Łzy niewinności

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Strona przedtytułowa

Łzy niewinności

Grafika


Strona tytułowa

Joël Pralong

Łzy niewinności

Przemoc seksualna w dzieciństwie. Droga duchowego uzdrowienia

Ze wstępem ks. abp. Wojciecha Polaka

Przełożyła Dorota Samsel

WYDAWNICTWO W DRODZE, POZNAŃ 2020

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału

Les larmes de l’innocence. L’enfance abusée et maltraitée. Un chemin de reconstruction

© Éditions des Béatitudes, S.O.C., 2019

© Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze, 2020

Redaktor prowadzący – Ewa Kubiak

Redakcja – Agnieszka Czapczyk

Korekta – Paulina Jeske-Choińska, Agnieszka Czapczyk

Skład i łamanie – Stanisław Tuchołka • panbook.pl

Redakcja techniczna – Krzysztof Lorczyk OP

Opracowanie okładki – Krzysztof Lorczyk OP

Fotografie na okładce – Azamat Zhanisov, Sharon Mccutcheon, unsplash.com

Grafika (s. 2) – Diogo Nunes, unsplash.com

ISBN 978-83-7906-355-0

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o.

Wydanie I

ul. Kościuszki 99

61-716 Poznań

tel. 61 852 39 62

sprzedaz@wdrodze.pl

www.wdrodze.pl

Wstęp do wydania polskiego

Z wielką wdzięcznością przyjmuję opublikowanie przez wydawnictwo W drodze polskiego tłumaczenia książki ojca Joëla Pralonga. Ta książka powstała z osobistego doświadczenia – pokornego wysłuchiwania historii osób pokrzywdzonych, towarzyszenia im i pomocy – dlatego może pomóc nam usłyszeć ich głos, zobaczyć ich ból i solidarnie stanąć po stronie ocalonych. To jest pierwszy krok na drodze pomocy osobom wykorzystanym seksualnie w dzieciństwie.

Zawstydza nas fakt, że głos osób pokrzywdzonych przez długi czas był w Kościele i społeczeństwie przyjmowany z niedowierzaniem i wrogością, ignorowany i lekceważony, ukrywany i wyciszany. Niestety, także dziś nie jesteśmy zupełnie wolni od tego rodzaju mechanizmów obronnych. A przecież to właśnie brak uczciwego słuchania pokrzywdzonych spowodował wiele poważnych błędów w naszym działaniu. To z tego powodu w początkowej fazie odpowiedzi na ten straszny dramat ludzie Kościoła, zamiast na sprawiedliwym karaniu sprawców i opatrywaniu ran ich ofiar, skupili się przede wszystkim na obronie samej instytucji i wizerunku Kościoła.

Musimy wyciągnąć wnioski i pokornie uczyć się z tej gorzkiej lekcji przeszłości. Tylko z cierpliwego słuchania ocalonych rodzi się świadomość ich bólu i dramatu. Żeby mieć wyobrażenie ogromu spustoszenia, jakie powoduje wykorzystanie seksualne osoby małoletniej – jeśli w ogóle można to sobie wyobrazić – trzeba cierpliwie wsłuchiwać się w cierpienia tych, którzy zostali w ten sposób skrzywdzeni. Tym, którzy zdobyli się na odwagę opowiedzenia o swojej krzywdzie, należy się z naszej strony ogromny szacunek i wdzięczność.

Opowiadane przez pokrzywdzonych dramaty są głośnym krzykiem pełnym słusznego gniewu. „W usprawiedliwionej złości ludzi – diagnozuje papież Franciszek – Kościół widzi odzwierciedlenie gniewu Boga, zdradzonego i spoliczkowanego przez te nieuczciwe osoby konsekrowane”. Ten bosko-ludzki gniew musi poruszyć nasze sumienia, przemienić nasze myślenie i uwrażliwić nasze spojrzenie. W cierpieniu osób wykorzystanych seksualnie w dzieciństwie lub młodości, w stanie niepełnosprawności lub bezradności, koniecznie musimy dostrzec Jezusa umęczonego i ukrzyżowanego, który solidaryzuje się ze słabymi i zranionymi. Także do ofiar wszelkiego rodzaju przemocy seksualnej odnoszą się słowa Chrystusa: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40).

Z opowieści osób ocalonych przebija często świadectwo głębokiej wiary, której nadprzyrodzonego płomienia nie zdołał zgasić koszmar przemocy seksualnej. „Mimo wszystko muszę przyznać, że w głębi duszy czułem, iż Bóg trzymał mnie za rękę, że mnie nie opuścił” – opowiada ojciec Mathieu, który odkrył w sobie powołanie kapłańskie i swoim życiem na nie odpowiedział, choć jako dziecko był molestowany seksualnie przez trzech duchownych. „Mimo to nadal aktywnie angażowałem się w poszukiwanie chrześcijańskiego ideału, codzienne życie Ewangelią, wewnętrzne wzrastanie w życiu z Chrystusem” – zaświadcza Jérôme, wykorzystany seksualnie przez mężczyznę podczas wyjazdu wakacyjnego. „Przede wszystkim, mimo awersji do Kościoła, dużo modliłam się w dzieciństwie i myślę, że bardzo mi to pomogło” – wyznaje Alicia, gwałcona przez własnego ojca w wieku ośmiu lat.

