Drabina do nieba

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

− Musisz od razu zacząć swoją powieść – odrzekł z gorzko-słodkim uśmiechem. – Przyszłość nie rysuje się dobrze dla naszego pokolenia.

− Ale jak, skoro nie mam o czym pisać? Nic nie widziałem, nic nie zrobiłem. Pisarz potrzebuje doświadczeń, żeby mieć z czego czerpać. Potrzebuje romansów – dodałem ostrożnie. – Malarz także, jestem o tym przekonany.

− To prawda – zgodził się Oskar, sięgając do torby. – Właściwie to chciałem ci coś pokazać. Masz coś przeciwko temu?

− Jasne, że nie.

− Ostatnio dużo maluję – powiedział. – Późno w noc, wcześnie rano i czuję, że w końcu mi się udało. Popatrz na to. – Podał mi zwinięte płótno. Rozwiązałem sznurek i powoli zacząłem je rozwijać, uważając, by w żadnym punkcie nie zetknęło się z wilgotnym blatem. Obraz odsłaniał się przede mną etapami. Najpierw palec u stopy, potem stopa. Goła noga. Tors. Pełne piersi z ciemnymi sutkami. I wreszcie twarz dziewczyny, ta sama twarz, którą widywałem na wszystkich jego poprzednich szkicach, tym razem jednak modelka nie była zwrócona profilem, ale patrzyła prosto na mnie z wyzwaniem malującym się w oczach. Lewą rękę miała położoną na nagim ciele, palce spoczywały pomiędzy nogami rozchylonymi na tyle, by można było dojrzeć jej płeć. W obrazie nie było nic pornograficznego, ale napięcie erotyczne wyczuwało się zarówno w pociągnięciach pędzlem, jak i w uśmiechu dziewczyny, który wprawił mnie w dezorientację. Spojrzałem na przyjaciela – jego mina wyrażała nadzieję pomieszaną z ekscytacją.

− No i? – zapytał. – Co o tym myślisz?

− Nie jestem pewien. To dość szokujące, nie sądzisz?

− Szokujące? – powtórzył, siadając prosto, i uświadomiłem sobie, że ja ze swoją pruderyjnością mogę za skandaliczne uważać coś, co on definiuje jako sztukę. – Masz na myśli użycie cienia na jej ramionach? Tak, sam nie byłem przekonany, czy przypadkiem nie przesadziłem. Myślę, że jest dobrze, ale nie jestem pewien. Za to jestem zadowolony z jej dłoni, bo dłonie zawsze sprawiają mi trudność, ale tu nieźle sobie poradziłem, zgadzasz się? I sposób, w jaki trzyma palce na cipce? Naprawdę uważam, że uchwyciłem zarówno jej ducha, jak fizyczność.

Zaskoczony nabrałem powietrza. Pomimo takiego doboru słów równie dobrze mogliśmy rozmawiać o jakiejkolwiek przyziemnej sprawie – pogodzie, czasie, cenie chleba.

− Oczywiście, jak wiesz, to jest ostatni obraz z długiej serii – dodał Oskar. – Ale naprawdę czuję, że rezygnując z przywiązania do jej profilu, wpadłem na coś ważnego.

− Po prostu ją odwracając? – zapytałem. – To jest ten twój wielki przełom?

− Nie, chodzi o coś więcej – odrzekł i do jego głosu wkradła się uraza. – O wyraz buntu w jej oczach. Sposób, w jaki się zakrywa, a równocześnie nas zaprasza, żebyśmy ją obserwowali w najbardziej intymnej chwili.

− Ale to tylko naga dziewczyna leżąca na sofie – powiedziałem, zdając sobie sprawę, że w moim głosie słychać dezaprobatę, i usiłując zapanować nad swoim niezadowoleniem. – Trudno to uznać za oryginalny koncept. Przecież artyści wykorzystują go od stuleci, prawda?

− Oczywiście. – Jego pewność siebie zaczynała maleć. – Ja jednak staram się zrobić coś nowego. Malarze szukają piękna, a gdzie indziej mają je znajdować, jeśli nie w kobiecym ciele, najpiękniejszym z dzieł Boga?

− Naprawdę? Piękniejszym od wschodu słońca? Oceanu? Nieba pełnego gwiazd?

− Tak, o wiele piękniejszym! – krzyknął, znowu z entuzjazmem unosząc ręce. – Kiedy jestem sam na sam z dziewczyną, kiedy się z nią kocham, stwierdzam, że pochłania mnie tak, jak nigdy nie pochłaniała mnie natura. Ty też musiałeś to odczuwać, prawda?

Wpatrywałem się w niego, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Czy zakładał, że jak on byłem doświadczony w kwestiach seksu?

