Ostre cięciaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Drzwi chatki po lewej stro­nie zako­ły­sały się i otwo­rzyły, po czym wyszli przez nie trzej roze­śmiani męż­czyźni. Ten, który szedł na prze­dzie, obró­cił potar­ganą głowę, wciąż rado­śnie szcze­rząc pożół­kłe zęby. Popa­trzył wprost na Gnata, Yona i Whir­runa, któ­rzy znie­ru­cho­mieli pod ścianą dłu­giego budynku z otwar­tymi ustami, jak trójka dzieci przy­ła­pa­nych na pod­kra­da­niu cia­stek. Wszy­scy patrzyli na sie­bie nawza­jem.

Gnat miał wra­że­nie, że czas dzi­wacz­nie zwol­nił, jak zwy­kle przed roz­le­wem krwi. Zdą­żył zwró­cić uwagę na kilka bzdur­nych detali. Zasta­no­wić się, czy to kość kur­czaka tkwi w uchu jed­nego z nich. Poli­czyć gwoź­dzie na jed­nej z ich pałek. Osiem i pół. Zdą­żył pomy­śleć, że to dziwne, że nie zasta­na­wia się nad czymś bar­dziej uży­tecz­nym. Zupeł­nie jakby sta­nął obok sie­bie, roz­my­śla­jąc, co zrobi, ale czu­jąc, że to zapewne nie od niego zależy. A naj­dziw­niej­sze, że coś takiego ostat­nio bar­dzo czę­sto mu się przy­da­rzało i potra­fił roz­po­znać to uczu­cie. Ten pełen oszo­ło­mie­nia bez­ruch, po któ­rym świat roz­pada się na kawałki.

Zaraza. Znów się zaczyna…

Poczuł poca­łu­nek lodo­wa­tego wia­tru na policzku, gdy Whir­run zamach­nął się mie­czem po okręgu niczym kosą. Męż­czy­zna na prze­dzie nawet nie zdą­żył się uchy­lić. Dostał pła­zem w bok głowy i ode­rwał się od ziemi, obró­cił się w powie­trzu i z nogami w górze grzmot­nął o ścianę chatki za nimi. Ręka Gnata unio­sła miecz, cho­ciaż jej tego nie naka­zał. Whir­run sko­czył naprzód i zdzie­lił dru­giego męż­czy­znę gło­wicą w usta, posy­ła­jąc w powie­trze jego zęby, nie­które całe, inne w kawał­kach.

Kiedy drugi z męż­czyzn prze­wra­cał się do tyłu z roz­po­star­tymi rękami jak ścięte drzewo, trzeci spró­bo­wał unieść pałkę. Gnat ciął go w bok; stal prze­cięła z wil­got­nym trza­skiem futro i ciało, a z rany try­snęła krew. Męż­czy­zna otwo­rzył usta i piskli­wie wrza­snął, a potem pochy­lił się i zato­czył do przodu z wytrzesz­czo­nymi oczami. Gnat roz­pła­tał mu czaszkę, aż ręko­jeść mie­cza zadrżała w jego dłoni, a wrzask zakoń­czył się skom­le­niem. Zwłoki runęły na zie­mię; krew pły­nąca z roz­cię­tej głowy zalała Gna­towi buty. Czyli jed­nak będzie miał czer­wone skar­pety. To tyle, jeśli cho­dzi o powstrzy­ma­nie się od zabi­ja­nia i zacho­wy­wa­nie cicho jak wio­senny wie­trzyk.

– Kurwa – rzu­cił Gnat.