Niech to słuchanie historii dramatów osób wykorzystanych seksualnie pobudzi nas do działania. Nie możemy pozostać bezczynni ani obojętni wobec zła. Musimy uczyć się odważnie i odpowiedzialnie na nie reagować, a także cierpliwie towarzyszyć i kompetentnie pomagać osobom głęboko poranionym. Dramat młodego człowieka jest dotkliwy i pozostawia bolesne konsekwencje na długie lata, nierzadko do końca życia, w wielu wymiarach człowieczeństwa. Osoba pokrzywdzona wykorzystaniem seksualnym jest jak ów człowiek z ewangelicznej przypowieści (por. Łk 10,30–37), napadnięty przez zbójców, obnażony, obrabowany, poraniony i porzucony na wpół umarły. A my pilnie i na nowo musimy uczyć się w Kościele postawy dobrego Samarytanina, który nie poprzestaje na głębokim wzruszeniu, ale w autentycznym porywie serca przechodzi do konkretnego działania. Zranieni w Kościele mają prawo oczekiwać od swojej wspólnoty wielorakiego wsparcia, polegającego na specjalistycznej pomocy psychoterapeutycznej i medycznej, fachowej konsultacji prawnej oraz profesjonalnej pomocy duchowej.

Mam nadzieję, że książka ojca Pralonga będzie autentycznym wsparciem dla wykorzystanych seksualnie w dzieciństwie. Przez moc świadectwa Sługi Bożego Marcela Vana, brata redemptorysty i ofiary przemocy seksualnej, autor Łez niewinności zaprasza do pokonania niełatwej i długiej drogi duchowego, którą sam Marcel odkrył dzięki św. Teresie od Dzieciątka Jezus. Lektura może ponadto stanowić pomoc dla rodzin osób skrzywdzonych, a więc dla osób, które bezpośrednio borykają się z konsekwencjami tej przemocy również w swoim życiu duchowym, a także dla kapłanów – szczególnie spowiedników i duszpasterzy osób wykorzystanych seksualnie – którzy muszą cierpliwie i kompetentnie towarzyszyć pokrzywdzonym na drodze ich duchowego zdrowienia. Jestem w końcu przekonany, że książka ta może posłużyć każdemu, kto boryka się z ciemnością wiary z powodu skandalu wykorzystania seksualnego małoletnich w Kościele. Bo choć świadectwo spisane przez ojca Pralonga głęboko przeszywa i boli, to ostatecznie budzi nadzieję. Umęczony i ukrzyżowany Jezus przezwyciężył zło przez swoje zmartwychwstanie. I to On jest naszym Światłem w ciemności.

abp Wojciech Polak

Metropolia Gnieźnieński, Prymas Polski

Delegat KEP ds. Ochrony Dzieci i Młodzieży

Przedmowa

Wyzwanie, jakie postawił sobie w tej książce Joël Pralong, to temat seksualnych nadużyć i księży, którzy się ich dopuszczają. Sam będąc kapłanem, patrzy na ofiary i oprawców, nie oceniając ich. Udziela głosu kilku osobom wykorzystanym seksualnie, między innymi mężczyźnie, który został później księdzem.

Mieć odwagę, by poruszyć tematy tabu. Nawet będąc księdzem. Zwłaszcza będąc księdzem. To wyzwanie rzucone przez ojca Joëla Pralonga, który wypowiedział się wcześniej na temat prawa do istnienia osób homoseksualnych w Kościele, a dziś mówi o nadużyciach seksualnych. Oddaje głos osobom wykorzystanym przez swoich bliskich, ale także przez księży. Siedem osób zgodziło się opowiedzieć o piekle dzieciństwa i młodości, czasie zmarnowanym przez brutalne nadużycia seksualne. Trudno im pozbyć się poczucia winy, nieodłącznie towarzyszącego każdej osobie, której zadano gwałt, czy to fizyczny, czy werbalny. Każda ofiara potrzebuje lat, aby zaakceptować, że nie jest winna niczego z tego, co się wydarzyło. Niektórym nie udaje się tego dokonać nigdy i przez resztę życia noszą w swoich ciałach i umysłach bolesne ciężary.

Jak żyć po nadużyciach, których w dziewięćdziesięciu procentach przypadków dopuściły się osoby bliskie, a przynajmniej takie, które darzyło się zaufaniem? Czy po takiej traumie w ogóle można się podnieść? Dzięki zamieszczonym świadectwom ojciec Pralong pragnie pokazać, że to jest możliwe. Zdecydowana większość ofiar wiedzie w miarę normalną egzystencję, a niektórym udaje się nawet poukładać sobie życie osobiste.