− Jasne – odparłem z wahaniem. – Ale w sztuce jest coś więcej niż…

− Każdy malarz wnosi coś nowego do aktu – ciągnął Oskar. – Tak samo ty, gdybyś pisał, sam nie wiem, o wielkiej wojnie, próbowałbyś znaleźć świeżą perspektywę, nowy punkt widzenia. Ja próbuję z portretem. Pamiętasz, jak raz powiedziałem, że chcę malować to, co znane, w nieznany sposób? Oczywiście jeszcze tego nie osiągnąłem. Nadal mam przed sobą długą drogę i wiele muszę się nauczyć. Ale robię postępy, nie sądzisz?

W milczeniu zwinąłem obraz i zawiązałem sznurkiem, po czym mu go oddałem.

− Pokazałeś to komuś poza mną? – zapytałem, a on w odpowiedzi pokręcił głową. Upiłem spory łyk piwa i dodałem: – Oskarze, jestem twoim przyjacielem, mam nadzieję, że o tym wiesz. Bardzo mi na tobie zależy. To, co ci teraz mówię, mówię z przyjaźni i lojalności.

Usiadł prosto, chmurząc się.

− W porządku. Mów.

− Moim zdaniem ten obraz jest prostacki i obsceniczny. Wiem, myślisz, że jest w nim piękno, styl, elegancja i oryginalność, ale obawiam się, że poniosłeś klęskę. Jesteś zbyt blisko, by dostrzec tkwiącą w nim fundamentalną wulgarność. Prawda, dłonie, o których wspomniałeś, są doskonale namalowane, ale to, co robią, graniczy z pornografią. Nie dostrzegasz tego? To tak, jakbyś tworzył ten obraz, żeby podniecać widza albo – co gorsza – samego siebie.

− Nie! – Oskar wyglądał na zranionego. – Jak możesz tak myśleć?

− Twoja modelka nie wygląda na pogrążoną we własnych pragnieniach, tylko wyraźnie jej zależy na naszym pożądaniu, co obrazowi nadaje charakter manipulacyjny. To rodzaj obrazu, który piętnastoletni chłopiec mógłby trzymać w ukryciu, ale którego nigdy nie powieszą w galerii. Mówię to nie po to, by cię ranić, przyjacielu, ale by ci pomóc. Sądzę, że jeśli pokażesz to komuś jeszcze, staniesz się pośmiewiskiem. Może nawet gorzej. Wiesz, że Reich nie patyczkuje się z pornografią.

Długo milczał, pochylając głowę i rozważając moje słowa. Kiedy znowu się odezwał, z jego głosu zniknęła cała radość, na twarzy malowało się upokorzenie.

− Myślałem, że uchwyciłem coś nowego – powiedział cicho. – Tak ciężko nad tym pracowałem.

− Ja oczywiście zupełnie się nie znam na malowaniu – odparłem, starając się, by brzmiało to swobodnie. – I mogę się mylić. Ale nie byłbym prawdziwym przyjacielem, gdybym szczerze nie podzielił się z tobą swoimi odczuciami. Pamiętasz weekend, kiedy pojechaliśmy do Poczdamu?

− Jasne. A dlaczego?

− Tak wiele było tam do uchwycenia. Krajobrazy. Jezioro, w którym pływaliśmy. Krowy. Nie możesz dla odmiany skupić się na takich rzeczach?

− Na krowach? – zapytał, patrząc na mnie jak na człowieka niespełna rozumu. – Myślisz, że chcę malować krowy? One nie mają duszy. Alysse przynajmniej ma duszę.

− Alysse? A kto to jest?

Głową wskazał płótno.

− Moja modelka.

− Więc to prawdziwa dziewczyna, nie wytwór fantazji?

− Oczywiście, że jest prawdziwa! Nigdy nie zdołałbym namalować czegoś takiego z wyobraźni. Aż taki twórczy nie jestem.

Nie byłem w stanie znosić tego dłużej, musiałem zapytać.

− Jesteś w niej zakochany?

− I to bardzo – odrzekł, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. – Ona we mnie też.

Usiadłem prosto, patrząc na niego wstrząśnięty.

− Skoro tak, to dlaczego wcześniej nic o niej nie mówiłeś?

− Cóż, nie sądziłem…

− Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi? Jeśli jednak to tylko niemądry wakacyjny romans…

− Nie – odparł z naciskiem. – To coś o wiele poważniejszego.

− Skąd możesz być tego pewien?

− Po prostu jestem.

Pokręciłem głową.

− Gdybyś naprawdę tak bardzo ją kochał, opowiedziałbyś mi o niej.

− W normalnych czasach pewnie tak, ale to nie są normalne czasy, zgadzasz się? Muszę być ostrożny. Wszyscy musimy.

