Drabina do nieba

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

CZĘŚĆ I. Zanim runął mur

1. Berlin Zachodni

2. Kopenhaga

3. Rzym

4. Madryt

5. Paryż

6. Nowy Jork

7. Amsterdam

8. Berlin Zachodni

INTERLUDIUM. Jaskółcze Gniazdo

CZĘŚĆ II. Współplemieniec

1. Wrzesień

2. Październik

3. Listopad

4. Grudzień

5. Styczeń

6. Luty

7. Marzec

8. Teraz

INTERLUDIUM. Zagrożone zwierzę

CZĘŚĆ III. Historie innych ludzi

1. Pub Crown, Brewer Street

2. Pub Queen’s Head, Denman Street

3. Pub Coach and Horses, Greek Street

4. Pub Lamb and Flag, Rose Street

5. Pub Dog and Duck, Bateman Street

6. Pub Cross Keys, Covent Garden

7. Więzienie Belmarsh

Podziękowania


Tytuł oryginału

A LADDER TO THE SKY

Wydawca

Urszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzący

Sylwia Ciuła

Redakcja

Anna Sidorek

Korekta

Jadwiga Piller

Marzenna Kłos

Copyright © 2018 by John Boyne

All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation by Alina Siewior-Kuś, 2019

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2019

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

włoska robota

Dystrybucja

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10

www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-813-9471-0

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Dla Stephena Walsha

CZĘŚĆ I
Zanim runął mur

Wszystko, co zachodzi w sferze seksualnej,

nie jest sprawą prywatną jednostki,

lecz oznacza życie i śmierć narodu.

Heinrich Himmler

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1. Berlin Zachodni

Od chwili, gdy przyjąłem zaproszenie, denerwowałem się podróżą do Niemiec. W końcu minął szmat czasu, odkąd opuściłem kraj, i trudno było przewidzieć, jakie wspomnienia powrót może obudzić.

Była wiosna 1988 roku, tego samego, gdy do języka wkroczyło słowo „pieriestrojka”. Siedziałem w barze hotelu Savoy na Fasanenstrasse, rozmyślając o swoich sześćdziesiątych szóstych urodzinach przypadających ledwo za kilka tygodni. Na stole przede mną stała krągła karafka wzorowana, jak wynikało z notki w menu, na lewej piersi Marii Antoniny, do której kelner przelał butelkę rieslinga. Wino było bardzo dobre, jedno z droższych w bogatej hotelowej ofercie, ale nie czułem wyrzutów sumienia, że je zamówiłem, bo wydawca zapewnił, że z radością pokryje wszystkie moje wydatki. Taki poziom szczodrości był dla mnie nowy. Moja kariera pisarska, która rozpoczęła się ponad trzydzieści pięć lat temu i wydała owoce w postaci sześciu krótkich powieści oraz nieroztropnego zbioru poezji, pozbawiona była wzlotów. Żadna z moich książek pomimo zasadniczo pozytywnych recenzji nie przyciągnęła wielu czytelników ani też nie zdobyła większego uznania za granicą. Zeszłej jesieni jednak ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu otrzymałem ważną nagrodę literacką za szóstą powieść – Lęk. Dzięki temu książka sprzedawała się dobrze i została przetłumaczona na wiele języków. Brak zainteresowania, zwykle towarzyszący moim utworom, szybko zastąpiły wyrazy podziwu i analizy krytyczne, a w prasowych działach literackich dyskutowano, kto się przyczynił do mojego renesansu. Nagle zapraszano mnie na imprezy literackie w kraju i za granicą. Berlin był miejscem jednego z takich wydarzeń, odbywających się co miesiąc spotkań z pisarzami w Literaturhaus, i chociaż w tym mieście się urodziłem, nie czułem się tu jak w domu.

Dorastałem niedaleko Tiergarten, gdzie bawiłem się w cieniu posągów pruskich arystokratów. Jako małe dziecko regularnie bywałem w zoo i fantazjowałem, że pewnego dnia zostanę opiekunem zwierząt. W wieku szesnastu lat stałem z kolegami z Hitlerjugend i z opaskami ze swastyką na przedramionach wiwatowaliśmy, gdy przenoszono pomnik Bismarcka autorstwa Begasa sprzed Reichstagu do centrum parku, co wpisywało się w plan Hitlera przekształcenia Berlina w stolicę świata – Welthauptstadt Germania. Rok później stałem sam na Unter den Linden i patrzyłem, jak wielotysięczne oddziały Wehrmachtu paradują po zajęciu Polski. Po kolejnych dziesięciu miesiącach znalazłem się w trzecim rzędzie na wiecu w Lustgarten, gdzie z żołnierzami w moim wieku salutowałem i składałem przysięgę na wierność Führerowi, który ryczał do nas z platformy wzniesionej przed katedrą tysiącletniej Rzeszy.

