Drabina do nieba

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

− Niewiele jest do opowiadania – odparł, wzdychając, i było jasne, że wolałby koncentrować się na mnie. – Ojciec hoduje świnie, mama prowadzi dom. Mam pięć sióstr i brata. Jestem najmłodszy, czarna owca w rodzinie.

− Dlaczego?

− Bo reszta została w domu. Każde z rodzeństwa znalazło sobie współmałżonka w okolicy i wszyscy robią to, czego się od nich oczekuje. Są rolnikami, górnikami, nauczycielkami. Żadne nigdy nie podróżowało, nawet nie wyjechało z Yorkshire. Ja zawsze chciałem czegoś więcej. Pragnąłem zobaczyć świat, poznać interesujących ludzi. Ojciec mówił, że to ambicje ponad stan, ale ja w takie rzeczy nie wierzę. Chcę…

Urwał i utkwił spojrzenie w kuflu, kręcąc głową.

− Skończ tę myśl – powiedziałem, nachylając się ku niemu. Gdybym był odważniejszy, może wziąłbym go za rękę. – Czego chcesz?

− Odnieść sukces – odparł, a ja przypuszczalnie powinienem był usłyszeć determinację w jego głosie i przestraszyć się jej. – Tylko to się dla mnie liczy. Zrobię absolutnie wszystko, żeby odnieść sukces.

− Ależ oczywiście. – Usiadłem prosto. – Młody człowiek zawsze chce podbić świat. To pragnienie Aleksandra.

− Niektórzy ludzie uważają ambicję za rzecz złą. Ojciec mówi, że marzenia o lepszych rzeczach to prosta droga do rozczarowania. Ale twoja praca cię uszczęśliwia, prawda?

− Tak – potwierdziłem. – I to bardzo.

− A ty nigdy… – Urwał na moment, wyraz jego twarzy sugerował, że nie jest pewien, jak bardzo osobiste pytanie może mi zadać. – Nigdy się nie ożeniłeś?

Napiłem się piwa i doszedłem do wniosku, że nie powinienem ukrywać prawdy. Jeśli mamy się zaprzyjaźnić, ważne jest, żebym od samego początku był szczery.

− Oczywiście zdajesz sobie sprawę, że jestem gejem – odparłem, patrząc mu prosto w oczy. Na plus trzeba mu zapisać, że nie odwrócił wzroku.

− Tak myślałem – powiedział. – Nie byłem pewien. Tego tematu nie zgłębiasz w żadnej ze swoich książek i nigdy nie mówisz o nim publicznie.

− Nie lubię opowiadać o swoim życiu prywatnym dziennikarzom czy sali pełnej nieznajomych. Jak wiesz, nie piszę o miłości. To sfera, której przez całą swoją karierę skrupulatnie unikałem.

− Nie, zawsze pisałeś o samotności.

− Właśnie. Nie możesz jednak myśleć, że moja twórczość pod jakimkolwiek względem jest autobiograficzna. – Maurice milczał i wyczułem w powietrzu niezręczność, która wprawiła mnie w zakłopotanie. – Mam nadzieję, że nie jesteś zażenowany, słuchając, jak o tym mówię.

− W żadnym razie. W końcu jest tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty ósmy rok. Tego rodzaju sprawy zupełnie mnie nie obchodzą. Mój najlepszy przyjaciel w Harrogate był gejem. Napisałem o nim jedno z moich pierwszych opowiadań. Takie etykietki nic dla mnie nie znaczą.

− No tak. – Nie byłem pewien, co przez to rozumiał. Sugerował, że orientacja seksualna nie jest kryterium, według którego wybiera przyjaciół, czy że sam jest gotowy na intymne związki z przedstawicielami obu płci? – Jak myślisz, czy twój przyjaciel kochał się w tobie? To oczywiście możliwe. Jesteś bardzo piękny.

Lekko się zarumienił, ale zignorował pytanie.

− Próbowałeś kiedyś? – zapytał. – To znaczy z dziewczyną? Właściwie nie powinienem o to pytać, prawda? To nie moja sprawa.

− Wszystko w porządku. Nie, nie próbowałem. Zakończyłoby się to kompletnym fiaskiem. Ty pewnie masz takie same odczucia wobec chłopców?

Wzruszył ramionami i wiedziałem, że za mocno naciskam, powinienem się wycofać, jeśli nie chcę go odstraszyć.

− Jeśli mam być szczery, to nie jest kwestia, nad którą często się zastanawiam – powiedział. – Pragnę prowadzić życie otwarte na każdą możliwość. W tych sprawach jedno wiem na pewno, a mianowicie, że chciałbym kiedyś zostać ojcem.