− W jakiej sprawie?

− W każdej. I wobec każdego.

Rozejrzałem się. Nagle wydało mi się, że cały bar nas słucha i obserwuje, świadomy uczuć Oskara do dziewczyny i moich uczuć do niego. Właściwie zawsze wiedziałem, że Oskar nie podziela moich romantycznych pragnień, ale głęboko raniła mnie myśl, że nawiązał związek intymny z kimś innym.

− Nie jestem pewien, czy masz rację – powiedział. – Przecież artysta powinien być wierny własnym instynktom?

− Nie mogę ci mówić, co masz myśleć, Oskarze, mogę tylko powiedzieć, co czuję.

− Jesteś przekonany, że powinienem zniszczyć obraz? – zapytał.

− Tak. I nie tylko to. Nie powinieneś więcej malować Alysse. Może jesteś zbyt blisko niej. Trzeba, żebyś zachował swój talent na bardziej odpowiednie tematy.

Pobladł jak kreda, ale nie czułem wyrzutów sumienia. Pragnąłem, by spalił obraz, by uznał, iż jest do tego stopnia bezwartościowy, że należy porzucić związaną z nim koncepcję, a tym samym i dziewczynę. Maluj krowy, pomyślałem. Maluj tyle krów, ile dusza zapragnie. Dodaj także owce, jeśli to zaspokaja twoje artystyczne potrzeby.

*

− I zrobił to? – zapytał Maurice, który w milczeniu słuchał mojej opowieści. – Zniszczył obraz?

− Tak – odparłem, niezdolny spojrzeć mu w oczy. – Tamtego wieczoru do późnej nocy siedzieliśmy w Böttcher, bardzo się upiliśmy i Oskar, jak zwykle w takich chwilach, popadł w ckliwość, ze zwieszoną głową szlochał nad swoim brakiem talentu. W końcu sięgnął po obraz, przedarł go na pół raz, drugi, kolejny.

Maurice w milczeniu dopił piwo, patrząc na ulicę.

− Mam nadzieję, że teraz nie myślisz o mnie gorzej – odezwałem się wreszcie. Pokręcił głową i przykrył moją dłoń swoją, powtarzając gest, który przed półwieczem wykonał w Berlinie Oskar.

− Oczywiście, że nie. Postąpiłeś tak z zazdrości, ale też z miłości. Byłeś wtedy chłopcem, a w tym wieku nikt z nas nie panuje nad emocjami.

Spojrzałem na zegarek i westchnąłem.

− Powinniśmy wracać do hotelu – powiedziałem. – Muszę się przebrać.

Wieczorem nie pojawił się w barze. Pomimo jego zaleceń czekałem z nadzieją, że przyjdzie później. Kiedy jednak zegar wskazał północ, ostatecznie zrezygnowałem i dość znużony, postanowiłem pójść do pokoju, po drodze przyciskając ucho do jego drzwi, ale wewnątrz panowała cisza. Położyłem się, zmęczony i senny, lecz zanim zgasiłem światło, na nocnym stoliku dostrzegłem czasopismo, które dał mi wcześniej. Sięgnąłem po nie i otworzyłem na jego opowiadaniu. Nie było dobre. Wcale nie. Wręcz przeciwnie, było tak fatalne, że zacząłem się zastanawiać, czy ma dość talentu, by zostać pisarzem, i czy nie wyświadczam mu niedźwiedziej przysługi, zachęcając go do pisania. Przekartkowałem magazyn do końca i serce mi się ścisnęło, gdy w stopce redakcyjnej na ostatniej stronie przeczytałem, że jednym z redaktorów jest nie kto inny jak Dash Hardy, amerykański pisarz, którego spotkaliśmy w Madrycie. To on zamówił u Maurice’a opowiadanie, dostrzegł w nim zalety i opublikował je.

 

Patrząc z perspektywy, widzę oczywiście, że użyłem złych słów na opisanie aktu Alysse. Pomimo młodego wieku i ignorancji w kwestiach sztuki wiedziałem, że nic na świecie nie może być dalsze od braku wyrafinowania czy obsceniczności niż ten obraz. Był wspaniały. Ironia polegała na tym, że w 1939 roku zobaczyłem rzecz piękną i jej twórcy powiedziałem, że to marna imitacja. A teraz, niemal pięćdziesiąt lat później, przeczytałem rzecz okropną i zapytany o ocenę, z pewnością bym ją pochwalił.

Doprawdy, takie zachowanie wołało o pomstę do nieba.

6. Nowy Jork

Lot do Nowego Jorku był naszą pierwszą wspólną podróżą i w samolocie ustaliliśmy plan pobytu. Miałem jedno spotkanie z czytelnikami w centrum 92nd Street Y, drugie jako uczestnik panelu powieściopisarzy na Uniwersytecie Nowojorskim i trzecie w bibliotece na Brooklynie, do tego zwykłe w takich wypadkach wywiady, podpisywanie książek i udział w audycjach radiowych, a Maurice zgodził się towarzyszyć mi we wszystkich tych imprezach, pod warunkiem że jeden wieczór będzie miał wolny na spotkanie z mieszkającymi w mieście przyjaciółmi.

Spotkania z czytelnikami przebiegły dobrze, wyjątkiem był panel, w którym oprócz mnie wzięli udział obsypany pochlebnymi recenzjami pisarz z Park Slope, młodszy ode mnie o jakieś dwadzieścia lat i wyglądający tak, jakby cały dzień spędził na kręceniu reklamy ubrań wiodącego projektanta, oraz młoda kobieta, która debiutancką powieść wydała przed sześciu laty i nic nie wskazywało na to, że pracuje nad drugą. Z jakiegoś powodu z uporem zwracała się do mnie „Herr Ackermann”, chociaż wielokrotnie prosiłem, żeby mówiła mi po imieniu. („Nie mogłabym – oznajmiła za kulisami, domagając się od wolontariusza kieliszka wina. – Jest pan dostatecznie stary, żeby być moim dziadkiem”). Na scenie siedziałem w środku pomiędzy nią (nazwijmy ją Susan) a nim (niech będzie Andrew). Powieść Susan przedstawiała sztuczne i szalenie naciągane paralele między napięciami politycznymi w Niemczech w latach trzydziestych a amerykańską opozycją wobec wojny wietnamskiej trzy dekady później i moderator zapytał mnie, czy jej utwór wiernie odzwierciedla moje doświadczenie miasta z tamtych czasów.

− To było tak dawno, że z trudem sobie przypominam – odparłem, patrząc na widownię, która zdawała się całą uwagę skupiać na młodszym mężczyźnie po mojej lewej ręce. – Proszę pamiętać, że byłem wtedy nastolatkiem i polityka nie zaprzątała mnie jakoś szczególnie. Myślałem o swojej przyszłości i miałem nadzieję zostać pisarzem. Co do powieści Susan: uważam, że jest doskonale udokumentowana, autorka bez wątpienia dobrze przedstawia topografię miasta, równocześnie jednak nieco mnie niepokoi brak kompasu moralnego u niemieckich bohaterów.

Z mojej strony było to znaczne niedomówienie, po otrzymaniu planu nowojorskiej wizyty przed kilkoma tygodniami przeczytałem bowiem powieść i przekonałem się, że nie tylko jest banalna w opisie konfliktu rasowego, ale też głęboko naiwna w swoich przemyśleniach, a co więcej, zbieranie materiału przez Susan najwyraźniej polegało wyłącznie na oglądaniu starych filmów o drugiej wojnie światowej. Wystarczył jednak cień krytyki i odwróciła się do mnie, momentalnie przyjmując postawę obronną.

− Kompas moralny? – powtórzyła. – Mógłby pan wyjaśnić, co przez to rozumie, Herr Ackermann?

Zaimponowało mi, jak poprzez użycie tej akurat formy grzecznościowej zasugerowała, że to mnie brakuje zasad etycznych.

− Rzecz w tym – odparłem – że w tamtych czasach byli Niemcy, którzy dość wyraźnie głosili sprzeciw wobec polityki Hitlera, a wielu zdecydowało się uciec z kraju. Jako niefortunne odbieram to, że tak rzadko pojawiają się w powieściach wojennych.

− Nie piszę powieści wojennych – oznajmiła Susan, palcami kreśląc cudzysłów w powietrzu. – Proszę nie szufladkować mojej twórczości.

− Powinieneś bardzo uważać, gdzie stawiasz stopy, kolego – odezwał się Andrew, który teraz siedział pochylony na krześle, a w jego głosie rozbawienie walczyło z oburzeniem. – Susan jest w gruncie rzeczy ekspertką od tego okresu historycznego.

− A ja w nim żyłem – odrzekłem.

− Sam jednak mówiłeś, że byłeś wtedy chłopcem.

− Owszem, ale ludzie często zakładają, że po dojściu narodowych socjalistów do władzy cały naród z dnia na dzień zmienił się w hordę antysemickich barbarzyńców. Z pewnością my jako powieściopisarze powinniśmy szukać rzadziej opowiadanych historii. A niektóre można znaleźć w życiu tych, którzy sprzeciwili się nazistom i z tego powodu zginęli.

− Przepraszam – wtrąciła Susan, unosząc ręce i sprawiając wrażenie, że będzie potrzebowała środka uspokajającego, jeśli nie zamilknę. – Cała rodzina męża mojej najlepszej przyjaciółki zginęła w obozach i to jest dla mnie bardzo emocjonalna kwestia. Jak pan mógł sugerować, Herr Ackermann…

− Ja tylko mówię… – zacząłem, ale przerwał mi Andrew, który uciszył mnie, kładąc mi dłoń na kolanie.

− Byłeś członkiem Hitlerjugend, Erichu, nie mylę się, prawda? – zapytał.

− Cóż, tak – odparłem, czując na plecach strumyk potu. – To wszystko zostało dokładnie udokumentowane. Chłopcy w moim wieku nie mieli wyboru, wszyscy musieli wstąpić do organizacji. Tak samo jak wszystkie dziewczęta musiały należeć do Bund Deutscher Mädel.

− Kobiety nie walczą na wojnach – oznajmiła z naciskiem Susan. – I nigdy ich nie rozpętują.

− Niech pani to powie Margaret Thatcher – odrzekłem. – I Helenie Trojańskiej.

− Byłeś żołnierzem w armii niemieckiej? – ciągnął Andrew.

− Tak, w Wehrmachcie – przyznałem. – Nigdy się tego nie wypierałem. Chociaż oczywiście nie brałem udziału w walkach. Należałem do zespołu urzędników w Berlinie podczas…

− W takim razie zanim opowiesz nam historie o wszystkich dobrych Niemcach próbujących powstrzymać Hitlera – rzekł – może przez chwilę się zastanowisz i poświęcisz myśl rodzinom tych, którzy oddali życie, by światu przywrócić wolność.

− Tak, tak – zgodziła się Susan i w tym punkcie widownia gromkim aplauzem nagrodziła ten fałszywy patriotyzm, ten banał mający na celu zadowolenie tłumu, na stojąco oklaskiwała Andrew, który udawał, że tego nie zauważa, popijając wodę i bawiąc się obrączką.

Od tej chwili pisarze i moderator zupełnie mnie ignorowali, a jednak później, za kulisami, wszyscy troje poprosili, żebym podpisał im egzemplarze Lęku i sfotografował się z nimi, na pożegnanie zaś uścisnęli mi ręce, jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi.

− Pierdolony dupek – oznajmił Maurice, kiedy taksówką wracaliśmy do hotelu; miał na myśli modela przebranego za pisarza. – Grał pod publiczkę, to wszystko. Widziałeś, jak potem ludzie mu gratulowali i stali w kolejce po autograf? Jakby w pojedynkę poprowadził atak na plażach pod Dunkierką. Bo wiesz, to nie tak, że kogoś zabiłeś, prawda? Jak powiedziałeś, byłeś tylko urzędnikiem.

− Chociaż pewnie nie powinienem wygłaszać kazań o oporze antynazistowskim, skoro nie brałem w nim udziału.

− Wykonywałeś rozkazy. Gdybyś odmówił, zastrzeliliby cię.

Nie odpowiedziałem, tylko patrzyłem przez szybę na mijane ulice, a w hotelu po raz pierwszy w czasie naszej znajomości odmówiłem pójścia do baru na szklaneczkę i od razu udałem się do swojego pokoju, gdzie wziąłem długą gorącą kąpiel i do późnej nocy piłem samotnie.

Następny dzień minął bez incydentów i kolejnego dnia rano obudziłem się wcześnie, wyczekując na spotkanie z Maurice’em na śniadaniu. Poprzedniego wieczoru brakowało mi go, poszedł na spotkanie z przyjaciółmi, ale umówiliśmy się o dziesiątej w holu. Nie pojawił się i dopiero kiedy wiele godzin później zszedłem na lunch, zobaczyłem go w drzwiach. Miał na sobie to samo ubranie co wieczorem i wyglądał dość niechlujnie. Ulga na mojej twarzy musiała jednak być oczywista, bo sprawiał wrażenie nieco skruszonego, tłumacząc, że trochę przesadził i postanowił spędzić noc u przyjaciela.

− Mogłeś dać znać – powiedziałem. – Nie miałem pojęcia, czy żyjesz.

− Nie zachowuj się tak melodramatycznie, Erichu – odparł, zbywając moją troskę machnięciem ręki. Jego lekceważenie uderzyło mnie niczym cios w brzuch. Nasza relacja zaczynała ulegać zmianie i Maurice najwyraźniej nie odczuwał już potrzeby okazywania takiego szacunku jak wcześniej. – Daj spokój – dodał. – Umieram z głodu. Chodźmy na górę, zamówię jedzenie.

Chciałem odmówić, oznajmić, że mam lepsze rzeczy do roboty niż włóczenie się za nim przez cały dzień, ale on już szedł w stronę wind i wiedząc, że jeśli teraz zrezygnuję, mogę nie widzieć go przez wiele godzin, przełknąłem dumę i wsunąłem się w szczelinę między zamykającymi się drzwiami. W milczeniu pojechaliśmy na jedenaste piętro, gdzie obaj po sąsiedzku mieszkaliśmy.

Czułem coś na kształt erotycznego dreszczu, przekraczając próg jego pokoju. Na stole leżała otwarta walizka, pościel była zmięta po wczorajszej popołudniowej drzemce. Na podłodze widziałem rozrzuconą bieliznę i skarpetki i intymność tej sceny była niezwykle podniecająca.

− Jadłeś lunch? – zapytał, kopnięciami zrzucając buty.

− Oczywiście. Jest po drugiej.

− Ja umieram z głodu. Wyświadcz mi przysługę, dobrze, i zadzwoń na room service. Zamów cheeseburgera i frytki, coś w tym rodzaju. Muszę wziąć prysznic.

Sięgnąłem po oprawny w skórę informator na biurku i przerzuciłem karty.

− Chcesz coś do picia? – zapytałem.

− Colę dietetyczną. Dużo lodu.

Wybrałem numer i złożyłem zamówienie, on zaś usiadł, żeby zdjąć skarpetki. Przez moment przyglądał się palcom u stóp, następnie ściągnął przez głowę podkoszulek, po raz pierwszy odsłaniając przede mną swoje ciało. Był umięśniony, pozbawiony owłosienia, a kiedy się pochylił, wyraźnie zarysowały się głębokie bruzdy między mięśniami na jego brzuchu. Nisko na prawym boku miał bliznę. Niemożliwością było się nie przyglądać i nawet kiedy zdawałem sobie sprawę, że Maurice patrzy prosto na mnie, nie byłem w stanie oderwać od niego oczu.

− Jak miałem dwanaście lat, zrobili mi operację wyrostka – powiedział i wstał. – Chirurg ją spieprzył, dlatego blizna jest taka widoczna. Przy dotknięciu robi się jasnoczerwona. Sprawdź.

Podszedłem do niego i czubkiem palca wskazującego przesunąłem po bliźnie. Rzeczywiście, nieznacznie zapłonęła. Kiedy dotarłem do miejsca, gdzie czerwień mieszała się z naturalną barwą skóry, położyłem dłoń na jego brzuchu, czując ciepło jędrnej młodej skóry.

− Widzisz? – powiedział. Cofnął się, rozpiął dżinsy, po czym bez ceremonii je ściągnął i rzucił na łóżko. Stał teraz przede mną w samych bokserkach. Zmusiłem się, żeby odwrócić wzrok, chociaż zdążyłem złapać cień uśmiechu na jego twarzy.

− Powinienem już iść – powiedziałem.

− Nie, zostań, jeśli możesz. Chłopak z room service może przyjść, jak będę pod prysznicem, i będziesz mi potrzebny, żeby go wpuścić.

Poszedł do łazienki, zostawiając drzwi lekko uchylone. Po chwili usłyszałem wodę spadającą z hukiem na podłogę kabiny, później, gdy stanął pod strumieniem, odgłos stracił na dźwięczności. Flirtował ze mną, pytałem siebie, czy po prostu wyzbyty był nieśmiałości? W poczynaniach Maurice’a było coś świadomego. Zbliżyłem się do drzwi łazienki i spojrzałem na jego nagą sylwetkę, ukrytą za szklanymi ścianami kabiny i otoczoną tumanem pary, a kiedy się odwrócił, podszedłem do łóżka, czując niemal przytłaczające pożądanie. W zakłopotanie wprawia mnie wspomnienie, jak przytuliłem twarz do poduszki w nadziei, że poczuję jego zapach, ale nic tam nie było. Zanim zdążyłem zrobić coś jeszcze bardziej zawstydzającego, rozległo się pukanie do drzwi i kelner przyniósł zamówienie.

Kilka minut później Maurice wyłonił się z łazienki w białym płaszczu kąpielowym luźno związanym w pasie i zaproponował mi część swojej porcji. Odmówiłem, oznajmiając, że wracam do siebie.

 

− Nie, zostań – nalegał. – Nie cierpię jeść sam. Opowiedz mi więcej o swoim przyjacielu Oskarze.

− Kiedy indziej, Maurice. – Pokręciłem głową. – Dzisiaj nie jestem w nastroju do wspomnień.

− Ale ja chcę wiedzieć. Usiądź. Kontynuuj historię. Erichu, siadaj.

Oczywiście w żadnym razie nie byłem w stanie go rozczarować, zrobiłem więc, co kazał, i zacząłem mówić.

*

Było lato 1939 roku, ledwo dwa miesiące przed wybuchem wojny, i umówiłem się z przyjacielem w naszym zwykłym miejscu, żeby uczcić jego siedemnaste urodziny. Siedział sam przy oknie, gdy przechodziłem przez ulicę. Zapukałem w szybę, a on uśmiechnął się szeroko i gestem zaprosił mnie do środka. Przekraczając próg, czułem wielkie szczęście, i gdy kelnerka przyniosła nam piwo, podnieśliśmy kufle.

− Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin – powiedziałem i wyjąłem z torby prezent, który wcześniej starannie opakowałem.

Oskar drgnął zaskoczony, gdy położyłem go na stole między nami. Zerwał papier i podniósł wieko z pudełka. Prezentem było wieczne pióro, które dziadek dał mi na urodziny kilka lat temu. Najlepsze ze wszystkich, najbardziej je sobie ceniłem. Chciałem, żeby miał je Oskar.

− Ach. – Zachmurzył się lekko i wyraz jego twarzy wprawił mnie w konsternację, bo nie wyglądał na tak zachwyconego, jak oczekiwałem. – To bardzo miłe z twojej strony.

− Podoba ci się?

− Tak, i to bardzo.

− Co się dzieje? – zapytałem.

− Nic. Dlaczego pytasz?

− Nie wiem. Ale coś jest nie tak, widzę to po twojej minie.

Zanim zdążył odpowiedzieć, na miejsce koło niego wsunęła się dziewczyna, patrząc to mnie, to na niego.

− Alysse – powiedział Oskar, odwracając się do niej. – To jest Erich, o którym ci opowiadałem.

− Wreszcie – stwierdziła i wyciągnęła do mnie rękę. Od razu ją rozpoznałem ze szkiców i obrazów Oskara. Sprawiała wrażenie niespokojnej, rozglądała się po barze i usiłowała kulić się na siedzeniu, jakby w ten sposób mogła uniknąć zwrócenia na siebie uwagi. – Zaczynałam podejrzewać, że Oskar cię wymyślił. Tak często o tobie wspomina, ale nie przedstawił nas sobie.

− To dlatego, że mu nie ufam – oznajmił Oskar.

− Co? – Spojrzałem na niego oburzony. – Dlaczego nie?

− Bałem się, że mi ją ukradniesz – ciągnął ze śmiechem. – Żartuję, Erichu. Nie miej takiej przerażonej miny!

− Nikt nie zdołałby ci mnie zabrać – powiedziała cicho.

Uśmiechnęli się do siebie, potem nachylili głowy ku sobie i się pocałowali. Kiedy znowu się od siebie odsunęli, nadal uśmiechali się głupio, odurzeni miłością.

− A to co? – zapytała, patrząc na wieczne pióro mojego dziadka. – Jakie piękne.

− Jest Ericha – odparł Oskar. – A raczej moje. Podarował mi je na urodziny.

Wzięła pióro do ręki i obejrzała ze wszystkich stron. Światło wpadające przez okno odbiło się refleksami od złotych elementów.

− Erichu – powiedziała, spoglądając na mnie szeroko otwartymi oczami – co za przemyślany prezent. Jest taki piękny.

− Wydaje mi się, że Oskarowi się nie podoba – odrzekłem.

− Jest zakłopotany. – Wzruszyła ramionami. – Pokaż mu – poleciła, zwracając się do mojego przyjaciela.

− Nie, to bez znaczenia – powiedział.

− Pokaż mu – powtórzyła. – Mnie to nie przeszkadza.

Westchnął i wyjął z torby drugie wieczne pióro, o wiele tańsze, z tych, które można kupić w sklepie papierniczym, chociaż wyryto na nim jego inicjały „OG”.

− To prezent od Alysse. Zbieg okoliczności, nic więcej.

− Pokonałeś mnie, Erichu – powiedziała ze śmiechem. – Twoje jest o wiele lepsze.

− To prawda – zgodziłem się. – A tak w ogóle to jak długo się znacie?

− Półtora roku – odparła, ignorując moje grubiaństwo. – Na początku tylko się przyjaźniliśmy, potem to wreszcie się zmieniło. Długo był zbyt nieśmiały, żeby mnie pocałować.

− Ale nie zbyt nieśmiały, żeby cię malować? – zapytałem.

Roześmiała się, choć ku mojemu rozczarowaniu nie sprawiała wrażenia szczególnie zażenowanej.

− Nie myśl, że jestem typem dziewczyny, która przed każdym się rozbiera, Erichu. Jestem jego muzą. Oskar pewnego dnia będzie wielkim malarzem. Mój portret może zawisnąć w Luwrze jak Mona Liza.

− Porównujesz siebie z nią, a Oskara z Leonardem da Vinci? – zapytałem, starając się, by w moim głosie nie zabrzmiał sarkazm.

− Ani jedno, ani drugie – odparła. – Mówiłam tylko…

− Gdybyś miał dziewczynę tak piękną jak Alysse – wtrącił Oskar – nie chciałbyś także jej malować?

− Nie wiem – powiedziałem. – Nigdy nie miałem dziewczyny.

− Niemożliwe!

− Ale to prawda.

− W takim razie powinnam cię przedstawić swoim koleżankom – zasugerowała Alysse.

− Po co zaprzątać sobie głowę? – zapytałem. – Niedługo Oskar i ja wyjedziemy na wojnę. Będziemy szczęściarzami, jeśli dożyjemy przyszłego roku. Nie chcę marnować czasu, który mi pozostał, na próby zrobienia wrażenia na jakiejś dziwce.

Przy stoliku zapadło milczenie. Uśmiech zniknął z twarzy Alysse, Oskar wpatrywał się we mnie, jakby nie potrafił uwierzyć, że mogłem powiedzieć coś takiego.

− Po prostu jestem realistą – dodałem, niezdolny spojrzeć im w oczy. – Otwierają coraz więcej punktów rekrutacyjnych w całym Berlinie. Za rok skończymy osiemnaście lat i jaką nadzieję będziemy wtedy mieli?

− Mogą je sobie otwierać, gdzie chcą – oznajmił Oskar. – Ja do żadnego nie wejdę.

− Oskarze! – powiedziała Alysse.

− Ale to prawda.

− Oskarze – powtórzyła ciszej, z nutą przestrogi w głosie.

− O czym mówicie? – zapytałem.

Spojrzeli na siebie i w końcu Alysse wzruszyła ramionami.

− Musisz to zachować dla siebie, Erichu – powiedziała.

− Co mam dla siebie zachować? Co się dzieje?

− Niedługo stąd wyjedziemy – odrzekł Oskar. – Planujemy zamieszkać gdzie indziej.

− Ale gdzie? W innej części Niemiec?

− Jasne, że nie. Daleko od Europy.

Alysse spojrzała na zegarek i pokręciła głową.

− Powinnam iść, muszę odebrać brata ze szkoły. Zobaczymy się później, Oskarze, tak? Przyjdziesz na kolację?

− Oczywiście. Będę o szóstej.

− Erichu, miło było cię poznać – dodała Alysse, wstając i wkładając płaszcz. – Ale proszę, porozmawiajcie o czym innym, dobrze? O czymś wesołym. W końcu to urodziny Oskara.

Kiwnąłem głową i patrzyłem, jak wychodzi.

Jakiś hałas dobiegający z dworu sprawił, że obaj odwróciliśmy głowy do okna. Wysoki rudowłosy wartownik SS zatrzymał Alysse i przyzywał ją do siebie, kiwając palcem.

− Co się dzieje? – zapytał Oskar, marszcząc czoło.

Wartownik coś do niej powiedział, a ona wyjęła z kieszeni dokumenty i podała mu. Wziął je, długo się w nią wpatrywał, dopiero potem przyjrzał się papierom.

− Idę tam. – Oskar podniósł się z krzesła, ale złapałem go za rękę.

− Nie – powiedziałem. – Poczekajmy. Nie wtrącaj się.

Znieruchomiał. Obaj patrzyliśmy, jak wartownik kartkuje dokumenty, potem zdejmuje rękawiczki i wolno podnosi rękę, by przesunąć palcem po twarzy Alysse. Widziałem, że się uśmiecha, i w jego oczach rozpoznałem pożądanie.

− Skurwysyn – syknął Oskar. Musiałem zebrać wszystkie siły, żeby utrzymać go na miejscu.

− Jeśli teraz tam pójdziesz, narobisz kłopotów sobie i jej – powiedziałem z ustami przy jego uchu. – Poczekaj jeszcze minutę, on prawdopodobnie ją puści.

Oskar lekko się rozluźnił. Zgodnie z moimi przewidywaniami wartownik w końcu oddał dokumenty Alysse, która poszła dalej, raz tylko niespokojnie się oglądając.

− No więc? – zapytałem, kiedy zniknęła nam z oczu i znowu usiedliśmy. Widziałem, w jaką wściekłość wpadł mój przyjaciel, nigdy dotąd na jego twarzy nie zaobserwowałem równie silnych emocji. – Co się dzieje? Przecież nie możesz wyjechać z Niemiec.

− Muszę.

− Ale dlaczego?

− Z powodu Alysse.

− To znaczy?

Rozejrzał się nerwowo i chociaż przy sąsiednich stolikach nikogo nie było, zniżył głos.