Zrozumieć kotaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Przedmowa

Podziękowania

Wprowadzenie

Kot pojawia się na progu

Kot wychodzi z dziczy

Krok wstecz, dwa kroki do przodu

Kot uczy się życia z ludźmi

Świat według kota

Kocie myśli i kocie uczucia

Koty między sobą

Kot i jego człowiek

Kot jako indywidualność

Koty i dzika przyroda

Koty w przyszłości

Propozycje dalszych lektur

Przypisy

Tytuł oryginału: CAT SENSE. HOW THE NEW FELINE SCIENCE CAN MAKE YOU A BETTER FRIEND TO YOUR PET

Redakcja: Robert Sudół

Korekta: Ewa Jastrun

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka Aureusart

Zdjęcie na okładce: Zoltan Katona/ Shutterstock

Copyright © 2013 by John Bradshaw

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN: 978-83-8143-409-6

![logo-czarna-owca]

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Wspólna 35 lok. 5, 00-519 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Pies wpatruje się w człowieka, kot spogląda na niego z góry.

Winston Churchill

Jeśli ktoś kocha koty, jestem jego przyjacielem bez żadnych dalszych pytań.

Mark Twain


Splodge

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Przedmowa

Czym jest kot? Odkąd koty pojawiły się wśród nas, zawsze nas intrygowały. Według irlandzkiej legendy „kocie oczy to okno do innego świata” – jakiż to niezwykły świat! Większość właścicieli zwierząt domowych przyzna, że psy są szczere i uczciwe, nie skrywają swoich intencji przed człowiekiem, który poświęca im uwagę. Koty zaś są nieuchwytne: akceptujemy je takimi, jakie są, lecz one nigdy nie ujawniają, jakie są naprawdę. Winston Churchill nazywał swojego kota Jocka „asystentem do zadań specjalnych”. Znana jest jego uwaga o polityce Rosji: „Jest zagadkowa, okryta tajemnicą, pełna niejasności, ale może da się znaleźć do niej klucz”. To samo mógłby równie dobrze powiedzieć o kotach.

Czy rzeczywiście istnieje klucz do zagadki kota? Jestem przekonany, że tak i że klucza tego należy szukać w nauce. Dzieliłem dom z paroma kotami i uświadomiłem sobie, że stwierdzenie „posiadam kota” nie oddaje relacji z nimi zbyt trafnie. Byłem świadkiem narodzin kilku pokoleń kociąt, opiekowałem się kotami, gdy żałośnie się starzały i niedołężniały. Pomagałem w ratowaniu bezpańskich kotów, które dosłownie gotowe były kąsać karmiącą je rękę. A przecież nie mam poczucia, by to osobiste zaangażowanie samo w sobie wiele mi pomogło w zrozumieniu, czym koty są naprawdę. Dopiero prace naukowców – biologów, archeologów, specjalistów od psychologii zwierząt i procesów rozwojowych, badaczy DNA i antropozoologów, jak ja sam – przyniosły mi odłamki wiedzy, z których połączenia zaczął wyłaniać się prawdziwy obraz kociej natury. Wciąż brakuje nam kilku elementów, lecz ostateczny wynik już się rysuje. To dobry moment na podsumowanie: co już wiemy, co jeszcze musimy zbadać, a przede wszystkim – jak możemy użyć naszej wiedzy w celu poprawienia codziennego bytu kotów.

Wyrobienie sobie wyobrażenia o tym, co kot sobie myśli, nie powinno umniejszać przyjemności płynącej z „posiadania” go. Według jednej teorii możemy się cieszyć towarzystwem zwierząt jedynie wówczas, gdy traktujemy je jak „małych ludzi” – czyli trzymamy je w domu po prostu po to, by rzutować na nie swoje myśli i potrzeby, bez obawy, że pewnego dnia powiedzą nam, jak bardzo się mylimy. Z tego poglądu wynika logiczny wniosek: gdybyśmy byli zmuszeni pogodzić się z tym, że nasi ulubieńcy ani nie rozumieją tego, co do nich mówimy, ani się tym nie przejmują, mogłoby się nagle okazać, że już ich nie kochamy. Nie podpiszę się pod tym. Ludzki umysł jest w pełni zdolny do równoległego pielęgnowania dwóch na pozór niezgodnych ze sobą wyobrażeń o zwierzętach bez odrzucania któregokolwiek z nich. Niezliczone rysunki humorystyczne i kartki z życzeniami żywią się myślą, że zwierzęta są pod pewnymi względami podobne, pod innymi zaś zupełnie niepodobne do ludzi. Nie byłyby zabawne, gdyby jedna z tych koncepcji wykluczała drugą. W gruncie rzeczy jest wręcz przeciwnie. Im więcej dowiaduję się o kotach, zarówno z własnych, jak i cudzych badań, w tym większym stopniu cenię możliwość dzielenia z nimi życia.

