Naucz się kocieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Przedmowa Sarah

Przedmowa Johna

Wprowadzenie

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Zakończenie

Podziękowania

Propozycje dalszych lektur

Przypisy

Tytuł oryginału: THE TRAINABLE CAT

Redakcja i skład: Marta Wójtowicz

Projekt okładki: Pola & Daniel Rusiłowicz JCR Solutions

Zdjęcia na okładce: © Africa Studio / Shutterstock

Korekta i opracowanie indeksu: Ewa Jastrun

Redaktor prowadzący: Anna Brzezińska

Copyright © 2016 by John Bradshaw and Dr. Sarah Ellis Consultancy Ltd.

All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Copyright © for the Polish translation by Paweł Luboński, 2018

Wydanie I

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

ISBN 978-83-8015-661-6


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dedykacja: dla Herbiego, ulubionego kota Sarah

Gdy praca nad tą książką dobiegała końca, mój ukochany Herbie nieoczekiwanie zmarł. Pragnę mu ją zadedykować, gdyż bez jego inspiracji nie zdobyłabym wiedzy, umiejętności i sił potrzebnych, by doprowadzić dzieło do końca. Chciałabym, żeby dzięki tej książce jak największa liczba właścicieli umiała pomagać swoim kotom w stawianiu czoła wyzwaniom i problemom, jakie niesie dla nich życie u boku człowieka. Niech to będzie testament Herbiego.

Herbie… ślady twoich łapek na zawsze pozostaną w moim sercu.


Herbie pod wieloma względami był kotem wyjątkowym. Tutaj jest szczęśliwy, bo Sarah drapie go pod pachami.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Przedmowa Sarah

Na zagadnienie szkolenia kota natknęłam się przypadkiem. Kiedy dziś zastanawiam się, kiedy się to zaczęło, dochodzę do wniosku, że wtedy, gdy miałam może siedem lat – chociaż oczywiście nie zdawałam sobie wówczas sprawy, jaki to wywrze wpływ na moje dalsze życie oraz na życie moich przyszłych kotów. Moja mama kupiła dla rodziny birmańskiego kociaka, który zawładnął moimi uczuciami – był głównym tematem prac, które przygotowywałam, starając się o odznakę Klubu Miłośników Zwierząt Brownies, tematem rysunków i nieustannych rozmów z koleżankami ze szkoły. Claude, bo takie nosił imię, był bardzo przyjacielski, łakomy i aktywny – idealny zestaw cech przy szkoleniu. Wkrótce Claude, kuszony smakołykami podkradanymi z lodówki, potrafił już pokonać skomplikowany tor przeszkód ustawiony z mebli i z zapałem ścigał zabawkę, którą ciągnęłam na sznurku przez płotki zrobione w ogródku z maminej suszarki do bielizny. Chyba najbardziej byłam dumna z pewnej sztuczki, którą mogłam pokazywać na imprezach: klepałam się dwukrotnie po ramieniu, na co Claude skakał z oparcia kanapy prosto na moje ramię i balansował na nim, podczas gdy ja powoli przechodziłam przez salon do okna. Uderzałam dwukrotnie w parapet, a wtedy kot zeskakiwał i ocierał się o mnie pyszczkiem. Nie mam wątpliwości, że moja miłość do Claude’a była odwzajemniona – sypiał w moim łóżku lub w domku dla lalek i często towarzyszył mi na spacerach z psem. Odszedł w moje dwudzieste szóste urodziny w podeszłym wieku dziewiętnastu lat, ale wcześniej pozostawił trwały ślad w moim życiu – byłam już wtedy w pół drogi do doktoratu poświęconego zachowaniu kotów.

Badania te były moją pracą zawodową, a zarazem pozwalały mi na głęboki wgląd w problemy związane z trybem życia współczesnych kotów domowych – odkryłam, jak niewiele z nich lubi wizyty u weterynarza, leży spokojnie podczas podróży samochodem, ochoczo otwiera pysk, by przełknąć pigułkę na odrobaczanie, czy też przyjaźnie wita nowego członka rodziny, czy będzie to człowiek, pies czy inny kot. Jako świadoma właścicielka czułam, że moim obowiązkiem jest wpajanie moim kotom od najmłodszych lat umiejętności, dzięki którym będą łatwiej znosić to wszystko. Nie jestem zawodowym treserem zwierząt, ale miałam to szczęście, że zetknęłam się z kilkoma znakomitymi treserami, którzy podzielili się ze mną swoją wiedzą i umiejętnościami, a na dodatek pozwalali mi uczestniczyć w treningach (szczeniąt).