Ostatecznie opuściłem ojczyznę w 1946 roku i zostałem przyjęty na Uniwersytet Cambridge, gdzie studiowałem anglistykę. Następnie spędziłem kilka niespokojnych lat jako nauczyciel w miejscowej szkole podstawowej. Mój akcent stanowił powód częstych drwin ze strony chłopców, których rodziny doznały wielu cierpień i zubożały w ciągu czterech dekad znaczonych konfliktami zbrojnymi i niepewnymi pojednaniami pomiędzy naszymi krajami. Po obronie doktoratu przyjęto mnie do King’s College, gdzie byłem traktowany jako osobliwość, człowiek wywleczony z szeregów morderczego teutońskiego pokolenia i zaadoptowany przez szlachetną brytyjską instytucję, która po zwycięstwie gotowa była okazać wielkoduszność. Po dziesięciu latach nagrodzono mnie profesurą, a bezpieczeństwo i szacunek z tym związane sprawiły, że po raz pierwszy od czasów dzieciństwa poczułem pewność, że mam dom i pozycję na resztę swoich dni.

Kiedy jednak przedstawiano mnie nieznajomym, rodzicom studentów, powiedzmy, albo dobroczyńcy składającemu wizytę na uniwersytecie, często wspominano, że jestem „także powieściopisarzem”, co było dodatkiem zawstydzającym i wprawiającym mnie w zakłopotanie. Naturalnie żywiłem nadzieję, że dysponuję krztyną talentu, i pragnąłem szerszego grona czytelników, ale moja standardowa odpowiedź na nieuchronne pytanie „Czy znam którąś z pańskich książek?” brzmiała: „Przypuszczalnie nie”. Zwykle nowi znajomi prosili o podanie tytułów moich powieści i w przewidywaniu upokorzenia spełniałem to życzenie, obserwując pusty wyraz ich twarzy, gdy wymieniałem je w porządku chronologicznym.

Tamtego wieczoru, wieczoru, o którym mówię, miałem za sobą trudne spotkanie z czytelnikami w Literaturhaus prowadzone przez dziennikarza z „Die Zeit”. Nie czułem się swobodnie, mówiąc w języku, który całkowicie porzuciłem ponad czterdzieści lat temu po przyjeździe do Anglii, dlatego wynajęto aktora, by na głos przeczytał kawałek mojej powieści. Kiedy pokazałem mu wybrany przez siebie fragment, pokręcił głową i zażądał odczytania przedostatniego rozdziału. Oczywiście kłóciłem się z nim, ponieważ sugerowane przez niego akapity zawierały rewelacje, które dla czytelnika miały być zaskoczeniem. Nie, upierałem się, coraz bardziej rozdrażniony arogancją tego wyzutego z praw Hamleta, bo w końcu zatrudniono go wyłącznie po to, żeby wstał, przeczytał na głos i wyszedł tylnymi drzwiami. Nie, powiedziałem podniesionym głosem. Nie ten, tylko ten.

 

Aktor strasznie się obraził. Wyglądało na to, że publiczne czytanie to dla niego akt twórczy, który traktuje równie rygorystycznie jak przygotowania do wieczornego spektaklu na scenie Schaubühne. Pomyślałem, że zachowuje się afektowanie, i powiedziałem to, potem były podniesione głosy, co mnie zdenerwowało. W końcu uległ, ale zrobił to bez wdzięku, a ja zachowałem dość niemczyzny, by się zorientować, że czytał bez emocji, brakowało w tym teatralności niezbędnej do zaangażowania słuchaczy. Kiedy później pieszo wracałem do położonego w pobliżu hotelu, czułem się całą tą sprawą rozczarowany i zatęskniłem za domem.

