Drabina do nieba

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

− Mówię ci o tym tylko dlatego, że jesteś moim przyjacielem. Musisz przyrzec, że nikomu słowa nie piśniesz.

− Masz moje słowo – odrzekłem.

− Alysse nie jest taka jak ty czy ja. Czytałeś ustawy norymberskie, prawda?

− Oczywiście.

− Jest Mischlingiem pierwszego stopnia. Ma dwoje żydowskich dziadków – dodał dla wyjaśnienia. – I dwoje niemieckich.

− Co z tego? Sam Führer powiedział, że ci pierwszego stopnia nie będą aresztowani.

− Nie, Erichu, on powiedział, że „w obecnym czasie” nie będą aresztowani, ale podejmie decyzję o ich losie, kiedy wygramy wojnę. Co może nastąpić w kilka miesięcy po jej wybuchu. A kto wie, czy dotrzyma obietnicy? Może w każdej chwili zmienić zdanie i odbiorą mi Alysse. Oraz całą jej rodzinę. Już deportują Żydów i wysyłają do obozów. Słyszałem, że niektórych nawet zabijają.

− I z tego powodu masz zamiar porzucić swoje obowiązki i ojczyznę?

− Powiedz, nigdy nie masz wrażenia, że to ojczyzna porzuciła nas? – zapytał, pochylając się do przodu tak, że nasze twarze praktycznie się dotykały.

− Nie – odparłem. Cofnąłem się nieznacznie, odczuwając mieszaninę gniewu, przygnębienia i nienawiści. – Nie, nie mam takiego wrażenia.

*

− Czułeś nienawiść? – zapytał Maurice z pięćdziesięcioletniego dystansu, słuchając mojej opowieści w pokoju hotelowym. Włosy, teraz już suche, przylegały mu płasko do głowy. Na talerzu pozostały tylko niestarannie rzucone sztućce, a Maurice wpatrywał się we mnie, podczas gdy ja wzrok miałem skierowany w okno na linię dachów. – Ale do kogo?

− Oczywiście do Alysse – odrzekłem, odwracając się ku niemu. – Nienawidziłem tej dziewczyny z całej duszy. Nie sądzę, bym kiedykolwiek wcześniej czy później odczuwał taką nienawiść. Miała zamiar odebrać mi Oskara.

− Ale on ją kochał. Wyczuwał grożące jej niebezpieczeństwo.

Pokręciłem głową.

− Nic mnie to nie obchodziło. Dostrzegałem jedynie stratę, która miała mi przysporzyć cierpienia.

Przez chwilę milczeliśmy. Maurice wstał, wyjął z szafy ubrania i oznajmił, że idzie się przebrać do łazienki. Ja także się podniosłem, mówiąc, że zobaczymy się później, może na kolacji. Usłyszałem szum wody odkręconej przy umywalce i wychodząc, dostrzegłem jego torbę leżącą na podłodze, tam gdzie wcześniej ją rzucił. Pochyliłem się, żeby ją podnieść i położyć na łóżku, i przy tym ruchu wypadła z niej książka. Spojrzałem na tytuł.

To była najnowsza powieść Dasha Hardy’ego; zirytowany przewróciłem oczami. Dlaczego czyta takie śmieci? – pomyślałem. Kierowany impulsem, otworzyłem książkę na stronie tytułowej i jakoś wcale nie zaskoczyła mnie dedykacja, która tam widniała: „Dla Maurice’a z wyrazami najczulszej miłości”.

Napisał także datę. Musiał to zrobić dzisiaj rano, zanim Maurice od niego wyszedł.

7. Amsterdam

Na mojej trasie promocyjnej pozostało tylko jedno miasto, biłem się jednak z myślami, czy zaproponować Maurice’owi, by mi towarzyszył. Jego rosnąca arogancja zaczynała być męcząca, choć bardziej raniła mnie świadomość, że nawiązał jakieś relacje z Dashem. A jednak mimo poczucia żalu jak zawsze ciągle o nim myślałem i rozpaczliwie pragnąłem znowu się z nim zobaczyć, zwłaszcza że to byłby koniec wspólnie spędzonego czasu. Zabukowałem mu bilet i chociaż w odpowiedzi nie zadzwonił ani nie napisał, w umówiony wieczór w doskonałym nastroju pojawił się w hotelu Amstel.