Dodając do tych doświadczeń moją wiedzę o kotach i teorii uczenia się, zaczęłam wprowadzać sesje szkoleniowe do codziennego życia wszystkich moich kotów. Trening pomógł im radzić sobie z wieloma wyzwaniami, których nie szczędziło im życie. Bardzo szybko spotkałam się z odzewem: klienci czekający wraz ze mną przed gabinetem weterynarza dziwili się, jak cicho i spokojnie zachowują się moje zwierzęta zamknięte w koszykach transportowych, a lekarz stwierdził: „Chciałbym, żeby wszystkie koty były takie grzeczne”. Od tego czasu postanowiłam z zasady trenować każdego swojego nowego zwierzaka.

Woody, pierwszy kot, jakiego miałam w dorosłym życiu, wielokrotnie zmieniał wraz ze mną miejsce zamieszkania, a nawet, oczywiście po odpowiednim treningu, bez mrugnięcia okiem przepłynął Morze Irlandzkie. Jeden z kolejnych kotów, Cosmos, który pojawi się jeszcze wielokrotnie na stronach tej książki, bez oporów dzielił dom z kilkoma przygarniętymi na krótko przybłędami swojego gatunku, a także zaakceptował Herbiego, nowego stałego domownika, który pojawił się u nas jako wesoły, psotny kociak. Kilka lat później Herbie i Cosmos nauczyli się godzić z obecnością w domu Jack Russell teriera Squidge’a. Wiedząc, że w jakimś okresie ich życia mogę się zdecydować na psa, od wczesnej młodości uczyłam ich akceptować wizyty przedstawicieli tego gatunku, na długo przedtem, zanim wzięliśmy Squidge’a.

Wreszcie pojawiło się dziecko, Reuben. O reakcję na tego nowego domownika najbardziej się martwiłam – przecież nie byłoby go można nigdzie oddać, gdyby nie ułożyło mu się z kotami! Jestem więc zachwycona, że Reuben, który zaczął już chodzić, zapowiada się na następnego miłośnika kotów w naszej rodzinie, a koty dzięki przygotowaniom i stałym ćwiczeniom znajdują przyjemność w obcowaniu z nim. Wracając z ogrodu, Cosmos często wita się z Reubenem, „świergocząc” i ocierając się o niego pyszczkiem.

Ponieważ szkolenie miało tak zbawienne skutki w przypadku moich kotów, poczułam się zdopingowana do podzielenia się doświadczeniem – najpierw w formie ukazującego się przez rok cyklu artykułów w brytyjskim czasopiśmie dla właścicieli kotów. Artykuły te spotkały się z gorącym przyjęciem i uświadomiłam sobie, że dotknęłam dopiero wierzchołka góry lodowej. Miałam wielką ochotę zrobić coś więcej i pomysł napisania książki o tej tematyce krążył mi po głowie. W tym samym czasie zaczęłam brać udział w programie The Secret Life of the Cat (Sekretne życie kota) emitowanym w telewizji BBC cyklu Horizon. Jednym z pierwszych moich zadań było instruowanie właścicieli kotów, jak można przekonać zwierzęta do noszenia lokalizatorów GPS. John, który również uczestniczył w programie, przyglądał się temu. Zaczęliśmy rozmawiać o trenowaniu kotów, wymieniać poglądy i tak narodził się pomysł wspólnego napisania książki. Chociaż moja przygoda ze szkoleniem kotów zaczęła się przypadkiem, jego wpływ na dobre samopoczucie zwierząt okazał się tak pozytywny, że zapragnęłam rozpowszechnić moje doświadczenia na całym świecie.