Popijając wino, już wcześniej zwróciłem uwagę na młodego, mniej więcej dwudziestodwuletniego mężczyznę, który podawał gościom drinki, ponieważ był niezwykle piękny, i odniosłem wrażenie, że na mnie popatruje. W mojej głowie ukształtowała się zaskakująca myśl, że może pociągam go fizycznie, chociaż zdawałem sobie sprawę z jej absurdalności. W końcu zaczynałem się starzeć, a nigdy nie byłem szczególnie atrakcyjny, nawet w jego wieku, kiedy większość ludzi emanuje magnetyzmem młodości kompensującym wszelkie braki fizyczne. Od sukcesu Lęku i będącego jego następstwem mojego awansu na literackiego celebrytę w gazetach nieodmiennie opisywano moją twarz jako „naznaczoną doświadczeniem” lub taką, która „swoje przeszła”, chociaż na szczęście nie wiedzieli, ile dokładnie tego „swojego” było. Nie czułem się jednak urażony tego rodzaju uwagami, bo nie byłem próżny i już dawno temu zrezygnowałem z idei romansu. Pragnienia, które przez całą młodość groziły mi unicestwieniem, z latami osłabły, moje dziewictwo pozostało niezdobyte i ulga towarzysząca abdykacji żądzy przypominała to, co mógłby czuć człowiek uwolniony z grzbietu dzikiego konia wypuszczonego na prerię. Przyniosło mi to wielką korzyść, konfrontowany bowiem rok w rok ze strumieniem przystojnych młodzieńców w salach wykładowych King’s College, przy czym niektórzy bezwstydnie ze mną flirtowali w nadziei na lepsze oceny, stwierdziłem, że jestem obojętny na ich urok, wystrzegam się wulgarnych fantazji czy kłopotliwych ojcowskich uczuć. Nie miałem faworytów ani protegowanych, nikomu nie dawałem powodów do dopatrywania się nieczystych motywów w mojej działalności pedagogicznej. Dlatego też zaskoczyło mnie, gdy złapałem się na wpatrywaniu się w młodego kelnera i odczuwaniu silnego pożądania.

Nalewając sobie kolejny kieliszek wina, sięgnąłem po torbę, którą postawiłem koło krzesła, skórzaną teczkę zawierającą mój terminarz oraz dwie książki, anglojęzyczne wydanie Lęku i egzemplarz okazowy powieści starego przyjaciela mającej się ukazać za kilka miesięcy. Podjąłem lekturę w miejscu, gdzie ją przerwałem, mniej więcej w jednej trzeciej objętości, ale nie potrafiłem się skoncentrować. To nie był problem, z którym zwykle musiałem się zmagać, uniosłem więc wzrok znad kartki, żeby poszukać przyczyny. W barze nie było szczególnie głośno, w gruncie rzeczy nie przychodził mi na myśl żaden powód wyjaśniający mój brak skupienia, dopiero kiedy koło mnie przeszedł młody kelner i odurzający zapach chłopięcego potu wypełnił powietrze, uświadomiłem sobie, że znalazłem wyjaśnienie. Wkradł się w moją świadomość, ten nikczemnik, i nie chciał oddać pola. Odłożyłem powieść na bok i obserwowałem, jak chłopak zbiera naczynia z sąsiedniego stołu, wyciera blat wilgotną ścierką, rozkłada maty i na nowo zapala świecę.

Był ubrany w standardowy uniform Savoyu: ciemne spodnie, białą koszulę i elegancką bordową kamizelkę ozdobioną insygniami hotelu. Przeciętnego wzrostu i budowy, miał skórę twarzy tak gładką, jakby rzadko stykała się z brzytwą, pełne czerwone usta, silnie zarysowane brwi i wiechę niesfornych ciemnych włosów, które wyglądały, jakby z determinacją trzystu Spartan pod Termopilami gotowe były walczyć z próbującym je ujarzmić grzebieniem. Przypominał mi portret młodego Minnitiego pędzla Caravaggia, obraz, który zawsze podziwiałem. Przede wszystkim jednak była w nim ta charakterystyczna iskra młodości, potężna mieszanka żywotności i impulsywnej seksualności, i zastanawiałem się, jak spędza czas po pracy. Wierzyłem, że jest dobrym, przyzwoitym i uczciwym młodzieńcem, chociaż na razie nie zamieniliśmy ani słowa.

Usiłowałem wrócić do lektury, ale już była dla mnie stracona, wziąłem więc terminarz, żeby sobie przypomnieć, co mnie czeka w kolejnych miesiącach. A były to promujące książkę podróże do Kopenhagi i do Rzymu. Festiwal w Madrycie, seria wywiadów w Paryżu. Zaproszenie do Nowego Jorku, prośba, bym wziął udział w cyklu spotkań z czytelnikami w Amsterdamie. Pomiędzy wyjazdami miałem oczywiście wracać do Cambridge, gdzie udzielono mi rocznego urlopu na realizowanie nieoczekiwanych obowiązków.