Wydawca wynajął dla mnie apartament z widokiem na kanały, ale hotel po raz kolejny mnie zawiódł i o wiele mniej luksusowy pokój Maurice’a znajdował się po drugiej stronie korytarza, a z okna widać było Tulpplein. Przestało mi tak bardzo zależeć na naszym sąsiedztwie, kiedy jednak Maurice zobaczył moje lokum, panorama go zauroczyła i zaproponowałem mu zamianę, na którą od razu się zgodził. Przeniósł swoje rzeczy do apartamentu, ja swoje do tak zwanego klasycznego pokoju.

Po udzieleniu wszystkich wywiadów i spotkaniu z czytelnikami w księgarni w centrum miasta ostatni wieczór w Amsterdamie miałem wolny od obowiązków promocyjnych. Znaleźliśmy przytulną knajpkę z widokiem na most Blauwbrug, gdzie usiedliśmy przy stoliku w głębi sali, otoczeni poduchami i światłem świec.

− Nasz ostatni wspólny wieczór – powiedział Maurice, gdy trąciliśmy się kieliszkami. – To półrocze było wspaniałym doświadczeniem, Erichu. Jestem ci bardzo wdzięczny.

− Okazałeś się świetnym pomocnikiem – odrzekłem. – Nie tylko dzięki swej skuteczności, ale też zapewniając mi towarzystwo. Nie wiem, jak bym bez ciebie przetrwał te wszystkie wyjazdy. Wyobrażam sobie, że dla odnoszących sukcesy pisarzy to musi być straszne.

− Ale ty jesteś odnoszącym sukcesy pisarzem – powiedział ze śmiechem. – Przynajmniej odkąd dostałeś Nagrodę.

− Miałem na myśli bardzo bogatych i sławnych – poprawiłem się. – Tych, którzy mają czytelników, a nie tych, którzy dostają nagrody.

− Czy te dwie sprawy muszą się wzajemnie wykluczać?

− W idealnym świecie nie, chociaż w prawdziwym generalnie tak.

− Ze mną będzie inaczej – oznajmił z przekonaniem, kiwając głową.

− Naprawdę? W jaki sposób?

− Zamierzam mieć czytelników i zdobywać nagrody.

− Masz skromne oczekiwania, co? – powiedziałem i nieznacznie się uśmiechnąłem.

− Moja agentka mówi, że mogę połączyć komercję ze sztuką.

Podniosłem na niego wzrok, zbity z tropu tą rewelacją.

− Twoja agentka? A od kiedy masz agentkę?

− Nie mówiłem ci? Od niedawna. Poznałem ją, kiedy byliśmy w Nowym Jorku, i zapytała, czy może przeczytać moją powieść.

− Gdzie właściwie ją znalazłeś?

− Pamiętasz, jak byliśmy w Madrycie, i w Prado urządzono lunch na twoją cześć?

− Tak.

− Koło mnie posadzono tego hiszpańskiego powieściopisarza. On mnie z nią skontaktował. Jest także jego agentką.

Upiłem długi łyk, próbując nie dopuścić, by władzę nade mną przejęły moje myśli.

− A twoja powieść – odezwałem się wreszcie. – Przecież chyba jeszcze jej nie skończyłeś?

− Nie, ale prawie. Dałem agentce kilka rozdziałów. Czeka na całość, chociaż to, co widziała, tak bardzo jej się spodobało, że zgodziła się mnie reprezentować.

− Rozumiem. – Dokładałem starań, żeby moja irytacja nie była zbyt oczywista. – Orientujesz się, że ja też mam agenta, prawda?

− Tak, ale nigdy nie zaproponowałeś, że mnie przedstawisz.

− Bo niczego jeszcze nie skończyłeś!

− Cóż, przypuszczam, że mój przyjaciel z Madrytu na podstawie tego, co już napisałem, odniósł wrażenie, że mam coś wyjątkowego.

− Prawdziwy prorok z niego. Kiedy więc to arcydzieło będzie gotowe?

− Mam nadzieję, że za kilka tygodni. I powinieneś darować sobie ten sarkazm, Erichu, człowiekowi w twoim wieku jest z nim nie do twarzy. Agentka liczy, że wiosną zacznie przedstawiać rękopis wydawcom.

− Hm, już się nie mogę doczekać, kiedy go przeczytam – powiedziałem. – Przyniosłeś rozdziały dla mnie?

− O nie. – Maurice pokręcił głową. – Nie, przykro mi, ale nie chcę, żeby ktoś czytał moją powieść, zanim zostanie opublikowana.