 

Przedmowa Johna

Jak pisze Sarah, na pomysł tej książki wpadliśmy w 2013 roku, kiedy spotkaliśmy się w malowniczej wiosce Shamley Green, w której kręcono filmy dokumentalne o kotach dla telewizji BBC. Muszę przyznać, że nie myślałem o szkoleniu kotów, zanim Sarah zainteresowała mnie tą koncepcją. Znałem paru ludzi, którzy uczyli koty wykonywać różne sztuczki, między innymi taką, w której kot wskakiwał na sedes i używał go jak kuwety (nie, nie będziemy w tej książce opisywać, jak to osiągnąć!). Widywałem w studiu telewizyjnym niejednego „kota performera” i żaden z nich nie wyglądał na szczególnie zadowolonego – pewnie dlatego, że znajdowały się z dala od swojego zwykłego, dobrze znanego terytorium. Wiedziałem, że kot łatwo się uczy pomimo swojej reputacji zwierzęcia niezależnego i samodzielnego. Badania pokazujące, jak każdy kot z osobna uczy się odpowiednio miauczeć (rozdział 4), uświadomiły mi dogłębnie, że koty modyfikują swoje zachowanie, by radzić sobie w świecie, w którym (za naszą sprawą) muszą żyć. Ale w przeciwieństwie do Sarah nigdy nie dodałem dwóch do dwóch i nie przyszło mi do głowy, że domowe koty można – a nawet trzeba – uczyć sposobu życia, który uczyni je szczęśliwszymi.

Każdy wie, że nieprzeszkolony pies jest nie tylko kłopotem dla właściciela, lecz także zagrożeniem dla samego siebie (choć istnieje kilka konkurujących ze sobą koncepcji tego, jak należy szkolić psy). Nigdy natomiast nie słyszałem, by ktoś skarżył się, że jego kot jest „nieprzeszkolony” – na własne szczęście koty są znacznie mniejszym problemem społecznym niż psy. Niemniej w wielu częściach świata – prym wiodą tu Australia i Nowa Zelandia – zaczynają pojawiać się przepisy prawne dotyczące „niebezpiecznych kotów”. Oczywiście wynika to z innych powodów niż analogiczne przepisy odnoszące się do psów – koty są uważane raczej za zagrożenie dla dzikiej przyrody, nie dla ludzi. Badań naukowych uzasadniających takie rozwiązania jakoś brak – na przykład wprowadzenie „godziny policyjnej dla kotów” nie powstrzymało spadku populacji niektórych australijskich torbaczy – ale samo istnienie tych przepisów świadczy o tym, że niektórzy ludzie postrzegają koty jako niepożądany element miejscowej fauny, nawet jeśli są one nieraz częścią tamtejszego pejzażu od setek albo tysięcy lat i przyroda przystosowała się do ich obecności.

W wielu miejscach (nie tylko w Australazji) dąży się do wprowadzenia obowiązku trzymania kotów za zamkniętymi drzwiami przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jednym chodzi o uniemożliwienie im polowania, inni – w tym niektóre instytucje opiekuńcze – uważają, że to uchroni je przed samochodami, drapieżnikami (na przykład kojotami w Ameryce Północnej) i innymi agresywnymi kotami z sąsiedztwa, które kwestionowałyby prawo twojego kota do wędrówek, a nawet wychodzenia poza drzwi własnego domu. Pomimo to nie jesteśmy zwolennikami zamieniania kota w zwierzę wyłącznie domowe. Zdajemy sobie jednak sprawę, że w przypadku niektórych kotów i ich właścicieli okoliczności przemawiają za takim rozwiązaniem, a przynajmniej wymaga ono poważnego namysłu i rozważenia niedogodności związanych z wychodzeniem kota na dwór z jednej strony a jego dożywotnim zamknięciem w domu z drugiej. W tej książce proponujemy zatem rozmaite sposoby rozstrzygnięcia tych dylematów za pomocą szkolenia: kota można przywołać do siebie, zupełnie tak, jak przywołuje się dobrze wychowanego psa, kiedy widzi się dla niego niebezpieczeństwo; można tak urządzić dom, aby zaspokoić kocią potrzebę badania i eksplorowania; z domowym (i nie tylko domowym) kotem można bawić się w sposób naśladujący polowanie, co (miejmy nadzieję) osłabi jego instynktowny popęd łowiecki; można go także nauczyć zabaw, które nie wiążą się bezpośrednio z polowaniem, ale pogłębią jego więź z właścicielem i sprawią im obu przyjemność.

