PUDEŁKO W KSZTAŁCIE SERCA

Tekst
Autor:
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Debiutancka powieść Joego Hilla, nowego mistrza horroru!

Według magazynu „Publishers Weekly” jedna z najlepszych książek 2007 roku

Książka kucharska dla kanibali, pętla, na której powiesił się człowiek, film, na którym nagrane jest morderstwo… Jude Coyne, starzejąca się gwiazda rocka, ma naprawdę imponującą kolekcję makabrycznych rzeczy. Ale żadna z nich nie jest tak kusząca jak posiadanie prawdziwego ducha.

Nic dziwnego, że Jude nie może się oprzeć ogłoszeniu w internecie: „Sprzedam ducha mojego ojczyma temu, kto da najwięcej”. Za tysiąc dolarów staje się właścicielem garnituru należącego kiedyś do truposza.

Jude radził sobie w życiu z różnymi demonami: z przemocowym ojcem, kochankami, kolegami z zespołu… Ale kiedy otwiera pudełko w kształcie serca, w którym przywieziono garnitur, uwalnia coś o wiele bardziej namacalnego niż widma jego przeszłości.

I o wiele groźniejszego…


JOE HILL
(ur. 1972 r.)

Amerykański powieściopisarz i autor opowiadań, który od czasu debiutu w 1997 roku nieustannie zaskakuje nowymi pomysłami fabularnymi. Jego druga powieść, Rogi, została sfilmowana z Danielem Radcliffe’em w roli głównej, a na podstawie trzeciej – NOS4A2 – telewizja AMC nakręciła serial. To nie wszystkie efekty romansowania Hilla z wielkim i małym ekranem: w 2020 roku na platformie Netflix pojawił się serial na podstawie pisanych przez niego komiksów, pt. Locke & Key, a także ekranizacja wspólnego opowiadania Hilla i Stephena Kinga – W wysokiej trawie.

Joe Hill jest kilkakrotnym laureatem najważniejszej nagrody z dziedziny literatury grozy - Bram Stoker Award. Otrzymał ją za swoją pierwszą książkę, zbiór opowiadań Upiory XX wieku, a także za pierwszą powieść, Pudełko w kształcie serca. Został nagrodzony także m.in. British Fantasy Award, International Guild Award, World Fantasy Award, British Fantasy Award czy wyróżnieniami przyznawanymi przez British Fantasy Society i International Horror Guild.

Opowiadania zebrane w tomach Dziwna pogoda i Gaz do dechy oraz powieści NOS4A2 i Strażak ugruntowały jego niekwestionowany status mistrza horroru i mrocznego fantasy nowego pokolenia.

joehillfiction.com

Tego autora

UPIORY XX WIEKU

NOS4A2

STRAŻAK

DZIWNA POGODA

GAZ DO DECHY

PUDEŁKO W KSZTAŁCIE SERCA

Wkrótce

ROGI

Tytuł oryginału:

HEART-SHAPED BOX

Copyright © Joe Hill 2007

All rights reserved

Published by arrangement with HarperCollins Publishers. All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2021

Polish translation copyright © Paulina Braiter 2007

Redaktor prowadząca: Marzena Wasilewska

Ilustracje na okładce, projekt graficzny okładki i projekt wyklejek: Dark Crayon

Przygotowanie okładki do druku: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8215-484-9

Wydawca WYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O. Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa www.wydawnictwoalbatros.com Facebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Spis treści

Czarny pies

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

Jazda

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

Ból

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

Życie

48

49

50

51

52

53

54

55

 

56

57

PODZIĘKOWANIA W KSZTAŁCIE SERCA

PRZYPISY

1  Okładka

2  O książce

3  Strona tytułowa

4  O autorze

5  Tego autora

6  Strona redakcyjna

7  Spis treści

8  Dedykacja

9  Motto

10  Czarny pies 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20

11  Jazda 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34

12  Ból 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47

13  Życie 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57

14  PODZIĘKOWANIA W KSZTAŁCIE SERCA

15  PRZYPISY

Tacie, jednemu z tych dobrych

Jak martwi mogą wciąż dokądś zmierzać?

Alan Moore, Voice of the Fire

Czarny pies

1

JUDE MIAŁ PRYWATNĄ KOLEKCJĘ.

