ważną, kartkę, której treść mogła storpedować mający się rozpocząć za dwa dni międzystrefowy turniej Światowej Federacji Szachowej, jeszcze zanim przesunięto pierwszy pion. Lijsbeth poważnie traktowała swoje obowiązki. Turniej międzystrefowy miał duże znaczenie. Jego zwycięzcy kwalifikowali się do turnieju pretendentów, a ci do mistrzostw świata.

Przystanęła przy drzwiach pokoju głównego sędziego turnieju, opanowała irytację i zapukała. Mężczyzna w ciemnym garniturze stał przy oknie, przyglądając się beznamiętnie ludziom przechodzącym przez skwer. Kiedy Lijsbeth weszła do pokoju, obrócił się w jej stronę.

– Pani Pietersen – przywitał ją, uśmiechając się blado. – Czemu zawdzięczam tę przyjemność tym razem?

Lijsbeth z wystudiowaną pieczołowitością położyła karteczkę na stojącym między nimi biurku i rozprostowała ją na lakierowanym blacie.

– Wiem, że już pan to widział, mijnheer Berghuis – odparła stłumionym ze złości głosem. – Chciałabym się dowiedzieć, dlaczego nie uznał pan za stosowne, żeby mnie o tym powiadomić, a także, co zamierza pan z tym zrobić.

Harry Berghuis wyciągnął okulary z górnej kieszeni marynarki. Minął tydzień, a Lijsbeth Pietersen już zaczęła go drażnić. Był głównym sędzią turnieju, a ona ledwie administratorką, co najwyraźniej z trudem do niej docierało. Harry usadowił się za biurkiem i podniósł kartkę.

Zawierała wynik losowania par pierwszej rundy turnieju. Berghuis rzucił na nią okiem i odłożył na biurko.

– Nie wiem, co tak panią zdenerwowało – odparł. – A jeśli chodzi o to, „co zamierzam z tym zrobić”, to odpowiem krótko: nic. Mecze odbędą się zgodnie z wynikiem losowania, jak zawsze.

Spojrzenie Lijsbeth nie pozostawiało wątpliwości co do jej opinii na temat inteligencji rozmówcy. Wziąwszy do ręki długopis, zakreśliła na kartce dwa nazwiska.

– Proszę spojrzeć.

Berghuis zerknął na kartkę i pokręcił ze zdziwieniem głową.

– I co?

– W pierwszej rundzie spotkają się Emil Clément i Wilhelm Schweninger.

– Musi się pani nauczyć wyrażać jaśniej. Mówi pani bez sensu.

– Emil Clément reprezentuje Izrael. Przeżył Auschwitz. Jest autorem bestselerowych wspomnień, w których stwierdza, że nie było kogoś takiego jak dobry Niemiec.

– A Schweninger jest Niemcem. – Berghuis spojrzał na nią lekceważąco. – I co z tego?

– Nie pierwszym z brzegu Niemcem. Podczas wojny pracował w Ministerstwie Propagandy.

– I co? – Berghuis westchnął.

Lijsbeth zacisnęła usta. Czy naprawdę jest aż tak tępy?

– Żeby pracować w Ministerstwie Propagandy, musiał być członkiem NSDAP. – Zbliżyła się do biurka, oparła palce na blacie i pochyliła się nad Berghuisem. – Czy teraz mówię z sensem?

Berghuisowi nie spodobał się jej ton. Poczuł, jak tężeje mu twarz, i sięgnął ręką do kołnierzyka. Próbował go rozpiąć, licząc, że znajdzie jakiś powód, by przejść do porządku nad tym, co powiedziała.

– Wielu Niemców było członkami partii nazistowskiej – odrzekł. – Skazali go za zbrodnie wojenne?

– To bez znaczenia. Media będą miały używanie, jeśli to podchwycą.

Berghuis ponownie wziął do ręki kartkę, jakby to mogło sprawić, że problem sam się rozwiąże.

– Cholera – zaklął pod nosem. – Co pani proponuje?

– Jedynym wyjściem jest przeprowadzenie ponownego losowania w taki sposób, by mieć pewność, że ci dwaj rozegrają mecz nie wcześniej niż w finale.

– Nie. – Berghuis pokręcił głową. – Wykluczone. Wszyscy zawodnicy dostali już powiadomienia.

– Możemy wyjaśnić, że doszło do pomyłki i że procedurę należy powtórzyć.

– Do jakiej pomyłki? Losowanie odbyło się na oczach co najmniej dwudziestu osób.

Lijsbeth nie mogła się powstrzymać, by tego nie skomentować.

– Może teraz rozumie pan, dlaczego powinien był powierzyć zadanie dokładnego sprawdzenia uczestników turnieju mnie. To coś więcej niż tworzenie radosnych biografii na użytek mediów.

Berghuis spuścił głowę.

– Tak, rzeczywiście – przyznał. – Ale teraz to już nieistotne. Trzeba się zastanowić, co należy zrobić. Jeśli powtórzymy losowanie, ktoś wyczuje pismo nosem i dziennikarze na pewno nam nie odpuszczą. Nie. Zostawmy to tak, jak jest, i módlmy się o cud.

– Mamy nic nie robić i liczyć, że nikt się nie połapie? – Lijsbeth obdarzyła arbitra pobłażliwym uśmiechem. Poczuła przy tym niewielką, ale miłą satysfakcję. – Z pewnością pan wie najlepiej. To pan jest tu szefem.

*

Pięćdziesięcioletni Emil Clément był wysokim i szczupłym mężczyzną o ciemnych, przerzedzonych włosach i krótko przystrzyżonej brodzie zakrywającej dolną część twarzy. Schodząc po hotelowych schodach, podniósł kołnierz płaszcza. Mimo że był już kwiecień, chłodny wiatr znad Morza Północnego przywiewał deszcz. Emil nie przywykł do takiej pogody.

Podążył wzdłuż kanału na południe, prawie do przystani. Szukał Leidsestraat. Kiedy tam dotarł, skręcił w prawo. Przejdzie jeszcze trzy kanały i znajdzie się u celu. Skrzywił się, gdy poczuł na twarzy krople deszczu. Niebo zaciągnęło się ciemnymi chmurami. Będzie miał szczęście, jeśli napotka na placu jakiegoś szachistę.

Kiedy osiągnął wschodnią pierzeję Leidseplein, rozpadało się na dobre. Plac rzeczywiście był pusty, jeśli nie liczyć paru desperatów szarpiących się z parasolami lub szukających schronienia w wejściach do sklepów. Emil skrył się w pobliskiej kafejce.

Barman wycierał kontuar ścierką nie pierwszej świeżości.

– Nog regent het?

– Przepraszam – odpowiedział po angielsku Emil – nie mówię po niderlandzku. Zna pan francuski albo niemiecki?

– Ja, Ich kann gut Deutsch sprechen. – Barman się uśmiechnął.

Emil zamówił kawę i dorzucił:

– Słyszałem, że można tu pograć w szachy.

Barman wskazał kciukiem salę na zapleczu.

– Pewnie znajdzie pan tam paru chętnych. To stali bywalcy, więc zapewne trochę potrwa, zanim dopuszczą pana do gry.

Postawił filiżankę z kawą na kontuarze. Emil wręczył mu kilka monet.

– Nieważne – odrzekł. – Z przyjemnością choćby popatrzę.