W moje fantazje wdarł się znudzony głos, bezczelne brzęczenie dopytujące, czy jeszcze czegoś potrzebuję, i z irytacją spojrzałem na stojącego przede mną starszego kolegę młodego kelnera, otyłego, z ciemnymi workami pod oczyma. Przeniosłem wzrok na karafkę z rieslingiem, niemal pustą – naprawdę sam wypiłem całą butelkę wina? – i pokręciłem głową, uznając, że pora iść spać.

− Proszę mi tylko powiedzieć – zacząłem z nadzieją, że moja żarliwość nie przysporzy mi upokorzenia. – Ten chłopak, który wcześniej obsługiwał. Nadal tu jest? Chciałbym mu podziękować.

− Jego zmiana skończyła się dziesięć minut temu. Przypuszczam, że już poszedł do domu.

Starałem się nie okazać rozczarowania. Minęło tyle czasu, odkąd czułem tak potężny i niespodziewany pociąg do kogokolwiek, że teraz nie wiedziałem, jak się zachować, gdy coś psuło mi szyki. Nie byłem pewien, czego od niego chcę, ale z drugiej strony czego człowiek chce od Mony Lizy lub posągu Dawida poza tym, by siedzieć przed nimi i w milczeniu podziwiać ich tajemnicze piękno? Następnego dnia po południu wracałem do domu, nie mogłem więc zaplanować dyskretnej wizyty w barze jutro wieczorem. Skończyło się, nigdy więcej go nie zobaczę.

Wymknęło mi się coś na kształt westchnienia i mógłbym się roześmiać z własnej głupoty, ale nie było we mnie śmiechu, tylko tęsknota i żal. Samotność, którą znosiłem przez całe życie, lata temu przestała sprawiać mi cierpienie, teraz jednak bez ostrzeżenia podniosła znowu głowę i stary, zapomniany ból serca domagał się mojej uwagi. Pomyślałem o Oskarze Götcie i jedynym roku naszej znajomości. Kiedy zamykałem oczy, nadal widziałem przed sobą jego twarz, jego konspiracyjny uśmiech, ciemnoniebieskie oczy i łuk pleców, gdy leżał pogrążony we śnie w poczdamskim pensjonacie w ów weekend, gdy wybraliśmy się na wycieczkę rowerową. Jeśli się skoncentrowałem, potrafiłem przywołać niepokój, że Oskar się obudzi i odkryje moje wyuzdanie.

A potem ku mojemu zaskoczeniu znowu mi przerwano. Podniosłem wzrok i to był młody kelner, teraz w ciemnych dżinsach, sportowej koszuli rozpiętej pod szyją i skórzanej kurtce z futerkiem na kołnierzu. W ręku trzymał wełnianą czapkę.

− Przepraszam, że panu przeszkadzam – odezwał się i od razu wiedziałem, że nie jest Niemcem, jak zakładałem, ale Anglikiem, w jego akcencie pobrzmiewały echa Yorkshire lub Lake District. – Pan Erich Ackermann, nie mylę się, prawda?

− Tak – odparłem zaskoczony, że zna moje nazwisko.

− Czy mogę uścisnąć panu dłoń?

Wyciągnął rękę. Wnętrze jego dłoni wyglądało na miękkie, zauważyłem starannie opiłowane paznokcie. Schludny, pomyślałem. Na środkowym palcu prawej dłoni nosił prostą srebrną obrączkę.

− Naturalnie – odparłem, lekko oszołomiony takim rozwojem wypadków. – My się jednak nie znamy, prawda?

− Nie, ale jestem pańskim wielbicielem. Przeczytałem wszystkie pańskie powieści i to zanim ukazał się Lęk, więc nie należę do tych, którzy kierują się modą.

− To bardzo miło z pańskiej strony. – Starałem się nie okazywać zachwytu. – Niewiele osób je czytało.

− Niewiele osób interesuje się sztuką – odparł.

− To prawda – zgodziłem się. – Chociaż brak widowni nigdy nie powinien powstrzymywać artysty.

− Przeczytałem nawet tomik pańskich wierszy – dodał.

Skrzywiłem się.

− Były nieroztropne.

− Nie zgadzam się. – Zacytował wers z jednego, a ja podniosłem błagalnie ręce, by na tym poprzestał. Rozpromienił się i wybuchnął śmiechem, pokazując cudownie białe zęby. Pod jego oczami pojawiły się przy tym niewielkie zmarszczki. Był taki piękny.