Na ścianie studia, pomiędzy platynowymi płytami, wisiały oprawione w ramki szkice Siedmiu Krasnoludków. Narysował je John Wayne Gacy, już w więzieniu, i wysłał Jude’owi. Gacy lubił klasycznego Disneya niemal tak bardzo jak molestowanie dzieci; niemal tak bardzo jak albumy Jude’a.

Jude miał w swoich zbiorach czaszkę chłopa, któremu w szesnastym wieku przeprowadzono trepanację, by wypuścić z głowy demony. W wybitym w kości otworze przechowywał długopisy.

Miał trzystuletnie wyznanie podpisane przez czarownicę. Mówiłażem z czarnym piesem, któren rzecze, że struje dla mnie krowy, poda koniom szalej i ześle chorobę na dzieci, jeśli oddam mu swoją duszę. Ja na to, tak, potem zasię dałam mu ssać z własnej piersi. Spalono ją na stosie.

Miał wytarty sztywny stryczek, na którym w Anglii na przełomie wieków powieszono skazańca, szachownicę, której używał w dzieciństwie Aleister Crowley, i film z gatunku snuff. Ze wszystkich przedmiotów w kolekcji ten ostatni, nagranie prawdziwego morderstwa, budził największy niepokój. Trafił do Jude’a dzięki policjantowi dorabiającemu przy ochronie koncertów w LA. Gliniarz twierdził, że film jest chory. Powiedział to ze sporym entuzjazmem. Obejrzawszy go, Jude uznał, że gość miał rację. Film był chory i, w sposób pośredni, pomógł przyspieszyć koniec małżeństwa Jude’a. A jednak został w kolekcji.

Wiele eksponatów stanowiły prezenty od fanów. Jude rzadko coś kupował. Kiedy jednak Danny Wooten, jego osobisty asystent, powiedział mu, że w internecie można kupić ducha, i spytał, czy ma to zrobić, Jude nawet się nie zastanawiał. Zupełnie jakby wybrał się do knajpy, usłyszał, jaki jest specjał dnia, i zadecydował, że ma na niego ochotę, nie zaglądając nawet do karty. Niektóre odruchy nie wymagały zastanowienia.

Biuro Danny’ego znajdowało się we względnie nowej przybudówce, przytulonej do północno-wschodniego końca wielkiego, studziesięcioletniego domu na farmie. Wyposażone w klimatyzację, meble biurowe i kawową wykładzinę przemysłową, było chłodne i bezosobowe, zupełnie niepodobne do reszty domu. Gdyby nie plakaty koncertów oprawione w stalowe ramy, można by je wziąć za poczekalnię dentystyczną. Na jednym z plakatów widniał słój pełen wpatrzonych w widza gałek ocznych, z których dyndały krwawe sploty nerwów. Reklamował trasę promocyjną All Eyes On You.

Gdy tylko ukończono budowę, Jude pożałował decyzji wzniesienia przybudówki. Nie miał ochoty jeździć czterdzieści pięć minut z Piecliff do wynajętego biura w Poughkeepsie, by pilnować bieżących spraw, ale chyba wolałby to niż obecność Danny’ego Wootena w domu. Tu bowiem Danny i jego praca były zbyt blisko. Krzątając się w kuchni, Jude słyszał dzwoniące telefony, czasami obie linie jednocześnie, i dźwięk ten doprowadzał go do szału. Od śmierci Jerome’a i Dizzy’ego (a wraz z nimi zespołu) prawie nie pracował, lecz telefony nadal dzwoniły i dzwoniły. Dość już miał ludzi próbujących wyszarpać choć trochę jego czasu i dość nieustannego deszczu dokumentów prawniczych i zawodowych, próśb, umów i kontraktów, materiałów promocyjnych i propozycji występów, trafiających do firmy Judas Coyne Incorporated, której praca nigdy się nie kończyła, trwała cały czas. W domu chciał być sobą, nie znakiem handlowym.

Zazwyczaj Danny nie pojawiał się w pozostałej części domu. Owszem, miał swoje wady, ale potrafił uszanować prywatność pracodawcy. Kiedy jednak Jude zaglądał do jego biura, asystent natychmiast go zaczepiał – a Jude wpadał tam zwykle cztery, pięć razy dziennie, bo przez przybudówkę wiodła najkrótsza droga do stodoły i psów. Mógł wychodzić frontowymi drzwiami i okrążać cały dom, nie zamierzał jednak skradać się po własnej posiadłości tylko po to, by uniknąć asystenta.