− Naprawdę? – zapytałem, zaskoczony tą rewelacją. – To dziwne pragnienie u tak młodego człowieka.

− Zawsze tego chciałem. Myślę, że byłbym dobrym ojcem. A wracając do moich opowiadań – dodał lekko zmieszany, chociaż wiadomo było, że w którymś momencie będziemy musieli je omówić. W Kopenhadze przeczytałem dwa, trzy kolejne i ku mojemu rozczarowaniu wywołały we mnie takie same odczucia jak Lustro: dobrze napisane, lecz nudne. – Są amatorskie, wiem, ale…

− Nie – przerwałem mu. – „Amatorskie” to niewłaściwe określenie. Bez wątpienia jednak to prace kogoś, kto dopiero musi odkryć swój głos. Gdybyś przeczytał niektóre z opowiadań popełnionych przeze mnie, kiedy byłem w twoim wieku, zadawałbyś sobie pytanie, dlaczego w ogóle zawracałem sobie głowę karierą pisarską. – Umilkłem na chwilę, nakazując sobie szczerość. Już teraz nasze relacje do pewnego stopnia cechował fałsz, ale czułem, że w tej kwestii, w kwestii pisania, honor nakazuje mi mówienie prawdy. – Masz talent, Maurice, to nie ulega wątpliwości.

− Dziękuję.

− Widzę wyraźnie, że zastanawiasz się nad każdym słowem, zanim przeniesiesz je na papier, i jestem pod wrażeniem sposobu, w jaki wykorzystujesz język. Chodzi jednak o same historie. O fabułę. Tu jest problem.

− Chcesz powiedzieć, że są nudne?

− To byłoby zbyt surowe – odrzekłem. – Czasami jednak mam wrażenie, że te historie już czytałem. Jakbym widział książki w twojej biblioteczce. Duchy pisarzy, których podziwiasz, wkradają się w szczeliny pomiędzy scenami. Trzeba wielkiego talentu, żeby pisać jak ty, ale w ostatecznym rozrachunku jeśli twoja historia nie jest wciągająca, jeśli czytelnik nie odnosi wrażenia, że jest bez reszty twoja, to po prostu nic z tego nie będzie.

Spuścił wzrok na stół i pokiwał głową. Widziałem, że jest przygnębiony, ale powiedziałem mu prawdę, a on musiał ją usłyszeć, tyle przynajmniej byłem mu winien.

− Oczywiście masz rację – odezwał się wreszcie. – Szkopuł w tym, że nie jestem dobry w wymyślaniu fabuł. Mam wrażenie, że wszystkie historie we wszechświecie zostały już opowiedziane.

− To nie jest prawda – oznajmiłem z naciskiem. – Istnieje niewyczerpany zasób historii dla kogoś z wyobraźnią.

− Czasami myślę, że lepiej bym sobie poradził jako tekściarz. Typ, który pisze słowa, ale pozwala, by ktoś inny wymyślił melodię. Może po prostu brak mi słuchu.

− Jesteś za młody, żeby swoje słabości uważać za porażki. Im więcej czytasz, im więcej piszesz, tym więcej pomysłów zaczyna się pojawiać. Zobaczysz, będą sypać się na ciebie niczym konfetti i twoim jedynym problemem zostanie podjęcie decyzji, które złapać, a którym pozwolić spaść na podłogę.

− A ty – powiedział, znowu podnosząc wzrok. – Jak ty to robisz? Twoje historie zawsze są takie oryginalne.

− Nie jestem pewien – przyznałem. – Prawdę mówiąc, wymyślam je w trakcie pisania.

− Naprawdę? – Maurice się roześmiał. – Czy to może być takie proste?

− Owszem – potwierdziłem. – Popatrz, jesteśmy w Kopenhadze. Wszędzie wokoło są historie. Pomyśl o tym zamku. Pomyśl o zwiedzających go ludziach. Pomyśl o nas, dwóch w gruncie rzeczy nieznajomych, którzy siedzą tu i rozmawiają. Twój styl jest wyjątkowy i z czasem nabierze mocy, musisz zatem skoncentrować się na historiach. Jeśli jakąś znajdziesz, jakąś usłyszysz, spraw, by stała się twoja, a wtedy świat przyjdzie do ciebie. To najlepsza rada, jakiej mogę ci udzielić. Nawet ten twój hotel w Berlinie. Ludzie, którzy się tam przewijają. Kim są? Skąd przyjechali? Dokąd jadą? Jakie tajemnice ukrywają?