Część specjalistów twierdzi, że ofiara nie będzie mogła zapomnieć o doznanym cierpieniu, jeśli nie przebaczy swemu oprawcy. Niech Bóg mi wybaczy, ale uważam, że dla niektórych ofiar takie przebaczenie jest kwestią absolutnie nieosiągalną, a mimo to odnajdują one możliwość spokojnego życia. Z drugiej strony, wiadomo, że osoby, które są w stanie wybaczyć, szybciej dochodzą do siebie. Jednak nic i nigdy nie jest w stanie wymazać dokonanych czynów. Ofiara może jedynie nauczyć się z nimi żyć.

W mojej pracy dziennikarki przeprowadziłam wiele wywiadów z osobami wykorzystanymi seksualnie. Zranione na ciele i duszy, dzielnie walczyły o utrzymanie głowy „ponad wodą”. Przykładowo kobieta, która była wielokrotnie gwałcona przez własnego ojca, nie przestawała stawiać sobie pytania i czynić wyrzutów: „Dlaczego się nie broniłam?”. Przez całe lata w milczeniu znosiła poczucie winy i wstydu. Dzięki temu, że opowiedziała o swoim zgwałconym i skradzionym dzieciństwie, udało jej się wyjść z piekła. Choć ponowne zanurzenie się w mrocznych wspomnieniach było bolesne, kobieta ta chciała dać świadectwo, aby pomóc tym, którzy milczą lub żyją za uśmiechniętą, skrywającą cierpienia maską, chroniącą przed psychicznym cierpieniem.

 

Najtrudniejszym wyzwaniem dla ofiar jest zbudowanie życia intymnego. Jak ponownie zaufać, jeśli zostało się zranionym na ciele przez ludzi, którzy mieli kochać? Niektórzy wybierają ścieżkę psychoterapii, inni grupę wsparcia składającą się z osób, które doświadczyły nadużyć. Najlepszym sposobem na wyjście z matni jest rozmawianie o problemie.

Ofiara będzie w stanie poradzić sobie z bolesną przeszłością, o ile będzie mogła o niej opowiedzieć. Aby ocalić skórę, trzeba przerwać milczenie – będące prawdziwym więzieniem. Słowo przynosi wyzwolenie. Pozwala światłu odnaleźć maleńki przesmyk, przez który może się wślizgnąć. Jak powiedział reżyser Michel Audiard, błogosławieni pęknięci, ponieważ dzięki nim może przedostać się światło. Z kolei kobieta zgwałcona przez ojca rodziny, u której mieszkała, wyraziła przekonanie, że i na gnojowisku mogą wyrosnąć kwiaty. Tak, w przyszłym życiu ofiar mogą się jeszcze wydarzyć piękne rzeczy.

Pewne jest, że osoby wykorzystane na zawsze zachowają w sobie niezatarte ślady seksualnych nadużyć. Zostało to, niestety, potwierdzone przez statystyki. Wiele takich osób może nawet później samemu dokonywać gwałtów na bliskich. Dlatego ważne jest, aby leczyć również dręczycieli i aby mimo wszystko nie przestawać uważać ich za istoty ludzkie, chociaż taki pomysł wielu ofiarom może się wydać nie do pomyślenia. Jest to jednak cena, którą należy zapłacić, aby uniknąć ponowienia nadużyć.

Christine Savioz, dziennikarka „Nouvelliste”,

Valais (Szwajcaria)

Wstęp
Ośmielić się mówić

Tak, mówmy o tym!

Jako autor książek miałem możliwość odbycia licznych podróży, prowadząc w wielu krajach rekolekcje i konferencje duchowe. Była to dla mnie okazja do głoszenia słowa Ewangelii, odbijającego się szerokim echem wśród osób cierpiących, poszukujących sensu i pocieszenia. Nie da się ukryć, że dziś słowo Jezusa głęboko dotyka serc. Słowo, które jest uwolnione od akademickiego dyskursu i moralizatorstwa, głoszone prostym i maluczkim z wiarą i entuzjazmem, pociesza, uzdrawia, przywraca do pionu, umacnia. Działa samo przez siebie, z siłą i autorytetem, ponieważ jest Boże. Nic dziwnego, że mistrzowie prawa i wiedzy nie przestawali się zadziwiać: „Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne” (Mk 1,27)[1]. Porozmawiajmy więc dziś o tych „duchach nieczystych”! Tych, które izolują nas od innych, zamykają w zranionej przeszłości, sprawiają, że duszę trawi poczucie winy, zamieszanie, bunt, nienawiść, wstyd; tych, które nasuwają czasem myśli samobójcze… Czynię tu aluzję do takich zwierzeń czy wspomnień z dzieciństwa, które szepcze się w kącie kaplicy lub mroku sali konferencyjnej, przełamując mur milczenia, po latach udręki i strachu: „Ojcze, jako dziecko byłem molestowany, zgwałcony przez… mojego ojca, wujka, starszego brata, przyjaciela rodziny, księdza…”. Uwierzcie mi, że co piąta osoba uwalnia tę ciężką tajemnicę, wystrzeliwując ją niczym armatnią kulę… Są to takie rodzinne sekrety, o których nigdy nie wolno mówić, a które niszczą następne pokolenia. Według psychoterapeuty Stéphane’a Jourdaina, „miejscem, w którym w naszych społeczeństwach dzieci są obecnie najbardziej narażone na niebezpieczeństwo, nie jest ani szkoła, ani kościół, ani obóz letni, ale rodzinny dom. Jest to wykorzystywanie seksualne[2] zwane kazirodztwem, które ciągle jeszcze, nawet dzisiaj, chronione jest przez niezwykle silne tabu”[3]. Dlatego najwyższy czas, by zacząć o tym mówić! Potrzeba wolności słowa, które zniszczy tabu i otworzy szczelinę dla światła.