− A pańska godność? – zapytałem, ciesząc się, że mogę na niego patrzeć.

− Maurice. Maurice Swift.

− Poznanie pana to wielka przyjemność. Miło wiedzieć, że wciąż są młodzi ludzie, którzy interesują się literaturą.

− Chciałem studiować, ale rodziców nie było na to stać. Dlatego przyjechałem do Berlina. Żeby się od nich oddalić i zarabiać własne pieniądze.

Mówił z pewnym rozgoryczeniem, powstrzymał się jednak i niczego więcej nie dodał. Zdumiał mnie jego dramatyzm, to, że tak szybko do niego przeszedł.

− Zastanawiałem się, czy pozwoli pan, żebym postawił panu drinka – ciągnął. – Bardzo chciałbym zadać panu kilka pytań o pańską pracę.

− Z wielką radością – odparłem, podekscytowany okazją do spędzenia z nim czasu. – Proszę, Maurice, niech pan siada. Będę się jednak upierał, żeby dopisali zamówienie do mojego rachunku. Wykluczone, żebym pozwolił panu płacić.

Rozejrzał się i pokręcił głową.

− Nie wolno mi tutaj pić – powiedział. – Pracownicy mają zakaz kontaktów towarzyskich na terenie hotelu. Jeśli mnie złapią, stracę pracę. Nie powinienem nawet z panem rozmawiać.

− Ach tak. – Odstawiłem kieliszek, spoglądając na zegarek. Była dopiero dziesiąta, zostało mnóstwo czasu do zamknięcia barów. – Wobec tego może pójdziemy gdzieś indziej? W żadnym razie nie chciałbym wpakować pana w kłopoty.

− Z przyjemnością – odparł. – W czasie przerwy na jakieś dwadzieścia minut wpadłem na wywiad z panem. Liczyłem, że posłucham pana, ale jakiś aktor czytał urywek Lęku i moim zdaniem nie robił tego dobrze.

− Był zły, bo wybrałem fragment, który mu się nie podobał.

− Ale to pańska powieść – powiedział Maurice, marszcząc czoło. – Czemu on miałby decydować?

− Tak właśnie pomyślałem – odrzekłem. – Tylko że on miał inną koncepcję.

− W każdym razie kiedy musiałem wracać do pracy, on nadal czytał, więc nie usłyszałem, jak odpowiada pan na pytania, a sam mam ich wiele. Przez cały czas pan się krzywił, panie Ackermann.

Roześmiałem się.

− Powiedzmy tylko, że to nie był zbyt przyjemny wieczór. Chociaż teraz znacząco pojaśniał. I proszę, przejdźmy na ty.

− Nie mógłbym.

− Ale ja nalegam.

− W takim razie Erichu – powiedział cicho, próbując słowo na języku i wyglądając na cokolwiek zdenerwowanego. Może to było moje ego, przebudzone żądze albo kombinacja jednego i drugiego, co sprawiło, że poczułem się szczęśliwy, gdy szacunek odbywał swą subtelną podróż z jego ust do moich uszu. – Na pewno chcesz wyjść? – zapytał. – Nie chciałbym zabierać ci czasu. Nie jesteś zbyt zmęczony?

− Wcale nie jestem zmęczony – oznajmiłem, mimo że byłem wyczerpany po wczesnym locie i rozczarowującej imprezie. – Prowadź, proszę. Ośmielam się stwierdzić, że znasz miasto lepiej niż ja.

Wstając, przekląłem się w myślach za cichy jęk, który wydałem, gdy moje nogi przyzwyczajały się ponownie do pozycji pionowej, i zupełnie tego nie planując, wyciągnąłem rękę, żeby przez moment przytrzymać się jego ramienia. Mięsień był twardy i napiął się w moim uścisku.

− Dokąd pójdziemy? – zapytałem. Maurice podał nazwę baru na drugim końcu Tiergarten, niedaleko Bramy Brandenburskiej. Na chwilę się zawahałem, bo to były okolice zrujnowanego Reichstagu, miejsca, którego ponownie odwiedzać nie miałem specjalnej ochoty, mimo to kiwnąłem głową. Nie mogłem ryzykować, że Maurice zmieni zdanie.