− Chyba zamierzałeś powiedzieć: o ile zostanie opublikowana?

− Nie, zanim. Wolę patrzeć na świat pozytywnie.

− Nie chcę tylko, żebyś był zawiedziony, jeśli…

− Dlaczego mnie nie wspierasz? – zapytał, odstawiając szklaneczkę i posyłając mi zagadkowe spojrzenie.

− Wspieram cię. – Lekko się zarumieniłem. – Ale tak się składa, że wiem, jak brutalna potrafi być ta branża, i byłoby mi bardzo przykro, gdybyś się rozczarował. Niektórzy młodzi pisarze muszą napisać dwie, trzy powieści, zanim stworzą coś, co jest dostatecznie dobre, by znaleźć wydawcę.

− Mówisz, jakbyś był zazdrosny.

− Wielkie nieba, dlaczego miałbym być zazdrosny?

− Żaden powód nie przychodzi mi do głowy i dlatego twoja postawa jest taka dziwna. Nie wiem, czy uważasz, że nie jestem dość dobry, by osiągnąć sukces, czy raczej wolałbyś, żebym poniósł porażkę. Wiesz, nie mogę wiecznie być twoim protegowanym. I wiecznie nie będę potrzebował mentora.

− To bardzo niemiłe – powiedziałem. – Przecież teraz musisz już wiedzieć, że jestem po twojej stronie.

− Zawsze tak zakładałem.

− Jestem, Maurice, jestem – powtórzyłem z naciskiem, próbując położyć dłoń na jego dłoni, ale cofnął ją przede mną, jakby mój dotyk mógł go sparzyć. – Może źle się wyraziłem – dodałem cicho. – Nie wątpię, że masz rację i twoja powieść odniesie wielki sukces.

− Dzięki – odparł bez entuzjazmu.

− Czyli w przyszłym roku nie będziesz osiągalny?

− W przyszłym roku? A co będzie w przyszłym roku?

− Ukaże się Lęk w miękkiej oprawie. Wyobrażam sobie, że zostanę zaproszony do innych krajów, innych miast, na inne imprezy literackie.

− Nie sądzę, Erichu – odrzekł Maurice. – Prawdopodobnie najwyższa pora, żebyśmy skupili się na naszych karierach.

− Oczywiście. – Poczułem się upokorzony i podnosząc szklankę, widziałem, że ręka nieznacznie mi drży.

− Tak czy owak, skoro to nasz ostatni wspólny wieczór – powiedział Maurice, znowu się uśmiechając i sprawiając wrażenie, jakby zależało mu na przywróceniu harmonii pomiędzy nami – chciałbym się dowiedzieć, jak ułożyły się sprawy Oskara i Alysse. Zdążyli na czas uciec z Niemiec?

− Och, to było tak dawno temu – mruknąłem. Nie miałem nastroju do przywoływania tamtych mrocznych dni, pragnąłem tylko wrócić do hotelu i się położyć. Czułem się podle, na skraju łez. Jestem zazdrosny? – pytałem sam siebie. A jeśli tak, to o co?

− Ale ja muszę wiedzieć, jak to się skończyło – upierał się Maurice. – Daj spokój, jesteś narratorem. Nie możesz odejść, nie zdradzając treści ostatniego rozdziału.

 

− Niewiele zostało do opowiadania – odrzekłem, wzdychając.

− Nieprawda. Kiedy byliśmy w Madrycie, powiedziałeś, że Oskar i Alysse postanowili wyjechać z Berlina. Że była… jakiego słowa użyłeś?

− Mischling. I to nie było w Madrycie, tylko w Nowym Jorku.

− Jasne. Tyle teraz podróżuję, że wszystko mi się miesza.

Wiedziałem, że nie mam wyboru. W końcu tak daleko doszedłem. Przez pięćdziesiąt lat od wybuchu wojny te wypadki nieustannie mi towarzyszyły, były cieniem kładącym się na każdej szansie na szczęście, jaką napotykałem na swojej drodze. W istocie gdy tamtego wieczoru w Londynie wszedłem na scenę, by odebrać Nagrodę, myślałem o nich obojgu, wyobrażałem sobie nawet, że widzę ich w jednym z pierwszych rzędów, pomiędzy nimi siedzi mały chłopiec i oni troje jako jedyni nie wstają do oklasków, tylko wpatrują się we mnie, zadając sobie pytanie, jak taki niezwykły sukces mógł odnieść człowiek, który popełnił równie haniebny i niewybaczalny czyn.