Kiedy kreślę te słowa, mając na uwadze nowe wydanie książki, na oczach całego świata niemal wszędzie w Kościele wybuchają skandale pedofilskie. Ostatnie, które przelały czarę goryczy, miały miejsce w Chile i Pensylwanii. Świat jest nimi zbulwersowany. Kapłanów wytyka się palcami. Na każdym kroku czują się umieszczani na ławie oskarżonych. Podejrzewani o przestępstwa, często popełniają samobójstwa, zanim jeszcze zostaną osądzeni. Nie mówiąc już o przerażającej liczbie osób wykorzystanych, które targnęły się na swoje życie!

Papież Franciszek jest zrozpaczony. Zachęca do pokuty, postu, modlitwy. W liście do wiernych na temat pedofilii pisze: „Jako wspólnota kościelna ze wstydem i skruchą przyznajemy, że nie potrafiliśmy być tam, gdzie powinniśmy być, że nie działaliśmy w porę, rozpoznając rozmiary i powagę szkody spowodowanej w tak wielu ludzkich istnieniach. Zlekceważyliśmy i opuściliśmy maluczkich”. Ojciec święty mówi o rzezi niewiniątek, składaniu dzieci w ofierze na pogańskich ołtarzach. Domaga się zera tolerancji wobec osób dopuszczających się nadużyć. Nie tylko szeregowi księża, ale także dostojnicy ze szczytu hierarchii powinni być potępieni i osądzeni, tak samo, jak ma to miejsce w przypadku osób świeckich!

Osobiście widzę tu szansę na wielkie oczyszczenie instytucji Kościoła. Nie powinniśmy popadać w rozpacz. Duch Święty działa i ufam, że Kościół wyjdzie z tego doświadczenia piękny i czysty.

Z całego serca proszę mój Kościół – ten Kościół, który kocham, tak bogaty w różnorodne tradycje – aby zrobił wszystko, by się przebudzić i przyjąć Ducha Prawdy, by wspólnie podjąć się wielkiego sprzątania instytucji. Nie bójmy się! Bo gdzie jest Pan, tam jest prawda i wolność! Oby serca wiernych mogły odnaleźć spokój i ufność w sercach swoich pasterzy.

Wyjść z ciemności, by głosić nadzieję!

„Drogi Ojcze Joëlu, może napisałbyś coś o wykorzystywaniu seksualnym? Mamy dosyć ciągnącej się za nami przeszłości, potrzebujemy słowa nadziei, słowa Kościoła, po to, aby nie przestać żyć i nadal wierzyć w przyszłość. Jeśli chciałbyś zamieścić moje świadectwo, jestem gotowa!”… „Trzeba otoczyć dzieci, wobec których dokonano nadużyć, oraz ich rodziny opieką duszpasterską. To równie ważne jak rekompensata finansowa! Czy Kościół nie jest odpowiedzialny za to, czym stały się jego małe dzieci? (zob. Mt 18,6)”… „Tak, musimy uwierzyć w siebie, czuć, że Kościół nas kocha i troszczy się o nas”… Mógłbym przytoczyć niezliczone przykłady tego rodzaju wołania o pomoc, butelek rzucanych do morza przez osoby, które kochają Kościół i proszą o obecność, słowo, duchowość zwróconą ku nadziei, będącą oczywiście uzupełnieniem wsparcia psychologicznego. Ponaglany tego rodzaju apelami, postanowiłem napisać książkę, przede wszystkim oddając głos osobom wykorzystanym seksualnie w dzieciństwie (rozdział 1). Wraz z nimi, wychodząc od ich świadectw i wsłuchując się w porady psychoterapeutów, starałem się zrozumieć i opisać słowami bolesną rzeczywistość, znaleźć możliwe sposoby pomocy w Kościele (rozdział 2). Siedem osób wykorzystanych seksualnie zgodziło się pod pseudonimami opowiedzieć mi o tym, przez co przeszły. Z głębi serca dziękuję im za podzielenie się ze mną fragmentami ich osobistych historii, które były bolesne, ale zwrócone ku nadziei.

