Wieczna wolnośćTekst

Z serii: Wieczna wojna #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wieczna wolność
Wieczna wolność
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,80  60,64 
Wieczna wolność
Wieczna wolność
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
37,90  28,05 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Czasem ludzie zaprzestają wojen, aby bogów

stworzyć. Bogów pokoju, którzy zmieniliby

Ziemię w niebo. Miejsce, w którym ludzie mogliby

myśleć, kochać i być. Bez oparów wojny

spowijających mrokiem umysły i serca. Wolni

jakimś cudem od pęt swej ludzkości.

Bogowie zsyłają wojnę, by nie pozwolić ludziom

stać się równym bogom. Bez ogłuszającego

łoskotu werbli w jakiż raj moglibyśmy zmienić

Ziemię! Zerwawszy kotwicę, jaką jest wojna?

Gdybyśmy jakoś umieli jej

zapobiec? Ponoć bogowie tworzą ludzi

na swe podobieństwo. Tak więc wojny wzniecając,

ludzie swoją boskość wyrażają.

Pozbawiając życia, gdyż tak bogowie czynią.

Za nic mając kobiecą wolę podtrzymania życia.

I zwyczajny zdrowy rozsądek.

Wojownicy tworzą bogów. Aby powstrzymać

tych bóstw szaleństwo, musimy

znaleźć serce i rozum, żeby stworzyć

nowych bogów, którzy nie będą żądać

ludzkich ofiar. Zupełnie nowych bogów

z odrazą spoglądających na wojnę.

Bogowie czasem każą ludziom wojować

dla ich rozrywki. Możemy im popsuć tę

zabawę. Możemy stworzyć nowych bogów

w ludzkiej postaci. I nie musimy wcale

wzywać pomocy niebios. Wystarczy zwykłym

ludziom pokazać niebo, jakie mogą stworzyć!

Powstrzymać boże wojny! Niech ludzie sami

swe przeznaczenie tworzą. Nie trzeba nam wojen,

aby dowieść, kim naprawdę jesteśmy. Lecz

nawet i tego mało. By powstrzymać wojny,

potrzeba czegoś więcej. Aby im zapobiec,

sami powinniśmy stać się bogami.

By położyć kres wojnom, uczyńcie bogiem człowieka.

Dla Gay, ponownie,

po dwudziestu pięciu latach

KSIĘGA PIERWSZA

Rozdział 1

Zima długo nadchodzi na tej zapomnianej przez Boga planecie i za długo trwa. Patrzyłem, jak nagły podmuch niesie wał zimnej piany po szarym jeziorze, i myślałem o Ziemi – nie pierwszy raz tego dnia. O tych dwóch ciepłych zimach w San Diego, kiedy byłem chłopcem. Nawet o tych ciężkich zimach w Nebrasce. Tamte przynajmniej były krótkie.

Może za szybko odmówiliśmy, kiedy po wojnie ci wielkoduszni zombie zaproponowali, że podzielą się z nami Ziemią. Przybywając tutaj, wcale się od nich nie uwolniliśmy.

Od szyby okiennej ciągnął chłód. Marygay znacząco zakaszlała za moimi plecami.

– Co jest? – zapytała.

– Idzie zmiana pogody. Powinienem sprawdzić sznury.

– Dzieci wrócą za godzinę.

– Lepiej jeśli zrobię to teraz, dopóki nie pada, żebyśmy wszyscy nie musieli moknąć na deszczu – powiedziałem. – Albo na śniegu. Nie wiadomo, co spadnie.

– Pewnie śnieg.

Zawahała się, ale nie zaproponowała, że mi pomoże. Po dwudziestu latach wiedziała, kiedy nie pragnę towarzystwa. Włożyłem wełniany sweter i czapkę, a płaszcz przeciwdeszczowy zostawiłem na kołku.

Wyszedłem na zimny i wilgotny wiatr. W powietrzu nie czuło się zapachu rychłego śniegu. Zapytałem o to zegarka, a ten z dziewięćdziesięcioprocentową pewnością zapowiedział deszcz, ale także zimny front, który wieczorem przyniesie marznącą mżawkę ze śniegiem. Niezła pogoda na spotkanie towarzyskie. Od czasu do czasu musieliśmy przejść kilka klików. W przeciwnym razie zombie mogliby sprawdzić rejestr i zauważyć, że my, odmieńcy, wciąż spotykamy się w jednym i tym samym domu.

Mieliśmy osiem sznurów rozciągniętych na odległość dziesięciu metrów od końca przystani do pali, które wbiłem w wodzie sięgającej mi do połowy piersi. Pozostałe dwa zostały wywrócone podczas burzy. Wbiję nowe na wiosnę. Czyli za dwa lata czasu rzeczywistego.