Czas nie­przy­jem­nie przy­śpie­szył. Świat zatrząsł się, zadrżał i wypeł­nił dro­bi­nami fru­wa­ją­cego pia­sku, gdy Gnat puścił się bie­giem. Roz­brzmie­wały krzyki, zgrzy­tał metal, jego wła­sny oddech oraz bicie serca huczały mu w uszach. Obej­rzał się przez ramię, zoba­czył, jak Yon odbija tar­czą ata­ku­jący buz­dy­gan i z rykiem powala kogoś cię­ciem mie­cza. Kiedy Gnat się obró­cił, samotna strzała nad­le­ciała umarli wie­dzą skąd i z trza­skiem wbiła się w błotną ścianę przed nim, tak że nie­mal prze­wró­cił się do tyłu z zasko­cze­nia. Whir­run wpadł na niego i zwa­lił go z nóg, twa­rzą w błoto. Kiedy Gnat z tru­dem wstał, zauwa­żył, że jeden z wojow­ni­ków szar­żuje na niego z ustami sze­roko otwar­tymi do krzyku i potar­ga­nymi wło­sami zasła­nia­ją­cymi twarz. Wła­śnie się obra­cał, by scho­wać się za tar­czą, gdy Scorry poja­wił się zni­kąd i wbił bie­gną­cemu dra­niowi nóż w bok. Męż­czy­zna wrza­snął i stra­cił rów­no­wagę. Gnat odrą­bał mu bok głowy; ostrze z brzę­kiem prze­cięło kość, a potem wbiło się w zie­mię, nie­mal wypa­da­jąc mu z obo­la­łej dłoni.

– Szyb­ciej! – krzyk­nął, choć nie był pewien do kogo, jed­no­cze­śnie pró­bu­jąc wyrwać ostrze z ziemi.

Wesoły Yon prze­mknął obok niego z topo­rem zbry­zga­nym czer­wie­nią i zębami wyszcze­rzo­nymi we wście­kłym gry­ma­sie. Gnat podą­żył za nim, a Whir­run pobiegł jego śla­dem z bez­na­mięt­nym obli­czem, roz­glą­da­jąc się po mija­nych chat­kach, ści­ska­jąc w dłoni miecz, któ­rego wciąż nie dobył z pochwy. Wypa­dli za róg chatki na sze­roki pas błota pokryty zmie­loną słomą. Po jed­nej stro­nie świ­nie kwi­czały i wier­ciły się w zagro­dzie. Po dru­giej stał budy­nek z rzeź­bio­nymi pod­po­rami. Schody pro­wa­dziły do sze­rokich drzwi, za któ­rymi widać było tylko ciem­ność.

Wyszedł im naprze­ciw rudo­włosy męż­czy­zna z sie­kierą do drewna w gar­ści. Cudna spo­koj­nie prze­szyła mu poli­czek strzałą z odle­gło­ści sze­ściu kro­ków, a on zatrzy­mał się i przy­ci­snął dłoń do twa­rzy, po czym zato­czył się do przodu. Zro­biła krok w jego stronę, wyda­jąc z sie­bie bojowy okrzyk, zamach­nęła się mie­czem i ścięła mu głowę. Ta zawi­ro­wała w powie­trzu, chla­piąc krwią, i wpa­dła do zagrody świń. Gnat przez chwilę zasta­na­wiał się, czy biedny drań wciąż wie, co się z nim dzieje.

Potem zoba­czył, że cięż­kie drzwi budynku się zamy­kają, i dostrzegł bladą twarz przy ich kra­wę­dzi.

– Drzwi! – wrza­snął i popę­dził w ich stronę po chlu­po­czą­cym bło­cie.

Wbiegł po drew­nia­nych stop­niach, aż zagrze­cho­tały pod nim deski. Wepchnął zakrwa­wiony i ubło­cony but w szparę w drzwiach, gdy te aku­rat się zatrza­ski­wały, po czym zawył i wytrzesz­czył oczy, gdy ból prze­szył jego nogę.

– Moja stopa! Kurwa!

Na skraju podwó­rza zgro­ma­dził się już co naj­mniej tuzin Lisów, któ­rzy powar­ki­wali i postę­ki­wali paskud­niej niż świ­nie. Wyma­chi­wali wyszczer­bio­nymi mie­czami, topo­rami i pał­kami, kilku trzy­mało tar­cze, jeden z wojow­ni­ków sto­ją­cych na prze­dzie miał na sobie zardze­wiałą kol­czugę o postrzę­pio­nych kra­wę­dziach. Jego potar­gane włosy wplą­tały się w nie­równo wykute srebrne kółka.

– Cof­nij­cie się. – Whir­run sta­nął przed nimi, trzy­ma­jąc miecz w wypro­sto­wa­nej ręce, ręko­je­ścią do góry, jakby to był jakiś magiczny amu­let odstra­sza­jący zło. – Odstąp­cie, a nie będzie­cie musieli dzi­siaj ginąć.