Rzecz jednak w tym, że w żadnym razie nie mogłem pozwolić, by Oskar i Alysse razem opuścili Berlin. Moje uczucia do niego były zbyt silne, w swojej seksualnej dezorientacji pozwoliłem im sobą bez reszty zawładnąć i nie potrafiłem myśleć jasno. Wmówiłem sobie, że jeśli jakimś cudem uda mi się go przekonać, żeby został, nasza przyjaźń przekształci się w bardziej intymny związek.

*

Dwa dni po swoich urodzinach Oskar zostawił u mnie w domu list z prośbą o spotkanie przed bramą Tiergarten późnym popołudniem. Kiedy wracaliśmy w kierunku Maxingstrasse, błagałem go, żeby przemyślał swoją decyzję.

− Nie – odrzekł z całkowitym przekonaniem. – Na litość boską, Erichu, mieszkasz w tym mieście. Widzisz, co się dzieje. Nie będę stał z boku i czekał, aż zabiorą Alysse.

− Och, posłuchaj siebie – z frustracji podniosłem głos. – Są Żydami, Oskarze. Wiem, myślisz, że ją kochasz, ale…

− Erichu, ty też jesteś Żydem – zauważył.

− Nie. Właściwie nie – odparłem z naciskiem.

− Gdyby któryś z nas miał się martwić zmianami w kraju, to ty, nie ja. A zresztą to już postanowione, więc nie ma sensu, żebyś próbował mnie przekonać do zmiany zdania. Wyjeżdżamy do Ameryki, cała jej rodzina i ja. Dlatego chciałem się dzisiaj z tobą spotkać. Żeby się pożegnać.

Wpatrywałem się w niego, czując, jak treść żołądka podchodzi mi do gardła.

− Musicie mieć bilety – odezwałem się, kiedy znowu byłem w stanie wydać z siebie głos.

− Ojciec Alysse już je ma. Pojedziemy pociągiem do Paryża, a stamtąd do Calais. Promem przeprawimy się przez kanał La Manche do Southhampton, skąd w swoim czasie popłyniemy do Nowego Jorku.

− Co będziesz tam robił?

− Nie wiem, ale ojciec Alysse jest zaradnym człowiekiem. Zna tam mnóstwo ludzi. Może otworzymy firmę, nie wiem. Ważne jest tylko to, że będziemy bezpieczni.

− A punkty kontrolne? – zapytałem. – Wiesz, że nie dasz rady przez nie przejść, prawda? Nie będziesz miał odpowiednich dokumentów.

− Zdziwiłbyś się, czego w dzisiejszych czasach potrafią dokonać fałszerze, Erichu. Zarabiają teraz fortunę.

− I pewnie jej ojciec za to także zapłacił?

− Ma trochę pieniędzy.

− Jasne – rzekłem z goryczą. – Ma. Pierdoleni Żydzi mają więcej pieniędzy niż my wszyscy razem wzięci. Może będzie nam lepiej, jeśli znikną z Niemiec.

Jego uśmiech zbladł.

− Nic nie mają – odparł. – Wiesz równie dobrze jak ja, że w ciągu ostatniego roku zostali wysłani Bóg wie gdzie. Ilu Żydów widziałeś na ulicach miesiąc, dwa miesiące temu? Wszyscy odeszli. Tak samo jest w całej Europie. Pierwszego stopnia, drugiego stopnia, żadne z tych rozróżnień nie będzie miało znaczenia, jeśli Hitler postawi na swoim. Ustawy norymberskie zostaną wyrzucone do kosza. Trzeba wyjechać teraz.

− Kiedy wyjeżdżacie? – zapytałem wreszcie.

− Dzisiaj po północy.

− Ale to za wcześnie!

− Jesteśmy gotowi. Nie ma powodu, by zostawać tu dłużej. Napiszę do ciebie z Anglii. A na razie musimy się modlić, żeby Niemcy poniosły klęskę, jeśli wybuchnie wojna.

Bez namysłu złapałem go za rękę, pociągnąłem w boczną uliczkę, na której nie było ludzi, i przycisnąłem do ściany.

− Nie mów takich rzeczy – powiedziałem. – Jeśli ktoś cię usłyszy, zastrzelą cię.

− W porządku, Erichu. Puść mnie.