Przede wszystkim zaś naszym celem jest obalenie nie jednego, ale dwóch stereotypów: po pierwsze, że koty nie nadają się do tresury, po drugie zaś, że tresura im samym nic dobrego nie przynosi. Zawsze wiedzieliśmy, że pierwszy z tych poglądów jest błędny i łatwo to udowodnić. Co do drugiego, wierzymy, że pomyślność kotów w przyszłości zależy od zasadniczej zmiany ich postawy, zmiany, która odzwierciedli obecne oczekiwania, by domowe zwierzęta były „wzorowymi obywatelami”. Dawno odeszły w niepamięć czasy, gdy psom pozwalano włóczyć się, gdzie miały ochotę, w każdym razie w krajach Zachodu. Taka zmiana dla kotów zbliża się wielkimi krokami. To nie znaczy, że chcemy, by koty stały się takie jak psy – każdy z tych gatunków ma zupełnie inną naturę i co innego jest mu potrzebne do szczęśliwego życia, co w sposób uproszczony (może zbyt uproszczony) wyraża maksyma mówiąca, że „pies chce mieć swojego człowieka, a kot chce mieć swoje terytorium”. Rodzaj szkolenia, które proponujemy dla kotów, w niczym nie przypomina „szkolenia do posłuszeństwa”, o którym można przeczytać w większości poradników dotyczących psów. W o wiele większym stopniu jego celem jest ułatwienie kotom adaptacji do wymagań, jakie na nie nakładamy, wymagań, z którymi w powszechnym oczekiwaniu powinny radzić sobie same.

Mamy nadzieję, że gdyby koty umiały czytać, nagrodziłyby nasze wysiłki kocim odpowiednikiem wyrazów wdzięczności.

Konwencje stosowane w książce

Gdyby była to książka naukowa, odwoływalibyśmy się do ludzi za pomocą zaimka „on” lub „ona”, a do zwierząt – „ono”. Szybko jednak doszliśmy do wniosku, że taka konwencja zupełnie nie pasuje do książki, której celem jest poprawa relacji między konkretnym człowiekiem a jego równie konkretnym kotem; głupio byłoby zrezygnować z użycia zróżnicowanych rodzajowo zaimków osobowych w odniesieniu do kotów (w USA jest już nawet tendencja, by używać ich także w literaturze naukowej), skoro używa się takich w stosunku do ich właścicieli. Nie możemy jednak wiedzieć, czy Ty, Czytelniku, próbujesz szkolić kocura czy kocicę. Aby więc uniknąć niezręczności, w całej książce, mówiąc o kocie, będziemy mimo wszystko używać zaimka „on” (nie obrażajcie się, Panie Kotki, jest w tym logika, jak przekonamy się dalej).

Wszystkie jedenaście numerowanych rozdziałów ma jednolity układ. Każdy zaczyna się od ogólnego wprowadzenia w sposób postrzegania świata właściwy kotu, z uwzględnieniem tematyki rozdziału. Ten fragment jest przeważnie autorstwa Johna. Dalej następuje główna część rozdziału, opisująca metody treningu pozwalające uporać się z omawianymi problemami. Jest to perspektywa Sarah, gdyż z dwójki autorów to ona ma doświadczenie w dziedzinie szkolenia kotów. Kiedy więc czytasz „ja” lub „mój”, mowa jest o Sarah. Pisząc o właścicielach kotów, używamy rodzaju żeńskiego – może to wyglądać na okropny stereotyp, ale wcale nie jesteśmy seksistami. Chodzi nam o uproszczenie tekstu i wyraźne rozróżnienie odwołań do kotów oraz do ludzi. Męskich właścicieli kocic serdecznie przepraszamy i prosimy, aby przy czytaniu książki, jeśli chcą, zamieniali płcie miejscami.

Wprowadzenie

Po co tresować kota?

(I dlaczego koty nie są psami, a tym bardziej małymi ludźmi)

Kto na tym świecie tresuje koty? Tresowanie lwów i tygrysów bywało codziennością w cyrkach, dopóki opinia publiczna nie zwróciła się przeciwko temu procederowi. Występy kotów domowych wydają się łatwiejsze do zaakceptowania: Moskwa ma swój Koci Teatr, a zespół Amazing Acro-Cats krąży po Stanach Zjednoczonych z występami, jeśli akurat nie jest potrzebny w telewizji lub filmie. Ale dlaczego mielibyśmy tresować nasze domowe kicie? No chyba że po to, by pochwalić się ich talentami przed przyjaciółmi.