− W większości to tylko bogaci ludzie na wakacjach.

− Nie – sprzeciwiłem się. – Wszyscy mają tajemnice. W przeszłości każdego z nas jest coś, czego wolelibyśmy nie ujawniać. Następnym razem rozejrzyj się po holu i zadaj sobie pytanie: „Co każda z tych osób pragnęłaby przede mną ukryć?”. Tam znajdziesz swoją historię. Hotel może być fascynującym miejscem. Setki ludzi zgromadzonych w jednym budynku, a jednak desperacko pragnących zachować prywatność.

− Są gorsze prace dla początkującego pisarza, to prawda – przyznał Maurice. – Ale potem jestem wykończony i nie piszę tyle, ile powinienem. Strasznie mi zależy na przejściu od opowiadań do powieści, muszę tylko znaleźć temat.

− Miłość. Miłość zawsze jest tematem.

− Nie dla ciebie.

− Ale czymże innym jest samotność, jak nie brakiem miłości? – zauważyłem. – Tak się zastanawiam… – dodałem po krótkiej przerwie, nie mając pewności, czy nie jest za wcześnie na poruszenie sprawy, nad którą się zastanawiałem od naszego pierwszego wspólnego wieczoru w Kopenhadze. Były chwile, gdy uważałem, że to wspaniały pomysł, i takie, kiedy myślałem, że jedynym rezultatem tego pytania będzie moje upokorzenie. – Wspominałem wcześniej, że w kolejnych miesiącach mam zaplanowanych sporo wyjazdów.

− Tak.

− Rzecz w tym, Maurice, że przekonałem się, iż te podróże bywają nużące i nie cierpię co wieczór jeść kolacji z nieznajomymi. Poza tym czasami trudno mi poradzić sobie z hotelami i pociągami. Jest także kwestia prania, pilnowania wydatków refundowanych i tak dalej. Doszedłem do wniosku, że w najbliższej przyszłości mógłbym skorzystać, gdyby w podróżach towarzyszyła mi odpowiednia osoba. Asystent, jeśli wolisz. Ktoś, kto wykonywałby dla mnie pracę, którą ty wykonywałeś przez ostatnie dni.

− Rozumiem – odparł i widziałem, że ten zwrot w rozmowie go podekscytował.

− Czy mógłbyś rozważyć taką propozycję? – zapytałem.

− Niczego więcej nie pragnę!

− Oczywiście pomiędzy wyjazdami mógłbyś wracać do Berlina, ale jeśli wzięlibyśmy pod uwagę półroczne zatrudnienie, wypłacałbym ci pensję i zapewnił bezpieczeństwo finansowe na cały ten okres. Od ciebie by zależało, czy rzucisz pracę w Savoyu, czy ją zatrzymasz i poszukasz sobie lepszego mieszkania.

Podałem sumę, nadmiernie hojną, wykraczającą ponad to, na co w ramach rozsądku było mnie stać, ale rozpaczliwie pragnąłem, żeby się zgodził. Kiedy pieczętowaliśmy umowę uściskiem dłoni, od lat nie czułem się taki szczęśliwy. Jakbym po raz drugi otrzymał Nagrodę.

 

− Dziękuję – odparł, szczerze ucieszony. – Jesteś bardzo dobry.

− Cała przyjemność po mojej stronie – powiedziałem, co było najszczerszą uwagą, jaką wygłosiłem od wyjścia z samolotu.

3. Rzym

W Rzymie, rzecz oczywista, rozmawialiśmy o Bogu. Maurice powiedział, że wychowano go na anglikanina i nadal czuje sentymentalne przywiązanie do swojej wiary.

− A ty? – zapytał. – Jesteś religijny?

− No cóż, musisz pamiętać, że żyłem w Europie w latach trzydziestych i czterdziestych – odrzekłem. – Nie miałem większego wyboru poza zostaniem ateistą.

− A wcześniej?

− Za wiele czasu upłynęło, żebym to pamiętał. Jeśli jednak interesujesz się duchowością, to sądzę, że Rzym jest dla ciebie właściwym miejscem. – Wziąłem głęboki wdech, debatując w myślach, czy do naszego dialogu wprowadzić nową postać, osobę, której znaczenia dla mojego życia nie da się przecenić. – Kiedyś miałem przyjaciela – powiedziałem. – Nazywał się Oskar Gött. Jego wielkim marzeniem był wyjazd do Rzymu. Przeczytał książkę o katakumbach i pragnął je zobaczyć.

− Udało mu się?

− Nie. – Pokręciłem głową. – Umarł na krótko przed wybuchem wojny.