− Najpierw musisz przyrzec, że nie wyjedziesz. Nadejdzie dzień, kiedy pożałujesz swojej decyzji. Uświadomisz sobie, że opuściłeś ojczyznę w chwili, gdy najbardziej cię potrzebowała, i znienawidzisz siebie. I dlaczego? Dla jakiejś dziewczyny?

− Ale ona nie jest jakąś dziewczyną – sprzeciwił się Oskar. – Nie rozumiesz, że ja ją kocham?

− Masz siedemnaście lat. Powiedziałbyś, że kochasz się w dzikiej świni, gdyby pozwoliła ci na wszystko, na co tylko masz ochotę.

Spoważniał i widziałem, że twarz mu pociemniała.

− Uważaj, Erichu – ostrzegł mnie. – Bardzo cię lubię, ale jest granica, której nie wolno ci przekroczyć.

− Mylisz lojalność z miłością, na tym polega błąd.

− Nieprawda. Kiedy pewnego dnia kogoś pokochasz, zrozumiesz to.

− Myślisz, że nie wiem, jak to jest kochać kogoś?

− To nie jest okrucieństwo z mojej strony, ale nie ma dziewczyny w twoim życiu, prawda? I nigdy nie było. A przynajmniej o żadnej mi nie mówiłeś.

− Nie potrzebuję dziewczyny, żeby rozumieć miłość – odparłem.

Ująłem jego twarz w dłonie i przycisnąłem usta do jego ust. Przez moment, bo przypuszczalnie był zaskoczony moim postępkiem, czułem, że jego wargi lekko się rozchylają i nie próbuje się opierać. Ten jedyny pocałunek w moim życiu skończył się jednak równie szybko, jak się zaczął. Oskar odsunął się ode mnie, wycierając usta grzbietem dłoni i kręcąc głową. Nie odwróciłem się. Nie było we mnie wstydu, gdy wpatrywałem się w niego z nadzieją, że w moich oczach maluje się to samo wyzwanie co w oczach Alysse patrzącej na widza z obrazu. Nie miałem pojęcia, czego się spodziewać, czy Oskar ucieknie ode mnie, czy w gniewie mnie zaatakuje, on jednak nic takiego nie zrobił, tylko przyglądał mi się ze smutkiem. Westchnął rozczarowany.

− Podejrzewałem to – powiedział cicho. – Niezależnie jednak od tego, na co liczysz, to wykluczone.

− Dlaczego?

− Ponieważ ja taki nie jestem.

− Gdybyś spróbował…

− Nie chcę próbować. To mnie nie interesuje.

− Ale będziesz rżnął tę kurwę?! – krzyknąłem upokorzony. Po moich policzkach spływały łzy.

− Przestań, Erichu.

− A jak inaczej byś ją opisał? Rozbiera się, żebyś mógł ją nago malować. Dla takiej dziewczyny chcesz zrezygnować ze swojego życia?

− Odchodzę, Erichu – powiedział i odwrócił się.

− Nie! – zawołałem, próbując go złapać. – Błagam, tak mi przykro.

Ale było za późno. Zniknął mi z oczu.

Postanowiłem, że nie pójdę za nim, i ruszyłem w kierunku domu. Wzbierała we mnie furia, jakiej dotąd nie doświadczyłem, groziła, że eksploduje w moich piersiach, kiedy mijałem tawernę Böttcher, gdzie już nigdy nie będziemy pić. Opierając się o mur, dostrzegłem w szybie własne zniekształcone odbicie i sylwetkę budynku za plecami.

Kwatera Schutzstaffel.

Odwróciłem się. Rudowłosy żołnierz jak zwykle pełnił wartę przed bramą i z wyraźnym znudzeniem obserwował ulicę. Wreszcie jego wzrok padł na mnie. Bez zastanowienia pomaszerowałem ku niemu, z wewnętrznej kieszeni wyjąłem dokumenty i zażądałem widzenia się z pełniącym służbę Untersturmführerem.

− Czego chcesz? – zapytał mnie wartownik.

− Mam informacje.

− Przekaż je mnie. Jestem na służbie.

− Nie przekażę ich panu, tylko komuś ważniejszemu. Wiem o czymś. Pańscy przełożeni także chętnie się o tym dowiedzą.

Uniósł brwi i wybuchnął śmiechem, jakbym był dzieckiem.

− Wracaj do domu, zanim napytasz sobie biedy – poradził.

− Wiem, gdzie są Żydzi – syknąłem, pochylając się ku niemu, żeby na pewno zobaczył furię w moich oczach. – Kryją się w rynsztokach jak szczury.