Męż­czy­zna w kol­czu­dze splu­nął, a potem wark­nął w łama­nej mowie Pół­nocy:

– Pokaż nam swoje żelazo, zło­dzieju!

– A więc dobrze. Popa­trz­cie na Ojca Mie­czy; będzie ostat­nim, co zoba­czy­cie! – zawo­łał Whir­run i dobył mie­cza.

Ludzie być może nazy­wali go setką imion – Ostrze Świtu, Wypeł­niacz Gro­bów, Krwawy Żni­wiarz, Naj­wyż­szy i Naj­niż­szy. Sang-ang-Gaioc w mowie z dolin, co ozna­cza Roz­sz­cze­pie­nie Świata i tak dalej – jed­nak Gnat musiał przy­znać, widok był roz­cza­ro­wu­jący. Żad­nego pło­mie­nia, zło­ci­stego bla­sku, dźwięku trąb ani lustrza­nej stali. Roz­legł się tylko cichy zgrzyt, gdy dłu­gie ostrze wysu­nęło się z popla­mio­nej skó­rza­nej pochwy. Pła­ski kawa­łek sza­rego metalu bez poły­sku ani zdo­bień, nie licząc jakie­goś lśnią­cego gra­we­runku obok pro­stego, nie­cie­ka­wego jelca.

Gnat miał inne zmar­twie­nia niż fakt, że miecz Whir­runa nie był wart wszyst­kich pie­śni.

– Drzwi! – wrza­snął do Yona. Pró­bo­wał chwy­cić ich kra­wędź lewą dło­nią, jed­no­cze­śnie zma­ga­jąc się z prze­szka­dza­jącą mu tar­czą i bez­sku­tecz­nie wyma­chu­jąc ostrzem mie­cza w szpa­rze. – Kurwa, moja stopa!

Yon z rykiem wbiegł po scho­dach i sta­ra­no­wał drzwi ramie­niem. Gwał­tow­nie ustą­piły, wypa­da­jąc z zawia­sów i przy­gnia­ta­jąc jakie­goś głupca. Razem z Gna­tem wpa­dli do pomiesz­cze­nia pogrą­żo­nego w pół­mroku i wypeł­nio­nego ostrym słod­kim dymem. Jakiś kształt ruszył w stronę Gnata, który instynk­tow­nie pod­niósł tar­czę i poczuł, jak coś w nią ude­rza, zasy­pu­jąc mu twarz drza­zgami. Stra­cił rów­no­wagę i zato­czył się na coś przy wtó­rze brzęku metalu i trza­sku roz­bi­ja­nych naczyń. Zoba­czył nad sobą upiorną twarz i naszyj­nik z grze­cho­czą­cych zębów. Zamach­nął się mie­czem, potem raz i drugi, aż prze­ciw­nik upadł, a krew zbry­zgała jego wyma­lo­waną na biało twarz.

Gnat zakasz­lał, zakrztu­sił się, znów zakasz­lał i wbił wzrok w cuch­nący mrok, trzy­ma­jąc miecz w pogo­to­wiu. Usły­szał ryk Yona, głu­che ude­rze­nie topora o ciało i czyjś pisk. Dym zaczy­nał się roz­wie­wać i Gnat mógł się rozej­rzeć po wnę­trzu sali. Węgle lśniły w pale­ni­sku, oświe­tla­jąc paję­czą sieć osma­lo­nych czer­wo­nych i poma­rań­czo­wych rzeź­bio­nych kro­kwi, które rzu­cały cie­nie na sie­bie nawza­jem, oszu­ku­jąc jego wzrok. W pomiesz­cze­niu było gorąco jak w pie­kle i cuch­nęło jak w pie­kle. Na ścia­nach wisiały stare dra­pe­rie, poszar­pane płótna upstrzone wyma­lo­wa­nymi sym­bo­lami. W głębi znaj­do­wał się czarny kamienny blok, a nad nim stał surowo rzeź­biony posąg, u któ­rego stóp coś zło­ci­ście poły­ski­wało. Puchar, pomy­ślał Gnat. Kie­lich. Zbli­żył się do niego o krok, usi­łu­jąc roz­pro­szyć mrok ruchami tar­czy.

– Yon?! – zawo­łał.

– Gnat, gdzie jesteś?!