Ta książka ma poważniejszy cel. Chcemy pokazać, że szkolenie może nie tylko poprawić twoje relacje z domowym kotem, lecz także poprawić samopoczucie twojego ulubieńca. Oczywiście trening może być dobrą zabawą – i dla ciebie, i dla kota – ale przede wszystkim chodzi o to, żeby wychować szczęśliwe i chętne do współpracy zwierzę, a nie gwiazdę cyrkową.

Żyjąc wśród ludzi, koty muszą codziennie mierzyć się z wieloma różnymi sytuacjami. Nie jest im tak łatwo pogodzić się z faktem, że ludzie występują w wielu rozmiarach i kształtach, że mężczyźni, kobiety i dzieci różnie wyglądają i różnie się zachowują. Wiele z nich z trudem może się przyzwyczaić do bliskiego towarzystwa psów, a także innych kotów. Źle znoszą zamknięcie i nie rozumieją, że czasami musimy dla ich własnego dobra ograniczać ich swobodę ruchów, na przykład wtedy, gdy podajemy im lekarstwa. Nie lubią być zabierane w nowe, nieznane im miejsca, w których nie czują się bezpiecznie. Chociaż niektóre koty jakoś radzą sobie z tymi sytuacjami, większość ma z nimi problemy. Wykonując proste ćwiczenia opisane w tej książce, możesz zapewnić swojemu kotu bardziej satysfakcjonujące życie – a któż by nie życzył tego swojemu przyjacielowi? W dzisiejszych czasach oczekujemy od domowych kotów więcej niż kiedykolwiek w przeszłości i szkolenie pomoże twojemu zwierzęciu sprostać tym wymaganiom.

Właściciele psów wiedzą, że można je tresować, natomiast w umysłach posiadaczy kotów idea ta gości rzadko. Wszyscy wiedzą, że pies bez przeszkolenia może być kłopotem i dla ludzi, z którymi żyje, i dla samego siebie. Kotów zaś przez całe tysiąclecia nikt nawet nie próbował szkolić. Możliwość to jednak nie to samo co konieczność. Sam fakt, że bardzo niewielu ludzi zawraca sobie głowę wychowywaniem kotów, nie oznacza jeszcze, że kształtowanie kocich zachowań jest rodzajem wiedzy tajemnej dostępnej tylko dla znikomej garstki specjalistów. Wprost przeciwnie, dla każdego kota w kraju byłoby lepiej, gdyby nauczono go, jak radzić sobie z przykrymi sytuacjami, takimi jak przełykanie pigułki lub wchodzenie do koszyka transportowego. Gdy przyjmiemy do wiadomości, że koty myślą inaczej niż psy, ich szkolenie stanie się łatwiejsze.

W zasadzie mechanizm uczenia się kota jest bardzo podobny jak u psa – a właściwie jak u każdego ssaka – lecz koty w szczególny sposób analizują i oceniają rzeczywistość. W pewnym stopniu wynika to ze sposobu, w jaki ich zmysły odbierają otoczenie, który – wierzcie lub nie – zdecydowanie rożni się od naszego . Głównie jednak przyczyną jest niezwyczajny tryb, w jakim koty przetwarzają otrzymywaną informację, a następnie reagują na nią, w obu przypadkach wyraźnie odmienny niż u psów, a tym bardziej u ludzi. Większość cech uchodzących za kocie – niezależność, niechęć do wszelkiego rodzaju wstrząsów i zmian w otoczeniu, zamiłowanie do łowów – stanie się w pełni zrozumiała, jeśli poznamy drogę, jaką koty przebyły od dzikiego drapieżnika do domowego pieszczocha.

Na koty domowe można się natknąć w każdym zakątku globu. W skali całego świata na każdego psa przypadają w przybliżeniu trzy koty i chociaż wiele z nich nie ma właściciela, w większości krajów są one równie chętnie trzymane w domu jak psy. Fakt, że część kotów żyje z ludźmi, a część nie, każe jednak przypuszczać, że jako gatunek nie zostały one jeszcze w pełni udomowione. I rzeczywiście, koty cieszą się reputacją zwierząt niezależnych, wyraźnie różniących się od psów, które potrzebują emocjonalnej bliskości. Nie znaczy to, że koty są oziębłe i pozbawione emocji, jak chcieliby niektórzy. Po prostu są mniej skłonne do okazywania uczuć przy byle okazji. Są także na ogół mniej kłopotliwe dla ludzi, gdyż nie wymagają systematycznego wyprowadzania na spacer i nie przeszkadza im przebywanie w samotności przez wiele godzin, która to sytuacja jest stresująca dla wielu psów (chociaż chyba mało który właściciel psa sobie to uświadamia).