− Idź do domu – powtórzył wartownik.

− Jeśli nie pozwoli mi pan rozmawiać z Untersturmführerem, napiszę list do pańskich przełożonych, ale wtedy będzie za późno na interwencję. Odpowiedzialność spadnie na pana. Powiem, że mnie pan odesłał.

Długo się zastanawiał, przypuszczalnie bał się oficerów SS tak samo jak wszyscy inni, i w końcu dość niechętnie zaprowadził mnie do budynku. Kiedy czekałem, mój gniew tylko narastał. Wreszcie wezwano mnie do małego zimnego pokoju, gdzie siedział znużony mężczyzna w szarym mundurze.

− Chcesz o czymś donieść? – zapytał bez cienia zainteresowania w głosie.

− O Żydach – odparłem. – Całej żydowskiej rodzinie. Jest ich czworo i mieszkają niedaleko stąd. W samym centrum Berlina.

Uśmiechnął się i pokręcił głową.

− Żydów tutaj nie ma – oznajmił. – Wszyscy zostali usunięci, przecież musisz o tym wiedzieć. A czteroosobowa rodzina z pewnością już zostałaby wyśledzona.

− Powszechnie wiadomo, że ludzie się ukrywają. Tacy, o których nawet nie wiecie, że są Żydami, bo mają sfałszowane papiery.

Przyglądał mi się przez zmrużone powieki.

− Skoro SS o nich nie wie, to skąd ty wiesz?

− Sama mi powiedziała.

− Kto?

− Dziewczyna. Córka.

Zaśmiał się.

− Niech zgadnę – powiedział. – To twoja kochanka? Rzuciła cię dla innego i chcesz się zemścić, wymyślając jakąś historyjkę? A może nie przyjęła twoich zalotów, tak to było?

− Nic w tym rodzaju. – Pochyliłem się, nie tłumiąc dłużej furii. – Myśli pan, że rżnąłbym Żydówkę? A może panu sprawia to przyjemność? Dlatego tak się pan ociąga z zajęciem się tą sprawą? Może wcale nie powinienem rozmawiać z panem, Untersturmführer, tylko poszukać pańskiego Obersturmführera?

− Opowiedz mi o tej rodzinie – polecił wreszcie, otwierając notatnik i liżąc ołówek.

− Mówiłem, jest ich czworo. Mąż, żona, córka i syn. Jest mały, chyba ma pięć, sześć lat. Twierdzą, że są Mischlingami drugiego stopnia, dlatego do tej pory zostawiono ich w spokoju. Ale to nie jest prawda! Są Żydami pełnej krwi, wszyscy dziadkowie byli Żydami i oni łamią prawa rasowe. Boją się jednak zdemaskowania. Mają pieniądze i dokumenty. Planują pojechać do Francji, przepłynąć kanał La Manche do Anglii, a stamtąd do Ameryki.

− Jutro ich odwiedzimy. Odkrycie prawdy nie będzie trudne.

− Jutro będzie za późno – powiedziałem. – Wyjeżdżają dzisiaj w nocy.

Spojrzał na mnie ostro.

− Wiesz na pewno? – zapytał.

− Od dawna mydlą wam oczy – odparłem, słysząc, jak do mojego głosu wkrada się histeria teraz, kiedy zaczynał mi wierzyć. – Zostali, chociaż deportowaliście innych. Śmieją się z was, roznosząc wśród dzieci Rzeszy swoje brudne żydostwo, a za kilka godzin wyjadą z ojczyzny, żeby wykorzystać swoje pieniądze na stworzenie armii walczącej przeciwko nam.

− Podaj mi nazwiska i adres.

Nie wahałem się.

Po sekundzie wyszedł z pokoju. Usłyszałem, jak na dziedzińcu zbierają się żołnierze, i pojąłem, że do mnie nie wróci. Wybiegając z budynku na ulicę, zobaczyłem sześcioosobowy oddział prowadzony przez Untersturmführera. Wsiedli do jeepa i odjechali w kierunku domu Alysse, oddalonego o zaledwie kilka minut. Poczułem przerażenie, mdłości na myśl o tym, co zrobiłem, ale nadal wierzyłem, że jeśli Alysse i jej rodzinę odeślą, to Oskar zostanie w Berlinie, z czasem o niej zapomni i nasza przyjaźń będzie taka jak wcześniej. Może nawet tak bardzo będzie za nią tęsknił, że przestanie zupełnie mówić o dziewczynach. Będziemy tylko my dwaj.

