Jak odzyskać siebie i utracone więzi

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Prolog: Jabłko

2  Wprowadzenie: Tajemnica

CZĘŚĆ I. PĘKNIĘCIE W STAREJ OPOWIEŚCI Rozdział 1. Różdżka Rozdział 2. Brak równowagi Rozdział 3. Wyjątek żałoby Rozdział 4. Pierwsza flaga na Księżycu

CZĘŚĆ II. UTRATA WIĘZI: DZIEWIĘĆ PRZYCZYN DEPRESJI I ZABURZEŃ LĘKOWYCH Rozdział 5. Podnoszenie flagi (wprowadzenie do części II) Rozdział 6. Przyczyna pierwsza: utrata więzi z sensowną pracą Rozdział 7. Przyczyna druga: utrata więzi z innymi osobami Rozdział 8. Przyczyna trzecia: utrata więzi z ważnymi wartościami Rozdział 9. Przyczyna czwarta: utrata więzi z traumą z dzieciństwa Rozdział 10. Przyczyna piąta: utrata więzi ze statusem i szacunkiem Rozdział 11. Przyczyna szósta: utrata więzi ze światem przyrody Rozdział 12. Przyczyna siódma: utrata więzi z nadzieją i poczuciem bezpiecznej przyszłości Rozdział 13. Przyczyny ósma i dziewiąta: prawdziwa rola genów i zmian w mózgu

CZĘŚĆ III. ODZYSKIWANIE WIĘZI ALBO INNY RODZAJ ANTYDEPRESANTÓW Rozdział 14. Krowa Rozdział 15. To my zbudowaliśmy to miasto Rozdział 16. Po pierwsze: odbudowanie więzi z innymi osobami Rozdział 17. Po drugie: odbudowanie więzi ze społecznością Rozdział 18. Po trzecie: odbudowanie więzi z pracą, która ma sens Rozdział 19. Po czwarte: odbudowanie więzi z ważnymi wartościami Rozdział 20. Po piąte: empatyczna radość i przezwyciężanie uzależnienia od własnego „ja” Rozdział 21. Po szóste: uznanie i przezwyciężenie traumy z dzieciństwa Rozdział 22. Po siódme: przywracanie przyszłości

6  Wniosek: Powrót do domu

7  Podziękowania

8  O autorze

Książka ta służy jedynie celom informacyjnym i nie można jej traktować jako ekwiwalentu konsultacji z pracownikiem służby zdrowia. W sprawie leczenia depresji i innych problemów psychicznych zawsze należy zasięgnąć porady lekarza. Autor i wydawca nie biorą odpowiedzialności za niepożądane skutki wynikłe w bezpośrednim lub pośrednim związku z podanymi tu informacjami.

Tytuł oryginału: Lost Connections: Uncovering the Real Causes of Depression – and the Unexpected Solutions

Przekład: Emilia Skowrońska

Opieka redakcyjna: Maria Zalasa

Redakcja: Anna Taraska-Pietrzak

Korekta: Katarzyna Nawrocka, Maria Zalasa

Projekt okładki i stron tytułowych: Joanna Wasilewska / KATAKANASTA

Copyright © Johann Hari, 2018

Copyright for the Polish translation © Emilia Skowrońska, 2020

Copyright for the Polish editon © JK Wydawnictwo Sp. z o.o. sp. k., 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-8225-022-0

Wydanie I, Łódź 2020

JK Wydawnictwo Sp. z o.o. sp. k., ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź

tel. 42 676 49 69

www.wydawnictwofeeria.pl

Wersję elektroniczną wykonano w systemie Zecer firmy Elibri

Opinie na temat książki

Hari napisał mądrą, wnikliwą książkę na temat epidemii rozpaczy, pełną odkrywczych spostrzeżeń. Owszem, chodzi o depresję, ale też o to, jak teraz żyjemy – wieloletnia izolacja kompletnie niszczy nasze wspólne zdrowie psychiczne i ogólne samopoczucie. NAOMI KLEIN

Johann Hari zadaje wielkie pytania i udziela wielkich odpowiedzi – odpowiedzi, które zbyt długo były zaniedbywane. Dopóki nie przeczytasz tej książki, nie zrozumiesz w pełni tego wielkiego przekleństwa naszego wieku. GEORGE MONBIOT

Pełna życia, interesująca i odkrywcza analiza mitów na temat depresji i stanów lękowych, w które kazano nam uwierzyć. W tej książce cudownie przeplatają się nauka, filozofia i mądre doświadczenia osobiste, przybliżające nam prawdę o zdrowiu psychicznym. GLENN GREENWALD