Dziesięć tysięcy lat temu nie było kotów domowych. Było tylko około trzydziestu gatunków małych dzikich kotów, a także garść większych, żyjących w różnych częściach świata. Korzenie ich wszystkich sięgały 10 milionów lat wstecz, do pierwszego z kotów, znanego jako Pseudaelurus, wspólnego przodka wszystkich współczesnych kotowatych, od lwa do malutkiego kota czarnołapego. Przeskoczmy szybko do epoki odległej o dwa miliony lat – widzimy już wiele odmian dzikich kotów, które bytują na Ziemi także dzisiaj. W Ameryce Południowej wyewoluowała jedna ich grupa, obejmująca oceloty, koty Geoffroya i jaguarundi (których wygląd i tryb życia bliższy jest wydrom niż kotom). Druga grupa zasiedliła centralną i południową Azję. W jej skład wchodził kudłaty manul stepowy – którego uważano za przodka długowłosych ras kotów domowych, dopóki nie zaprzeczyły temu wyniki analizy DNA – oraz azjatycki kot bengalski, od którego wywodzi się po części współczesna „rasa” bengal1.

 

Dalej na zachód wyodrębniła się kolejna grupa kotów i zaczęła rozprzestrzeniać się po Europie. Wśród nich był przodek wszystkich dzisiejszych kotów domowych – żbik (Felis silvestris). Gatunek ten występuje w całej Afryce, zachodniej Azji i Europie, aż po górską część Szkocji, gdzie do dziś zachowała się jedyna jego brytyjska populacja, też bliska wyginięcia. Pierwsze wiarygodne informacje o obecności udomowionych kotów pochodzą z Egiptu sprzed sześciu tysięcy lat, prawdopodobnie jednak proces udomowienia rozpoczął się kilka tysięcy lat wcześniej, za sprawą jednego z kamieni milowych na drodze człowieka ku cywilizacji – pojawienia się myszy domowej2.

Mysz domowa wyewoluowała prawdopodobnie wówczas, gdy pojawiło się nowe źródło pożywienia – spichrze pełne zboża i orzechów, które nasi przodkowie zaczęli budować, kiedy porzucili wędrowny, łowiecki i zbieracki tryb życia, osiedlając się w stałym miejscu i gromadząc zapasy żywności pozwalające przetrwać chude lata. Garncarstwo jeszcze się nie rozwinęło i owe spichrze, budowane z plecionego łyka, skór lub suszonej na słońcu cegły, były bezbronne wobec szkodników. Psy udomowiono kilka tysięcy lat wcześniej, lecz okazały się mało przydatne do wojny z myszami i innymi gryzoniami, które wabiła bezprecedensowa koncentracja pożywienia, będąca skutkiem zmiany sposobu życia ludzi. I tu na scenę wkraczają żbiki, które obfitość gryzoni przyciągnęła równie skutecznie, jak gryzonie zostały zwabione przez spichrze pełne ziarna.

Pierwszą cywilizacją nawiedzoną przez plagę gryzoni była, jak się wydaje, kultura natufijska, która rozwinęła się na wschodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego, na obszarze dzisiejszego Libanu, Izraela, Palestyny, Jordanii i Syrii około 10 tysięcy lat temu. Najpewniej właśnie w tym regionie żbiki zaczęły przekształcać się w koty domowe. Teorię tę potwierdzają badania – okazuje się, że DNA współczesnych kotów jest o wiele bardziej podobne do DNA żbików z Bliskiego Wschodu niż tych żyjących obecnie w Europie, Indiach lub południowej Afryce.