− Jak umarł?

− Został zastrzelony.

Maurice kiwnął głową. Zatrzymałem się przy ławce, usiadłem i zamykając oczy, odchyliłem głowę do tyłu, by przedpołudniowe słońce ogrzało mi twarz. Poczułem, jak Maurice siada obok mnie i nasze nogi lekko się ze sobą stykają. Przechodzień mógłby wziąć nas za ojca i syna, które to nieporozumienie istotnie miało miejsce kilka wieczorów temu, kiedy meldowaliśmy się w hotelu w sąsiadujących pokojach, na co i tym razem nalegałem. Przygnębiło mnie to bardziej, niż mógłbym oczekiwać, chociaż Maurice tylko się roześmiał.

− Przypominasz mi go – rzekłem wreszcie. – To znaczy Oskara. Macie podobne rysy. Okrągłe radosne twarze, błyszczące niebieskie oczy i nieujarzmione ciemne włosy spadające na czoło.

− Opowiedz mi o nim. Był twoim dobrym przyjacielem?

Zawahałem się. Tę część swojego życia zamknąłem na klucz wiele dekad temu, nigdy nikomu się z niej nie zwierzyłem. A jednak gdy siedzieliśmy tamtego dnia na ławce w parku Caffarella, obecność tego dwudziestodwuletniego chłopaka sprawiła, że zapragnąłem ujawnić swoje tajemnice w najbardziej autodestrukcyjny sposób, jaki można sobie wyobrazić. Chciałem się otworzyć, opowiedzieć mu swoją historię.

*

Oskar i ja, zacząłem, poznaliśmy się na początku 1939 roku, tuż po moich siedemnastych urodzinach, w Nachmittag Café w pobliżu Volkspark am Weinbergsweg w Berlinie. Podobnie jak Maurice, młodszy ode mnie o kilka miesięcy Oskar był kelnerem, pracował u rodziców w małej knajpce, którą od wielu lat prowadzili w północnej części miasta. Nie miałem zwyczaju włóczyć się samotnie po takich miejscach, ale gdy tamtego dnia wracałem do domu, zaczęło padać i poszukałem schronienia w lokalu. Usiadłem przy stoliku pod oknem, zamówiłem kawę i kawałek Stollen, drożdżowej strucli. Na parapecie zobaczyłem powieść przygodową, którą kilkakrotnie z przyjemnością czytałem. Ten tom jednak był znacznie grubszy od mojego, prawdę mówiąc ponadtrzykrotnie, dlatego wziąłem go i otworzyłem na stronie tytułowej. Odkryłem wtedy, że to oszustwo, bo usunięto okładkę, a na jej miejsce przyklejono inną, mniej kontrowersyjną.

Zanim zdążyłem się zastanowić, dlaczego ktoś miałby zrobić coś równie dziwnego, z kuchni wybiegł chłopak z przesadnie zaaferowanym wyrazem twarzy. Podniosłem na niego wzrok, gdy stanął przede mną, odgarniając włosy z czoła i wpatrując się we mnie z przerażeniem. Byłem świadomy jego niepokoju, ale, co więcej, doświadczyłem dreszczu w podbrzuszu niepodobnego do niczego, co dotąd czułem. Oczywiście od jakiegoś czasu wiedziałem, że jestem homoseksualistą, i jako siedemnastolatkowi pociąg fizyczny nie był mi obcy. Z początku usiłowałem zmusić się do pożądania dziewcząt, lecz nic z tego nie wynikało, a mnie nie interesowało bezowocne dążenie do nieosiągalnego celu. Wiedziałem, że nigdy nie zdołam zmienić orientacji, nigdy też nie będę mógł zaspokajać swych potrzeb. W końcu ledwo rok wcześniej Himmler wygłosił mowę, w której sprawy jednostki podporządkował całkowicie sprawom ogółu, a ja słuchałem go w radiu, nie wiedząc, dlaczego taka klątwa spadła na moją głowę. Ogłosił, że homoseksualistów należy usunąć – „Jak wyrywamy chwasty, rzucamy je na stos i palimy” – i już wtedy krążyły pogłoski, że znanych homoseksualistów posyłano do obozów koncentracyjnych lub stawiano przed plutonem egzekucyjnym. Naturalnie tego rodzaju pomysły mnie przerażały, dlatego zaplanowałem, że będę udawał kompletny brak zainteresowania sprawami seksu, w obecności kolegów stanę się eunuchem nieokazującym cienia pożądania, nieczerpiącym uciechy ze sprośnych żartów, wręcz ich nierozumiejącym. Wyobrażałem sobie, że gdyby zaszła taka konieczność, pewnego dnia ożeniłbym się i wypełniał obowiązki męża, chociaż przyrzekłem sobie, że do takiej ewentualności ucieknę się wyłącznie w sytuacji, gdy będę musiał ratować życie.

− Moja książka – powiedział chłopiec, wyciągając do mnie rękę. – Szukałem jej.

Nerwowo przygryzał wargę i rozglądał się po sali. Pomimo niepogody stoliki w pobliżu mojego były prawie puste.

− Oddaj mi ją, proszę – dodał zniżonym głosem. Kiwnąłem głową i wręczyłem mu tom. – Nie powiesz nikomu, co widziałeś, prawda?

− Nie – odparłem. – Zresztą to nie moja sprawa, a poza tym już tę powieść czytałem. W domu, w swojej sypialni. Przy zaciągniętych zasłonach. Nie boisz się czytać jej w miejscu publicznym?

− Jasne, że się boję, dlatego zmieniłem jej wygląd. Kiedy się zorientowałem, że ją tutaj zostawiłem, myślałem, że zaraz zemdleję. Gdyby znalazła ją niewłaściwa osoba, mógłbym mieć kłopoty.

To byli Buddenbrookowie Tomasza Manna i orientowałem się tak samo jak Oskar, że autor jakieś sześć lat temu uciekł do Szwajcarii, w następstwie czego uznano go za wroga Reichu i zakazano jego książek. Z domu w Zurychu pisał wiele o swojej pogardzie do Führera i partii nazistowskiej, a chociaż większość jego artykułów cenzura zdejmowała, niektóre ukazały się w prasie podziemnej i jego poglądy zostały rozpowszechnione wśród opinii publicznej w przeważającej części demonstrującej obojętność.

− Przysiądź się, jeśli chcesz – powiedziałem, wskazując krzesło po drugiej stronie stolika. – Chętnie się dowiem, co myślisz o tej powieści.

− Nie mogę – odparł i obejrzał się na kontuar, skąd starszy mężczyzna, jego ojciec, jak przypuszczałem, obserwował nas czujnie. – Moja zmiana kończy się dopiero za dwie godziny. Nie widziałem cię tu wcześniej, prawda?

− Uciekłem przed deszczem.

Kiwnął głową, sprawiając wrażenie, że zupełnie nie ma pojęcia, co powiedzieć, w końcu w geście wdzięczności podniósł książkę i uśmiechnął się do mnie.

− Dziękuję ci za to – rzekł, odwracając się, i po minucie zniknął z powrotem w kuchni.

To była krótka rozmowa, nie potrafiłem jednak wyrzucić go z myśli, dlatego po trzech dniach wróciłem do kafejki, tym razem przychodząc prawie dwie godziny później z nadzieją, że będzie wtedy kończył pracę. Kiedy wyszedł z kuchni, zauważył mnie i pomachał, wyraźnie ucieszony, że znowu mnie widzi.

− Skończyłeś powieść? – zapytałem, gdy podszedł, żeby się przywitać.

− Wczoraj wieczorem. Teraz czytam Dickensa. Opowieść o dwóch miastach. Chyba nikt nie może mieć nic przeciwko Dickensowi.

− Nie byłbym tego taki pewien – odparłem swobodnym tonem. – W dzisiejszych czasach każdy może mieć coś przeciwko czemukolwiek. Teraz się do mnie przysiądziesz? – Ku mojemu rozczarowaniu tym razem także pokręcił głową.

− Ojciec nie lubi, kiedy siedzę tu ze znajomymi – powiedział. – Nie cierpi nas obsługiwać. Może pójdziemy gdzie indziej? Znasz tawernę Böttcher? To niedaleko stąd, kilka przecznic.

− Jasne. A przy okazji, jak się nazywasz?

− Oskar Gött. A ty?

− Erich Ackermann.

− Spotkamy się w Böttcher o piątej. Pijesz piwo, Erichu?

− Tak.

− W takim razie postawię ci piwo jako podziękowanie za zachowanie mojego sekretu.

Wyszedłem z Nachmittag i spacerowałem po okolicy, obserwując, jak wskazówki mojego zegarka w ślimaczym tempie zbliżają się do pełnej godziny. Kiedy wreszcie nadeszła pora, ogarnięty wielką ekscytacją ruszyłem w kierunku baru, który znajdował się naprzeciwko kwatery Schutzstaffel, gdzie wysoki, chudy, rudowłosy wartownik, wyraźnie różniący się od wzorcowego typu aryjskiego, stał z karabinem przewieszonym przez ramię. Czułem na sobie jego wzrok, gdy przebiegałem przez drogę do baru. Otworzyłem drzwi i rozejrzałem się po wnętrzu. Uśmiechnąłem się na widok Oskara rysującego w notatniku przy stoliku w kącie.

W tamtym czasie, w pierwszych miesiącach 1939 roku, panowało powszechne przekonanie, że zbliża się wojna. Nieważne, co Brytyjczycy mówili lub robili, wydawało się jasne, że Führer pragnie konfliktu zbrojnego, wiedząc, że jedynie pełne zaangażowanie międzynarodowe zdoła osadzić Niemcy na pozycji wiodącej potęgi światowej. Dla młodych mężczyzn w moim wieku to była przerażająca perspektywa. Widzieliśmy skutki, jakie poprzednia wojna wywarła na naszych ojcach – to znaczy ci z nas, którzy nadal mieli ojców – i nie cieszył nas pomysł, że sami powielimy ten wzór. Dlatego może nie jest to takie dziwne, że gdy w barze Böttcher ujrzałem Oskara, najpierw pomyślałem, że wojny należy za wszelką cenę uniknąć, w przeciwnym razie ktoś tak piękny jak on padnie ofiarą bezmyślnej brutalności pola bitwy.

− Oskarze – powiedziałem, siadając na krześle, a on zamknął notatnik i położył na nim węgiel do rysowania.

− Mój przyjacielu – odrzekł i uśmiechnął się do mnie. Przełknąłem nerwowo ślinę. Nigdy dotąd nie znałem człowieka, którego fizyczność hipnotyzowałaby mnie w aż takim stopniu. Zamówiliśmy dwa piwa i stuknęliśmy się kuflami. Powiedział mi, że nie cierpi pracować w kafejce, bo jego ojciec to brutal, ale ma plan polegający na zaoszczędzeniu takiej sumy, która pozwoli mu podróżować i zobaczyć świat. – Chciałbym zostać artystą, a Paryż to właściwe miejsce. Byłeś tam?

− Nie. Nigdy nie wyjechałem poza Berlin.

− Chciałbym także zobaczyć Londyn – dodał Oskar. – Oraz Rzym. Czytałem książkę o katakumbach i od tamtego czasu mnie fascynują.

Żaden z nas nie wspomniał o możliwości wojny. W Niemczech były wówczas dwa rodzaje młodzieńców: pierwszy nie mógł się doczekać wybuchu wojny, drugi udawał, że taka ewentualność wcale nie istnieje, jakbyśmy przez ignorowanie faktu mogli zdusić go w zarodku.

− Rysowałeś, kiedy wszedłem – powiedziałem, patrząc na jego szkicownik. – Pozwolisz, żebym obejrzał twoje prace?

Pokręcił głową i uśmiechnął się, rumieniąc się nieznacznie.

− Nie. A poza tym to nie było rysowanie, tylko gryzmolenie. Znasz to słowo, prawda? Coś, co robisz, żeby zabić czas. W domu mam kilka płócien i to są moje prawdziwe prace. Głównie maluję olejami. W tej chwili jednak nie potrafię znaleźć inspiracji. Maluję krajobrazy, misy z owocami i sławne budynki tylko dlatego, że to umiem i sprzedaję te prace na ulicznych kramach. Ale w rzeczywistości pragnę malować coś, czego nikt przede mną nie malował. To albo malowanie znajomych obiektów w nowy sposób, dzięki czemu widzowie mogliby spojrzeć na nie zupełnie inaczej. Czy to ma sens, Erichu? Słyszę, jak to brzmi, i boję się, że może ci się to wydać idiotyczne.

− Wcale nie – odparłem; pociągała mnie wizja Oskara jako wielkiego malarza. – Ja także chciałbym kiedyś zostać artystą.

− Malujesz?

− Nie, ledwo umiem narysować prostą kreskę – odrzekłem ze śmiechem. – Ale trochę piszę. Opowiadania. Może kiedyś napiszę powieść. Tak jak ty jeszcze nie znalazłem swojego tematu, chociaż mam nadzieję, że pewnego dnia się pojawi.

− Dasz mi do przeczytania któreś z twoich opowiadań?

− Owszem, jeśli ty pokażesz mi jeden ze swoich obrazów.