W trakcie pisania kolejnych rozdziałów książka przybrała nagle zaskakujący kierunek, w stronę Wietnamu, kraju, w którym poznamy Marcela Vana, młodego chrześcijanina pochodzącego z tego spustoszonego wojną narodu. Van również był molestowany seksualnie. Pomimo przeżytego koszmaru jego opowieść przenika światło i nadzieja. Wypełnił swoje życie nauczaniem, poruszającym serca tych, którzy zostali w dzieciństwie ciężko zranieni. Z jego opowieści starałem się wydobyć zwłaszcza duchowe przesłanie dla ofiar wykorzystywania seksualnego. W wieku dwudziestu siedmiu lat Van, już jako brat redemptorysta, został aresztowany i wtrącony do komunistycznego gułagu, gdzie w wyniku złego traktowania zmarł cztery lata później (rozdział 3). Następnie zastanowimy się, co ze sprawcami. Czy na zawsze zostaną oni wykluczeni z Bożej miłości, skazani na rozpacz? Czy po odbyciu kary za przestępstwa będą mieli szansę na odbudowanie życia? Czy jest dla nich nadzieja? (rozdział 4)? Daleki jestem od osądzenia gwałcicieli czy wytaczania procesów „tym, którzy wiedzieli i ukrywali prawdę”, nie to jest celem mojej książki. Chciałbym, aby była ona konstruktywna, pomocna i kierująca ku światłu.

Przełamać tabu?

„Temat jest zbyt delikatny. To tabu. Wpakujesz się w kłopoty!”, szeptali mi przyjaciele. Tym bardziej więc nadszedł czas, aby przełamać tabu, spojrzeć prawdzie prosto w oczy, co jest niezbędnym warunkiem, by pójść naprzód. Milczenie jest złotem, ale nie wtedy, kiedy blokuje dziecięce wspomnienia, wypaczając duszę dorosłego. W tym przypadku to słowo jest złotem… By nie ukrywać prawdy, zdecydowałem, aby spośród siedmiu opublikowanych świadectw trzy dotyczyły księży gwałcicieli. Nawet jeśli winni duchowni reprezentują tylko cztery procent pedofili w ogóle, jest to wciąż o cztery procent za dużo! Poza udziałem w skandalach my, ludzie Kościoła, musimy wziąć na siebie odpowiedzialność za opiekę nad „maluczkimi” – zranionymi i zgorszonymi, chroniąc ich jednocześnie przed kolejnymi możliwymi nadużyciami.

W swoich czasach Jezus troszczył się o „maluczkich”, drżąc z gniewu, gdy trzymano ich z dala od Niego: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie i nie przeszkadzajcie im: do takich bowiem należy królestwo Boże” (Łk 18,16). Nie bał się też kompromitacji, odwiedzając domy największych grzeszników. I czy nie przyjął w końcu w swoje czułe ramiona ukrzyżowanego obok Niego nawróconego kryminalisty? Wszyscy mają prawo do zbawienia, ponieważ… nawet oprawcy posiadają duszę!

[1] Wszystkie fragmenty biblijne cytowane za: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Biblia Tysiąclecia, Pallottinum, Poznań 2003.

[2] Wykorzystywanie seksualne jest gestem o charakterze seksualnym wobec dziecka lub nastolatka, bez zgody tegoż, przy użyciu manipulacji emocjonalnej, zastraszania lub siły, dominacji lub zagrożenia. Nadużycie może przybrać formę pieszczot, dotyku lub penetracji. Kazirodztwo oznacza stosunki seksualne między członkami tej samej rodziny. Gwałt natomiast dotyczy penetracji pod wpływem siły i przemocy.

[3]Se relever après l’abus sexuel. Accompagnement psycho-spirituel des survivants, red. Karlijn Demasure, Lumen Vitae, Bruxelles 2014, s. 23. „Szacuje się, że jedna czwarta dziewcząt i jeden na sześciu chłopców został wykorzystany seksualnie przed ukończeniem osiemnastego roku życia” – Jacques Poujol, Les abus sexuels. Comprendre et accompagner les victimes, Empreintes Temps Présent Éditions, La Bégude de Mazenc 2011, s. 10.