Poza tym nie wydawało się możliwe, by Danny zawsze miał pod ręką coś, czym mógłby zawrócić mu głowę. A jednak tak było. Nawet jeśli nie dysponował niczym, co wymagałoby natychmiastowej uwagi, i tak chciał rozmawiać. Pochodził z południa Kalifornii i gadał bez przerwy. Zupełnie obcym ludziom zachwalał zalety specjalnej odmiany perzu, na przykład taką, że po zjedzeniu go puszczało się wiatry o zapachu świeżo skoszonego trawnika. Miał trzydzieści lat, lecz potrafił dyskutować z dostarczycielem pizzy o jeździe na desce i grach na playstation niczym czternastolatek. Był gotów zwierzać się robotnikom naprawiającym klimatyzację, opowiadać, jak jego nastoletnia siostra przedawkowała heroinę, a on jako młody człowiek znalazł zwłoki matki, która popełniła samobójstwo. Nie znał pojęcia wstydu. Nie wiedział, co to nieśmiałość.

Jude wracał właśnie po karmieniu Angusa i Bon i w połowie pokonał już pole rażenia Danny’ego. Zaczynał sądzić, że uda mu się bez szwanku przejść przez biuro, kiedy asystent zawołał:

– Hej, szefie, zobacz to!

Danny niemal każdą odzywkę zaczynał w ten sposób i Jude już dawno znienawidził te słowa. Czekał na nie z lękiem, stanowiły bowiem preludium do półgodzinnej straty czasu na wypełnianie formularzy i przeglądanie faksów. Jednak Danny poinformował go, że ktoś sprzedaje ducha, i Jude zapomniał o swojej niechęci. Obszedł biurko, by spojrzeć na monitor ponad ramieniem asystenta.

Danny odkrył ducha w sieciowym serwisie aukcyjnym, nie na eBayu, lecz jednym z konkurentów. Jude powędrował wzrokiem do opisu przedmiotu, tymczasem Danny czytał głośno. Gdyby Jude dał tylko szansę, asystent pokroiłby mu nawet jedzenie. Miał w sobie skłonność do służalczości, którą Jude uważał za coś obrzydliwego u mężczyzny.

Kup ducha mojego ojczyma – czytał Danny. – Sześć tygodni temu mój starszy już ojczym nagle zmarł. Mieszkał wtedy u nas. Nie miał własnego domu, podróżował od krewnych do krewnych, zostawał miesiąc czy dwa i znów ruszał w drogę. Jego odejście wstrząsnęło wszystkimi, zwłaszcza moją córką, której był bardzo bliski. Nikt niczego nie podejrzewał. Był aktywny do samego końca. Nigdy nie siedział przed telewizorem. Co dzień wypijał szklankę soku pomarańczowego. Miał wszystkie zęby.

– To jakiś pierdzielony żart – mruknął Jude.

– Nie przypuszczam – odparł Danny i czytał dalej: – Dwa dni po pogrzebie moja córeczka go zobaczyła. Siedział w pokoju gościnnym naprzeciwko jej sypialni. Potem nie chciała już zostawać sama w swoim pokoju ani nawet wchodzić na górę. Powiedziałam jej, że dziadek by jej nie skrzywdził, ale odparła, że boi się jego oczu. Mówiła, że są zamazane na czarno i nie służą już do patrzenia. Od tej pory sypia ze mną.

Z początku sądziłam, że to tylko straszna historia, którą sobie wmówiła, ale kryje się w tym coś więcej. W pokoju gościnnym cały czas jest zimno. Zajrzałam tu i ówdzie i stwierdziłam, że najgorzej jest w szafie, w której wisi jego odświętny garnitur. Ojczym chciał zostać w nim pochowany, kiedy jednak przymierzyliśmy go w zakładzie pogrzebowym, nie wyglądał dobrze. Ludzie po śmierci odrobinę się kurczą, woda w ich ciałach wysycha. Najlepszy garnitur był na niego za duży, pozwoliliśmy więc, by zakład pogrzebowy wcisnął nam jeden ze swoich. Nie wiem, czemu ich posłuchałam.