Pobiegłem ulicami za jeepem. Przed domem Alysse kierowca zahamował, Untersturmführer spojrzał na okna na piętrze, gdzie zasłony były zaciągnięte, ale przez cienki materiał sączyło się przytłumione światło. Dał sygnał Rottenführerowi i młody mężczyzna kolbą karabinu i kopniakiem wyważył drzwi. Żołnierze SS wpadli do środka, wrzeszcząc ile sił w płucach, znieważając powagę nocy.

Dość szybko rodzinę wywleczono na ulicę i ustawiono w szeregu. Widziałem sąsiadów zerkających niespokojnie zza zasłon, bez wątpienia ogarniętych strachem, że następne wyważone drzwi mogą należeć do nich. Dwaj żołnierze pilnowali rodziców Alysse, celując do nich z broni, reszta przewracała dom do góry nogami w poszukiwaniu obciążających dowodów. Chłopczyk zachowywał się dzielnie i spokojnie, Alysse była przerażona, w chłodzie nocy trzęsła się jak osika. Z miejsca, w którym stałem, oglądanie jej rozpaczy sprawiało mi wielką przyjemność.

Po kilku minutach z domu wyszedł Untersturmführer z biletami kolejowymi w dłoni. Pomachał nimi przed twarzą ojca Alysse, który daremnie zapewniał o swojej niewinności. Na ulicę wjechała ciężarówka, otwarto tylne drzwi, by nieszczęśników przetransportować w miejsce, skąd nie ma powrotu. Zaczynałem się niecierpliwić, desperacko pragnąc, by ta scena dobiegła końca i Alysse z rodziną rozpłynęła się w nocy.

 

Zanim jednak ostatniego pasażera – chłopczyka – wsadzono do ciężarówki, usłyszałem tupot biegnących stóp za plecami. Odwróciłem się i zobaczyłem, jak Oskar rzuca na ziemię walizkę i z pistoletem w dłoni atakuje niemieckich żołnierzy. Był szybki, pociągnął za spust i pierwszy żołnierz padł, pociągnął ponownie i trafił drugiego. Matka Alysse zaczęła krzyczeć, pozostali żołnierze równocześnie odwrócili się w jego stronę i otworzyli ogień, hałas i łuna jaskrawych świateł przecięły nocne powietrze i po sekundzie Oskar także upadł. Jego ciało osunęło się na ziemię blisko moich stóp, krew płynęła mu z ust i z rany w klatce piersiowej, rozlewając się w plamę na płaszczu. Wpatrywałem się w niego, sparaliżowany strachem. Alysse z jego imieniem na ustach wyskoczyła z ciężarówki i pobiegła ku niemu, młodszy brat, wołając ją, popędził za nią, rodzice krzyczeli na oboje, żeby wrócili. Oskar nadal żył, ale zostało mu niewiele czasu, oddech go zawodził. W chwili, gdy Alysse znalazła się przy nim, żołnierze znowu wystrzelili i dziewczyna z krzykiem padła na Oskara. Zrobiłem krok w ich stronę. Chłopczykiem rzuciło w powietrze i tak jak siostra upadł na ziemię, z odstrzelonego tyłu głowy mózg niczym błoto wylewał się na bruk. Oskar i Alysse patrzyli na mnie bez emocji, oboje dygotali, a po minucie zakończyli życie.

Byli martwi. Ja ich wszystkich zabiłem.

*

Przez całą opowieść wzrok miałem skupiony na stole, nie na Maurisie. Teraz jednak, kiedy nie pozostało mi nic więcej do powiedzenia, podniosłem głowę niepewny, jaki wyraz zobaczę na jego twarzy, ale był neutralny.

− A potem? – zapytał, widząc, że nie zamierzam pierwszy się odezwać.

− Potem poszedłem do domu. – Wzruszyłem ramionami. – Nigdy więcej nie widziałem rodziców Alysse. Przypuszczam, że posłano ich do obozu i tam umarli. Kiedy nazajutrz wróciłem na tamtą ulicę, ciała już usunięto, jedynym śladem była krew pomiędzy kamieniami brukowymi i na moich butach. Niedługo potem wybuchła wojna, wziąłem w niej udział, później przeniosłem się do Anglii, żeby czytać i pisać. Moje życie toczyło się spokojnie do dnia, gdy zdobyłem Nagrodę. Gdy poznałem ciebie – dodałem ostrożnie.