Bardziej przypominało to żniwa niż łowienie ryb. Jesiotry są tak głupie, że biorą na wszystko, a kiedy połkną haczyk i zaczynają się rzucać, zwabiają następne, które wydają się mówić: „Ciekawe, co mu jest… Och, patrzcie! Ma taki śliczny błyszczący haczyk!”.

Kiedy wyszedłem na przystań, zobaczyłem zbierające się na wschodzie burzowe chmury, więc zacząłem się naprawdę spieszyć. Każdy sznur to linka podtrzymująca tuzin żyłek z haczykami, wiszących w wodzie, przytrzymywanych na głębokości jednego metra przez plastikowe pływaki. Wyglądało na to, że połowa spławików poszła pod wodę, co oznaczało około pięćdziesięciu ryb. Skalkulowałem wszystko w myślach i zdałem sobie sprawę, że prawdopodobnie skończę dopiero wtedy, kiedy Bill wróci ze szkoły. Niewątpliwie jednak nadchodziła burza.

Wziąłem robocze rękawice i z wieszaka przy zlewie zdjąłem fartuch, po czym założyłem koniec pierwszego sznura na kołowrót znajdujący się na wysokości moich oczu. Otworzyłem wbudowaną zamrażarkę – gniewne niebo odbiło się w jej polu siłowym jak w jeziorku rtęci – i wciągnąłem pierwszą rybę. Zdjąłem ją z haczyka, odrąbałem tasakiem głowę i ogon. Wrzuciłem rybę do zamrażarki, po czym założyłem łeb na haczyk na przynętę. Potem wyciągnąłem następnego klienta.

Trzy ryby były niezdatnymi do niczego mutantami, jakie łowiliśmy od ponad roku. Miały różowe paski i paskudny smak siarkowodoru. Nie nadawały się na przynętę ani nawet jako nawóz. Równie dobrze mógłbym posypać ziemię solą.

Najwyżej godzina pracy dziennie – pół godziny, jeśli pomagały dzieci – wystarczała, by zaopatrzyć w ryby jedną trzecią osady. Sam rzadko je jadłem. Oprócz nich w sezonie mieliśmy na wymianę kukurydzę, fasolę i szparagi.

Bill wysiadł z autobusu, kiedy wciągałem ostatni sznur. Machnąłem ręką, żeby wszedł do domu. Po co obaj mamy się uwalać rybimi flakami i krwią. Po drugiej stronie jeziora uderzył piorun, mimo to ponownie nastawiłem sznur. Odwiesiłem sztywny fartuch i rękawice, a potem na moment wyłączyłem pole siłowe, żeby ocenić połów.

Zdążyłem tuż przed deszczem. Przez chwilę stałem na ganku i patrzyłem, jak szkwał z sykiem przelatuje po jeziorze.

W środku było ciepło – Marygay rozpaliła ogień w kuchennym piecyku. Bill siedział tam ze szklanką wina w ręku. Wciąż miało to dla niego urok nowości.

– Jak poszło?

Kiedy wracał ze szkoły, w pierwszej chwili zawsze miał nieco dziwny akcent. W klasie nie mówił po angielsku, a podejrzewałem, że z przyjaciółmi także.

– Sześćdziesiąt procent brań – odpowiedziałem, myjąc ręce i twarz nad zlewem. – Gdyby poszło lepiej, musielibyśmy sami jeść to świństwo.

– Chyba ugotuję jedną na kolację – oświadczyła z kamienną miną Marygay.

Gotowana ryba miała smak i konsystencję waty.

– Daj spokój, mamo – rzekł Bill. – Zjedzmy ją na surowo.

Nie lubił ryb jeszcze bardziej niż ja, a odcinanie łbów uważał za przyjemne zajęcie.

Podszedłem do trzech beczułek na końcu pomieszczenia i utoczyłem szklaneczkę czerwonego wytrawnego wina, a potem usiadłem obok Billa na ławie przy ogniu. Przegarnąłem żar pogrzebaczem – odwieczny gest, zapewne starszy niż ta młoda planeta.

– Mieliście dziś zombie od historii sztuki?

– Człowieka od historii sztuki – poprawił. – Ona jest z Centrusa. Nie widziałem jej od roku. Nie rysowaliśmy ani nic takiego. Tylko oglądaliśmy obrazy i posągi.

– Z Ziemi?

– Głównie.

– Taurańska sztuka jest dziwna.

To łagodne określenie. Jest także paskudna i niezrozumiała.

– Powiedziała, że musimy dojść do tego stopniowo. Oglądaliśmy architekturę.