Przez setki, a może tysiące lat te koty odwiedzały ludzkie siedziby tylko po to, by polować, ale wypoczywały i wychowywały potomstwo w dziczy – był to tryb życia zbliżony do prowadzonego przez dzisiejsze lisy miejskie, tyle że wysiłki kotów, by utrzymać gryzonie w ryzach, prawie na pewno zostały docenione. Drogi żbików i kotów domowych prawdopodobnie rozeszły się po raz pierwszy, kiedy niektóre odważniejsze i lepiej znoszące obecność człowieka osobniki zaczęły przebywać w ludzkich siedzibach także w przerwach pomiędzy wyprawami łowieckimi. Być może ludzie zachęcali je do tego, zapewniając im bezpieczne miejsce do wypoczynku i wychowywania kociąt. Mijało pokolenie po pokoleniu i owe bardziej tolerancyjne koty nauczyły się poświęcać większość czasu na polowanie, w przeciwieństwie do dzikich drapieżników nie przejmując się codzienną krzątaniną człowieka. Nieodparty urok kociąt sprawiał, że ludzie, zwłaszcza kobiety i dzieci, zaczęli brać je na ręce i pieścić, przez co stawały się jeszcze bardziej ufne niż ich rodzice. Tak zaczęła się współpraca człowieka i kota.

Chociaż koty zaczęły tolerować ludzi, wciąż trudno im było pogodzić się z bliskością innych przedstawicieli swojego gatunku. Żbiki mają wrodzony silny instynkt terytorialny i są agresywne wobec siebie nawzajem. Samce nie tolerują innych samców, a z samicami schodzą się tylko raz do roku, w okresie rui. Wrogo odnoszą się do siebie również dorosłe samice i chociaż troskliwie opiekują się swoim potomstwem w pierwszych miesiącach życia, to odpędzają je, gdy tylko młode dorosną dostatecznie, by mogły same o siebie zadbać. Kiedy ludzkie osady rozwinęły się na tyle, że na żyjących w nich szkodnikach mogło się przez cały rok wykarmić kilka kotów, terytorialne zachowania musiały stać się problemem, gdyż konieczność ciągłego wystrzegania się ataku potencjalnych rywali przeszkadzała w polowaniu. Znaczące ślady tych obyczajów przetrwały do dzisiaj – wskazuje na to niechęć wielu kotów do dzielenia domu z innymi osobnikami swojego gatunku, o ile nie wychowały się razem.

Pomimo ograniczeń stwarzanych przez te antyspołeczne instynkty kotom udało się wykształcić pewne ograniczone formy współpracy. Ograniczone, ponieważ dotyczą tylko samic – samce, o ile nie są sterylizowane, pozostają zawziętymi indywidualistami (przypomnijmy sobie opowiadanie Kiplinga o „kocie, który chadzał własnymi drogami”). Jeśli żywności jest pod dostatkiem, kocie matki pozwalają, by ich kocięta płci żeńskiej pozostawały z nimi nawet wówczas, gdy już osiągną dojrzałość płciową. Często matka i jej dorosłe córki umieszczają swoje potomstwo we wspólnym gnieździe i karmią je bez rozróżniania, które kocięta są czyje. Takie zachowania są obecnie powszechne wśród kotów żyjących na swobodzie, na przykład na wiejskich farmach, natomiast nigdy nie zaobserwowano ich u żbików, co świadczy o tym, że musiały się wykształcić w toku udomowienia i jako jego konsekwencja3.

Mamy zatem dwie zasadnicze różnice pomiędzy zachowaniem żbików a zachowaniem kotów domowych. Po pierwsze, koty łatwo przyzwyczajają się do ludzi, o ile mają z nimi do czynienia od wczesnej młodości. Młode żbiki natomiast, nawet jeśli zostaną odebrane matce i są wychowane przez człowieka, wyrastają na dzikie zwierzęta, które nie ufają nikomu poza co najwyżej swoim opiekunem. Po drugie, samice kota domowego (a także wysterylizowane samce) potrafią nawiązywać przyjaźń z innymi kotami, zwłaszcza – choć nie zawsze – z tymi, z którymi wspólnie się wychowywały. Mimo wszystko jednak wiele domowych kotów przez całe życie stroni od osobników swojego gatunku – jest to uciążliwe dziedzictwo czasów dzikości i przyczyna silnego stresu, kiedy znajdą się w obliczu źle usposobionego kota z sąsiedztwa.

Dlaczego ze wszystkich kotowatych tylko żbik został udomowiony? W pobliżu pierwszych stałych ludzkich osad żyło przecież (i żyje nadal) kilka spokrewnionych z nim gatunków. Należą do nich koty bagienne, podobne z wielkości do spaniela; być może próbowali je udomowić starożytni Egipcjanie. Z pewnością trzymali je licznie w zamknięciu, ale były one chyba zbyt duże, by skutecznie zwalczać myszy, i zbyt niebezpieczne, by wypuścić je swobodnie tam, gdzie przebywają dzieci (kot bagienny jest dostatecznie silny, by zabić młodą gazelę). Żyły również w tym regionie koty pustynne, nieduże nocne drapieżniki, które wyróżniają się owłosionymi podeszwami łap, dzięki czemu mogą polować na rozgrzanym piasku, a zatem przeżyć na obszarach pustynnych, niedostępnych dla żbików. Lecz najwcześniejsze osady rolnicze były zwykle ulokowane na terenach zadrzewionych, stanowiących naturalne środowisko żbika, i zapewne zbyt oddalone od najbliższych siedlisk kotów pustynnych.

Przekształcenie się tępiciela szkodników w zwierzę do towarzystwa przebiegało prawdopodobnie stopniowo. Pierwsze dowody traktowania kotów jako czegoś więcej niż sposobu na pozbycie się myszy pochodzą z Egiptu sprzed sześciu tysięcy lat4. Nie ma pewności, czy te koty były importowane z północy, czy też Egipcjanie udomowili swoje lokalne żbiki, ale wiemy, że w ciągu następnych trzech tysięcy lat koty stawały się dla nich coraz ważniejsze – nie tylko jako ochrona przed szkodnikami (choć zasłynęły umiejętnością zabijania nawet węży), lecz także jako obiekt kultu.

W starożytnych kultach i obrzędach egipskich pojawia się wiele rożnych rodzajów zwierząt, szczególnie wielkich kotów (lwów i lampartów), ale także ptaków, choćby ibisów. Koty domowe wiązano szczególnie z boginią Bastet, która pierwotnie, około pięciu tysięcy lat temu, była wyobrażana jako kobieta z głową lwa. Koty pierwotnie towarzyszyły jej jako służba, ale około pięciuset lat przed Chrystusem sama Bastet przekształciła się w coś podobnego do kota, zarówno z wyglądu, jak i z usposobienia. Składanie w ofierze zwierząt było w tym okresie ważnym elementem egipskiego kultu religijnego. Miliony kotów zmumifikowano i pogrzebano jako dary dla Bastet i innych bóstw. Wiele z nich hodowano specjalnie w tym celu w kociarniach urządzanych na terenie świątyń, lecz część odnalezionych mumii była umieszczona w misternie zdobionych futerałach; najwyraźniej mumifikacja była więc także formą pochówku ulubionych zwierząt, które zmarły ze starości.

Stosunek starożytnych Egipcjan do kotów może wydawać się nam (z naszą współczesną wrażliwością) dziwaczny – niektóre składano w ofierze, niektóre czczono, ale inne musiały pokornie pracować na swoje utrzymanie jako tępiciele myszy. Co więcej, cała dalsza historia kotów domowych aż do dzisiaj ukazuje ciągłe przesunięcia punktu ciężkości pomiędzy tymi trzema sposobami traktowania. Dziś nikt już nie oddaje kotom czci (w rozumieniu religijnym), lecz dwa tysiące lat temu kult kota rozprzestrzenił się z Egiptu na cały obszar śródziemnomorski i przetrwał w bardziej zacofanych rejonach aż do średniowiecza. Wysiłki podejmowane przez Kościół rzymski w celu wyplenienia tej i wielu innych „herezji” przyniosły niefortunny efekt w postaci usankcjonowania okrucieństwa wobec Bogu ducha winnych zwierząt. Do dzisiaj zachowały się ślady przesądów, takie jak domniemany związek czarnych kotów z czarownicami, o czym przypominają obrzędy Halloween czy imprezy w rodzaju obchodzonego w belgijskim mieście Ieper dorocznego Festiwalu Kotów, którego punktem kulminacyjnym jest zrzucenie ze szczytu wysokiej wieży przy rynku kosza pełnego kotów. Dzisiaj są to pluszowe zabawki, lecz używania do tego celu żywych zwierząt zaniechano mniej niż dwieście lat temu.