Rozdział 1
Słowa, aby powiedzieć

Mówienie jest złotem… Mówienie odblokowuje przeszłość… Dzięki właściwym słowom, które opiszą zaburzoną, upodloną, wypartą rzeczywistość, możemy stawić jej czoła, „ukręcić łeb hydrze”, oczyścić ją z trucizny. W praktyce jednak, z powodu lęku przed rozdrapaniem bolesnych strzępów intymnych przeżyć, mówienie okazuje się trudne. I to mówienie okazało się prawdziwym wyzwaniem dla moich rozmówców! Wyzwaniem, któremu udało im się sprostać, początkowo za pomocą zawoalowanych słów, pojawiających się niczym dyskretne źródło, z czasem przekształcających się w prawdziwy potok porywczych emocji. Na koniec niektórzy mi dziękowali: „Mówienie o przeszłości było niczym terapia w pigułce!”. Tak jakby opowiadając, sami oczyszczali potok, odgarniając tarasujące go kamienie i pnie drzew, które uniemożliwiały im normalne życie. Zatem oddajmy im głos…

„Od jednego księdza doświadczyłem wiele zła, jednak od innych otrzymałem wiele dobra”, Marc, lat 55

– Miałem osiem lat i mieszkałem z matką, braćmi i siostrami. Ojciec opuścił nas i bardzo mi go brakowało. Mieszkaliśmy w mieście i pewnego dnia zacząłem służyć do mszy w pobliskim kościele parafialnym. Tamtego poranka zostałem dostrzeżony przez odprawiającego mszę zakonnika, który następnie zaprosił mnie do swego domu. Bardzo szybko znalazłem się w jego łóżku i zostałem przez niego zgwałcony. Kiedy opuszczałem jego pokój, czułem, że moja niewinność została zbrukana, odczuwałem ból fizyczny i psychiczny. Nie rozumiałem nic z tego, co właśnie mi się przytrafiło. Ale wiedziałem, że było to złe. Wiedziałem, że nie będę nigdy mógł opowiedzieć o tym wydarzeniu w domu, ponieważ moja rodzina darzyła księży wielkim poważaniem. Kto zresztą by mi uwierzył? Ksiądz powoli wkradł się w łaski rodziny i stał się przyjacielem rodziny. Następnego lata zaprosił mnie na wspólny wakacyjny wyjazd. Czułem, że moja mama jest bardzo dumna z tego zaproszenia. Widząc ją tak zadowoloną, wyobrażałem sobie, że jest w zmowie z księdzem. Jedyne, co mogłem zrobić, to zagryźć zęby i wyrazić zgodę na wyjazd, ogarnięty kompletnie destrukcyjnym mutyzmem. Podczas wakacji gwałcił mnie wielokrotnie każdego dnia…

 

Wróciłem do domu całkowicie zdruzgotany. Nieco później zmarła moja babcia. Nauczycielka w szkole zauważyła moje problemy z koncentracją. „Jest nieustannie nieobecny duchem, a przecież wcześniej uczył się bardzo dobrze”, powiedziała. Uznano to za reakcję na śmierć babci. Zostałem umieszczony u sióstr, których przełożona była moją ciotką. Widząc mój niespokojny stan ducha, wysłała mnie do psychologa specjalizującego się w pedofilii, który jednak nigdy nie zdołał postawić mi właściwych pytań. Przez długie lata życia byłem poddawany terapii, która nie przynosiła najmniejszego efektu. Historia gwałtu nigdy nie wypłynęła podczas naszych rozmów. I choć może to wydawać się niezwykle dziwne, nie przestawałem odwiedzać księdza, który przy każdej wizycie kolejny raz mnie gwałcił. Cały czas byłem również gorliwym ministrantem!

– Ale dlaczego nie zaprzestałeś tych wizyt? Z jakiego powodu je kontynuowałeś?

– Powtarzam ojcu, byłem tylko dzieckiem. Ten człowiek po prostu mnie omotał, był niczym kochanek, który miał nade mną diaboliczną moc, nie mogłem się od niego uwolnić, byłem niczym jego niewolnik, nie potrafiłem rozerwać tych kajdan. Poza tym obsypywał mnie prezentami, mnie, który nie miał niczego i który na nic nie mógł sobie pozwolić.

– Kiedy byłeś w kościele i służyłeś do mszy, w jaki sposób patrzyłeś na tego księdza?

– W tamtym okresie dużo się modliłem. Gwałty nie zakłóciły mojej relacji z Bogiem. Bóg wspierał mnie, był blisko, u mego boku, to prawdziwy podarunek Opatrzności, którego nie potrafię wytłumaczyć! Prawdę mówiąc, potrafiłem oddzielić osobę księdza, który dawał Boga, od człowieka, który zdradzał Boga i czynił zło. To dlatego nigdy nie odczuwałem nienawiści do innych księży.

Zostałem skrzywdzony przez księdza, ale to również księża pomogli mi się pozbierać i jeszcze bardziej zbliżyć do Boga. Zło przyszło od jednego księdza, od innych doświadczyłem dobra. Dlatego podkreślam mocno, aby nie wrzucać wszystkich do jednego worka! Statystyki mówią, że na naszej planecie jest trzech pedofili na tysiąc mieszkańców. Według amerykańskich badań księża dopuszczający się pedofilii stanowią cztery procent duchowieństwa. Oczywiście to nadal zbyt wiele, ale nie skupiajmy się jedynie na nich! Głównym miejscem molestowania seksualnego pozostają rodziny.

– W którym momencie powiedziałeś „stop”?

– Pewnego dnia naprawdę miałem dość. Skończyłem dwanaście lat. Poinformowałem znienacka mojego oprawcę, że więcej do niego nie przyjdę. Powiedziałem mu, że rozmawiałem z siostrami z klasztoru, które zabroniły mi go odwiedzać. Możecie mi wierzyć lub nie, ale to wyznanie wcale nim nie wstrząsnęło. A potem, przez przypadek, moja ciotka zakonnica, która miała dobrego nosa, zaczęła coś przeczuwać. I w końcu to ona okazała się tym kimś, kto potrafił zadać właściwe pytania! Wyrzuciłem jej z siebie całą prawdę. Zdeterminowana, opowiedziała wszystko diecezjalnemu biskupowi, który o wszystkim poinformował przełożonego zakonników. Ale sprawa zakończyła się na tym.

– Czy możesz opisać uczucie, jakiego wtedy doświadczyłeś?

– Przeżywałem piekło: wstyd, poczucie winy, do tego gniew, ciągłe uczucie bycia brudnym, nieczystym, zhańbionym… Bardzo szybko wybrałem rozwiązanie wyparcia. Powiedziałem sobie: „Odrzucam to, co się wydarzyło, zakopuję głęboko we mnie wszystkie wspomnienia, zapominam i rozpoczynam wszystko od nowa!”. W okresie dojrzewania byłem jednak całkowicie zagubiony. Seks, seksualność przerażały mnie. Tak bardzo bałem się zranić dziewczynę i zranić siebie samego. Byłem przygnębiony, nachodziły mnie myśli samobójcze. Kiedy miałem dwadzieścia cztery lata, podczas rekolekcji dla dzieci dostrzegłem w kącie samotnego, kompletnie zagubionego ośmiolatka. Wyczulony na punkcie molestowania seksualnego, szóstym zmysłem wyczuwałem seksualne nadużycia, niczym dżumę. Towarzyszący mu katecheta potwierdził moje przypuszczenia: „To dziecko zostało zgwałcone przez księdza!”. Wszystko wróciło do mnie i wybuchło niczym gejzer wulkanu, bo ja też miałem wtedy osiem lat… Delikatnie zbliżyłem się do niego. Zapytałem go, czy cierpi, i spytałem o imię księdza, który go „dotykał”. Oniemiałem, słysząc imię mojego zakonnika – oprawcy, który gwałcił mnie przez cztery lata. Jak najszybciej pobiegłem do kurii i opowiedziałem biskupowi swoją historię, aby raz na zawsze powstrzymać tego człowieka od katowania kolejnych ofiar. W wielkiej tajemnicy sprawca został przeniesiony do innego kraju! Co za niesprawiedliwość! Dziesięć lat później odkryto grozę faktów: człowiek ten wykorzystał wiele dzieci w sąsiednim kraju, do którego został przeniesiony! Do historii wmieszała się prasa i wszczęto postępowanie sądowe. Wiele lat później, zmuszony przez swoich przełożonych, zakonnik uwodziciel napisał do mnie list: „Marc, tak, to prawda, że wyrządziłem Ci zło, wiele zła. Głęboko zraniłem Twoją dziecięcą niewinność. Przyznaję, że moje działania wobec Ciebie były nienawistne i okrutne. Tak, jestem odpowiedzialny za rany, które musiałeś znosić. Zwracam się do Ciebie w prośbą o przebaczenie, czy jest to możliwe? (…) Wybacz mój nietakt: chciałbym powiedzieć Ci to inaczej. Ale jak? Na razie mam tylko te ubogie słowa…”.

W końcu mogłem uznać siebie za ofiarę – wobec prawdziwego dręczyciela. Mogłem zamknąć rozdział, zacząć naprawdę żyć. Moja odpowiedź była mniej więcej taka: „Dziękuję, że przyznałeś, iż mnie zgwałciłeś! Będę się przez resztę mojego życia modlił za ciebie, abyś miał siłę pojednać się z Bogiem. Mam nadzieję, że zlituje się nad tobą”. Nie czuję już urazy do tego człowieka. Prawdę mówiąc, modlę się za niego, za jego nawrócenie i zbawienie.

– A dzisiaj, kim jesteś, Marc, kim się stałeś?