Podczas zapierającej dech w piersiach podróży po świecie Johann Hari ukazuje nam niezwykłych ludzi i koncepcje, które na zawsze zmienią sposób postrzegania depresji. Jest to odważna, poruszająca, błyskotliwa, prosta i wstrząsająca książka, którą musi przeczytać każdy, kto tęskni za życiem pełnym znaczenia i więzi. EVE ENSLER

Depresja i niepokój to bolączki naszych czasów, ale nie z powszechnie podawanych powodów. W tej książce, którą czyta się wprost fantastycznie, Johann Hari opowiada nam o tym, że coś w nauce poszło nie tak i że przeoczono to, co oczywiste. Ważna diagnoza od jednego z najzdolniejszych dziennikarzy piszących dziś w języku angielskim. THOMAS FRANK

Dla Barbary Bateman, Johna Batemana i Dennisa Hardmana

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog: Jabłko

Prolog: Jabłko

Pewnego wieczoru wiosną 2014 roku szedłem wąską boczną uliczką w centrum Hanoi i nagle na straganie przy drodze zobaczyłem jabłko. Było nienaturalnie duże, czerwone i kuszące. Nie umiem się targować, więc za ten jeden owoc zapłaciłem trzy dolary, i zaniosłem go do mojego pokoju w Uroczym Hotelu w Hanoi. Jak każdy grzeczny cudzoziemiec, który czyta ostrzeżenia zdrowotne, starannie umyłem jabłko wodą z butelki, ale gdy tylko się w nie wgryzłem, poczułem, jak moje usta wypełnia gorzki, chemiczny smak. W dzieciństwie wyobrażałem sobie, że jedzenie będzie tak smakować po wojnie atomowej. Wiedziałem, że powinienem odłożyć jabłko, ale byłem zbyt zmęczony, by pójść na jakiś posiłek, zjadłem więc połowę owocu, a resztę odłożyłem z obrzydzeniem.

Dwie godziny później zaczęły się bóle brzucha. Przez dwa dni siedziałem w swoim pokoju, który coraz szybciej wirował wokół mnie. Nie martwiłem się tym jednak zanadto, w końcu wcześniej nieraz przechodziłem zatrucie pokarmowe. Znałem scenariusz. Trzeba tylko pić wodę i pozwolić, żeby przelatywała przez organizm.

Trzeciego dnia zdałem sobie sprawę, że przez chorobę, podczas której widziałem otaczający mnie świat jak przez mgłę, tracę czas w Wietnamie. Przyjechałem tu, aby w ramach pewnego projektu książkowego, nad którym właśnie pracowałem, odnaleźć kilka osób ocalałych z wojny, zadzwoniłem więc do swojego tłumacza, Danga Hoanga Linha, i powiedziałem mu, że powinniśmy jechać do wsi na południu, tak jak od dawna planowaliśmy. Kiedy podróżowaliśmy po okolicy – tu zniszczona wioska, gdzie indziej znowu ofiara Agent Orange1 – zacząłem czuć się lepiej. Następnego ranka Dang zabrał mnie do chaty drobnej osiemdziesięciosiedmioletniej kobiety. Zioła, które żuła, zabarwiły jej usta na jaskrawoczerwony kolor. Zbliżyła się do mnie na drewnianej desce, do której ktoś przymocował kółka. W czasie wojny, wyjaśniła, spędziła dziewięć lat, uciekając przed kolejnymi spadającymi bombami i jednocześnie próbując utrzymać przy życiu swoje dzieci. Przeżyli jako jedyni ze swojej wioski.

Gdy mówiła, zacząłem doświadczać czegoś dziwnego. Miałem wrażenie, że jej głos dochodzi z bardzo daleka, a pokój porusza się wokół mnie w niekontrolowany sposób. I wtedy – zupełnie niespodziewanie – eksplodowałem w jej chacie jak bomba z wymiocinami i odchodami. Kiedy po jakimś czasie ponownie uświadomiłem sobie, gdzie jestem, staruszka patrzyła na mnie smutnymi oczami.

– Ten chłopiec musi jechać do szpitala – powiedziała. – Jest bardzo chory.

 

– Nie, nie – upierałem się. Mieszkałem we wschodnim Londynie, a podstawę mojej diety od lat stanowił smażony kurczak, więc to nie było moje pierwsze rodeo z E. coli. Powiedziałem Dangowi, że ma odwieźć mnie do Hanoi, żebym mógł odzyskać siły w pokoju hotelowym, oglądając przez kilka dni CNN i zawartość własnego żołądka.