Ich architektura… Coś o niej wiedziałem. Przed wiekami zniszczyłem wiele jej akrów. Czasem wydaje mi się, że to było wczoraj.

– Pamiętam, jak po raz pierwszy zobaczyłem ich koszary – powiedziałem. – Mnóstwo pojedynczych komórek. Jak w ulu.

Mruknął coś niechętnie, co uznałem za ostrzeżenie.

– A gdzie twoja siostra? – Była jeszcze w liceum i chyba powinna wrócić następnym autobusem. – Nie mogę zapamiętać jej planu zajęć.

– Jest w bibliotece – wyjaśniła Marygay. – Zadzwoni, gdyby miała się spóźnić.

Zerknąłem na zegarek.

– Nie możemy zbyt długo czekać z kolacją.

Zebranie miało się zacząć o wpół do dziewiątej.

– Wiem. – Podeszła do ławy, usiadła między nami i podała mi talerz paluszków. – Od Snella, dostałam dziś rano.

Były słone, twarde i z interesującym chrupnięciem łamały się w zębach.

– Podziękuję mu wieczorem.

– Bal staruszków? – zapytał Bill.

– Dziś szóstek – oświadczyłem. – Pójdziemy pieszo, jeśli chcesz wziąć latacz…

 

– Tylko nie pij za dużo wina – dopowiedział i uniósł szklankę. – Nie będę. W sali gimnastycznej jest mecz siatkówki.

– Punkt dla gippera.

– Co?

– Tak mówiła moja mama. Nie mam pojęcia, co to oznacza.

– Brzmi fachowo – odrzekł. – Serw, blok, gipper.

Tak jakby naprawdę interesowała go siatkówka. Grają nago, w mieszanych zespołach, więc jest to w takim samym stopniu rytuał godowy, co sport.

Nagły podmuch zabębnił kroplami deszczu o szybę.

– Lepiej nie idźcie pieszo – powiedział. – Możecie wysadzić mnie przy sali gimnastycznej.

– Cóż, może to ty nas wysadzisz – zaproponowała Marygay. Trasa latacza nie była rejestrowana. Tylko jego miejsce parkowania, teoretycznie w celu przekazania wezwania. – Pod domem Charliego i Diany. Nie będą mieli nam za złe, jeśli zjawimy się wcześniej.

– Dzięki. Zaoszczędzę trochę pary.

Nie miał na myśli gry w siatkówkę. Kiedy posługiwał się naszym starym slangiem, nigdy nie wiedziałem, czy okazuje w ten sposób szacunek, czy też z nas drwi. Pewnie mając dwadzieścia jeden lat, robiłem jedno i drugie jednocześnie, rozmawiając z rodzicami.

Na zewnątrz zatrzymał się autobus. Usłyszałem, jak Sara biegnie w deszczu po podeście. Frontowe drzwi się otworzyły i prawie natychmiast zamknęły. Pobiegła na górę, żeby się przebrać.

– Kolacja za dziesięć minut – zawołała za nią Marygay.

W odpowiedzi usłyszała zniecierpliwione burknięcie.

– Jutro zacznie krwawić – mruknął Bill.

– Od kiedy to bracia interesują się takimi sprawami? – rzuciła Marygay. – Albo mężowie?

Wbił wzrok w podłogę.

– Mówiła coś dzisiaj rano.

Przerwałem milczenie.

– Jeśli będzie tam dziś jakiś Człowiek…

– Nigdy tam nie przychodzą. Nikomu nie powiem, że poszliście spiskować.

– Nie spiskujemy – odparła Marygay. – Planujemy. W końcu im powiemy. Ale to nasza sprawa.

Nie omawialiśmy tego z nim i z Sarą, lecz nie próbowaliśmy również niczego ukrywać.

– Też mógłbym kiedyś pójść.

– Kiedyś – powiedziałem. Raczej nie. Do tej pory była to sprawa wyłącznie pierwszego pokolenia: sami weterani oraz ich małżonkowie. Zaledwie kilkoro z tych małżonków urodziło się na tej planecie, którą Człowiek nazwał „ogrodem”, kiedy pozwolono nam wybrać miejsce, gdzie chcemy osiedlić się po wojnie.

Zazwyczaj nazywaliśmy „naszą” planetę MF. Większości zamieszkałych tu ludzi wielopokoleniowa przepaść kulturowa nie pozwalała zrozumieć znaczenia tego skrótu od „środkowego palca”. A nawet jeśli go rozumieli, to zapewne nie kojarzyli tego akronimu z historią Edypa.

Mimo to, przeżywszy tutaj choć jedną zimę, z pewnością nazywali tę planetę takimi odpowiednikami słowa „pieprzona”, jakie istniały w ich kulturze.