Koty fascynowały mnie od dzieciństwa. Nie było ich wtedy ani w moim domu, ani u sąsiadów. Jedyne, jakie znałem, żyły na farmie na końcu ulicy i nie były to zwierzęta domowe, tylko podwórzowe myszołapy. Gdy przechodziliśmy tamtędy z bratem, nieraz któryś z nich w drodze z lamusa do stodoły rzucał nam intrygujące spojrzenie, lecz były to zwierzęta bardzo zaaferowane i niespecjalnie przyjazne dla ludzi, zwłaszcza małych chłopców. Kiedyś farmer pokazał nam gniazdo z kociętami ukryte w stogu siana. Nie starał się jednak zbytnio oswajać swoich kotów, były dla niego tylko ochroną przez szkodnikami. W tamtym czasie sądziłem, że kot to po prostu jeszcze jedno wiejskie zwierzę, takie jak kurczaki biegające po podwórku lub krowy spędzane co wieczór do obory na udój.

Pierwszym domowym kotem, którego poznałem, był neurotyczny burmańczyk o imieniu Kelly, dokładne przeciwieństwo tamtych kotów z farmy. Kelly należał do przyjaciółki mojej matki, która cierpiała na nawroty choroby i nie miała żadnego sąsiada, który mógłby zaopiekować się kotem podczas jej pobytu w szpitalu. Braliśmy go więc na przechowanie. Nie można go było wypuszczać na dwór, gdyż mógłby wtedy uciec do swojego domu. Nieustannie miauczał, jadł tylko gotowanego dorsza i najwyraźniej był przyzwyczajony, że stanowi wyłączny przedmiot zainteresowania swojej zwariowanej właścicielki. Podczas pobytu u nas spędzał większość czasu ukryty za kanapą, ale gdy dzwonił telefon, w kilka sekund wyskakiwał z kryjówki, upewniał się, że moja matka jest zajęta rozmową, po czym zatapiał swe długie, burmańskie kły w jej łydce. Osoby często do nas telefonujące wiedziały, że najpóźniej po dwudziestu sekundach rozmowę przerwie okrzyk bólu i wymamrotane pod nosem przekleństwo. Co zrozumiałe, nikt z nas nie lubił specjalnie Kelly’ego i zawsze czuliśmy ulgę, gdy wracał do własnego domu.

Dopiero gdy zacząłem hodować własne zwierzęta, doceniłem przyjemność płynącą z towarzystwa normalnego kota – to znaczy kota, który mruczy, kiedy się go głaszcze, i wita człowieka, ocierając się o jego nogi. Doceniali to zapewne również pierwsi ludzie, którzy przed tysiącami lat wpuścili koty za swój próg. Tego rodzaju oznaki przyjaźni są również właściwe oswojonym egzemplarzom afrykańskiego żbika – odległego przodka kota domowego. Waga przywiązywana do tych cech stopniowo zwiększała się na przestrzeni wieków. Podczas gdy współcześni właściciele kotów cenią je nade wszystko za ich przymilność, przez większą część historii koty musiały zapracować na utrzymanie, zwalczając myszy i szczury.

Wraz z rosnącą wiedzą o kotach coraz bardziej doceniałem ich utylitarną przeszłość. Splodge, puszysty czarno-biały kociak, którego kupiliśmy naszej córce w charakterze rekompensaty za konieczność przeprowadzki, szybko wyrósł na dużego, kudłatego i dość humorzastego łowcę. W przeciwieństwie do wielu innych kotów nie czuł lęku przed szczurami, nawet dorosłymi. Wkrótce nauczył się, że zostawianie nieżywego gryzonia na środku kuchni, żebyśmy mogli go zobaczyć, gdy zejdziemy na śniadanie, nie spotyka się z aprobatą, więc zaczął zachowywać szczegóły swojej myśliwskiej działalności dla siebie – choć sądzę, że dla szczurów nadal nie miał litości.

 

Śmiały wobec szczurów Splodge zwykle stronił od innych kotów. Nieraz słyszeliśmy trzask kociej klapki wejściowej, kiedy w szalonym pośpiechu wpadał do domu, i jeśli się wówczas zerknęło przez okno, zwykle można było zobaczyć jednego ze starszych kotów z sąsiedztwa wpatrującego się w nasze ogrodowe drzwi. Splodge miał ulubiony teren łowiecki w pobliskim parku, ale przemykał się tam i z powrotem niezauważalnie. Jego nieśmiałość wobec przedstawicieli własnego gatunku, zwłaszcza samców – cecha często występująca u kotów – była przejawem niskich umiejętności społecznych, co jest może najważniejszą różnicą między kotami a psami. Większość psów bez trudu „dogaduje się” ze swymi pobratymcami; dla kota inny kot na ogół jest zagrożeniem. Mimo to wielu dzisiejszych właścicieli spodziewa się, że ich pupil bez zastrzeżeń zaakceptuje takiego intruza – bez skrupułów biorą dodatkowego kota na wychowanie albo zmieniają mieszkanie, przenosząc swoje niczego niepodejrzewające zwierzę do nowego środowiska, które jakiś inny kot uważa za swoje terytorium.

Kotu nie wystarcza stabilne środowisko społeczne. Spodziewa się, że właściciele zapewnią mu również trwałe środowisko fizyczne. Kot jest z natury zwierzęciem terytorialnym, które mocno zapuszcza korzenie w swoim otoczeniu. Niektórym wystarcza dom właściciela. Kolejna moja kotka, Lucy, nie przejawiała zainteresowania polowaniem, chociaż była cioteczną wnuczką Splodge’a. Rzadko oddalała się dalej niż o kilkanaście metrów od domu – tylko kiedy miała okres, znikała nawet na całe godziny za murem naszego ogrodu. Za to Libby, urodzona w naszym domu córka Lucy, była równie dzielnym myśliwym jak Splodge, lecz wolała przywoływać do siebie kocury, zamiast ich szukać. Chociaż wszystkie trzy koty, Splodge, Lucy i Libby, były spokrewnione i wszystkie spędziły w tym samym domu większość życia, każdy z nich miał odrębną osobowość, i jeśli, obserwując je, nauczyłem się czegoś, to tego, że nie istnieje coś takiego, jak „typowy kot”: koty różnią się charakterem tak samo jak ludzie. Ta obserwacja zainspirowała mnie do badań nad przyczynami tych różnic.

Transformacja kota z tępiciela gryzoni w zwierzę do towarzystwa nastąpiła niedawno i w szybkim tempie, a ponadto – zwłaszcza z punktu widzenia kota – nie dobiegła końca. Dzisiejsi właściciele oczekują od swoich kotów zupełnie innych cech niż te, które były normą jeszcze przed wiekiem. Pod wieloma względami koty opierają się swojej świeżo zyskanej popularności. Wielu ludzi wolałoby, żeby nie mordowały bezbronnych, małych ptaszków i myszek, a ci, którzy wyżej cenią dziką faunę niż zwierzęta domowe, coraz mocniej podnoszą głos przeciwko łowieckim skłonnościom kotów. Wydaje się, że koty budzą obecnie w ludziach więcej wrogości niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich dwóch stuleci. Czy miałyby szansę w ciągu kilku zaledwie pokoleń porzucić swoją naturę najskuteczniejszego wroga gryzoni pozostającego na usługach człowieka?

Same koty obojętnie odnoszą się do kontrowersji, jakie budzi ich drapieżna natura, lecz są aż nadto świadome problemów, na które napotykają w kontaktach z innymi przedstawicielami własnego gatunku. Ich niezależność, dzięki której są zwierzętami wyjątkowo łatwymi do utrzymania, wynika prawdopodobnie z samotniczej przeszłości. Są jednak z tego właśnie powodu słabo przygotowane do spełniania oczekiwań właścicieli, którzy zakładają, że powinny być tak układne jak psy. Czy koty mogą zdobyć się na większą elastyczność w kontaktach społecznych, aby nie peszyła ich obecność innych kotów, a zarazem zachowały swój jedyny w swoim rodzaju urok?

Jednym z powodów, dla których napisałem tę książkę, była chęć postawienia prognozy: jak może prezentować się przeciętny kot domowy za pięćdziesiąt lat. Chciałbym, żeby ludzie nadal cieszyli się towarzystwem tego bez wątpienia cudownego zwierzęcia, ale nie jestem pewien, czy koty jako gatunek zmierzają we właściwym kierunku. Im dłużej je badam, zarówno zdziczałe „dachowce”, jak rozpieszczone syjamy, tym bardziej jestem przekonany, że nie powinniśmy traktować ich jako czegoś danego z góry. Jeśli mamy zapewnić kotom pomyślną przyszłość, musimy z większą rozwagą podchodzić do ich hodowli i wychowania.

Podziękowania

Badania nad zachowaniem kotów rozpocząłem ponad trzydzieści lat temu, najpierw w Waltham Centre for Pet Nutrition, następnie w Uniwersytecie w Southampton, a obecnie w Instytucie Antropozoologii Uniwersytetu Bristolskiego. Większość wiedzy, którą zdobyłem, pochodzi ze skrupulatnych obserwacji samych kotów – moich własnych, należących do sąsiadów, przebywających w schroniskach, kociej rodziny, która zalęgła się w biurach Instytutu Antropozoologii, a także wielu kotów dziko żyjących i wiejskich.

W porównaniu z ogromną rzeszą specjalistów zajmujących się psami stosunkowo niewielu naukowców poświęciło się badaniom kotowatych, a dla jeszcze mniejszej liczby głównym przedmiotem zainteresowania są koty domowe. Wśród tych, z którymi miałem zaszczyt współpracować i którzy pomogli mi w wyrobieniu sobie poglądu na koci sposób widzenia świata, są: Christopher Thorne, David Macdonald, Ian Robinson, Sarah Brown, Sarah Benge (z domu Lowe), Deborah Smith, Stuart Church, John Allen, Ruud van den Bos, Charlotte Cameron-Beaumont, Peter Neville, Sarah Hall, Diane Sawyer, Suzanne Hall, Giles Horsfield, Fiona Smart, Rhiann Lovett, Rachel Casey, Kim Hawkins, Christine Bolster, Elizabeth Paul, Carri Westgarth, Jenna Kiddie, Anne Seawright, Jane Murray, a także inni, zbyt liczni, by ich wszystkich wymienić.

Wiele także nauczyłem się w toku dyskusji z kolegami po fachu w kraju i za granicą, takimi jak: śp. prof. Paul Leyhausen, Dennis Turner, Gillian Kerby, Eugenia Natoli, Juliet Clutton-Brock, Sandra McCune, James Serpell, Lee Zasloff, Margaret Roberts i jej koledzy z organizacji Cats Protection, Diane Addie, Irene Rochlitz, Deborah Goodwin, Celia Haddon, Sarah Heath, Graham Law, Claire Bessant, Patrick Pageat, Danielle Gunn-Moore, Paul Morris, Kurt Kotrshal, Elly Hiby, Sarah Ellis, Britta Osthaus, Carlos Driscoll, Alan Wilson i nieodżałowana śp. Penny Bernstein. Dziękuję także pracownikom Wydziału Weterynarii Uniwersytetu Bristolskiego, zwłaszcza profesorom Christine Nicol i Mike’owi Mendlowi oraz doktorom Davidowi Mainowi i Becky Whay, za opiekę nad Instytutem Antropozoologii i jego działaniami.

Moje badania opierały się na bezinteresownej współpracy wielu setek właścicieli kotów (i ich zwierząt!), dla których zachowuję dozgonną wdzięczność. Nasze prace nie byłyby też możliwe bez szczodrego wsparcia brytyjskich organizacji dobroczynnych, takich jak Królewskie Towarzystwo Zapobiegania Przemocy wobec Zwierząt, Niebieski Krzyż i St. Francis Animal Welfare. Szczególną wdzięczność jestem winien organizacji Cats Protection za dwa dziesięciolecia pomocy finansowej i praktycznej.

Podsumowanie blisko trzydziestu lat badań nad zachowaniem kotów w formie przystępnej dla przeciętnego miłośnika tych zwierząt nie było łatwym zadaniem. Mogłem przy tym korzystać z fachowej pomocy Lary Heimert i Toma Penna, moich redaktorów z wydawnictw Basic i Penguin, oraz mojego niestrudzonego agenta Patricka Walsha. Dziękuję Wam za wszystko.

Podobnie jak w poprzednich książkach, poprosiłem mojego przyjaciela Alana Petersa, by przywołał niektóre z opisywanych zwierząt do życia na ilustracjach i, tak jak poprzednio, uczynił więcej, niż mogłem marzyć.

Na koniec muszę podziękować mojej rodzinie za wyrozumiałość dla jej wymuszonej pracą nieobecności w miejscu, które moja wnuczka Beatrice nazywa „biurem dziadunia”.

Wprowadzenie

Kot jest dziś najpopularniejszym zwierzęciem domowym na świecie. W skali całego globu koty niemal trzykrotnie przewyższają liczbą „najlepszych przyjaciół człowieka”, czyli psy1. Ponieważ coraz liczniej zamieszkujemy duże miasta, które nie są najlepszym środowiskiem dla psów, dla wielu osób wymarzonym towarzyszem staje się kot. Więcej niż czwarta część brytyjskich rodzin trzyma w domu jednego lub kilka kotów, można je także spotkać w co trzecim gospodarstwie domowym w USA. Nawet w Australii, gdzie kot jest zwyczajowo demonizowany jako okrutny zabójca niewinnych i nieszkodliwych torbaczy, hoduje go w przybliżeniu co piąta rodzina. Na całym świecie wizerunki kotów towarzyszą reklamom wszelkiego rodzaju dóbr konsumpcyjnych – perfum, mebli, słodyczy. Grafika „Hello Kitty” widniała na ponad pięćdziesięciu tysiącach markowych produktów wszelkiego rodzaju sprzedawanych w ponad sześćdziesięciu krajach i przyniosła swoim twórcom miliardy dolarów tantiem. Nawet jeśli znaczącą część populacji – może jakąś jedną piątą – stanowią ludzie nielubiący kotów, to pozostali nie stygną ani odrobinę w swoich gorących uczuciach dla tych zwierząt.

Koty w jakiś sposób potrafią być jednocześnie przymilne i niezależne. W porównaniu z psami wymagają znacznie mniej zachodu. Nie trzeba ich tresować. Same dbają o czystość. Można je pozostawiać na cały dzień i nie będą cierpiały z powodu rozłąki, jak wiele psów, a zarazem witają nas z radością, kiedy wracamy do domu (no dobrze – nie wszystkie to robią). Dzięki producentom karmy dla zwierząt karmienie kotów przestało być uciążliwym obowiązkiem. Koty rzadko narzucają się człowiekowi, a jednocześnie są szczęśliwe, gdy poświęcamy im uwagę. Słowem – są dla nas wygodne.

Pomimo tej na pozór gładkiej przemiany w wyrafinowanego mieszkańca miasta kot jest wciąż przynajmniej w trzech czwartych zakorzeniony w swojej dzikiej przeszłości. Umysł psa zmienił się radykalnie w porównaniu z jego przodkiem wilkiem, natomiast koty wciąż mają mentalność dzikiego drapieżnika. Wystarczyłoby kilka pokoleń, by wróciły do niezależnego sposobu życia ich antenatów sprzed dziesięciu tysięcy lat. Zresztą nawet dzisiaj miliony kotów na całym świecie nie są zwierzętami domowymi, lecz dzikimi „śmieciarzami” i łowcami, żyjącymi w otoczeniu ludzi, lecz zachowującymi wobec nich wrodzoną nieufność. Dzięki zadziwiającej elastyczności, z jaką kocięta uczą się rozróżniać między przyjaciółmi a wrogami, koty potrafią z pokolenia na pokolenie radykalnie zmieniać sposób życia i potomek dzikich rodziców może stać się zupełnie normalnym kotem domowym. Z drugiej strony, jeśli kot zostanie porzucony przez właściciela i nie znajdzie sobie innego, to może wrócić do grzebania w odpadkach, a po jednym lub dwóch pokoleniach jego potomkowie będą nie do odróżnienia od tysięcy swoich pobratymców egzystujących w ciemnych zakamarkach naszych miast.

W miarę jak koty stają się coraz bardziej popularne i coraz liczniejsze, głos ich wrogów jest coraz lepiej słyszalny i jeszcze bardziej jadowity niż kilka wieków temu. Kotom nigdy nie przyklejono etykietki zwierzęcia „nieczystego”, jak psom czy świniom2, ale chociaż na pozór są powszechnie akceptowane, w każdej kulturze istnieje mniejszość, która czuje do nich niechęć, a mniej więcej jedna na dwadzieścia osób – nawet odrazę. Niewielu ludzi Zachodu przyzna się otwarcie, że nie lubi psów; ci, którzy to mówią, przeważnie okazują się przeciwnikami wszelkich zwierząt3 albo mieli jakieś nieprzyjemne przeżycia w dzieciństwie, na przykład zostali pogryzieni. Fobia na koty4 jest głębiej zakorzeniona i mniej rozpowszechniona niż pospolite fobie dotyczące wężów lub pająków – które mają pewne racjonalne podstawy z uwagi na jadowitość niektórych gatunków – lecz dla cierpiących na nią osób stanowi równie silne doznanie. „Kotofobowie” byli zapewne w pierwszej linii prześladowań na tle religijnym, które w średniowiecznej Europie doprowadziły do wymordowania milionów kotów; według wszelkiego prawdopodobieństwa ta przypadłość była wówczas równie rozpowszechniona jak dzisiaj. Nie mamy więc żadnej gwarancji, że obecna popularność kotów będzie trwała. Jeśli niczego nie zrobimy, dwudziesty wiek może okazać się minionym Złotym Wiekiem tych zwierząt.