– Nie – powiedziała stanowczo staruszka. – Do szpitala.

– Johannie, posłuchaj – powiedział Dang – to jedyna osoba, która przeżyła wraz z dziećmi dziewięć lat amerykańskich bombardowań w swojej wiosce. I mam zamiar posłuchać jej rad odnośnie twojego zdrowia.

Zaciągnął mnie do swojego samochodu. Przez całą drogę cierpiałem z powodu mdłości i konwulsji. Wreszcie dojechaliśmy do kompleksu budynków szpitalnych, który, jak się potem dowiedziałem, został zbudowany przez Sowietów kilkadziesiąt lat wcześniej. Byłem pierwszym obcokrajowcem, który miał tu otrzymać pomoc. Ze środka wybiegła grupka pielęgniarek – na wpół podekscytowanych, na wpół zafascynowanych. Doprowadziły mnie do stołu i natychmiast zaczęły krzyczeć. Dang wrzeszczał na kobiety, a one na niego w języku, w którym nie rozpoznawałem żadnych słów. Wtedy zorientowałem się, że owinięto mi czymś ciasno rękę.

Zauważyłem też, że w kącie siedzi samotnie mała dziewczynka z nosem w gipsie. Spojrzała na mnie. Odwzajemniłem spojrzenie. Byliśmy jedynymi pacjentami w tej sali.

Tuż po tym, jak zmierzono mi ciśnienie krwi – które okazało się niebezpiecznie niskie, jak powiedziała jedna z pielęgniarek, a Dang mi to przetłumaczył – zaczęto wbijać we mnie igły. Później Dang przyznał, że skłamał, iż jestem Bardzo Ważną Osobą z Zachodu, a moja ewentualna śmierć przyniesie wstyd mieszkańcom Wietnamu. Po dziesięciu minutach miałem rękę ciężką od rurek i pełną śladów po igłach. Potem pielęgniarki zaczęły bardzo głośno wypytywać mnie o objawy, a Dang tłumaczył. Była to, jak mi się wtedy wydawało, niekończąca się lista kwestii dotyczących mojego cierpienia.

Kiedy to wszystko się działo, czułem się dziwnie rozszczepiony. Jedna część mnie skupiała się na mdłościach – wszystko tak szybko kręciło się dookoła, a ja ciągle myślałem: „Przestań się ruszać, przestań się ruszać, przestań się ruszać”. Ale inna część mnie – znajdująca się pod lub poza tą sytuacją – prowadziła całkiem racjonalny monolog. „Och. Jesteś bliski śmierci. Powalony przez zatrute jabłko. Jak Ewa albo Śnieżka, albo Alan Turing”.

Następnie przeszło mi przez głowę: „Czy twoja ostatnia myśl naprawdę będzie tak pretensjonalna?”.

Potem pomyślałem: „Skoro zjedzenie połowy jabłka doprowadziło cię do takiego stanu, to co te chemikalia robią z rolnikami, którzy pracują z nimi na polach dzień w dzień, całymi latami? Pewnego dnia będzie z tego niezła historia”.

Później zaś skarciłem się po cichu: „Nie powinieneś tak myśleć, skoro jesteś na granicy śmierci. Powinieneś przywoływać doniosłe chwile swojego życia. Wspominać. Kiedy byłeś naprawdę szczęśliwy?”. Wyobraziłem sobie siebie jako małego chłopca, leżącego z babcią na łóżku w naszym starym domu, wtulonego w nią i oglądającego brytyjską operę mydlaną Coronation Street. Wyobraziłem sobie siebie po latach, kiedy opiekowałem się moim małym bratankiem, a on obudził mnie o siódmej rano, położył się obok mnie na łóżku i zaczął zadawać mi długie i poważne pytania dotyczące życia. Wyobraziłem sobie siebie leżącego na innym łóżku, gdy miałem siedemnaście lat, z pierwszą osobą, w której się zakochałem. To nie było wspomnienie seksualne, po prostu leżeliśmy i się przytulaliśmy.

„Czekaj”, pomyślałem. „Czy byłeś szczęśliwy tylko wtedy, gdy leżałeś w łóżku? Jak to o tobie świadczy?” I wtedy mój wewnętrzny monolog przerwały mdłości. Błagałem lekarzy, żeby podali mi coś przeciwwymiotnego. Dang rozmawiał z nimi z ożywieniem. Wreszcie mi powiedział:

– Lekarz mówi, że potrzebujesz tych mdłości. To dla nas wiadomość. Dzięki temu zorientujemy się, co ci jest.

Po tych słowach ponownie zacząłem wymiotować.

Wiele godzin później w moim polu widzenia pojawił się lekarz, mężczyzna po czterdziestce, i powiedział:

– Stwierdziliśmy, że twoje nerki przestały pracować. Jesteś bardzo odwodniony. Z powodu wymiotów i biegunki od dłuższego czasu nie przyswajasz wody, więc jesteś jak ktoś, kto przez wiele dni wędrował po pustyni.

Dang wtrącił:

– Mówi, że gdybym odwiózł cię z powrotem do Hanoi, umarłbyś po drodze.

Lekarz kazał mi wymienić wszystko, co jadłem w ciągu ostatnich trzech dni. Lista była krótka. Jabłko. Rzucił mi zagadkowe spojrzenie.

– Czy to jabłko było czyste?

– Tak – odrzekłem. – Umyłem je wodą z butelki.

Wszyscy wybuchnęli śmiechem, tak jakbym powiedział puentę w stylu Chrisa Rocka. Okazuje się, że w Wietnamie nie można tak po prostu umyć jabłka. Owoce są pokryte tak grubą warstwą pestycydów, że nie gniją przez wiele miesięcy. Trzeba obierać je ze skórki – w przeciwnym razie można zachorować tak jak ja.

Nie wiedziałem dlaczego, ale przez cały okres pracy nad niniejszą książką myślałem o tym, co powiedział mi lekarz podczas mojego niesławnego zatrucia.

– Potrzebujesz tych mdłości. To dla nas wiadomość. Dowiemy się, co ci jestk1.

Sens tych słów zrozumiałem w zupełnie innym miejscu, tysiące kilometrów dalej, na końcu mojej podróży, podczas której starałem się zbadać, co tak naprawdę wywołuje depresję i zaburzenia lękowe – i w jaki sposób można odzyskać swoje życie.

1 Agent Orange – (z ang. czynnik pomarańczowy, środek pomarańczowy, mieszanka pomarańczowa) – wojskowa nazwa preparatu fitotoksycznego stosowanego na masową skalę (ok. 10 mln galonów) podczas wojny w Wietnamie. Niszczy rośliny szerokolistne, uprawy warzywne, krzewy i drzewa liściaste. Mieszanka pomarańczowa stosowana podczas wojny w Wietnamie była zanieczyszczona groźną dioksyną, która ma toksyczny wpływ na zdrowie ludzi (przyp. red.). [wróć]

Wprowadzenie: Tajemnica

Wprowadzenie: Tajemnica

Miałem osiemnaście lat, gdy wziąłem pierwszy antydepresant. Stałem w bladym angielskim słońcu przed apteką w londyńskim centrum handlowym. Tabletka była biała i mała i gdy ją połykałem, miałem wrażenie, jakby złożono na moich ustach chemiczny pocałunek.

Tamtego ranka poszedłem do lekarza. Wyjaśniłem mu, że usiłuję sobie przypomnieć dzień, w którym nie czułem nadciągającej fali płaczu. Odkąd byłem małym dzieckiem – w szkole, na studiach, w domu, z przyjaciółmi – często odchodziłem gdzieś na bok, zamykałem się i płakałem. I nie było to kilka łez, ale całe ich morze. A nawet jeśli łzy nie napływały mi do oczu, słyszałem w głowie niemalże nieustanny niespokojny monolog. I wówczas się łajałem: „To wszystko jest tylko w twojej głowie. Otrząśnij się. Przestań być takim mięczakiem”.

Wtedy było mi wstyd o tym mówić. Teraz jest mi wstyd o tym pisać.

W każdej książce o depresji lub zaburzeniach lękowych napisanej przez kogoś, kto przez to przeszedł, występuje długi, pełen nagiego bólu fragment, w którym autor opisuje – bardzo wzniosłym językiem – głębię swojej rozpaczy. Potrzebowaliśmy kiedyś takich relacji, gdy inni nie wiedzieli, czym są depresja i zaburzenia lękowe. Dzięki ludziom, którzy od dziesięcioleci łamią to tabu, nie muszę robić tego w tej książce. Nie o tym zamierzam tu pisać. Wierz mi jednak, że to naprawdę bolesne doświadczenie.

Miesiąc przed wejściem do gabinetu lekarskiego byłem na plaży w Barcelonie i gdy zalewały mnie fale, płakałem, niespodziewanie zrozumiawszy, co się dzieje i w jaki sposób mogę sobie pomóc. Podróżowałem wtedy po Europie z przyjaciółką, było lato i niebawem, jako pierwsza osoba w rodzinie, miałem podjąć naukę na prestiżowej uczelni. Za niewielką sumę kupiliśmy miesięczne karnety kolejowe dla studentów, uprawniające nas do darmowych przejazdów dowolnymi pociągami na terenie Europy. Zatrzymywaliśmy się po drodze w schroniskach młodzieżowych. Wyobrażałem sobie żółte plaże i elitarną kulturę – Luwr, skręty, seksownych Włochów. Ale tuż przed wyjazdem zostałem odrzucony przez pierwszą osobę, w której naprawdę się zakochałem, i czułem, że emocje ulatniają się ze mnie jak kłopotliwy zapach w jeszcze większym stopniu niż zwykle.

Podróż nie przebiegała tak, jak planowałem. Rozpłakałem się na gondoli w Wenecji. Wyłem na Matterhornie. Trząsłem się od spazmów w domu Franza Kafki w Pradze.

Wydawało mi się to dziwne, ale znowu nie aż tak bardzo. Już wcześniej miewałem w życiu takie okresy, gdy ból zdawał się być nie do zniesienia i gdy miałem ochotę odejść z tego świata. Ale wtedy w Barcelonie, kiedy nie mogłem przestać płakać, przyjaciółka powiedziała:

– Zdajesz sobie sprawę, że większość ludzi się tak nie zachowuje, prawda?

I wtedy doświadczyłem jednego z niewielu objawień w moim życiu. Odwróciłem się do niej i powiedziałem:

– Mam depresję! To nie jest tylko w mojej głowie! Nie jestem nieszczęśliwy, nie jestem słaby, po prostu mam depresję!

Może i to zabrzmi dziwnie, ale w owej chwili doświadczyłem gwałtownej ekscytacji – tak jakbym nagle za kanapą znalazł plik banknotów. Istnieje definicja takiego samopoczucia! To stan chorobowy, tak jak cukrzyca czy zespół jelita drażliwego! Oczywiście słyszałem o depresji, wieści o niej krążyły w naszej kulturze od lat, ale dopiero teraz wszystko wskoczyło na swoje miejsce. To dotyczyło mnie! Przypomniałem sobie wówczas, że na depresję jest lekarstwo: antydepresanty. Ich potrzebuję! Gdy tylko wrócę do domu, dostanę tabletki i będę normalny, a te części mnie, w których nie ma depresji, będą wreszcie wolne. Zawsze lubiłem robić rzeczy, które nie mają nic wspólnego z depresją – spotykać ludzi, uczyć się, poznawać świat. Wkrótce znów miały stać się dla mnie dostępne.

Następnego dnia pojechaliśmy do Parc Güell w centrum Barcelony. Jest to bardzo dziwny park zaprojektowany przez architekta Antoniego Gaudiego – tamtejsze otoczenie mija się z perspektywą, tak jakby się weszło do gabinetu śmiechu. W pewnym momencie przechodzisz przez tunel, w którym wszystko wygląda na pomarszczone, jak gdyby uderzyła weń fala. W innym miejscu smoki unoszą łby ku budynkom z rzeźbionego żelaza, dając wrażenie ruchu. Nic nie wygląda tak, jak powinno. Podczas zwiedzania pomyślałem: „Tak wygląda moja głowa; jest zniekształcona i zła. I wkrótce zostanie naprawiona”.

Moje objawienie, tak jak wszystkie inne, pojawiło się nagle, ale tak naprawdę dojrzewało przez długi czas. Miałem świadomość, czym jest depresja. Widziałem, jak się ją przedstawia w operach mydlanych, i czytałem o niej w książkach. Słyszałem, jak moja matka mówiła o depresji i stanach lękowych, i widziałem, jak połykała pigułki. I znałem lekarstwo, ponieważ światowe media ogłosiły jego wynalezienie zaledwie kilka lat wcześniej. Moje młodzieńcze lata zbiegły się z Erą Prozacu – z pojawieniem się nowych środków, które po raz pierwszy miały leczyć depresję bez wyniszczających skutków ubocznych. Jedna z bestsellerowych książek dekady przekonywała, że dzięki nim człowiek czuje się „lepiej niż dobrze”k2, staje się silniejszy i zdrowszy od zwykłych ludzi.

Chłonąłem to wszystko i naprawdę ciągle o tym rozmyślałem. Pod koniec lat 90. był to częsty temat rozmów; te leki były wszędzie. I teraz pojąłem (wreszcie!), że to dotyczy również mnie.

Mój lekarz, co było jasne już od pierwszej wizyty, również chłonął wiedzę na temat tych leków. W swym małym gabinecie cierpliwie tłumaczył mi, dlaczego czuję się tak, jak się czuję. Istnieją ludzie, którzy mają w mózgu niski poziom substancji chemicznej o nazwie serotonina, powiedział, i właśnie to wywołuje u nich depresję, owo dziwne, uporczywe poczucie nieszczęścia, które nie chce zniknąć. Miałem jednak sporo szczęścia, bo akurat gdy wchodziłem w dorosłe życie, pojawiła się nowa generacja leków – selektywne inhibitory zwrotnego wychwytu serotoniny (SSRI) – które podnoszą poziom serotoniny do prawidłowych wartości. Depresja jest chorobą mózgu, powiedział, a to jest lekarstwo na tę chorobę. Pokazał mi skan mózgu i opisał, co na nim widać.

Opowiadał, że depresja znajduje się co prawda w mojej głowie, ale w zupełnie inny sposób. Nie jest wyimaginowana. Jest bardzo prawdziwa. Stanowi dysfunkcję mózgu.

Nie musiał naciskać. Niemal od razu łyknąłem tę historięk3. Wyszedłem od niego po dziesięciu minutach, trzymając w ręce receptę na Seroxat (lub Paxil – taka była nazwa tego leku w USA).

Dopiero po latach, w trakcie pisania tej książki, ktoś zwrócił mi uwagę na wszystkie te pytania, których owego dnia nie zadał mi lekarz. Na przykład: Czy istnieje jakiś powód, dla którego możesz czuć się tak przygnębiony? Co się dzieje w twoim życiu? Czy coś cię boli? Nawet gdyby mnie o to wszystko zapytał, to ja chyba i tak nie potrafiłbym odpowiedzieć. Podejrzewam, że popatrzyłbym na niego, nic nie rozumiejąc, i tyle. Odparłbym, że moje życie jest dobre. Jasne, miałem pewne problemy, nie istniał jednak żaden przypuszczalny powód mojego nieszczęścia – a już z pewnością nie powinienem czuć się aż tak źle.

 

W każdym razie lekarz o nic mnie nie zapytał, a ja nie zastanawiałem się, dlaczego tego nie zrobił. Przez następnych trzynaście lat lekarze wypisywali mi recepty na ten lek i żaden z nich również nie zadał mi ani jednego pytania. Gdyby któryś z nich to uczynił, to prawdopodobnie odparłbym z oburzeniem: „Skoro mam zepsuty mózg, który nie potrafi wyprodukować substancji chemicznych wytwarzających szczęście, po co zadaje mi pan takie pytania? Czy to nie okrutne? Nie pyta się pacjenta z demencją, dlaczego nie pamięta, gdzie zostawił klucze, prawda? Co za głupie pytania! Czy pan w ogóle studiował medycynę?”.

Lekarz powiedział mi, że środki zaczną działać po dwóch tygodniach, ale już w nocy po wykupieniu recepty poczułem zalewającą mnie falę ciepła, cichy pomruk, który – mógłbym przysiąc – dochodził z moich synaps, kiedy jęcząc i skrzypiąc, wskakiwały w odpowiednie miejsca. Leżałem na łóżku, słuchając jakiejś składanki z podniszczonej kasety, i wiedziałem, że długo nie będę płakać.

Kilka tygodni później wyjechałem na studia. Nie bałem się, przecież miałem ze sobą swoją nową chemiczną zbroję. Stałem się tam ewangelistą antydepresantów. Za każdym razem, gdy jakiś przyjaciel był smutny, oferowałem mu moje pigułki i namawiałem go, żeby poszedł do lekarza po własne. Nabrałem przekonania, że nie tylko nie mam już depresji, lecz także że jestem teraz w lepszym stanie – myślałem o nim jak o „antydepresji”. Byłem, jak sobie wmawiałem, niezwykle prężny i energiczny. Co prawda, odczuwałem pewne fizyczne skutki uboczne przyjmowania leku – przybierałem na wadze i niezmiernie się pociłem. Była to jednak niewielka cena, jaką musiałem zapłacić, żeby nie zalewać smutkiem ludzi wokół mnie. I patrzcie! Wreszcie mogłem podejmować wszelkie wyzwania.

Po kilku miesiącach zacząłem jednak zauważać, że niespodziewanie wracają do mnie chwile narastającego smutku. Wydawały się niewytłumaczalne i ewidentnie irracjonalne. Poszedłem więc do mojego lekarza i uzgodniliśmy, że potrzebuję większej dawki leku. Tak więc 20 miligramów na dobę zostało zwiększone do 30 miligramów; a miejsce białych pigułek zajęły niebieskie.

I tak to trwało w nastoletniości i trzeciej dekadzie życia. Nadal głosiłem korzyści płynące z przyjmowania tych leków; po pewnym czasie smutek znowu zaczął wracać, dostałem więc jeszcze większą dawkę; z 30 miligramów zrobiło się 40; 40 stało się 50; w końcu brałem dwie duże niebieskie pigułki dziennie, po 60 miligramów każda. Tyłem coraz bardziej, coraz bardziej się pociłem, wiedziałem jednak, że to i tak niewygórowana cena.

Wszystkim zainteresowanym tłumaczyłem, że depresja jest chorobą mózgu, a SSRI są lekarstwem. Kiedy zostałem dziennikarzem, pisałem do gazet artykuły, w których cierpliwie wyjaśniałem to opinii publicznej. Nawracający smutek opisywałem jako proces medyczny – w moim mózgu następował wyraźny spadek poziomu substancji chemicznych, na co nie miałem żadnego wpływu. Dzięki Bogu te leki są niezwykle silne, tłumaczyłem, i działają. Spójrzcie na mnie. Jestem na to dowodem. Od czasu do czasu słyszałem w głowie głos zwątpienia, ale szybko go uciszałem, połykając tego dnia jedną lub dwie dodatkowe pigułki.

To była moja opowieść. Teraz sobie uświadamiam, że dzieliła się na dwie części. Pierwsza była związana z tym, co wywołuje depresję: z dysfunkcją mózgu, spowodowaną niedoborem serotoniny lub jakąś inną usterką w psychicznym oprogramowaniu. Druga dotyczyła tego, co rozwiązuje problem depresji: leków, które naprawiają chemię w mózgu.

Podobała mi się ta narracja. Miała sens. Prowadziła mnie przez życie.


Z tego, co słyszałem, istniało jeszcze jedno możliwe wytłumaczenie mojego samopoczucia. Dowiedziałem się o nim nie od mojego lekarza, lecz z książek i dyskusji telewizyjnych. Depresja i zaburzenia lękowe miały być przenoszone w genach. Wiedziałem, że przed moimi narodzinami (i po nich też) moja mama była przygnębiona i bardzo niespokojna, i że tego rodzaju problemy pojawiały się w kilku pokoleniach wstecz. Wydawało mi się, że są to równoległe narracje. Obie mówiły – to coś wrodzonego, co tkwi w twoim ciele.


Zacząłem pracować nad tą książką trzy lata temu, ponieważ intrygowały mnie pewne zagadki – dziwne zjawiska, których nie potrafiłem wyjaśnić za pomocą głoszonych przeze mnie prawd. Chciałem znaleźć odpowiedzi na niektóre pytania.

Oto pierwsza zagadka. Pewnego dnia, wiele lat po tym, jak zacząłem brać leki, siedziałem w gabinecie mojego terapeuty i opowiadałem, jak bardzo się cieszę z istnienia antydepresantów i że dzięki nim czuję się o wiele lepiej.

– To dziwne – odparł terapeuta – bo moim zdaniem wciąż masz depresję.

Zaskoczył mnie. Co on mógł mieć na myśli?

– Cóż – powiedział – przez większość czasu czujesz się przygnębiony. I wydaje mi się, jesteś w takim samym stanie jak przed wzięciem pierwszej dawki lekuk4.

Zacząłem mu spokojnie uświadamiać, że nic nie rozumie: depresja jest spowodowana niskim poziomem serotoniny, dlatego należało go u mnie podwyższyć. A w głębi duszy zastanawiałem się, jakie szkolenia przechodzą ci terapeuci.

Ale w miarę upływu lat ten człowiek co jakiś czas delikatnie mi uprzytamniał, co myśli. Zaznaczał, że moje przekonanie o tym, że zwiększona dawka leków rozwiązuje problem, przeczy faktom, ponieważ przez cały czas jestem przygnębiony i zaniepokojony. Broniłem się przed tym, co mówił, reagując mieszaniną gniewu i uprzejmego poczucia wyższości.

Zanim wreszcie dotarły do mnie jego słowa, minęły całe lata. Po trzydziestce doznałem pewnego nieprzyjemnego olśnienia – było zupełnie inne niż to, które wiele lat wcześniej przydarzyło mi się na plaży w Barcelonie. Bez względu na to, jak duża była dawka antydepresantów, smutek zawsze ją pokonywał. Pojawiała się pozorna chemiczna ulga, a potem powracało dojmujące poczucie nieszczęścia. Znowu zaczynałem myśleć, że życie jest bezcelowe, że to, co robię, nie ma sensu, że to wszystko to tylko pieprzona strata czasu. Że zawsze będę słyszał pomruk niekończącego się lęku.

Tak więc pierwsza zagadka, jaką chciałem rozwiązać, brzmiała: jakim cudem nadal miałem depresję, skoro brałem antydepresanty? Robiłem wszystko dobrze, a jednak nadal coś było źle. Dlaczego?

W ciągu ostatnich kilku dekad w mojej rodzinie przydarzyło się coś ciekawego.

Z wczesnego dzieciństwa pamiętam rozstawione na kuchennym stole fiolki z tabletkami, opatrzone białymi nieścieralnymi etykietami. Kiedyś już pisałem o uzależnieniu od narkotyków występującym w mojej rodzinie i o jednym z moich najwcześniejszych wspomnień, jakim była nieudana próba dobudzenia krewnego. Ale gdy byłem bardzo mały, na nasze życie wpływ miały nie substancje zakazane, ale te przepisane przez lekarzy: w tamtych czasach przez życie prowadziły nas staromodne antydepresanty i środki uspokajające takie jak valium, chemiczne proszki i ich wariacje.

Nie jest to jednak ta ciekawa rzecz, która się przydarzyła. Jest nią fakt, że gdy dorastałem, zachodnia cywilizacja dogoniła moją rodzinę. Kiedy byłem mały i odwiedzałem kolegów, widziałem, że nikt w ich rodzinach nie łykał tabletek do śniadania, obiadu i kolacji. Nikt nie był pod wpływem środków uspokajających ani antydepresantów, nikt nie był nabuzowany. Zdałem sobie sprawę z tego, że moja rodzina nie jest zwyczajna.

A potem stopniowo, z upływem lat, dostrzegałem, że tabletki pojawiają się w życiu coraz większej liczby osób, że są przepisywane, akceptowane, zalecane. Dzisiaj nas otaczają. Co piąty dorosły Amerykanin bierze co najmniej jeden lek na problemy psychicznek5, prawie co czwarta kobieta w średnim wieku w Stanach Zjednoczonych przyjmuje antydepresantyk6, jeden na dziesięciu chłopców w amerykańskich szkołach średnich otrzymuje silny środek ułatwiający koncentracjęk7, a uzależnienia od legalnych i nielegalnych leków są obecnie tak powszechne, że po raz pierwszy w całej powojennej historii Stanów Zjednoczonych spada średnia długość życia białych mężczyzn. Efekty widać w całym świecie zachodnim: na przykład, gdy to czytasz, co trzeci Francuz przyjmuje legalny środek psychotropowy taki jak antydepresantk8, choć spośród krajów europejskich psychotropy są najbardziej rozpowszechnione w Wielkiej Brytaniik9. Nie da się już ich uniknąć; kiedy naukowcy w krajach zachodnich badają wodę, zawsze wykrywają w niej antydepresanty, ponieważ tak wielu ludzi je przyjmuje i wydala, że po prostu nie można ich odfiltrować z wody, którą codziennie pijemyk10. Jesteśmy dosłownie zalani tymi lekami.

To, co kiedyś wydawało się zaskakujące, dziś stało się normalne. Nie zgłębiając tematu, przyjmujemy do wiadomości, że ogromna liczba ludzi wokół nas jest tak przygnębiona, że aby jakoś funkcjonować, musi codziennie przyjmować silne substancje chemiczne.

Tak więc druga zagadka, nad którą się zastanawiałem, brzmiała: dlaczego tak wielu ludzi jest przygnębionych i pełnych lęku? Co się zmieniło?


I wtedy, gdy miałem trzydzieści jeden latk11, po raz pierwszy w dorosłym życiu farmakologia przestała być moją tarczą. Przez prawie dekadę ignorowałem delikatne sugestie mojego terapeuty, że mimo leków wciąż mam depresję. Postanowiłem go wysłuchać dopiero po przejściu życiowego kryzysu; czułem się wtedy bardzo źle i nie potrafiłem się z tego otrząsnąć. To, co tak długo stosowałem, nie działało. A kiedy spuściłem w toalecie ostatnie zapasy Paxilu, natknąłem się na te zagadki. Czekały na mnie jak dzieci wypatrujące opiekunów na peronie kolejowym, próbując spojrzeć mi w oczy. Dlaczego wciąż miałem depresję? Dlaczego tyle osób znajdowało sie w podobnej sytuacji?

Inne książki tego autora