− Myślę, że powinniśmy wracać do hotelu – odrzekł, odwracając ode mnie wzrok.

− Nie chcesz dłużej rozmawiać? Zapytać mnie o coś?

− Nie. – Maurice wstał i włożył płaszcz. – Chcę tylko spać, to wszystko. Dość już rozmawialiśmy. Usłyszałem wszystko, co było mi potrzebne.

Kiwnąłem głową, także podnosząc się z krzesła. Zraniło mnie, że nie wyrażał chęci, by mnie pocieszyć albo potępić. To była moja historia, historia, która mnie zdefiniowała, a jednak traktował ją obojętnie.

Sam w hotelowym pokoju wpadłem w przygnębienie. Przez pół wieku chowałem w sobie te tajemnice i ujawnienie ich przed kimkolwiek, tym bardziej przed młodym człowiekiem, który obudził we mnie pożądanie uśpione od dziesięcioleci, tak mną wstrząsnęło, że wiedziałem, iż nie zasnę. Długo krążyłem po pokoju, później poszedłem na drugą stronę korytarza do jego apartamentu i lekko zapukałem do drzwi. Kiedy otworzył, był w rozpiętej koszuli i boso. Na mój widok zareagował zaskoczeniem, a zarazem irytacją.

− Co? – zapytał. – Jest późno. Czego chcesz?

− Pomyślałem, że chyba powinniśmy porozmawiać.

− Nie wydaje mi się.

Zrobiłem krok do przodu, usiłując wejść do środka, ale Maurice wyciągnął rękę i stanowczym gestem położył mi na piersi.

− Proszę – rzekłem. – Wpadłem na pewien pomysł.

− Więc powiedz, na czym ten pomysł polega.

Zawahałem się. Ne chciałem mówić o tym na korytarzu, ale było jasne, że Maurice nie wpuści mnie do pokoju.

− Wiesz, że jutro wracam do Cambridge? – zapytałem.

− Owszem. I co z tego?

− To doskonałe miejsce do pisania.

− No to pisz.

− Pomyślałem, że może chciałbyś się tam do mnie przyłączyć. Mógłbym znaleźć ci lokum…

− Nie interesuje mnie mieszkanie w Cambridge – odparł. – Nie przyszło ci nigdy do głowy, Erichu, że może widzisz mnie takim, jakim chcesz, żebym był, a nie takim, jakim jestem?

Zmarszczyłem czoło, nie mając ochoty nawet dopuszczać do siebie myśli, że taka ewentualność istnieje.

− Mógłbyś zrobić dyplom – ciągnąłem. – Nawet jeśli twoje oceny szkolne okazałyby się niewystarczające, to jestem przekonany…

− Erichu, powiedziałem, że nie chcę tam mieszkać.

− Ale to takie piękne miasto. Czasami myślę, że miło byłoby kupić dom – dodałem, na bieżąco wymyślając nowe koncepcje. – Miałbyś w nim pokój. – Nie będąc w stanie spojrzeć mu w oczy, wpatrywałem się w podłogę. – Oczywiście własny. A ponieważ nie mam dzieci, to pewnego dnia…

− Jestem zmęczony, Erichu – przerwał mi. – Idę do łóżka.

− Tak, oczywiście – przygnębiony, z trudem wydobyłem z siebie głos i odwróciłem się. – To był głupi pomysł.

Ruszyłem korytarzem do swojego pokoju, ale jego wołanie kazało mi się odwrócić.

− Jak miał na imię?

− Co? – Pytanie wprawiło mnie w konsternację. – Kto jak miał na imię?

− Chłopiec. Młodszy brat Alysse. Pamiętasz, jak miał na imię, czy jego życie było dla ciebie równie bez znaczenia jak jej? Jak miał na imię, Erichu?

Wpatrywałem się w niego, z trudem przełykając ślinę. Z nadzieją na inspirację powiodłem wzrokiem po dywanie, obrazach, kloszach, ale umysł miałem pusty. Spojrzałem na Maurice’a i odparłem:

− Nie pamiętam. Nie jestem nawet pewien, czy kiedykolwiek to wiedziałem.

Uśmiechnął się do mnie, pokręcił głową i już go nie było.

Kiedy nazajutrz rano zszedłem na dół z walizką i zapytałem o niego w recepcji, w odpowiedzi usłyszałem, że przed godziną się wymeldował.

Nie zostawił dla mnie wiadomości.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?