Skądś dobie­gała jakaś dzi­waczna pieśń. Gnat nie rozu­miał słów, ale jej brzmie­nie mu się nie podo­bało. Ani tro­chę.

– Yon?

Nagle zza kamien­nego bloku wysko­czyła jakaś postać. Gnat wytrzesz­czył oczy i zato­czył się do tyłu, pra­wie wpa­da­jąc do pale­ni­ska.

Męż­czy­zna był ubrany w poszar­paną czer­woną szatę, z któ­rej ster­czały dłu­gie, musku­larne ręce, sze­roko roz­po­starte i pokryte kro­pel­kami potu. Na twa­rzy nosił czaszkę jakie­goś zwie­rzę­cia z czar­nym krę­co­nym poro­żem, tak że w migo­tli­wym świe­tle wyglą­dał jak dia­beł, który wysko­czył pro­sto z pie­kła. Cho­ciaż Gnat wie­dział, że to tylko maska, gdy nie­zna­jomy nagle wyło­nił się z dymu przy wtó­rze dziw­nej pie­śni roz­brzmie­wa­ją­cej spod zwie­rzę­cej czaszki, i tak znie­ru­cho­miał ze stra­chu. Nie był w sta­nie nawet pod­nieść mie­cza. Dygo­tał, jakby wszyst­kie jego mię­śnie zamie­niły się w wodę. Co prawda, ni­gdy nie był boha­te­rem, ale też jesz­cze ni­gdy tak się nie bał. Nawet pod Ine­war­dem, gdy zoba­czył, jak zmie­rza ku niemu Krwawa Dzie­wiątka o wykrzy­wio­nej twa­rzy sza­leńca zbry­zga­nej krwią wro­gów. Stał bez­rad­nie.

– Ku… ku… ku…

Kapłan się zbli­żył i uniósł długą rękę. Trzy­mał coś w poma­lo­wa­nych pal­cach. Powy­gi­nany kawa­łek drewna, który deli­kat­nie lśnił.

 

Ich cel. To, po co przy­szli.

Przed­miot coraz jaskra­wiej świe­cił, aż w końcu wypa­lił swój poskrę­cany kształt w oczach Gnata. Pieśń wypeł­niła mu uszy, tak że nie sły­szał już niczego innego, nie mógł o niczym innym myśleć, nie widział niczego poza tą rze­czą, która lśniła jasno jak słońce, odbie­ra­jąc mu oddech, łamiąc jego wolę, ury­wa­jąc oddech, prze­ci­na­jąc…

Trzask. Topór Weso­łego Yona roz­pła­tał zwie­rzęcą czaszkę na dwoje, wbi­ja­jąc się w kry­jącą się pod nią twarz. Krew try­snęła i zaskwier­czała na gorą­cych węglach w pale­ni­sku. Gnat poczuł na twa­rzy jej kro­ple, zamru­gał i potrzą­snął głową, nagle uwol­niony z lodo­wa­tych szpo­nów stra­chu. Kapłan zato­czył się w bok, pieśń zmie­niła się w chra­pliwe char­cze­nie, maska roz­pa­dła się na dwie czę­ści, a spod niej wypły­nął stru­mień krwi. Gnat z wście­kłym wark­nię­ciem zamach­nął się mie­czem, tra­fia­jąc cza­row­nika w pierś i prze­wra­ca­jąc go na plecy. Przed­miot wypadł męż­czyź­nie z dłoni i zawi­ro­wał na szorst­kiej pod­ło­dze z desek, a ośle­pia­jące świa­tło przy­ga­sło do bla­dego migo­ta­nia.

– Pie­przeni cza­row­nicy – wark­nął Yon, zwi­ja­jąc język i wypusz­cza­jąc stru­mień śliny na trupa. – Po co się tak męczą? Ileż czasu potrzeba, żeby nauczyć się tego całego beł­kotu, a i tak na nic się to nie zdaje w porów­na­niu z dobrym nożem… – Zmarsz­czył czoło. – Ojej.

Kapłan upadł w pale­ni­sko, roz­rzu­ca­jąc dookoła roz­pa­lone węgle. Kilka z nich doto­czyło się aż do poszar­pa­nego skraju jed­nej z dra­pe­rii.