 

Parę dni temu obudziłam się w nocy i usłyszałam nad głową kroki. Coś porusza pościel na łóżku w pokoju ojczyma, a drzwi otwierają się i trzaskają o najróżniejszych porach. Kotka nie chce pójść na górę. Czasami siedzi na dole przy schodach, obserwując coś, czego ja nie widzę. Patrzy na to jakiś czas, a potem miauczy rozdzierająco, jakby ktoś nadepnął jej na ogon, i ucieka.

Ojczym całe życie zajmował się spirytyzmem i pewnie został po to, by nauczyć moją córkę, że śmierć to jeszcze nie koniec. Ona jednak ma dopiero jedenaście lat, musi żyć normalnie, spać we własnym łóżku, nie w moim. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to spróbować znaleźć tacie inny dom. A na świecie nie brakuje ludzi, którzy pragną uwierzyć w życie po śmierci. Bardzo proszę, dowód mam tutaj. Sprzedam ducha mojego ojczyma temu, kto zaproponuje najwięcej. Oczywiście tak naprawdę duszy nie da się sprzedać, wierzę jednak, że jeśli zechcesz go przyjąć, przybędzie do twego domu i zamieszka z tobą. Jak mówiłam, w chwili śmierci mieszkał u nas tymczasowo, nie miał własnego domu. Zapewne pójdzie tam, gdzie zostanie mile przyjęty. Nie sądź, że to oszustwo czy dowcip, że wezmę twoje pieniądze i nie wyślę ci niczego. Zwycięzca otrzyma także coś namacalnego. Przyślę ci jego odświętny garnitur. Wierzę, że jeśli duch ojczyma jest z czymkolwiek związany, to właśnie z tym ubraniem.

To bardzo ładny, staroświecki garnitur, uszyty przez Great Western Tailoring, w drobne srebrne prążki, bla, bla, satynowa podszewka, bla, bla. – Danny przestał czytać i wskazał palcem ekran. – Zobacz wymiary, szefie. Jak na ciebie. Najwyższa oferta to osiemdziesiąt dolców. Jeśli chciałbyś kupić ducha, wygląda na to, że możesz go dostać za stówę.

– Kupmy go – odparł Jude.

– Poważnie? Zalicytować sto dolarów?

Jude zmrużył oczy. Tuż pod opisem przedmiotu zobaczył przycisk z napisem Może być twój: $1000, a niżej: Kliknij, by kupić i natychmiast zakończyć aukcję. Postukał palcem w ekran.

– Dajmy tysiąc i załatwmy sprawę.

Danny obrócił się na krześle, uśmiechnął i uniósł brwi. Miał wysokie, wygięte brwi jak Jack Nicholson i potrafił znakomicie ich używać. Może oczekiwał wyjaśnienia, lecz Jude nie miał pewności, czy potrafiłby wytłumaczyć nawet samemu sobie, czemu uznał za stosowne zapłacić tysiąc dolarów za stary garnitur, pewnie niewart jednej piątej tej sumy. Później pomyślał, że to mogłaby być dobra reklama: Judas Coyne kupuje poltergeista. Fani uwielbiali podobne historie. Ale to było później. Wtedy, w tamtym momencie, wiedział tylko, że chce być tym, kto kupił ducha.

Ruszył do drzwi. Zamierzał wejść na górę i sprawdzić, czy Georgia już się ubrała. Pół godziny temu powiedział, by coś na siebie włożyła, przypuszczał jednak, że nadal leży w łóżku. Miał przeczucie, że zamierza tam zostać, póki nie doczeka się kłótni, na którą miała ochotę. Będzie siedziała w bieliźnie, starannie malując czarnym lakierem paznokcie u nóg. Albo może otworzy laptopa i zacznie surfować po sklepach z gotyckimi akcesoriami w poszukiwaniu idealnego ćwieka do języka, jakby i tak nie miała już dosyć, do cholery… I nagle na myśl o surfowaniu po sieci Jude zatrzymał się, bo coś przyszło mu do głowy. Obejrzał się na Danny’ego.

– Skąd w ogóle się o tym dowiedziałeś? – Skinieniem głowy wskazał komputer.

– Dostaliśmy maila.

– Od kogo?

– Z tej strony. Przysłali nam typowego maila: Zauważyliśmy, że kupowałeś wcześniej podobne przedmioty, i pomyśleliśmy, że to cię może zainteresować.

– Kupowaliśmy wcześniej podobne przedmioty?

– Pewnie coś okultystycznego.

– Nigdy w życiu nie kupiłem niczego z tej strony.

– Może kupiłeś i nie pamiętasz? Może ja kupiłem coś dla ciebie?

– Pieprzony kwas – mruknął Jude. – Kiedyś miałem dobrą pamięć. W liceum należałem nawet do kółka szachowego.

– Poważnie? To dopiero wizja.

– Co? To, że mógłbym należeć do kółka szachowego?

– Chyba tak. To takie… grzeczniutkie.

– Tak, ale zamiast figur używałem obciętych palców.

Danny roześmiał się – nieco zbyt głośno, zginając się wpół i ocierając z kącików oczu nieistniejące łzy. Co za przymilny wazeliniarz.

2

GARNITUR DOSTARCZONO W SOBOTĘ, wczesnym rankiem. Jude był właśnie na dworze z psami.

Angus skoczył, gdy tylko furgonetka UPS zatrzymała się przed domem. Wyrwał Jude’owi z ręki smycz i rzucił się na zaparkowany samochód; bryzgał śliną i wściekle drapał drzwi od strony kierowcy. Kierowca pozostał w wozie, przyglądając się wielkiemu owczarkowi niemieckiemu ze spokojną czujnością lekarza badającego pod mikroskopem nowy szczep eboli. Jude złapał koniec smyczy i szarpnął mocniej, niż zamierzał. Pies poleciał na bok, przekręcił się i natychmiast zerwał z ziemi, warcząc. Do zabawy włączyła się Bon, naciągając smycz, którą Jude trzymał w drugiej ręce, i ujadając tak przenikliwie, że rozbolała go głowa.

Uznawszy, że do stodoły i do ich kojca jest za daleko, Jude, cały czas walcząc z dwoma rozjuszonymi psami, zawlókł je przez podwórko na frontową werandę, wepchnął do domu i zatrzasnął drzwi. Psy natychmiast zaczęły rzucać się na nie, ujadając histerycznie. Drzwi dygotały przy każdym uderzeniu. Pieprzone kundle.

Wrócił na podjazd i dotarł do furgonetki UPS akurat w chwili, gdy tylne drzwi otworzyły się z metalicznym zgrzytem. W środku stał kurier. Zeskoczył na ziemię, trzymając pod pachą długie, płaskie pudło.

– Ozzy Osbourne hoduje szpice pomeraniany – rzekł. – Widziałem je w telewizji, urocze pieski, potulne jak koty. Myślał pan kiedyś, żeby kupić sobie takie?

Jude bez słowa odebrał od niego pudło i wrócił do domu.

Zaniósł je aż do kuchni, położył na blacie i nalał sobie kawy. Z natury i wychowania należał do ludzi wcześnie wstających z łóżka. Kiedy był w trasie albo nagrywał, przywykł do kładzenia się o piątej nad ranem, lecz siedzenia po nocach nigdy nie lubił. W trasie budził się o czwartej po południu, wkurzony i skacowany, nie mając pojęcia, gdzie się podział czas. Wszyscy znajomi wydawali mu się sprytnymi oszustami, pozbawionymi uczuć obcymi w gumowych kombinezonach i maskach jego przyjaciół. Trzeba było sporej dawki alkoholu, by znów stali się sobą.

Tyle że od ostatniej trasy koncertowej minęły już trzy lata. W domu nie pociągało go picie i zazwyczaj o dziewiątej zaczynał już przysypiać. W wieku pięćdziesięciu czterech lat znów poddał się rytmowi, który kierował nim jeszcze w czasach, gdy nazywał się Justin Cowzynski i jako paroletni chłopiec mieszkał na świńskiej farmie. Gdyby wówczas spał jeszcze po wschodzie słońca, ojciec, sukinsyn i analfabeta, wywlókłby go z łóżka za włosy. To było dzieciństwo w błocie, wśród szczekających psów, drutu kolczastego, rozpadających się budynków gospodarskich, kwiczących świń o zadartych ryjach i łuszczącej się skórze. Ludzi prawie nie widywał – poza matką, większość czasu spędzającą przy kuchennym stole z obojętną, nieobecną miną kogoś poddanego lobotomii, oraz ojcem, który żelazną ręką i gniewnym śmiechem rządził królestwem świńskiego łajna i ruin.

Jude wstał więc już kilka godzin wcześniej, ale nie jadł jeszcze śniadania i smażył właśnie bekon, gdy w kuchni zjawiła się Georgia. Miała na sobie jedynie czarne majteczki, ręce skrzyżowała na małych, białych piersiach z kolczykami. Jej czarne włosy tworzyły miękką, splątaną sieć wokół głowy. Tak naprawdę nie miała na imię Georgia ani Morfina, choć przez dwa lata rozbierała się pod tym pseudonimem. Nazywała się Marybeth Kimball, tak przyziemnie i banalnie, że zaśmiała się, po raz pierwszy podając mu swe prawdziwe nazwisko, jakby się go wstydziła.

Jude zaliczył wiele gotyckich panienek, które zarabiały na życie striptizem, przepowiadaniem przyszłości albo striptizem i przepowiadaniem przyszłości, ładnych dziewczyn noszących krzyże ankh i malujących paznokcie czarnym lakierem. Zawsze nazywał je od stanu, z którego pochodziły. Zazwyczaj nie przepadały za tym, bo nie lubiły, by przypominać im o osobie, którą starały się wymazać z powierzchni ziemi za pomocą makijażu żywych trupów. Miała dwadzieścia trzy lata.

– Cholerne, durne psy – mruknęła Georgia, odpychając jednego z nich na bok piętą. Oba kręciły się Jude’owi wokół nóg, podniecone zapachem bekonu. – Obudziły mnie, kurwa.

– Może już czas wstać, kurwa? Pomyślałaś o tym?

Jeśli mogła, nigdy nie wstawała przed dziesiątą.

Schyliła się i sięgnęła do lodówki po sok pomarańczowy. Jude patrzył z przyjemnością, jak paski bielizny wcinają się w niemal białe półkule pośladków, kiedy jednak zaczęła pić z kartonu, odwrócił wzrok. W dodatku zostawiła karton na blacie. Gdyby sam go nie schował, sok by się zepsuł.

Cieszyło go uwielbienie gotek. Jeszcze bardziej lubił seks, ich wytatuowane, gibkie, umięśnione ciała i gotowość do wszelkich eksperymentów. Był jednak kiedyś żonaty z kobietą, która używała szklanki i sama wszystko chowała, a rano czytała gazetę, i tęsknił za rozmowami. To były rozmowy dorosłych. Nie zarabiała na życie striptizem. Nie wierzyła w przepowiadanie przyszłości. Ich związek był związkiem dorosłych ludzi.

Georgia nożem do steków rozcięła pudełko UPS, po czym odłożyła nóż na blat. Do ostrza przylepił się kawałek taśmy.

– Co to? – spytała.

W pierwszym pudle tkwiło drugie, mocno wciśnięte, i musiała przez chwilę ciągnąć, by je wydobyć. Było duże, błyszczące i czarne, miało kształt serca. W podobnych pudełkach sprzedawano czekoladki, choć to było stanowczo za duże. A poza tym producenci czekoladek woleli kolor różowy albo żółty. Zatem to pudełko z bielizną – tyle że nic takiego dla niej nie zamawiał. Uniósł brwi. Nie miał pojęcia, co może być w środku, a jednocześnie czuł, że pudełko w kształcie serca zawiera coś, czego się spodziewał.

– To dla mnie? – spytała.

Podniosła przykrywkę i wyjęła garnitur. Ktoś przysłał mu garnitur – czarny, staromodny, niewyraźny pod workiem z pralni chemicznej. Georgia trzymała go za ramiona, przed sobą, niemal jak sukienkę, którą zamierza kupić, lecz najpierw chce usłyszeć czyjąś opinię. Patrzyła pytająco, między jej brwiami zarysowała się urocza zmarszczka. Przez moment Jude nie pamiętał, nie wiedział, co to za przesyłka.

Otworzył usta, by powiedzieć, że nie ma pojęcia, i nagle sobie przypomniał.

– Garnitur nieboszczyka.

– Słucham?