Obecnie zarzuty przeciwko kotom skupiają się głównie wokół tezy, iż tępią one bez powodu i w bezsensowny sposób „niewinne” małe zwierzątka. Głosy te są najdonośniejsze na południowej półkuli, ale rosną w siłę także w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. W skrajnych przypadkach antykocie lobby domaga się, by kotom nie pozwalano polować, by nie wypuszczano ich poza dom, by dzikie koty wyłapywać i usypiać. Jeśli ktoś wypuszcza kota na dwór, oskarża się go o hodowanie zwierzęcia niszczącego w otoczeniu dziką przyrodę. Weterynarze, którzy próbują utrzymać dziko żyjące koty pod kontrolą, sterylizując je, szczepiąc i wypuszczając z powrotem na wolność, spotykają się z krytyką innych przedstawicieli swojej profesji oraz niektórych ekspertów, utrzymujących, że stwarza to warunki do (nielegalnego) porzucania zwierząt domowych, co nie jest korzystne ani dla kotów, ani dla reszty środowiska przyrodniczego5.

 

Obie strony sporu przyznają, że kot jest „z natury” łowcą, ale nie zgadzają się co do tego, w jaki sposób kontrolować jego zachowania. W szczególności w Australii i Nowej Zelandii koty są uważane za „obcego” drapieżnika rodem z półkuli północnej, więc z jednych prowincji są usuwane, w innych przymusowo wszczepia się im mikrochipy lub w inny sposób ogranicza ich swobodę. Nawet tam, gdzie koty od setek lat są naturalną częścią dzikiej przyrody, jak w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, ich rosnąca popularność w roli zwierząt domowych skłania głośną mniejszość do domagania się podobnych restrykcji. Właściciele kotów wskazują natomiast, że nie ma naukowych dowodów, by koty domowe znacząco zmniejszały populację jakiegokolwiek gatunku dzikiego ptaka lub ssaka i że główną przyczyną takich zjawisk jest innego rodzaju zjawisko, na przykład zniszczenie naturalnych siedlisk. Tak więc żadne ograniczenia nakładane na koty nie przyczynią się do przywrócenia liczebności gatunków, którym rzekomo zagrażają.

Same koty, rzecz jasna, nie zdają sobie sprawy z tego, że przestaliśmy cenić ich sprawność łowiecką. Z ich subiektywnego punktu widzenia największe zagrożenie stanowią nie ludzie, lecz inne koty. Kot nie ma wrodzonej sympatii dla ludzi, lecz uczy się jej w młodości, i podobnie nie rodzi się z przyjaznymi uczuciami dla innych przedstawicieli własnego gatunku. Przeciwnie, jego naturalną reakcją na drugiego kota jest nieufność, a nawet lęk. Inaczej niż wysoce uspołecznione wilki, które były protoplastami współczesnych psów, przodkowie naszych kotów domowych żyli samotnie, broniąc własnego terytorium. Kiedy przed mniej więcej dziesięcioma tysiącami lat koty związały się z ludźmi, ich wzajemna tolerancja musiała się poprawić, aby potrafiły żyć w większym zagęszczeniu. Dzięki temu bowiem zdobywały od ludzi żywność – najpierw przypadkowo, później były świadomie karmione.

Koty nie wykształciły jednak dotąd takiej optymistycznej i przyjaznej postawy wobec siebie nawzajem, jaka cechuje psy. W rezultacie wiele z nich przez całe życie stara się unikać kontaktu z własnym gatunkiem. Tymczasem właściciele raz po raz nieumyślnie zmuszają je do obcowania z innymi kotami, którym nie mają powodu ufać – czy będzie to kot sąsiada, czy drugi kot w domu, sprowadzony „dla towarzystwa”. W miarę wzrostu popularności kotów nieuchronnie rośnie liczba takich kontaktów, co zwiększa napięcie, jakiego zwierzę doznaje. Ponieważ unikanie konfliktów staje się coraz trudniejsze, wiele kotów nie jest w stanie się odprężyć; ciągły stres wpływa na ich zachowanie, a nawet na zdrowie.

Sytuacja wielu domowych kotów jest bardzo odległa od pożądanej, być może dlatego, że przejawy ich złego samopoczucia nie są tak czytelne jak u psów – koty cierpią w milczeniu. W 2011 roku brytyjska służba weterynaryjna oceniła przeciętną fizyczną i społeczną kondycję kota domowego na zaledwie 64 procent optimum, a jeszcze mniej w domach, w których żyje więcej niż jeden kot. Niewiele lepiej wypadł poziom zrozumienia kocich zachowań przez właścicieli – 66 procent6. Nie ulega wątpliwości, że gdyby ludzie lepiej wyczuwali, dlaczego ich koty zachowują się tak, a nie inaczej, kocie życie byłoby znacznie szczęśliwsze.

Żyjące pod taką presją koty nie potrzebują naszych impulsywnych reakcji emocjonalnych – niezależnie od tego, czy są dla nich przyjemne, czy nie. Powinniśmy raczej starać się lepiej zrozumieć, czego od nas oczekują. Pies jest istotą pełną wyrazu: machanie ogonem i radosne podskoki nie pozostawiają wątpliwości, że czuje się szczęśliwy; z równą łatwością da nam do zrozumienia, że jest w obniżonym nastroju. Natomiast zachowania kota nie są tak czytelne. Zachowuje swoje emocje dla siebie i rzadko informuje nas, czego pragnie, jeśli nie liczyć prośby o jedzenie, kiedy jest głodny. Nawet mruczenie, długo uważane za niedwuznaczny objaw zadowolenia, okazuje się znacznie bardziej złożonym sygnałem. Wiedza o prawdziwej naturze psów, którą można uzyskać jedynie drogą badań naukowych, przynosi tym zwierzętom wiele korzyści, ale w przypadku kotów jest wręcz sprawą kluczową, gdyż rzadko potrafią nam one zakomunikować swoje problemy, zanim będzie za późno na właściwą reakcję. Najważniejsza jest dla nich nasza obecność w aż nazbyt częstej sytuacji, gdy życie społeczne zwierzęcia wali się w gruzy.

Wielka szkoda, że koty – w przeciwieństwie do psów – nie stały się nigdy przedmiotem dogłębnych badań. Niestety, nauka o kotach nie doczekała się dotąd takiej eksplozji aktywności, jaka nastąpiła ostatnio w kynologii. Koty nie przyciągnęły po prostu uwagi naukowców w takim stopniu jak psy. Mimo to w minionych dwóch dekadach poczyniono znaczące postępy, które w poważnym stopniu zmieniły nasz obraz tego, w jaki sposób koty postrzegają świat i jakie są źródła ich zachowań. Opis tych fascynujących odkryć stanowi rdzeń niniejszej książki. Dostarczają nam one pierwszych wskazówek mówiących, jak możemy pomóc kotom w dostosowaniu się do wymagań, które im stawiamy.

Koty przystosowały się do życia z ludźmi, zachowując jednocześnie w znacznym stopniu swoje pierwotne zwyczaje. Jeśli nie liczyć zewnętrznych cech rasowych, współczesny kot nie jest tworem człowieka w takim rozumieniu, w jakim jest nim pies. Można raczej powiedzieć, że koty współewoluowały z nami, wpasowując się w dwie nisze ekologiczne, które niechcący dla nich stworzyliśmy. Pierwsza z nich to rola tępiciela szkodników. Jakieś dziesięć tysięcy lat temu dzikie koty pojawiły się w pierwszych spichrzach zbożowych, przyciągających liczne gryzonie. Wolały polować tu niż na innych terenach. Kiedy ludzie uprzytomnili sobie płynące stąd korzyści – koty nie zjadały przecież ziarna ani roślin uprawnych – zaczęli zachęcać zwierzęta, by zostały z nimi na stałe, oferując im nadwyżki pokarmów pochodzenia zwierzęcego, takie jak mleko i podroby. Drugą kocią rolą, która ukształtowała się bez wątpienia znacznie później, ale jej początki też giną głęboko w starożytności, była rola towarzysza ludzi. Pierwsze niewątpliwe świadectwa hodowania kotów do towarzystwa pochodzą z Egiptu sprzed 4000 lat, ale możliwe, że już znacznie wcześniej kocięta bywały traktowane jako przytulanki, zwłaszcza przez kobiety i dzieci.

W ciągu ostatnich dziesięcioleci ta podwójna rola kotów nagle się urwała. Chociaż jeszcze niedawno trzymaliśmy je dla ich zdolności łowieckich, dziś mało kto wyraża zachwyt, znalazłszy na podłodze w kuchni upolowaną przez swego ulubieńca martwą mysz.

Za kotami ciągnie się dziedzictwo ich biologicznej przeszłości i wiele ich zachowań wciąż jest odbiciem dzikich instynktów. Aby zrozumieć, dlaczego kot zachowuje się tak, a nie inaczej, musimy dotrzeć do źródeł i zbadać, jakie czynniki ukształtowały zwierzę, które znamy dzisiaj. W pierwszych trzech rozdziałach książki naszkicuję zatem przebieg ewolucji kota od dzikiego, samotniczego myśliwego do wyrafinowanego mieszkańca miejskich apartamentów. W przeciwieństwie do psów tylko znikoma mniejszość kotów była kiedykolwiek świadomie hodowana przez ludzi – a co więcej, w tej hodowli zwracano uwagę wyłącznie na wygląd zewnętrzny. Nikt nie próbował wyhodować specjalnej rasy kotów do strzeżenia obejścia, do pilnowania owiec, do towarzystwa czy do pomocy myśliwemu. Koty ewoluowały w taki sposób, by wypełnić niszę ekologiczną stworzoną w toku rozwoju rolnictwa, od jego początków, gdy polegało na zbieraniu i magazynowaniu dziko rosnących zbóż, po dzisiejszy wysoko zmechanizowaną gospodarkę rolną.

Rzecz jasna, kiedy przed tysiącami lat koty po raz pierwszy zaczęły zakradać się do ludzkich siedzib, nie mogły ujść uwagi ich uboczne walory. Takie sympatyczne cechy, jak dziecinny wyraz pyszczka i oczu, puszyste futerko, a przede wszystkim umiejętność przymilania się do ludzi, sprzyjały adaptowaniu ich do roli zwierząt domowych. Z czasem ludzka skłonność do mistycyzmu i kreowania symboli nadała kotu status ikony. Takie skojarzenia głęboko zmieniły potoczny stosunek do kotów: skrajne religijne poglądy na ich temat dotyczyły nie tylko tego, jak je należy traktować, ale także samej ich biologii – zachowania i wyglądu.

Koty zmieniły się, gdy zaczęły żyć wśród ludzi, ale ich i nasze sposoby gromadzenia i interpretowania wiedzy o fizycznym świecie, który z nimi dzielimy, są diametralnie odmienne. W rozdziałach 4–6 zajmiemy się tymi różnicami: i my, i koty jesteśmy ssakami, ale nasze organy zmysłów i nasze mózgi działają w różny sposób. Właściciele kotów często lekceważą te rozbieżności, gdyż mamy naturalną skłonność do postrzegania otaczającego nas świata, jakby był jedyną obiektywną rzeczywistością. Nawet dziś, w dobie racjonalizmu i nauki, wciąż traktujemy świat niczym żywą istotę, potrafimy przypisywać intencje pogodzie, morzu i gwiazdom na niebie. Jakże więc łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że koty – takie komunikatywne i przymilne – są czymś w rodzaju małych, puszystych człowieczków.

Badania naukowe ujawniają jednak, że koty niczym podobnym nie są. Wychodząc od sposobu, w jaki mały kociak buduje swoją wizję świata, która wpływa następnie na całe jego życie, opiszemy w tej części książki, jak kot gromadzi informację o swoim otoczeniu, zwłaszcza za pomocą swego szczególnie czułego węchu, jak jego mózg interpretuje te informacje i jak doznawane emocje determinują jego reakcje na stające przed nim wyzwania i sposobności. W kręgach naukowych dopiero niedawno dopuszczono do głosu rozważania na temat emocji zwierząt. Część specjalistów wciąż pozostaje przy opinii, że emocje są efektem ubocznym świadomości, co oznaczałoby, że doznają ich jedynie ludzie i ewentualnie nieliczne inne gatunki naczelnych. Zdrowy rozsądek podpowiada jednak, że skoro zwierzę posiadające taką samą jak my podstawową strukturę mózgową i taki sam system hormonalny sprawia wrażenie przerażonego, to musi doznawać czegoś zbliżonego do lęku – być może nie takiego, jaki przeżywamy my, ale jednak lęku.