− To nie jest daleko – powiedział, prawdopodobnie wyczuwając moją niechęć. – Dziesięć minut, jeśli pojedziemy taksówką. O tej porze zwykle jest tam spokojnie. Będziemy mogli porozmawiać bez konieczności przekrzykiwania hałasu.

− Cudownie – odparłem. – Prowadź.

Gdy szliśmy do hotelowych drzwi, wygłosił zdanie, którego zwykle się bałem, lecz które teraz nie wiadomo czemu sprawiło, że fale podniecenia zalały moje ciało.

− Ja też jestem pisarzem. – W jego głosie zabrzmiało lekkie zakłopotanie tą rewelacją, jakby przyznał się do pragnienia, by polecieć na Księżyc. – W każdym razie próbuję.

2. Kopenhaga

Moją wizytę w Danii wyznaczono na początek kwietnia i w jej planie były wywiady prasowe oraz spotkanie z czytelnikami w Bibliotece Królewskiej drugiego dnia wieczorem. Duński wydawca zaoferował mi dodatkowy nocleg, żebym mógł zwiedzić miasto, a ja przyjąłem jego propozycję i na własny koszt zarezerwowałem osobny pokój dla Maurice’a, który zgodził się towarzyszyć mi w cokolwiek mglistej roli asystenta. Zależało mi, żeby nasze pokoje sąsiadowały, dlatego na dwa tygodnie z góry wysłałem starannie sformułowaną prośbę do hotelu. Mówiłem sobie, że chodzi o to, żeby mój młody przyjaciel znajdował się blisko na wypadek, gdybym go potrzebował. To było jedno z wielu kłamstw, które opowiadałem sobie w trakcie naszej trwającej rok znajomości.

 

Na koniec tamtego wieczoru w Berlinie sześć tygodni wcześniej dałem Maurice’owi swój adres, zachęciłem go, by pozostał w kontakcie, i po powrocie do college’u z nadzieją czekałem na list, ale żadnego nie dostałem. Zacząłem się zastanawiać, czy Maurice zawieruszył gdzieś kawałek papieru z moim adresem albo może coś mi posłał i list zaginął na poczcie. Rozważałem napisanie do niego na adres hotelu Savoy, lecz każda kolejna wersja listu wydawała się tragiczniejsza od poprzedniej, zrezygnowałem więc z pomysłu zainicjowania korespondencji, uznając go za fatalny. Wreszcie gdy po niemal miesięcznym milczeniu doszedłem do wniosku, że chłopak już się nie odezwie, tego samego dnia z poetyckim wyczuciem czasu nadeszła wielka koperta z wypisanym na odwrocie jego nazwiskiem oraz berlińskim adresem zwrotnym.

Maurice przepraszał, że zajęło mu to tyle czasu, jak bowiem twierdził, nie był pewien, czy powinien skorzystać z mojej oferty przeczytania jego utworów, bo może była to tylko uprzejma propozycja złożona po zbyt wielu kieliszkach wina. Mimo to dołączył opowiadanie pod tytułem Lustro; pytał, czy zechcę rzucić na nie okiem, i prosił, bym nie oszczędzał jego uczuć.

Oczywiście nie miałem zamiaru łamać danego mu słowa, ale ku mojemu rozczarowaniu opowiadanie nie okazało się wyjątkowe. Główny bohater, oczywiste alter ego samego autora, był nieśmiały, dezawuował swoją wartość, zabawnie nie radził sobie w relacjach z dziewczynami i miał skłonność do nawiązywania katastrofalnych w skutkach kontaktów seksualnych. A równocześnie była w tym nuta próżności, bo nie ulegało wątpliwości, że każdy, kto stanął na jego drodze, uważał go za wyjątkowo czarującego. Pomimo jednak nijakiej intrygi sam styl robił wrażenie. Było jasne, że Maurice pracował ciężko nad zdaniami, i uczepiłem się tego jako dowodu na uśpiony talent. Uznałem, że gdyby tylko sama historia nie była taka nudna, opowiadanie może nawet nadawałoby się do druku.

Nie chcąc okazać nadmiernego entuzjazmu i pamiętając, ile czasu zajęło mu napisanie do mnie, odczekałem trzy wlokące się bez końca dni i dopiero wtedy wysłałem mu starannie przemyślaną analizę krytyczną opowiadania, generalnie skłaniającą się ku pochwałom, chociaż tu i tam zwracałem uwagę na momenty, które moim zdaniem skorzystałyby na dopracowaniu. W post scriptum wspomniałem o podróży do Kopenhagi i zapytałem, czy może zechciałby mi towarzyszyć, jako że się starzeję, a te wyprawy bywają nużące. „Zobaczyłbyś, jak wygląda życie pisarza – napisałem z nadzieją, że to okaże się wystarczającą zachętą. – Oczywiście pokryję koszty twojego pobytu i zaproponuję wynagrodzenie za wszelkie drobne obowiązki, jakie mogę ci w tym czasie zlecać”.