– Psia­krew. – Gnat ruszył w ich stronę na drżą­cych nogach, jed­nak zanim zdą­żył je odkop­nąć, pło­mie­nie objęły starą tka­ninę. – Psia­krew.

Pró­bo­wał stłu­mić ogień stopą, ale wciąż krę­ciło mu się w gło­wie, więc tylko obsy­pał sobie nogawkę roz­ża­rzo­nymi węgiel­kami i musiał chwilę poska­kać, żeby je strą­cić. Ogień roz­prze­strze­niał się szyb­ciej niż zaraza. Był zbyt potężny, żeby go stłu­mić, prze­wyż­szał wyso­ko­ścią doro­słego czło­wieka.

– Psia­krew! – Gnat zato­czył się do tyłu, czu­jąc żar na twa­rzy. Czer­wone cie­nie tań­czyły pośród kro­kwi. – Zabie­raj­cie to coś i ucie­kamy!

Yon już się zma­gał z paskami swo­jej skó­rza­nej torby.

– Tak jest, wodzu, tak jest! Plan awa­ryjny!

Gnat go zosta­wił i pośpie­szył w stronę drzwi, nie wie­dząc, kto żywy pozo­stał po dru­giej stro­nie. Wypadł na świa­tło dnia, które prze­szyło mu oczy jak szty­let.

Cudna stała z sze­roko otwar­tymi ustami. Trzy­mała na wpół nacią­gnięty łuk, ale miała roz­luź­nione ręce i celo­wała w zie­mię. Gnat nie pamię­tał, kiedy ostat­nio widział ją zasko­czoną.

– Co się stało? – wark­nął, z wście­kło­ścią pró­bu­jąc uwol­nić miecz, któ­rym zacze­pił o futrynę. – Jesteś ranna? – Zmru­żył oczy, spo­glą­da­jąc na słońce, osła­nia­jąc oczy tar­czą. – Co, do…? – Zatrzy­mał się na scho­dach i wytrzesz­czył oczy. – Na umar­łych.

Whir­run wciąż stał w tym samym miej­scu, na­dal dzier­żąc Ojca Mie­czy, kie­ru­jąc matowe ostrze ku ziemi. Tylko że teraz od stóp do głów był zbry­zgany krwią, a poskrę­cane, posie­kane, poroz­ci­nane i zma­sa­kro­wane zwłoki tuzina Lisów, któ­rzy sta­wili mu czoła, leżały sze­ro­kim pół­okrę­giem wokół jego butów. W dal­szej odle­gło­ści spo­czy­wało kilka pomniej­szych czę­ści ciała.

– Poza­bi­jał ich wszyst­kich. – Brack skrzy­wił się z nie­do­wie­rza­niem. – Tak po pro­stu. Nawet nie zdą­ży­łem pod­nieść młota.

– A niech mnie – szep­nęła Cudna. – Niech mnie. – Zmarsz­czyła nos. – Czy to dym?

Yon wybiegł z sali i wpadł na Gnata, tak że obaj nie­mal runęli ze scho­dów.

– Zabra­łeś to? – wark­nął Gnat.

– Chyba tak… – Yon popa­trzył na Whir­runa, który stał pośrodku kręgu rzezi. – Na umar­łych.

Whir­run ruszył w ich stronę, po czym obró­cił się bokiem, gdy nad­le­ciała strzała i wbiła się, dygo­cząc, w ścianę budynku. Poma­chał wolną ręką.

– Może powin­ni­śmy…

– Ucie­kamy! – ryk­nął Gnat.

Dobry przy­wódca być może zacze­kałby, aż wszy­scy pozo­stali znajdą się w bez­piecz­nym miej­scu. Przy­byłby na pole bitwy jako pierw­szy i opu­ścił je jako ostatni. Tak postę­po­wał Trój­drze­wiec. Nikt jed­nak nie miał wąt­pli­wo­ści, że Gnat nie jest Trój­drzew­cem, dla­tego popę­dził jak kró­lik z pło­ną­cym ogo­nem. Nazy­wał to dowo­dze­niem przez dawa­nie przy­kładu. Usły­szał za sobą brzęk­nię­cia cię­ciw. Pierw­sza strzała prze­le­ciała tuż obok jego ręki i wbiła się w jedną z cha­tek. Po chwili nad­le­ciała kolejna. Zmiaż­dżona stopa bolała jak zaraza, ale kuś­ty­kał naprzód, wyma­chu­jąc tar­czą. Pędził ku pod­ska­ku­ją­cej, trzę­są­cej się łuko­wa­tej bra­mie zwień­czo­nej zwie­rzęcą czaszką.