– Duch. Kupiłem ducha. Jakaś kobieta wierzy święcie, że jej dom nawiedza duch ojczyma. Wystawiła więc niespokojną duszę na sprzedaż w internecie, a ja kupiłem ją za tysiąc dolców. To garnitur tego ojczyma. Może być źródłem nawiedzenia.

– Super – rzuciła Georgia. – To co, będziesz go nosił?

Jude’a zaskoczyła własna reakcja. Wstrząsnął się, zdrętwiał, poczuł gęsią skórkę. W pierwszym, instynktownym, odruchu sam pomysł wydał mu się nieprzyzwoity.

– Nie – odparł, a ona spojrzała na niego zaskoczona. Uświadomił sobie, że w jego głosie brzmiał… no, nie strach, ale chwilowa słabość. – Nie pasowałby – dodał szybko, choć po prawdzie wyglądało na to, że poltergeist za życia był jego wzrostu i budowy.

– Może ja przymierzę? – zaproponowała Georgia. – Sama jestem niespokojnym duchem i wyglądam ekstra w męskich ciuchach.

I znów fala nagłego wstrętu, mrowienie skóry. Nie powinna go wkładać. Był poruszony do głębi jej pomysłem, choć nie miał pojęcia dlaczego. Nie pozwoli Georgii włożyć garnituru. W tej jednej sekundzie nie potrafił sobie wyobrazić niczego bardziej ohydnego.

A to już nie przelewki. Na świecie istniało mało rzeczy zbyt wstrętnych, by Jude brzydził się o nich myśleć. Nie przywykł do niesmaku. Nie przeszkadzały mu żadne profanacje – dzięki nim od trzydziestu lat całkiem nieźle zarabiał na życie.

– Zabiorę go na górę i zastanowię się, co z nim zrobić. – Starał się, by zabrzmiało to lekceważąco. Nie do końca mu się udało.

Georgia wpatrywała się w niego, zafascynowana nieoczekiwanym zachwianiem jego pewności siebie. Szybkim gestem ściągnęła worek z garnituru. Srebrne guziki rozbłysły w słońcu. Garnitur był ponury, czarny jak krucze pióra, lecz te guziki rozmiaru ćwierćdolarówek nadawały mu lekko rustykalny wygląd. Wystarczy dodać krawat bolo i Johnny Cash mógłby włożyć go na scenę.

Angus zaczął szczekać, wysoko, przenikliwie, panicznie. Przysiadł na tylnych łapach i podkulił ogon, cofając się, byle dalej od garnituru. Georgia wybuchnęła śmiechem.

– Faktycznie jest nawiedzony.

Uniosła go przed sobą i pomachała w przód i w tył, niczym matador muletą, w stronę psa. Zbliżając się, zajęczała gardłowo, przeciągle, jak zbłąkany upiór. Oczy jej błyszczały radośnie.

Angus odskoczył, uderzył w stołek stojący przy kuchennym blacie i wywrócił go z donośnym łoskotem. Bon wyjrzała spod zakrwawionej starej deski do krojenia. Uszy miała stulone ciasno przy głowie. Georgia znów się zaśmiała.

– Przestań, kurwa! – warknął Jude.

Posłała mu bezczelne, perwersyjnie rozradowane spojrzenie – spojrzenie dziecka przypalającego mrówki szkłem powiększającym – a potem skrzywiła się boleśnie, krzyknęła i klnąc, złapała się za prawą rękę. Odrzuciła garnitur na blat.

Na czubku kciuka wezbrała kropla krwi i kapnęła na wykładaną kaflami podłogę.

– Cholera – rzuciła Georgia. – Pieprzona szpilka.

– Trzeba się było słuchać.

Spojrzała na niego gniewnie, uniosła palec w obelżywym geście i wyszła. Kiedy zniknęła, Jude wstał i schował sok do lodówki. Potem wrzucił nóż do zlewu, sięgnął po ścierkę, żeby zetrzeć krew z podłogi… wtedy jego wzrok padł na garnitur i Jude zapomniał, co zamierzał zrobić.

Przygładził go, złożył rękawy na piersi, pomacał starannie, lecz nie znalazł żadnej szpilki. Nie mógł zrozumieć, czym skaleczyła się Georgia. Delikatnie ułożył garnitur w pudełku.

Nagle nozdrza wypełniła mu gryząca woń. Spojrzał na patelnię i zaklął. Bekon się przypalił.