Tym razem odpowiedział niemal natychmiast pełnym ekscytacji „tak” i poczyniliśmy stosowne plany. W tygodniu poprzedzającym wyjazd coraz bardziej denerwowałem się na myśl o ponownym spotkaniu, obawiając się, że miły wieczór w Berlinie zmieni się w coś niezręcznego, kiedy spróbujemy go powtórzyć w dłuższym czasie, który mieliśmy spędzić w Danii. Ale nie, Maurice od pierwszej chwili okazał się otwarty i sympatyczny, a jeśli dostrzegał, jak intensywnie się w niego wpatruję, był na tyle uprzejmy, by tego nie komentować. Najdrobniejsze szczegóły przykuwały mój wzrok: rozpięte górne guziki koszuli oferujące widok na skrawek nagiej skóry pod tkaniną i zagłębienie w środku klatki piersiowej, gdzie rozdzielały się mięśnie, ten parów, który pragnąłem zbadać, to, jak spodnie nieznacznie się podnosiły, kiedy zakładał nogę na nogę, i odsłaniały odurzającą kostkę, bo Maurice nigdy nie nosił skarpetek, afektacja, którą odbierałem w równej mierze jako dziwaczną i erotyczną, sposób, w jaki jego język wyskakiwał z ust, by oblizać wargi, kiedy na stole pojawiało się jedzenie, i jak jego apetyt wydawał się nienasycony, niczym u parobka po długim dniu żniw. Zauważałem to wszystko i więcej jeszcze. Zapisywałem swoje obserwacje, uczyłem się ich na pamięć, negatywy gromadziłem w umyśle, by później je wywołać, i gdy mówił, tylko go obserwowałem, czując się odmłodzony obecnością tego chłopca w moim życiu, a równocześnie starając się nie myśleć, jakie to będzie bolesne, kiedy – co nieuchronne – z niego zniknie.

Ostatniego dnia zaproponowałem wyjazd do zamku Frederiksborg pod niejasnym pretekstem, że zastanawiam się nad powieścią historyczną z fabułą osnutą wokół pożaru z 1859 roku oraz roli piwowara Carlsberga w rekonstrukcji budowli. Maurice się zgodził i wypełniając rolę asystenta, kupił dwa bilety na pociąg w pierwszej klasie oraz sporządził notatki o historii i architekturze zamku, którymi podzielił się ze mną w czasie podróży. Po kilku przyjemnych godzinach spędzonych na poznawaniu zamkowych skarbów i spacerach po ogrodach znaleźliśmy w pobliżu knajpkę, gdzie usiedliśmy przy stoliku w kącie i zamówiliśmy miejscowe piwo oraz klopsiki.

− Właśnie o tym zawsze marzyłem – oznajmił Maurice, rozglądając się wokół z entuzjazmem; jego niebieskie oczy były pełne życia i czujne. – Żeby być pisarzem i podróżować za granicę, promując swoje dzieła lub zbierając materiały do następnej powieści. Nie chciałbyś zrezygnować z wykładania i zająć się tylko pisaniem? Jak sądzę, po sukcesie Lęku mógłbyś sobie na to pozwolić.

− Nie. – Pokręciłem głową. – Od ponad czterdziestu lat Cambridge zapewnia mi dom i rutynę, co niezmiernie sobie cenię. Nigdy nie mógłbym przestać pisać, to nieodłączna część tego, kim jestem, ale nie wyczekuję dnia, kiedy uniwersytet zmusi mnie do przejścia na emeryturę.

Maurice wyjął z torby jasnoniebieski notatnik marki Leuchtturm 1917 z numerowanymi stronicami i zakładką, po czym coś zapisał. Postąpił tak po raz pierwszy w czasie naszego pobytu w Kopenhadze i niezwykle mi to pochlebiło.

− Co? – zapytałem, uśmiechając się do niego. – Powiedziałem coś szczególnie mądrego?

− Dom i rutyna – odparł. Nie podniósł wzroku, tylko notował jak szalony. – Piszę o balansie. Wygląda na to, że udało ci się osiągnąć równowagę pomiędzy życiem zawodowym i artystycznym. Być może ja także tego potrzebuję. Praca kelnera nie jest zbyt stymulująca intelektualnie.

− Ośmielam się jednak zauważyć, że pozwala zapłacić czynsz – powiedziałem. – Poza tym nie możesz przez cały czas pisać. W życiu jest coś więcej niż słowa i opowieści.

− Nie, nie dla mnie.

− To dlatego, że jesteś młody i marzysz o takim życiu. Niewykluczone jednak, że kiedy już zaczniesz je prowadzić, przekonasz się, że są sprawy równie ważne. Towarzystwo innych na przykład. Miłość.

− Zawsze chciałeś pisać?

− Tak – odrzekłem. – Jako chłopiec miałem dziwną obsesję na punkcie materiałów piśmienniczych. Koło nas był cudowny sklep, oszczędzałem, żeby kupić tam piękny papier i atrament do moich wiecznych piór. Dziadek był historykiem i począwszy od moich piątych urodzin co roku w prezencie dawał mi wieczne pióro. Są dla mnie skarbem. Nadal mam wszystkie oprócz jednego.

− Zgubiłeś je? – zapytał.

− Nie. Wiele lat temu podarowałem je przyjacielowi. Pozostałe mam w swoim gabinecie w college’u. Przypominają mi o dzieciństwie – myślę, że to był najszczęśliwszy czas w moim życiu.

− A gdzie to było? Gdzie dorastałeś?

− Tam, gdzie się poznaliśmy. W Berlinie.

− Wybacz, ale czy nie jesteś Żydem? – zapytał Maurice, marszcząc nieznacznie czoło.

− To zależy, jak definiujesz to pojęcie – odrzekłem.

− Ale walczyłeś w czasie wojny?

− Niezupełnie. Pracowałem w sztabie głównym Wehrmachtu w mieście. Nigdy tego nie ukrywałem.

− Nie, ale ja nadal nie rozumiem.

Spojrzałem przez okno na turystów idących mostem Møntportvejen w kierunku zamku.

− Moi rodzice byli Niemcami – wyjaśniłem, przenosząc znowu wzrok na Maurice’a. – Natomiast ojciec matki był Żydem. Tak więc można powiedzieć, że mam w żyłach jedną czwartą żydowskiej krwi, ale Żydzi nie zajmują się ułamkami. W tamtych czasach w użyciu było słowo Mischling. Po raz pierwszy je usłyszałem, kiedy w trzydziestym piątym roku wprowadzono ustawy norymberskie. Zgodnie z nimi osoba z jednym żydowskim dziadkiem to Mischling, mieszaniec drugiego stopnia, mający prawo do obywatelstwa w Rzeszy. Generalnie mieszańcom drugiego stopnia nie groziły żadne formy prześladowań.

− A Mischling pierwszego stopnia?

− Dwoje żydowskich dziadków. O wiele bardziej niebezpieczne.

− Musiałeś znać takie osoby.

Klatkę piersiową przeszył mi ostry ból.

− Jedną – odparłem. – W każdym razie o jednej wiem. To była dziewczyna.

− Twoja przyjaciółka?

Pokręciłem głową.

− Nie, właściwie nie. Znajoma.

− Wybacz, że o to pytam, ale skoro jesteś w jednej czwartej Żydem, nie odczuwałeś wstydu, pracując dla nazistów?

− Oczywiście, że tak – odrzekłem. – Ale jakie miałem wyjście? Odmówić? Zastrzelono by mnie albo posłano do obozu. A tak jak ty chciałem zostać pisarzem i żeby nim zostać, musiałem żyć. Mój brat Georg także dla nich pracował. Powiedz mi, Maurice, jak ty byś postąpił na moim miejscu?

− Masz brata?

Pokręciłem głową.

− Umarł młodo. Straciliśmy kontakt po wojnie, kiedy wyjechałem z Niemiec. Kilka lat później dostałem dość szorstki list od jego żony z informacją, że zginął w wypadku tramwajowym, i na tym koniec. Posłuchaj, prawda jest taka: kto zdoła przetrwać takie czasy i w jakimś stopniu nie wstydzić się swoich poczynań?

− A mimo to nigdy o tym nie pisałeś. Ani nie mówiłeś w wywiadach.

− Nie – przyznałem. – Proszę, porozmawiajmy o czymś innym. Wolę nie rozpamiętywać przeszłości. Opowiedz mi lepiej o sobie. O twojej rodzinie.