– Szybko! Szybko!

Cudna go wyprze­dziła, bły­ska­wicz­nie prze­bie­ra­jąc nogami, ochla­pu­jąc mu twarz bło­tem. Gnat popa­trzył przed sie­bie i zoba­czył, jak Scorry prze­myka mię­dzy dwiema chat­kami, a następ­nie zwin­nie jak jasz­czurka prze­śli­zguje się obok jed­nego ze słup­ków bramy i opusz­cza wio­skę. Rzu­cił się w ślad za nim, prze­bie­ga­jąc pod łukiem z gałęzi. Zesko­czył z brzegu stru­mie­nia i wylą­do­wał na obo­la­łej sto­pie. Całe jego ciało zadrżało i przy­gryzł sobie język. Zro­bił jesz­cze jeden chwiejny krok, a potem wysko­czył w powie­trze. Wpadł w pod­mo­kłe papro­cie i prze­to­czył się po swo­jej tar­czy, zacho­wu­jąc na tyle przy­tom­no­ści umy­słu, żeby nie odciąć sobie nosa wła­snym mie­czem. Z tru­dem wstał i zaczął gra­mo­lić się w górę zbo­cza pomię­dzy drze­wami, z nogami oraz płu­cami pło­ną­cymi żywym ogniem i spodniami nasiąk­nię­tymi aż do kolan bagienną wodą. Obok sie­bie sły­szał stę­ka­ją­cego z wysiłku Bracka, a za sobą Yona, który powar­ki­wał:

– Niech to… zaraza… niech to… prze­klęta… zaraza…

Przedarł się przez zaro­śla i chwiej­nym kro­kiem wypadł na polanę, na któ­rej opra­co­wali swój plan. Nie poszło im tak gładko, jak prze­wi­dy­wali. Rau­bin pil­no­wał ich sprzętu. Obok niego stała Cudna z rękami na bio­drach. Ni­gdy klę­czał po prze­ciw­le­głej stro­nie polany z kuszą gotową do strzału. Wyszcze­rzył zęby, kiedy zoba­czył Gnata.

– A więc się udało, wodzu?

– Psia­krew. – Gnat zgiął się wpół, wal­cząc z zawro­tami głowy, zachły­stu­jąc się powie­trzem. – Psia­krew.

Wypro­sto­wał się i wbił wzrok w niebo. Paliła go twarz i nie miał poję­cia, co odpo­wie­dzieć, a nawet gdyby wie­dział, to zabra­kłoby mu tchu.

Brack spra­wiał wra­że­nie jesz­cze bar­dziej wyczer­pa­nego, jeśli to moż­liwe. Przy­kuc­nął z rękami na drżą­cych kola­nach, ciężko dysząc, z wyta­tu­owaną twa­rzą czer­woną jak zbity tyłek. Yon wybiegł na polanę i oparł się o drzewo, nady­ma­jąc policzki lśniące od potu.

Cudna nawet nie była zdy­szana.

– Na umar­łych, ale się zapu­ści­li­ście, tłu­ste sta­ru­chy. – Pokle­pała Ni­gdy po ramie­niu. – Nie­zła robota w wio­sce. Byłam pewna, że cię zła­pią i obe­drą ze skóry.

– Chcesz powie­dzieć, że mia­łaś taką nadzieję – odrzekł Ni­gdy. – Ale powin­naś wie­dzieć, że ucie­kam naj­le­piej na całej Pół­nocy.

– To fakt.

– Gdzie Scorry? – wysa­pał Gnat, który już na tyle odzy­skał siły, że mógł zacząć się mar­twić.

Ni­gdy wska­zał kciu­kiem.

– Cof­nął się, żeby spraw­dzić, czy nikt nas nie ściga.

Whir­run spo­koj­nie wyszedł na polanę w kap­tu­rze na gło­wie, trzy­ma­jąc na ramio­nach pochwę z Ojcem Mie­czy, niczym nosi­dło mle­cza­rza; jedna dłoń opie­rała się na ręko­je­ści, a druga zwi­sała prze­rzu­cona przez ostrze.