– Dziś jestem jeszcze ciągle kruchy, ale szczęście uśmiechnęło się do mnie. Ożeniłem się i założyłem piękną rodzinę. Bolesne doświadczenie stało się moją siłą. Jak mówił św. Paweł: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia!” (Flp 4,13). Ze spokojem mogłem postawić sobie pytanie: „Czy pociągają cię dzieci? Czy masz tendencje pedofilskie?”. Odpowiedziałem przecząco i jestem co do tego przekonany również i dziś, jako pięćdziesięciopięciolatek. Moje cierpienie zmieniło się we współczucie wobec wszystkich cierpiących. Rozwinąłem ogromną umiejętność empatii wobec wszystkich, oprócz gwałcicieli. Ten temat ciągle mnie przerasta. W pewnym momencie trzeba zdecydować się żyć i iść naprzód, zwrócić się w stronę światła. Fakt bycia zranionym rozwija niesłychane możliwości altruizmu. Kocham ludzi i chcę pomagać i bronić słabych. To wszystko.

– Przemienić cierpienie w dar i miejsce współczucia, na wzór dobrego Samarytanina, który nie odwrócił się od leżącego przy drodze rannego. Postanowiłeś zamknąć rozdział, nie spoglądać za siebie, skierować się ku życiu, ku rodzinie, ku innym, ku światłu… Życie duchowe pomaga ci iść naprzód i nie pogrążać się w goryczy. Ponadto, jak mówisz, kochasz zarówno księży, jak i Kościół. Masz pozytywne spojrzenie, które pomaga ci podążać przed siebie…

„Mimo wszystko kocham Kościół!”,

ojciec Mathieu, lat 78

– Z radością zgodziłeś się powierzyć mi swoje doświadczenia, ponieważ jesteś człowiekiem wielkiego serca, który pragnie pomagać tym, którzy „przeszli przez to”, i świadczyć o miłości silniejszej od zła, o świetle jaśniejszym niż najbardziej gęsty mrok. Masz teraz siedemdziesiąt osiem lat. Jesteś księdzem, tak bardzo bliskim ubogich i maluczkich, a przecież kiedy byłeś dzieckiem, byłeś molestowany seksualnie przez trzech kolejnych księży. Niezwykłe!

– Młody współbrat, któremu zwierzyłem się z moich dramatycznych przeżyć, odpowiedział mi: „Dlaczego po tych wszystkich okropnościach nie opuściłeś Kościoła?”. Odpowiedziałem bez najmniejszego wahania: „Zbyt mocno kochałem Kościół, aby porzucić go z powodu dwóch czy trzech imbecyli!”. Jako dziecko marzyłem o tym, aby w przyszłości zostać rolnikiem, stolarzem lub mechanikiem lokomotyw. Pewnego dnia matka szepnęła mi do ucha: „Czy nie myślałeś może o kapłaństwie?”. Było to pytanie, które całkowicie pomieszało moje plany i stało się prawdziwym objawieniem! Już wtedy fascynowała mnie Eucharystia, uwielbiałem się modlić, być blisko Boga. Dlaczego by więc nie oddać swojego życia Bogu, stać się dla Niego wszystkim? Po zastanowieniu zdecydowałem się wstąpić do seminarium, nie dlatego, że byłem popychany przez matkę, ale z własnej inicjatywy. Miałem dwanaście lat. W tamtym właśnie roku przydarzył mi się wypadek narciarski, który zakończył się trzema złamaniami w nodze i dziewięcioma tygodniami w szpitalu. Regularnie odwiedzał mnie młody ksiądz z instytucji, w której się uczyłem. Przed opuszczeniem pokoju miał zwyczaj czułego całowania mnie, co dla dziecka ze wsi, jakim byłem, nieprzyzwyczajonego do okazywania uczuć, stanowiło bardzo zawstydzający gest. Potem na nowo musiałem nauczyć się chodzić, wspierając się na kulach. Boży sługa uznał, że dobrze będzie wesprzeć moje ćwiczenia, i zaczął chodzić ze mną na spacery do lasu. Pod osłoną drzew korzystał z okazji, by mnie „dotykać”… Okropnie zmieszany, pomyślałem, że być może nie ma w tym nic złego, ponieważ kapłan nie grzeszy, czyż nie tak? Potem, z błogosławieństwem moich rodziców, sprawił, że zamarzyłem o miłych wakacjach w jego towarzystwie. A pojechaliśmy po to, by… mógł mnie zgwałcić! W kącie jego przeklętego łóżka poczułem w głębi duszy powagę tych wybryków. Całkowicie załamany, nie powiedziałem nikomu ani słowa. Pełen urywków wspomnień, z przeoraną wrażliwością, wróciłem do szkoły, aby tam ponownie być „dotykanym” – tym razem przez innego księdza! Ogarnęło mnie ogromne cierpienie, moje serce przygniatał coraz większy ciężar, stopniowo popadałem w depresję. Miałem dopiero co zdmuchnąć piętnaście świeczek. I oto pewnej nocy trzeci złodziej w sutannie wkradł się do mojej sypialni, usiadł na skraju łóżka i wsunął rękę pod kołdrę…

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?