Później rozmawialiśmy o innych rzeczach. O szkołach i kolegach, o przedmiotach, które nas interesowały i nudziły. A także – ponieważ w tamtych czasach wszystkie rozmowy w końcu schodziły na ten temat – o Führerze i cotygodniowych zbiórkach Hitlerjugend. Byliśmy członkami różnych drużyn, lubiliśmy radość ćwiczeń polowych i zgadzaliśmy się, że zajęcia o doktrynach śmiertelnie nas nudzą. Obaj braliśmy udział w Norymberskich Zjazdach Młodzieży, odkąd wyszliśmy z Deutsches Jungvolk, i dla obu atmosfera wieców z tłumem uczestników i przerażającym hałasem nieoświeconego patriotyzmu była opresyjna.

 

− Raz go widziałem – powiedział Oskar, nachylając się nieco nad stołem i zniżając głos. – Jakiś rok temu. Wychodziłem z Hauptbahnhof, kiedy na Lüneburgerstrasse pojawił się konwój samochodów i wszyscy się zatrzymali, żeby popatrzeć. Jego auto, czarny grosser mercedes, przejechał obok mnie. Odwrócił głowę, gdy akurat na niego patrzyłem, i nasze oczy się spotkały. Stuknąłem obcasami, zasalutowałem mu i później z tego powodu sobą pogardzałem.

Z niedowierzania aż się wyprostowałem. Dobrze słyszałem? Powiedział, że pogardzał sobą, bo zasalutował Führerowi?

− Chyba cię zaszokowałem – dodał i w jego głosie zabrzmiał niepokój. Strach. Takich rzeczy nie należało mówić, nawet jeśli wyrażały głębokie przekonanie, zwłaszcza w rozmowie z nowym znajomym, którego wiarygodność dopiero trzeba było poddać próbie.

− Trochę – odparłem. – Nie wierzysz w niego, prawda?

− On mnie przeraża – powiedział Oskar i to zrozumiałem, bo mnie też przerażał.

Ja i mój młodszy brat byliśmy częściowo Żydami, a czystki już się rozpoczęły. Minęły ponad trzy lata, odkąd pozbawiono Żydów praw obywatelskich, i znałem co najmniej dwie pary, których zaręczyny zostały zerwane po wprowadzeniu prawa zakazującego Żydom zawierania małżeństw z Niemcami pochodzenia aryjskiego. Ledwo cztery miesiące wcześniej w mieście zapanował chaos po tym, jak mój rówieśnik Żyd został zastrzelony przez nazistowskiego dyplomatę w niemieckiej ambasadzie w Paryżu. Kilka dni później SS wywołało zamieszki w mieście, niszcząc żydowskie sklepy i synagogi, bezczeszcząc cmentarze i aresztując dziesiątki tysięcy osób, które deportowano do obozów. Kiedy tamtego wieczoru biegłem do domu, gnany rozpaczliwym pragnieniem ucieczki przed przemocą, byłem świadkiem, jak starszego mężczyznę pobił na śmierć oficer o czterdzieści lat od niego młodszy, kolejny wychodził ze sklepu jubilerskiego z twarzą zalaną krwią, bo zraniły go odłamki szkła z rozbitej witryny, a w pobliżu mojego domu w bocznej uliczce widziałem dziewczynę gwałconą przez Sturmbannführera, podczas gdy jego kolega przygważdżał do muru jej ojca, zmuszając go, by na to patrzył. Nie padłem ofiarą żadnego z takich ataków, ponieważ nie miałem charakterystycznych cech żydowskich, a moja rodzina nie była praktykująca, nie mieszkaliśmy więc w dzielnicy żydowskiej i nie chodziliśmy do synagogi. Fakt jednak pozostawał faktem: brat i ja byliśmy Mischlingami.

− Ludzie mówią, że przywróci potęgę Niemiec – zauważyłem ostrożnie.

− I to może mu się udać – zgodził się Oskar. – Ma charyzmę, to prawda, jego talent oratorski porywa tłumy. Naród go popiera. Zaraził ludzi swoją nienawiścią. Żąda absolutnej lojalności i każdy, kto ośmiela się go krytykować, traci pozycję. Myślę, że poprowadzi wielką armię, tylko jaki będzie tego skutek?

− Tysiącletnia Rzesza – odparłem. – Tak przynajmniej sam mówi.

− I ty tego chcesz?

− Jedyne, czego chcę, to żyć w spokoju – powiedziałem. – Chcę czytać książki, a pewnego dnia może napisać własną. Przyszłość ojczyzny to nie jest sprawa, która mnie obchodzi.

Uśmiechnął się i wyciągnął rękę ponad stołem, kładąc ją na mojej dłoni w geście, który z pewnością w zamierzeniu był braterski, ale od którego przeszył mnie prąd. Nigdy dotąd żaden chłopiec w taki sposób mnie nie dotykał.

− Ja pragnę tego samego – oznajmił. – Tylko jako malarz.

− Myślisz, że w Paryżu mógłbym znaleźć inspirację? – zapytałem.

− Do powieści? Oczywiście! Mieszkali tam wielcy pisarze. Hugo, Hemingway, Fitzgerald. Wiele klasycznych dzieł literackich tam powstało. To miasto budzi kreatywność, tak przynajmniej słyszałem.

Do mojego umysłu wkradł się obraz nas obu dzielących mieszkanie na ostatnim piętrze jakiejś podniszczonej starej kamienicy w pobliżu Notre Dame, on maluje w swoim atelier, ja piszę w swoim gabinecie, wieczorami spotykamy się w sypialni. Wizja zbyt piękna, by w nią uwierzyć. Zanim jednak zdążyłem przysporzyć sobie wstydu, mówiąc o nim na głos, Oskar wstał, przeprosił i wyszedł do toalety. Spojrzałem na jego szkicownik, mówiąc sobie, żeby zostawić go w spokoju, nie burzyć prywatności Oskara, nie mogłem się jednak powstrzymać, więc przyciągnąłem go do siebie i otworzyłem. Szkicownik był nowy, na razie zawierał tylko jeden rysunek i gdy się w niego wpatrywałem, serce mi się ścisnęło i zalało mnie rozczarowanie. Szkic przedstawiał dziewczynę z długimi czarnymi włosami, bardzo piękną, siedzącą na otomanie i odwróconą do artysty lewym profilem i plecami. Prawą dłonią dotykała policzka i była naga. Z lewej strony rysunku widniał lekki zarys piersi i coś w jej oku sugerowało pożądanie. Zastanawiałem się, czy jest stworzeniem z jego wyobraźni czy dziewczyną, która bezwstydnie mu pozowała, a jeśli tak, czy to znaczyło, że jest jego kochanką? Zamknąłem szkicownik, odsunąłem na miejsce i położyłem na nim węgiel. Chwilę później wrócił Oskar i zauważył, że jestem smutny, a jedynym sposobem na zwalczenie tego uczucia jest zostać w barze i pić, dopóki starczy nam pieniędzy, na którą to propozycję natychmiast przystałem.

*

− Wiedział, że obejrzałeś jego rysunek? – zapytał Maurice. Odwróciłem się do niego, drżąc lekko z wysiłku, gdy wracałem z utraconego Berlina do żywego Rzymu.

− Nie. Myślę, że rozczarowałbym go, gdyby mnie przyłapał, i może nasza pączkująca przyjaźń w tej samej chwili by się zakończyła. Tak czy owak, było nam bardzo wesoło i na koniec tamtego wieczoru miałem pewność, że się w nim zakochałem, ale za każdym razem, kiedy mój wzrok padał na szkicownik, czułem, że uczucie między nami jest niemożliwe, i piłem więcej, żeby zagłuszyć ból.

Spojrzałem na zegarek, czas było się zbierać, tak więc wstaliśmy, a w drodze do hotelu rozmawialiśmy o innych sprawach. Później siedziałem sam w barze, pogrążony w myślach, i kiedy Maurice się do mnie przyłączył, był po prysznicu, pachniał mydłem, włosy miał lekko wilgotne nad czołem i to wprawiło mnie w uniesienie. Znowu rozmawialiśmy o jego utworach i powiedział mi, ile pieniądze ode mnie dla niego znaczą, bo dzięki nim przeprowadził się do małego mieszkania bliżej Savoyu, gdzie o wiele łatwiej mu pisać.

Później, gdy korytarzami wracaliśmy do naszych pokojów, zatrzymał się przed moimi drzwiami. Wyciągnąłem do niego rękę, żeby życzyć mu dobrej nocy, ale ku mojemu zaskoczeniu pochylił się i objął mnie. Niczym niedoświadczony aktor na scenie, nie byłem pewien, co zrobić z rękoma, zostawić je opuszczone czy także go objąć. Wciągnąłem w nozdrza jego piżmowy zapach, a moje usta tuż przy jego szyi pragnęły znaleźć dla siebie miejsce. Zanim jednak zdążyłem wpędzić się w większe zakłopotanie, Maurice się odsunął.

− Twoje rady są dla mnie niezwykle pomocne, Erichu – powiedział. – Szczęściarz ze mnie, że mogę się od ciebie uczyć. Mam nadzieję, że wiesz, jak bardzo jestem ci wdzięczny.

Po tych słowach zniknął, a ja wszedłem do pokoju ze świadomością, że przez wiele godzin nie zdołam zasnąć.