MF przedstawiono nam jako cichą przystań, schronienie i miejsce, gdzie na nowo można ułożyć sobie życie. Będziemy na niej mogli żyć jak zwyczajni ludzie, z dala od Człowieka, a jeśli ktoś zgubił przyjaciół lub ukochanych w relatywistycznym labiryncie Wiecznej Wojny, mógł na nich zaczekać w Time Warp, przerobionym krążowniku, który kursował tam i z powrotem między Mizarem a Alcorem z prędkością prawie powstrzymującą proces starzenia.

Oczywiście okazało się, że Człowiek chce mieć nas na oku, gdyż byliśmy elementem jego przezornej polityki genetycznej. Mogliby wykorzystać nas jako matrycę, gdyby po iluś tam pokoleniach coś się pokręciło w mechanizmie genetycznym wytwarzającym osobniki będące kalkami samych siebie. (Kiedyś użyłem tego określenia w rozmowie z Billem; chciałem je wyjaśnić, ale on wiedział, co to takiego „kalka”. Tak jakby wiedział, co to rysunek naskalny).

Człowiek nie był jednak biernym obserwatorem. Był dozorcą zoo. A MF rzeczywiście przypominała zoo: sztuczne i uproszczone środowisko. Tylko że dozorcy wcale go nie stworzyli. Oni po prostu na nie natrafili.

Middle Finger, jak wszystkie odkryte przez nas planety klasy Wegi, była przedziwną anomalią. Nie mieściła się w żadnym normalnym modelu powstawania i ewolucji planet.

Nazbyt młoda i jasna błękitna gwiazda z jedną planetą wielkości Ziemi, zasobna w tlen i wodę. Planeta krąży po takiej orbicie, która umożliwia istnienie życia, chociaż niezbyt bujnego.

(Fachowcy mówią nam, że nie można uzyskać planety typu Ziemi, jeśli w układzie planetarnym nie ma olbrzyma podobnego do Jowisza. Tak więc takie gwiazdy, jak Wega czy Mizar, też nie powinny mieć swoich odpowiedników Ziemi).

Na Middle Finger są pory roku, ale nie zapewnia ich nachylenie do słońca, lecz mocno wydłużona orbita. Mamy tu sześć pór roku rozłożonych na trzy ziemskie lata: wiosnę, lato, jesień, przedzimie, zimę i odwilż. Oczywiście planeta porusza się tym wolniej, im dalej jest od słońca, tak więc zimne pory roku są długie, a ciepłe krótkie.

Większość planety to arktyczna pustynia lub sucha tundra. Nawet na równiku jeziora i strumienie pokrywa w zimie gruba kra. Przy biegunach akweny są blokami litego lodu i tylko na ich powierzchni w ciepłe letnie dni tworzą się sterylne kałuże. Na dwóch trzecich powierzchni planety nie występują żadne formy życia poza przyniesionymi przez wiatr zarodnikami i mikroorganizmami.

System ekologiczny również jest dziwnie prosty: mniej niż sto miejscowych gatunków roślin oraz zbliżona liczba owadów oraz stworzeń podobnych do stawonogów. Żadnych miejscowych ssaków, tylko kilkadziesiąt gatunków mniejszych lub większych zwierząt trochę przypominających nasze gady lub płazy. Zaledwie siedem gatunków ryb i cztery rodzaje mięczaków.

Nic tutaj nie ewoluowało z czegoś innego. Nie ma tu skamieniałości, ponieważ nie miały czasu, by powstać – analiza izotopowa atomów węgla nie wykazuje na powierzchni i tuż pod nią niczego, co miałoby więcej niż dziesięć tysięcy lat. A jednocześnie pobrane na głębokości pięćdziesięciu metrów próbki ujawniają, że ta planeta jest równie stara jak Ziemia.

Tak jakby ktoś ją przyholował i zaparkował tutaj, pozostawiwszy na niej kilka prostych form życia. Tylko skąd ją zabrał, kim był i kto zapłacił rachunek za transport? Cała energia zużyta przez ludzi i Taurańczyków podczas Wiecznej Wojny nie wystarczyłaby, żeby wyrwać tę planetę z orbity.

Dla nich, dla Taurańczyków, to także pozostaje zagadką, co trochę mnie pociesza.

Są inne zagadki, już nie tak krzepiące. Największą z nich jest fakt, że ten zakątek wszechświata był już kiedyś zamieszkany, ponad pięć tysięcy lat temu.

Najbliższa planeta Taurańczyków, Tsogot, została odkryta i skolonizowana podczas Wiecznej Wojny. Znaleźli na niej ruiny wielkiego miasta, większego od Nowego Jorku czy Londynu, zasypane przez ruchome wydmy. Na orbicie krążyły kadłuby kilkudziesięciu obcych statków kosmicznych, w tym jednego międzygwiezdnego.

I żadnego śladu istot, które stworzyły tę potężną cywilizację. Nie pozostawili po sobie żadnych posągów ani obrazów, co jeszcze można wytłumaczyć specyficzną kulturą. Jednak nie pozostały po nich też ciała, ani jedna kosteczka, co już trudniej wyjaśnić.

Taurańczycy nazywają ich Boloor, co oznacza „zaginieni”.

Zwykle gotuję w szóstek, ponieważ wtedy nie uczę, ale Greytonowie przynieśli dwa króliki, a sos potrawkowy to specjalność Marygay. Dzieci lubią to danie bardziej od jakiegokolwiek innego z Ziemi. A najbardziej smakują im niewyszukane miejscowe potrawy, gdyż tylko takie dostają w szkole. Marygay twierdzi, że to instynkt samozachowawczy. Nawet na Ziemi dzieci wolały zwyczajne, dobrze znane pożywienie. Ja byłem wyjątkiem od tej reguły, ale moi rodzice byli dziwakami – hippisami. Jadaliśmy ogniście ostre hinduskie potrawy. Po raz pierwszy skosztowałem mięsa, mając dwanaście lat, kiedy zgodnie z kalifornijskim prawem musieli mnie posłać do szkoły.

Kolacja była zabawna. Bill z Sarą plotkowali o randkach i schadzkach swoich znajomych. Sara w końcu przebolała utratę Taylora, który chodził z nią przez rok, a Bill z przyjemnością słuchał opowieści o wywołanej przez tego chłopaka towarzyskiej katastrofie. Sara poczuła się urażona, kiedy Taylor zadeklarował się jako homo, ale po kilku miesiącach ponownie stał się hetero i poprosił, żeby znów zaczęła z nim chodzić. Powiedziała mu, żeby trzymał się chłopców. Teraz się okazało, że w tajemnicy rzeczywiście spotykał się z jakimś chłopakiem, który wściekł się na niego, przyszedł do college’u i zrobił wielką awanturę. Wyjawił przy tym kilka seksualnych sekretów, jakich nie zwykliśmy omawiać przy jedzeniu. Czasy się jednak zmieniają i każdy bawi się, jak umie.

Rozdział 2

Cały ten spisek tak naprawdę zaczął się od moich niewinnych przekomarzań z Charliem i Dianą kilka miesięcy wcześniej. Diana była moim oficerem medycznym podczas kampanii Sade-138, naszej ostatniej, w Wielkim Obłoku Magellana, a Charlie pełnił obowiązki mojego zastępcy. Diana odbierała poród zarówno Billa, jak i Sary. Ona i Charlie byli naszymi najlepszymi przyjaciółmi.

Większość naszej społeczności wykorzystała wolny szóstek, żeby zebrać się u Larsonów i pomóc im wznieść magazyn. Teresa też była weteranką, miała za sobą dwie kampanie, lecz jej żona Ami należała do trzeciego pokolenia paxtończyków. Biologicznie była w naszym wieku i miała dwie sklonowane nastoletnie córki. Jedna właśnie uczestniczyła w zajęciach na uniwersytecie, ale druga, Sooz, powitała nas ciepło, po czym zabrała się do parzenia kawy i herbaty.

Ciepłe napoje były mile widziane, gdyż jak na późną wiosnę było niezwykle zimno. A także błotniście. Zazwyczaj można było polegać – przynajmniej dotychczas – na kontroli pogody Middle Finger, ale przez kilka ostatnich tygodni mieliśmy za dużo opadów i przepędzanie chmur wcale nie pomagało. Bogowie deszczu byli źli. A może szczęśliwi lub nieuważni: z bogami nigdy nic nie wiadomo.

Jako pierwsi przybyli jak zawsze Cat i Aldo Verdeur-Sims. I jak zwykle Cat uściskała się z Marygay, ale tylko przelotnie, z uwagi na mężów.

Podczas swojej ostatniej misji Marygay, podobnie jak ja, była heteroseksualnym reliktem w stuprocentowo homoseksualnym świecie. W przeciwieństwie do mnie zdołała przezwyciężyć swoją orientację i zakochać się w kobiecie – Cat. Były razem przez kilka miesięcy, ale podczas ostatniej bitwy Cat została ciężko ranna i odesłano ją na szpitalną planetę Heaven.

Marygay założyła, że to koniec: dylatacja czasu i skok kolapsarowy rozdzielił je o lata albo całe wieki. Tak więc przybyła tutaj, żeby czekać na mnie – nie na Cat – na Time Warp. Później, kiedy już byliśmy razem, opowiedziała mi wszystko o Cat, a ja specjalnie się tym nie przejąłem, uznając jej postępowanie za rozsądne przystosowanie się do sytuacji. Jakoś zawsze łatwiej mi było pogodzić się z homoseksualizmem kobiet niż mężczyzn.

Niespodziewanie, zaraz po narodzinach Sary, na MF pojawiła się Cat. Spotkała Alda na Heaven i dowiedziała się o Middle Finger. Oboje przeszli na hetero – co Człowiek może ci z łatwością załatwić i co w tym czasie było konieczne, jeśli chciałeś osiąść na MF. Z danych Stargate wiedziała, że Marygay jest tutaj, i geometria czasoprzestrzeni zadziałała jak należy. Przybyła tu o dziesięć lat młodsza od Marygay i ode mnie. I piękna.

Przyjaźniliśmy się – grywałem z Aldem w szachy i chodziliśmy razem na różne imprezy – ale musiałbym być ślepy, żeby nie zauważyć tęsknych spojrzeń, które niekiedy wymieniały Cat i Marygay. Czasem żartowaliśmy sobie z tego, ale niezupełnie szczerze. Myślę, że Aldo przejmował się tym bardziej niż ja.

Sara przyszła z nami, a Bill miał dołączyć z Charliem i Dianą po kościele. My, niewierzący, musieliśmy zapłacić za naszą swobodę intelektualną: włożywszy robocze buty, brnęliśmy w błocie i wbijaliśmy paliki do zamocowania generatora pola prężeniowego.

Pożyczyliśmy ten generator ze statku-miasta i wraz z nim dostaliśmy jedynego Człowieka, który wziął udział w stawianiu magazynu. I tak by przyleciał jako inspektor budowlany, żeby obejrzeć postawiony już budynek.

Generator był wart tylu biurokratów, ile ważył. Nie nadawał się do podnoszenia metalowych wsporników, to wymagało potężnego wysiłku wielu ludzi. Kiedy jednak już je ustawiono, utrzymywał je na miejscu, w dodatku idealnie prosto. Jak bożek, którego irytują nierówno ułożone przedmioty.

Wciąż myślałem o bogach. Charlie z Dianą zostali członkami nowego Kościoła Duchowego Racjonalizmu i wciągnęli w to Billa. Właściwie nie wierzyli w bogów w tradycyjnym rozumieniu tego słowa i wszystko to wydawało się dość rozsądne. Ludzie próbowali przydać swojemu codziennemu życiu trochę poezji i duchowych wartości. Myślę, że Marygay też by się do nich przyłączyła, gdyby nie instynktowny sprzeciw, jaki wywołują we mnie wszelkiego rodzaju religie.

 

Lar Po miał aparaturę badawczą, w tym stary kolimator laserowy, niewiele się różniący od tego, jakim posługiwałem się w szkole. Wprawdzie musieliśmy taplać się w błocie i wbijać paliki, ale przynajmniej wiedzieliśmy, że zostaną wbite tam, gdzie trzeba.

Statek-miasto dostarczył nam również dużą ciężarówkę z żywicą szklaną, w tym klimacie pewniejszą od cementu i łatwiejszą do stosowania. Pozostawała płynna, dopóki nie poddano jej działaniu ultradźwięków, dwóch bezgłośnych akordów na dwóch częstotliwościach. Wtedy ulegała samoutwardzeniu. Lepiej było się upewnić, że nie masz jej na rękach czy ubraniu, zanim włączyli ultradźwięki.

Sterty dźwigarów i złączy wchodziły w skład zestawu, który przywieźli z Centrusa wielkim lataczem. Taką pomoc przydzielano Paxton w oparciu o jakąś zagadkową formułę obejmującą populację, produktywność oraz fazy księżyca. Tej wiosny mogliśmy dostać dwa takie magazyny, ale tylko Larsonowie zgłosili zapotrzebowanie.

Zanim wbiliśmy paliki, była nas już trzydziestka. Teresa miała notes z przydziałem zadań i harmonogramem prac. Ludzie z humorem odbierali polecenia od „pani sierżant Larson”. W rzeczywistości miała stopień majora, tak jak ja.

Charlie i ja pracowaliśmy razem, obsługując zamrażarkę. Po gorzkich pigułkach, które przełknęliśmy podczas pierwszych lat pobytu na planecie, nauczyliśmy się, że każda trwała budowla większa od szałasu musi przez cały rok stać na warstwie lodu. Jeśli przekopiesz wieczną zmarzlinę i wylejesz stałe fundamenty, popękają w ciągu długiej zimy. Dlatego nie walczyliśmy z klimatem, tylko budowaliśmy na lodzie lub zamrożonym błocie.

Praca była łatwa, ale brudna. Inny zespół zbił prostokątne oszalowanie wokół tego, co miało być podstawą budynku, plus parę dodatkowych centymetrów. Max Weston, jeden z kilku dostatecznie potężnych facetów mogących poradzić sobie z tym narzędziem, za pomocą młota pneumatycznego wbił pręty stopu w zmarzlinę, mniej więcej w metrowych odległościach wokół oszalowania. Miały przytrzymywać magazyn podczas huraganowych wiatrów, które czyniły tu uprawę ziemi bardzo ryzykownym przedsięwzięciem. (Satelity kontroli pogody nie miały odpowiedniej mocy, żeby zmienić ich kierunek).

Charlie i ja brodziliśmy w błocie, łącząc długie plastikowe rury w zwiniętego węża leżącego w tym, co miało stać się podwaliną budynku. Wyrównać i skleić, wyrównać i skleić, aż byliśmy na pół pijani od oparów kleju. Tymczasem zespół, który zbił oszalowanie, nalał wody w to błoto, które zmieni się w równą i grubą warstwę, kiedy je zamrozimy.

Skończyliśmy, podłączyliśmy końce do kompresora i go uruchomiliśmy. Wszyscy zrobili sobie przerwę i teraz obserwowali, jak błoto zmienia się najpierw w papkę, a potem zastyga.

W środku było cieplej, ale Charlie i ja byliśmy zbyt ubłoceni, żeby wchodzić do czyjejś kuchni, więc po prostu usiedliśmy na stercie dźwigarów i poprosiliśmy Sooz, żeby przyniosła nam herbatę.

Machnąłem ręką w kierunku prostokąta błota.

– Bardzo złożone zachowanie jak na stado szczurów laboratoryjnych.

Charlie był wciąż otępiały od oparów kleju.

– Mamy szczury?

– Całe rozpłodowe stado.

Dopiero wtedy kiwnął głową i upił łyk herbaty.

– Jesteś pesymistą. Przeżyjemy ich. Głęboko w to wierzę.

– Tak, wiara przenosi góry. A nawet planety.

Charlie nie przeczył temu, co było oczywiste: że jesteśmy zwierzętami w zoo albo w laboratorium. Wolno nam było się mnożyć na Middle Finger, na wypadek gdyby coś poszło nie tak z tym wspaniałym eksperymentem, jakim był Człowiek: miliardy identycznych, pozbawionych indywidualności jednostek mających wspólną świadomość. Albo miliardy bliźniaków z probówki, korzystających ze wspólnej bazy danych, jeśli chce się ująć to dokładniej.

Mogliśmy się klonować tak samo jak oni, nikt nam tego nie zabraniał. Gdybyśmy chcieli mieć syna lub córkę będącą zwierciadlaną kopią któregoś z nas albo skorzystać z fuzji genów, tak jak Teresa i Ami, jeśli cechy biologiczne uniemożliwiały normalne spłodzenie potomka, nie było problemu. Ale głównie chodziło o to, aby zachować okazy będące mieszaniną nieselekcjonowanych genów. Tak na wszelki wypadek, gdyby perfekcja jednak zawiodła. Byliśmy ich polisą ubezpieczeniową.

Ludzie zaczęli przybywać na Middle Finger zaraz po zakończeniu Wiecznej Wojny. Emigracja weteranów, trwająca całe stulecia z powodu dylatacji czasu, w końcu objęła kilka tysięcy osób, około dziesięciu procent obecnej populacji. W takich małych osadach jak Paxton trzymaliśmy się razem. Byliśmy przyzwyczajeni do wspólnego działania.

Charlie zapalił papierosa i zaproponował mi jednego. Odmówiłem.

– Myślę, że moglibyśmy ich przetrwać – powiedziałem – gdyby pozwolili nam przeżyć.

– Jesteśmy im potrzebni. My, szczury laboratoryjne.

– Nie, oni potrzebują tylko naszych gamet, które mogą w nieskończoność przechowywać w płynnym helu.

– Tak, rozumiem. Pobiorą od nas nasienie i komórki jajowe, a potem nas zabiją. Oni nie są okrutni ani głupi, Williamie, obojętnie, co o nich sądzisz.

Kobieta-Człowiek wyszła po podręcznik obsługi maszyny i zabrała go do kuchni. Oni wszyscy wyglądali tak samo, choć u starszych osobników zaznaczały się wyraźne różnice. Przystojni, wysocy, śniadzi, czarnowłosi, o wydatnych szczękach i czołach. Ta Kobieta-Człowiek straciła mały palec lewej ręki i z jakiegoś powodu go sobie nie zregenerowała. Pewnie uznała, że nie warto tracić na to czasu i cierpieć. Wielu z nas, weteranów, dobrze pamiętało udrękę związaną z odrastaniem kończyn i narządów.

Kiedy znalazła się poza zasięgiem głosu, dokończyłem:

– Nie zabiją nas, bo nie będą musieli. Kiedy zbiorą potrzebny materiał genetyczny, wystarczy, że nas wysterylizują. Zakończą eksperyment, pozwalając nam wymrzeć śmiercią naturalną.

– Jesteś dziś w niezłym humorze.

– Tak sobie nawijam. – Charlie po chwili kiwnął głową. Urodził się sześćset lat później, więc nie używaliśmy tego samego zestawu idiomów. – Ale tak możemy skończyć, jeśli staniemy się politycznym zagrożeniem. Jakoś ułożyli sobie stosunki z Taurańczykami i teraz my jesteśmy dla nich groźni. Nie mamy zbiorowej osobowości, z którą mogliby się zadawać.

– Co więc chcesz zrobić, walczyć z nimi? Nie jesteśmy już świeżutcy jak letnia trawa.

– Mówi się „świeżutki jak wiosenna trawa”.

– Wiem, Williamie. Tylko że żaden z nas nie jest już nawet tak świeży jak trawa w lecie.

Stuknąłem kubkiem o jego kubek.

– Masz rację. Mimo to jesteśmy jeszcze dość młodzi, żeby walczyć.

– Czym? Twoimi sznurami rybackimi i moimi palikami do pomidorów?

– Oni też nie są dobrze uzbrojeni.

Ale gdy to mówiłem, ciarki przebiegły mi po plecach. Kiedy Charlie wyliczał posiadane przez nich rodzaje uzbrojenia, o jakich wiedzieliśmy, zdałem sobie sprawę, że właśnie ważą się losy ludzkości – dopóki żyje dostatecznie duża grupa weteranów Wiecznej Wojny na tyle młodych, by walczyć.

Zbiorowa świadomość Człowieka z pewnością doszła do tego samego wniosku.

Sooz znów przyniosła nam herbatę i wróciła do kuchni, aby powiedzieć innym, że nasz błotny stawek zamarzł na kość. Tak więc nie mieliśmy już czasu na snucie tych paranoicznych rozważań. Ziarno zostało jednak zasiane.

Rozwinęliśmy i rozłożyliśmy dwie bele tkaniny izolacyjnej, a potem zabraliśmy się do tej przedziwnej roboty, jaką jest wznoszenie ścian magazynu.

Z podłogą poszło łatwo: należało zamocować prostokątne kawały pianostali, każdy ważący około osiemdziesięciu kilogramów. Dwie krzepkie lub cztery przeciętnie silne osoby mogły bez trudu podnieść każdy z nich. Bloki były ponumerowane od 1 do 40. Podnosiliśmy je i układaliśmy na miejsca, równo z palikami wbitymi przez nas, agnostyków.

Było przy tym trochę zamieszania, gdyż wszyscy obecni chcieli pracować jednocześnie. W końcu jednak poukładaliśmy bloki we właściwej kolejności.

Potem usiedliśmy i patrzyliśmy, jak wylewa się żywicę. Deski służące jako oszalowanie dla zamrażanego błota teraz też spełniły tę rolę. Po i Eloi Casi użyli długich, podobnych do szczotek narzędzi, którymi wyrównywali szarą masę wylewającą się z ciężarówki. W końcu i tak sama by się wypoziomowała, ale wiedzieliśmy z doświadczenia, że pomagając jej w tym, można zaoszczędzić mniej więcej godzinę. Kiedy warstwa była gruba na kilka palców i idealnie równa, Kobieta-Człowiek nacisnęła guzik i zmieniła ją w coś przypominającego marmur.

Dopiero wtedy zaczęła się ciężka praca. Byłaby łatwiejsza z dźwigiem i podnośnikiem widłowym, lecz Człowiek był dumny z tego, że zaprojektował zestawy do ręcznego składania w ramach zbiorowej pomocy sąsiedzkiej. Tak więc nie dostarczał żadnych maszyn budowlanych, chyba że w nadzwyczajnych przypadkach.

(Prawdę mówiąc, wcale nie było takiej potrzeby: w tym roku Larsonowie nie mieli czego składować w tym magazynie, gdyż nazbyt obfite deszcze prawie całkowicie zniszczyły ich uprawy).

Inne książki tego autora