– Zakła­dam, że za nami nie idą? – spy­tała Cudna, uno­sząc brew.

Whir­run pokrę­cił głową.

– Nie.

– Nie mam tego za złe tym bied­nym dra­niom. Cofam to, co powie­dzia­łam o tym, że trak­tu­jesz sie­bie zbyt poważ­nie. Kurew­sko dobrze wła­dasz tym mie­czem.

– Zabra­li­ście tę rzecz? – spy­tał pobla­dły z nie­po­koju Rau­bin.

– Tak jest, Rau­bi­nie, ura­to­wa­li­śmy ci skórę. – Gnat otarł usta i zoba­czył na grzbie­cie dłoni krew z przy­gry­zio­nego języka. – Ha. Wyobra­ża­cie sobie, co by było, gdy­by­śmy zosta­wili to drań­stwo?

– Nie lękaj­cie się – rzekł Yon, otwie­ra­jąc torbę. – Wesoły Yon Cum­ber ponow­nie został pie­przo­nym boha­te­rem. – Się­gnął do środka i wycią­gnął przed­miot.

Gnat zamru­gał. Potem zmarsz­czył czoło. Wytę­żył wzrok. Złoto zalśniło w słab­ną­cym świe­tle, a on poczuł, że ogar­nia go przy­gnę­bie­nie, jakiego jesz­cze nie czuł tego dnia.

– Kurwa, to nie to, Yon!

– Nie to?

– To puchar! Chcie­li­śmy tamtą rzecz! – Wbił swój miecz w zie­mię i poma­chał ręką. – Tamtą prze­klętą świe­cącą rzecz!

Yon zmie­rzył go wzro­kiem.

– Nikt mi nie powie­dział, że to ma świe­cić.

Przez chwilę wszy­scy mil­czeli zato­pieni w myślach. Sły­chać było tylko wiatr sze­lesz­czący sta­rymi liśćmi i poru­sza­jący trzesz­czą­cymi gałę­ziami. W końcu Whir­run odchy­lił głowę do tyłu i ryk­nął nie­po­ha­mo­wa­nym śmie­chem. Tak gło­śnym, że dwie wystra­szone wrony zerwały się z gałęzi i leni­wie macha­jąc skrzy­dłami, wzbiły się w niebo.

– Z czego się śmie­jesz, do dia­bła? – burk­nęła Cudna.

Na wykrzy­wio­nej twa­rzy Whir­runa pod kap­tu­rem lśniły łzy rado­ści.

– Mówi­łem, że zaśmieję się, kiedy usły­szę coś zabaw­nego! – Znowu zaniósł się śmie­chem, wygi­na­jąc krę­go­słup jak nacią­gnięty łuk i trzę­sąc się.

– Będzie­cie musieli wró­cić – powie­dział Rau­bin.

– Wró­cić? – szep­nęła Cudna, a na jej ubru­dzo­nej twa­rzy odma­lo­wało się nie­do­wie­rza­nie. – Wró­cić, ty zwa­rio­wany skur­wielu?

– Wie­cie, że w sali wybuchł pożar, prawda? – odburk­nął Brack, wska­zu­jąc potężną, drżącą ręką słup gęst­nie­ją­cego dymu, który wzno­sił się nad wio­ską.

– Jak to? – spy­tał Rau­bin, pod­czas gdy Whir­run znów ryk­nął ku niebu, krztu­sząc się, bul­go­cząc, z tru­dem utrzy­mu­jąc się na nogach.

– No tak, budy­nek się spa­lił, zapewne razem z tą prze­klętą rze­czą.

– No więc… nie wiem… będzie­cie musieli prze­szu­kać popioły!

– A może to cie­bie, kurwa, spa­limy i prze­szu­kamy popioły? – wark­nął Yon, rzu­ca­jąc kie­lich na zie­mię.

Gnat prze­cią­gle wes­tchnął, potarł oczy, a potem skrzy­wił się, spo­glą­da­jąc w stronę tej zasra­nej wio­ski. Za nim chra­pliwy śmiech Whir­runa prze­ni­kał ciem­nie­jące niebo.

– Zawsze – mruk­nął pod nosem. – Dla­czego zawsze musi mi się tra­fić robota głu­piego?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora