Ostre cięciaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wkrótce poja­wiła się czwarta odmiana w postaci kaprala Tunny’ego w wypo­le­ro­wa­nej zbroi poły­sku­ją­cej na słońcu. Ocho­czo niósł napier­śnik Glokty, a w jego oczach lśniło męstwo nie­do­świad­czo­nego mło­dzika, który koniecz­nie chce się spraw­dzić.

– Dzię­kuję – rzekł Glokta, gdy Tunny zapiął paski. Spod przy­mru­żo­nych powiek bacz­nie obser­wo­wał gur­khul­ską kawa­le­rię gro­ma­dzącą się na dru­gim brzegu rzeki. Kolejne konie poja­wiały się z zatrwa­ża­jącą szyb­ko­ścią. – A teraz, kapralu, pro­szę wró­cić do mojego namiotu i spa­ko­wać moje rze­czy.

Na obli­czu Tunny’ego odma­lo­wało się roz­cza­ro­wa­nie.

– Mia­łem nadzieję, że pojadę razem z panem, puł­kow­niku…

– Oczy­wi­ście, że pan na to liczył, i chciał­bym mieć pana u boku, ale jeśli obaj zgi­niemy, to kto dostar­czy moje oso­bi­ste przed­mioty mojej matce?

Młody kapral zamru­gał, wal­cząc ze łzami.

– Ależ panie puł­kow­niku…

– Spo­koj­nie. – Glokta pokle­pał go po ramie­niu. – Nie chciał­bym przed­wcze­śnie prze­ry­wać takiej wybit­nej kariery. Nie wąt­pię, że kie­dyś zosta­nie pan lor­dem mar­szał­kiem. – Glokta odwró­cił się ple­cami do oszo­ło­mio­nego kaprala i prze­stał zwra­cać na niego uwagę. – Kapi­ta­nie Lac­ken­horm, pro­szę przejść się do żoł­nie­rzy i spy­tać, kto się zgła­sza na ochot­nika.

Wydatna grdyka na chu­dej szyi Lac­ken­horma nie­pew­nie pod­sko­czyła.

– Do czego, panie puł­kow­niku? – spy­tał, cho­ciaż zada­nie wyda­wało się jasne, roz­po­ście­rało się w doli­nie poni­żej, niczym efek­towny melo­dra­mat roz­gry­wa­jący się na olbrzy­miej sce­nie.

– Oczy­wi­ście do usu­nię­cia Gur­khul­czy­ków z mostu, ty głupi stary capie. Pro­szę się pośpie­szyć, uzbroić ich i przy­go­to­wać.

Kapi­tan uśmiech­nął się ner­wowo i szybko odda­lił, po dro­dze poty­ka­jąc się o swój miecz. Glokta wsko­czył na ogro­dze­nie, opie­ra­jąc stopy na wyż­szej i niż­szej szta­che­cie.

– Dzi­siaj zamie­rzam dać tym Gur­khul­czy­kom lek­cję, moi dumni chłopcy z pierw­szego pułku Jego Kró­lew­skiej Mości!

Mło­dzi ofi­ce­ro­wie chęt­nie zgro­ma­dzili się wokół niego, jakby byli kacz­kami, a boha­ter­skie fra­zesy Glokty okru­chami chleba.

– Nie będę nikogo zmu­szał, niech decy­zja pozo­sta­nie kwe­stią sumie­nia każ­dego z was! – Wykrzy­wił wargi. – A ty, Rews? Poczła­piesz za nami?

Rews uznał, że jego sumie­nie zapewne mogłoby znieść taki cię­żar.

– O niczym tak nie marzę jak o dołą­cze­niu do szarży, panie puł­kow­niku, ale moja noga…

Glokta par­sk­nął.

– Dosko­nale rozu­miem. W końcu dźwi­ga­nie takiego sadła to wyzwa­nie dla każ­dej nogi. Nie chciał­bym obar­czać podob­nym brze­mie­niem nie­win­nego wierz­chowca. – Roz­le­gły się śmie­chy. – Nie­któ­rzy męż­czyźni są powo­łani do wiel­kich czy­nów. Inni… do tego, co ty robisz. Oczy­wi­ście jesteś uspra­wie­dli­wiony, Rews. Jak mogłoby być ina­czej?

Miaż­dżąca obe­lga uto­nęła w fali ulgi. W końcu ten się śmieje, kto się śmieje ostatni, a Rews wąt­pił, czy za godzinę któ­re­mu­kol­wiek z jego prze­śla­dow­ców będzie do śmie­chu.

– Panie puł­kow­niku – ode­zwał się West, gdy Glokta ze zwin­no­ścią akro­baty sko­czył z ogro­dze­nia na grzbiet konia. – Jest pan pewien, że musimy to robić?

– A kto inny się tym zaj­mie? – spy­tał Glokta, szar­piąc wodze i sta­now­czo osa­dza­jąc swo­jego rumaka na miej­scu.

– Wielu ludzi z pew­no­ścią pole­gnie. Oni mają rodziny.

– Ow­szem, tak się zapewne sta­nie. W końcu to wojna, porucz­niku. – Inni ofi­ce­ro­wie roze­śmiali się słu­żal­czo. – Wła­śnie po to tutaj jeste­śmy.

– Oczy­wi­ście, puł­kow­niku. – West prze­łknął ślinę. – Kapralu Tunny, pro­szę osio­dłać mojego wierz­chowca…

– Nie, porucz­niku West – prze­rwał mu Glokta. – Chciał­bym, żeby pan został tutaj.

– Jak to, puł­kow­niku?

– Kiedy wszystko się skoń­czy, będę potrze­bo­wał kilku ofi­ce­rów, któ­rzy potra­fią odróż­nić swoją dupę od pary melo­nów. – Posłał pio­ru­nu­jące spoj­rze­nie Rew­sowi, który nieco pod­cią­gnął wygnie­cione spodnie. – Poza tym podej­rze­wam, że pań­ska sio­stra wyro­śnie na nie­złe ziółko. Nie mogę jej pozba­wić pań­skiego otrzeź­wia­ją­cego wpływu, prawda?

– Ależ puł­kow­niku, powi­nie­nem…

– Nic z tego, West. Zosta­nie pan tutaj, to roz­kaz.

West otwo­rzył usta, jakby chciał coś powie­dzieć, ale po chwili roz­sąd­nie je zamknął i sztywno zasa­lu­to­wał. Kapral Tunny zro­bił to samo, a w kąciku jego oka zabły­sła łza. Rews ze wsty­dem poszedł w ich ślady, oszo­ło­miony prze­ra­że­niem i zachwy­tem, jakie ogar­niały go na myśl o wszech­świe­cie pozba­wio­nym Glokty.

Puł­kow­nik się do nich wyszcze­rzył, uka­zu­jąc pełny gar­ni­tur ide­al­nie bia­łych zębów, na które trudno było patrzeć w jaskra­wym świe­tle słońca.

– Ależ pano­wie, nie roz­kle­jaj­cie się. Wrócę, zanim się zorien­tu­je­cie!

Szarp­nął wodze, zmu­sza­jąc konia do sta­nię­cia dęba, przez chwilę nie­ru­cho­mie­jąc na tle jasnego nieba jak posąg boha­tera, a Rews zadu­mał się, czy zie­mia kie­dy­kol­wiek nosiła pięk­niej­szego dra­nia.

Potem kurz opadł mu na twarz, gdy Glokta poga­lo­po­wał w dół zbo­cza.

W stronę mostu.

Drobne przy­sługi (Zachodni Port, jesień 573)

Drobne przy­sługi

Zachodni Port, jesień 573

Kiedy Shev rano przy­szła otwo­rzyć lokal, czy­jeś duże, brudne bose stopy ster­czały zza drzwi jej palarni.

Kie­dyś mogłoby ją to zaszo­ko­wać, ale ostat­nie dwa lata spra­wiły, że stała się odporna na szok.

– Ej! – zawo­łała, pod­cho­dząc z zaci­śnię­tymi pię­ściami.

Kto­kol­wiek leżał twa­rzą do ziemi na jej progu, albo posta­no­wił się nie ruszać, albo nie był w sta­nie tego zro­bić. Stopy łączyły się z dłu­gimi nogami odzia­nymi w podarte, popla­mione spodnie, dalej znaj­do­wał się poszar­pany i upa­prany płaszcz, a na końcu wepchnięta w brudny kąt za drzwiami, splą­tana długa ruda czu­pryna pokryta gałąz­kami i pyłem.

To nie­wąt­pli­wie był potężny męż­czy­zna. Dłoń, którą Shev dostrze­gła, była długa jak jej stopa, poprze­ci­nana sia­teczką żył, ubru­dzona i nazna­czona stru­pami na knyk­ciach. Miała jed­nak nie­ty­powy kształt. Była dziw­nie smu­kła.

– Ej! – Shev dźgnęła czub­kiem buta płaszcz męż­czy­zny w miej­scu, w któ­rym powi­nien się znaj­do­wać jego tyłek.

Żad­nej reak­cji.

Za sobą usły­szała kroki.

– Dzień dobry, sze­fowo. – Seve­rard przy­szedł do pracy. Ten chło­pak ni­gdy się nie spóź­niał. Nie był naj­so­lid­niej­szym pra­cow­ni­kiem, ale jego punk­tu­al­no­ści nie można było nic zarzu­cić. – Co tam zło­wi­łaś?

– Morze wyrzu­ciło na mój próg jakąś dzi­waczną rybę. – Shev odgar­nęła rude włosy i zmarsz­czyła nos, gdy zauwa­żyła, że są poskle­jane od krwi.

– Pijany?

– To babka.

Spod wło­sów wyło­niła się kobieca twarz. Miała sil­nie zary­so­waną szczękę i grubo cio­sane rysy, a jej bladą skórę pokry­wało tak wiele czar­nych stru­pów, czer­wo­nych otarć i fio­le­to­wych siń­ców, że Shev aż się skrzy­wiła, cho­ciaż rzadko widy­wała ludzi, któ­rzy nie mieli cho­ciaż kilku ran.

Seve­rard gwizd­nął cicho.

– Cał­kiem spora.

– A ktoś nie­źle ją spo­nie­wie­rał. – Shev nachy­liła się i zbli­żyła poli­czek do stłu­czo­nych ust kobiety; usły­szała cichy rzę­żący oddech. – Żyje.

Następ­nie odsu­nęła się i przy­sia­dła z nad­garst­kami wspar­tymi na kola­nach, zasta­na­wia­jąc się, co robić. Daw­niej bez waha­nia pako­wała się w każdą awan­turę, miała jed­nak wra­że­nie, że obec­nie znacz­nie trud­niej jest jej uciec przed kon­se­kwen­cjami. Wydęła policzki i wes­tchnęła znie­chę­cona.

– Cóż, zda­rza się – zauwa­żył Seve­rard.

– Nie­stety tak.

– Ale to nie nasz pro­blem, prawda?

– Na szczę­ście nie.

– Chcesz, żebym ją wywlekł na ulicę?

– Ow­szem, bar­dzo tego chcę. – Shev prze­wró­ciła oczami i ponow­nie wes­tchnęła, być może jesz­cze bar­dziej znie­chę­cona niż poprzed­nio. – Ale myślę, że będzie lepiej, jeśli wcią­gniemy ją do środka.

– Jesteś pewna, sze­fowo? Pamię­tasz ostatni raz, kiedy komuś pomo­gli­śmy…

– Pewna? Nie.

Shev nie wie­działa, dla­czego pomimo całego gówna, które spa­dło na nią w życiu, wciąż odczuwa potrzebę wyświad­cza­nia innym drob­nych przy­sług. Może wła­śnie dla­tego? Może w jej wnę­trzu znaj­duje się jakaś uparta cząstka, jak pestka w dak­tylu, która nie pozwala, by to, co ją spo­tkało, zmie­niło ją samą w gówno. Prze­krę­ciła klucz w zamku i łok­ciem otwo­rzyła roz­chwiane drzwi.

– Złap ją za stopy.

Kiedy się pro­wa­dzi Dom Dymu, trzeba sobie radzić z prze­no­sze­niem bez­wład­nych ciał, jed­nak naj­now­szy obiekt nie­chęt­nej życz­li­wo­ści Shev oka­zał się nie lada wyzwa­niem.

– Niech to zaraza – stęk­nął Seve­rard, wytrzesz­cza­jąc oczy, kiedy nie­śli kobietę kory­ta­rzem cuch­ną­cym stę­chli­zną, szo­ru­jąc jej ple­cami o klepki. – Z czego ona jest zro­biona, z kowa­deł?

– Kowa­dła są lżej­sze – jęk­nęła Shev przez zaci­śnięte zęby, zata­cza­jąc się na boki i zde­rza­jąc z obła­żą­cymi ścia­nami.

Wes­tchnęła, otwie­ra­jąc kop­nia­kiem drzwi swo­jego gabi­netu, a raczej schowka na mio­tły, który nazy­wała gabi­ne­tem. Napięła wszyst­kie obo­lałe mię­śnie, dźwi­gnęła kobietę, ude­rza­jąc jej bez­władną głową o fra­mugę, po czym wcią­gnęła ją do środka. Następ­nie potknęła się o mio­tłę i z roz­pacz­li­wym skrze­kiem runęła do tyłu na posła­nie, a kobieta upa­dła na nią.

Shev lubiła cza­sem zna­leźć się pod jakimś rudziel­cem, wolała jed­nak dzie­lić łóżko z kimś, kto jest cho­ciaż czę­ściowo przy­tomny, a także ład­niej pach­nie, przy­naj­mniej na początku. Nie­zna­joma tymcza­sem cuch­nęła kwa­śnym potem, zgni­li­zną i koń­cem świata.

 

– Tak się koń­czy wyświad­cza­nie przy­sług – zauwa­żył Seve­rard, chi­cho­cząc pod nosem. – Kło­poty zwa­lają nam się na głowę.

– Będziesz chi­cho­tał czy mi pomo­żesz, dra­niu? – wark­nęła Shev, gra­mo­ląc się z posła­nia pośród skrzy­pie­nia polu­zo­wa­nych sprę­żyn.

Zarzu­ciła nogi kobiety na łóżko i zoba­czyła, że jej stopy znacz­nie wystają poza kra­wędź. To nie był duży mebel, lecz kiedy ona na nim leżała, przy­po­mi­nał posła­nie dziecka. Poszar­pany płaszcz się roz­chy­lił, a popla­miona skó­rzana kami­zela, która znaj­do­wała się pod spodem, zadarła się do góry.

Kiedy Shev przez rok włó­czyła się z trupą wędrow­nych arty­stów, towa­rzy­szył im siłacz, na któ­rego wołano Nie­sa­mo­wity Zara­quon, cho­ciaż naprawdę nazy­wał się Run­kin. Roz­bie­rał się od pasa w górę, nacie­rał oliwą i pod­no­sił różne cięż­kie przed­mioty ku ucie­sze publicz­no­ści, cho­ciaż kiedy już zszedł ze sceny i wytarł się ręcz­ni­kiem, nie można było namó­wić tego leni­wego chama, żeby pod­niósł dla cie­bie choćby piórko. Jego brzuch skła­dał się ze ster­czą­cych węzłów mię­śni, zupeł­nie jakby pod napiętą skórą był zbu­do­wany z drewna, a nie mięsa.

Blada talia tej kobiety przy­po­mi­nała Shev ciało Nie­sa­mo­wi­tego Zara­qu­ona, cho­ciaż była węż­sza, bar­dziej wydłu­żona i szczu­plej­sza. Widać było, jak z każ­dym płyt­kim odde­chem poru­szają się mię­śnie pomię­dzy żebrami. Tyle że zamiast oliwy brzuch pokry­wały czarne, nie­bie­skie i fio­le­towe sińce, a także wid­niała tam potężna czer­wona pręga, która wyglą­dała jak ślad po bar­dzo nie­przy­ja­znym spo­tka­niu z topo­rem.

Seve­rard cicho gwizd­nął.

– Solid­nie ją pobili, co nie?

– Ow­szem.

Shev, która dobrze wie­działa, jakie to uczu­cie, skrzy­wiła się i opu­ściła kami­zelę kobiety, a następ­nie nakryła ją kocem. Otu­liła ją wokół szyi, cho­ciaż czuła się przy tym głu­pio, a kobieta coś mruk­nęła, prze­wró­ciła się na bok, tak że pozle­piane włosy opa­dły jej na usta, i zaczęła chra­pać.

– Słod­kich snów – szep­nęła Shev, cho­ciaż sama ni­gdy ich nie mie­wała.

Tak naprawdę wcale nie było jej tutaj potrzebne łóżko, ale ktoś, kto przez kilka lat nie miał bez­piecz­nego miej­sca do spa­nia, przy­go­to­wuje sobie posła­nie w każ­dym choćby odro­binę spo­koj­nym zakątku. Odpę­dziła wspo­mnie­nia i wygo­niła Seve­rarda na kory­tarz.

– Otwórz drzwi. Inte­res nie kręci się na tyle dobrze, żeby­śmy mogli tra­cić klien­tów.

– Ludzie naprawdę potrze­bują plew z samego rana? – spy­tał Seve­rard, sta­ra­jąc się zetrzeć smugę krwi kobiety ze swo­jej dłoni.

– Jeśli ktoś chce zapo­mnieć o swo­ich pro­ble­mach, po co miałby się z nimi męczyć do obiadu?

W świe­tle dnia Dom Dymu w niczym nie przy­po­mi­nał kuszą­cej jaskini cudów, jaką Shev sobie wyma­rzyła, kiedy kupo­wała ten lokal. Oparła dło­nie na bio­drach, rozej­rzała się i ponow­nie wes­tchnęła znie­chę­cona. Prawdę mówiąc, wnę­trze bar­dziej przy­po­mi­nało klo­akę. Klepki były popę­kane, popla­mione i pełne drzazg, poduszki tłu­ste jak baolicka kuch­nia, a jedna z tanich dra­pe­rii ode­rwała się, uka­zu­jąc zaple­śniały tynk. Dzwonki modli­tewne na półce były jedy­nym ele­men­tem wystroju, który miał nieco klasy. Shev z uczu­ciem pogła­skała naj­więk­szy z nich, po czym sta­nęła na pal­cach, żeby przy­piąć naroż­nik dra­pe­rii, dzięki czemu przy­naj­mniej ukryła widok ple­śni, choć jej woń, przy­po­mi­na­jąca smród zgni­łych cebul, wciąż pozo­sta­wała wyraź­nie wyczu­walna.

Nawet tak wytrawna oszustka jak Shev nie była w sta­nie prze­ko­nać takiej naiw­niaczki jak Shev, że to nie jest klo­aka. Ale to była jej klo­aka, a ona miała plany jej ulep­sze­nia. Zawsze miała jakieś plany.

– Wyczy­ści­łeś fajki? – spy­tała, kiedy Seve­rard otwo­rzył drzwi i odsu­nął zasłonę.

– Ludzie, któ­rzy tutaj przy­cho­dzą, nie dbają o to, czy fajki są czy­ste, sze­fowo.

Shev zmarsz­czyła czoło.

– Ja o to dbam. Może nasz lokal nie jest naj­więk­szy ani naj­wy­god­niej­szy i nie mamy naj­lep­szych plew – unio­sła brwi, spo­glą­da­jąc na prysz­czatą twarz Seve­rarda – ani naj­ład­niej­szych pra­cow­ni­ków, któ­rzy je zapa­lają, ale co sta­nowi naszą prze­wagę nad kon­ku­ren­cją?

– Jeste­śmy tani?

– Nie, nie, nie. – Przez chwilę się zasta­na­wiała. – To zna­czy tak. Ale co jesz­cze?

Seve­rard wes­tchnął.

– Obsługa klienta?

– Dzyń – odrze­kła Shev, stu­ka­jąc pal­cem w naj­więk­szy z dzwon­ków modli­tew­nych, który wydał nie­biań­ski dźwięk. – Zatem wyczyść fajki, ty leniwy gnojku, i roz­pal węgle.

Seve­rard nadął policzki pokryte deli­kat­nym zaro­stem, który miał mu nadać męski wygląd, ale spra­wiał, że wyglą­dał jesz­cze bar­dziej chło­pięco.

– Tak, sze­fowo.

Kiedy wyszedł tyl­nymi drzwiami, Shev usły­szała kroki zbli­ża­jące się od frontu i oparła dło­nie o kon­tuar – a raczej pocięty stół rzeź­ni­czy, który zna­la­zła na śmiet­ni­sku i wypo­le­ro­wała – przy­bie­ra­jąc pro­fe­sjo­nalną postawę. Nauczyła się jej od Gusmana sprze­dawcy dywa­nów, który był naj­lep­szym han­dla­rzem, jakiego znała. Samym wyglą­dem potra­fił prze­ko­nać klienta, że dywan sta­nowi roz­wią­za­nie wszyst­kich jego pro­ble­mów. Pro­fe­sjo­na­lizm opu­ścił ją, gdy tylko zoba­czyła, kto wszedł do lokalu.

– Car­colf – wes­tchnęła.

Mój Boże, Car­colf zawsze ozna­czała kło­poty. Wyso­kie, piękne blond kło­poty o słod­kim zapa­chu, słod­kim uśmie­chu, szyb­kim umy­śle i szyb­kich pal­cach. Sub­telna jak deszcz i godna zaufa­nia jak wiatr. Shev zmie­rzyła ją wzro­kiem. Jej oczy nie pozo­sta­wiły jej wyboru.

– No tak, mój dzień wła­śnie stał się lep­szy – szep­nęła.

– Mój także – odrze­kła Car­colf, mija­jąc zasłonę w taki spo­sób, że pro­mie­nie słońca pod­świe­tliły jej włosy od tyłu. – Daw­no­śmy się nie widziały, She­ve­dieh.

Pomiesz­cze­nie wyglą­dało znacz­nie lepiej dzięki obec­no­ści Car­colf. Nie dałoby się zna­leźć pięk­niej­szej ozdoby na żad­nym baza­rze w Zachod­nim Por­cie. Jej ubra­nie nie było obci­słe, ale odsta­wało we wszyst­kich wła­ści­wych miej­scach, poza tym potra­fiła nie­sa­mo­wi­cie krę­cić bio­drami. Boże, co za bio­dra. Poru­szały się na wszyst­kie strony, jakby nie były przy­mo­co­wane do krę­go­słupa. Shev sły­szała, że Car­colf kie­dyś była tan­cerką. Dzień, w któ­rym zre­zy­gno­wała, nie­wąt­pli­wie był stratą dla branży tanecz­nej i zyskiem dla świata oszu­stów.

– Wpa­dłaś zapa­lić? – spy­tała Shev.

Car­colf się uśmiech­nęła.

– Lubię mieć przy­tomny umysł. W prze­ciw­nym razie jak można się cie­szyć życiem?

– To pew­nie zależy od tego, czy nasze życie daje nam powody do rado­ści.

– Moje ow­szem – odrze­kła, plą­sa­jąc po lokalu, jakby ten nale­żał do niej, a Shev była tylko miłym gościem. – Co sądzisz o Talin­sie?

– Ni­gdy mi się tam nie podo­bało – mruk­nęła Shev.

– Mam tam pracę.

– Zawsze uwiel­bia­łam to mia­sto.

– Potrze­buję part­nera. – Dzwonki modli­tewne wcale nie znaj­do­wały się nisko, jed­nak Car­colf pochy­liła się, żeby dokład­nie im się przyj­rzeć. Wyda­wało się, że zro­biła to cał­kiem nie­win­nie, lecz Shev wąt­piła, czy Car­colf kie­dy­kol­wiek w swoim życiu zro­biła coś nie­win­nego. Zwłasz­cza kiedy się pochy­lała. – Potrze­buję kogoś, komu mogę zaufać. Kto będzie pil­no­wał mojego tyłka.

Głos Shev stał się chra­pliwy.

– Jeśli tego szu­kasz, to przy­szłaś do wła­ści­wej dziew­czyny, ale… – Ode­rwała od niej wzrok, gdy jej umysł zaczął się dobi­jać jak nie­pro­szony gość. – Nie tylko tego potrze­bu­jesz, prawda? Podej­rze­wam, że nie zaszko­dzi­łoby, gdyby twój nowy part­ner potra­fił posłu­żyć się wytry­chem albo dobrać do czy­jejś kie­szeni.

Car­colf wyszcze­rzyła zęby, zupeł­nie jakby ten pomysł dopiero teraz przy­szedł jej do głowy.

– Ow­szem, nie zaszko­dzi­łoby. Ale rów­nie ważne, by ta osoba potra­fiła trzy­mać gębę na kłódkę. – Zbli­żyła się do Shev i popa­trzyła na nią z góry, gdyż była o dobre kilka cali wyż­sza. Jak więk­szość ludzi. – Oczy­wi­ście, nie licząc chwil, gdy będę chciała, by miała otwarte usta…

– Nie jestem idiotką.

– Nie przy­da­ła­byś mi się, gdyby było ina­czej.

– Jeśli z tobą pójdę, zapewne skoń­czę porzu­cona w jakiejś bocz­nej uliczce i nie zosta­nie mi nic poza ubra­niem, które mam na grzbie­cie.

Car­colf nachy­liła się jesz­cze bli­żej i ode­zwała się szep­tem, a Shev oszo­ło­mił jej zapach, znacz­nie atrak­cyj­niej­szy niż zgniłe cebule czy spo­cona ruda nie­zna­joma.

– Wyobra­żam sobie, jak leżysz, i to bez ubra­nia.

Shev pisnęła jak zardze­wiały zawias. Mimo to zdo­łała się powstrzy­mać i nie chwy­ciła się Car­colf jak tonąca dziew­czyna prze­pięk­nego dry­fu­ją­cego pnia. Zbyt długo myślała tym, co ma mię­dzy nogami. Naj­wyż­szy czas wyko­rzy­stać to, co ma mię­dzy uszami.

– Już nie zaj­muję się takimi rze­czami. Muszę się zaj­mo­wać loka­lem. No i opie­ko­wać Seve­rar­dem…

– Wciąż pró­bu­jesz napra­wić świat?

– Nie cały. Tylko naj­bliż­szy kawa­łek.

– Nie możesz trosz­czyć się o każdą przy­błędę, She­ve­dieh.

– Nie o każdą. Tylko o tę jedną. – Pomy­ślała o potęż­nej kobie­cie w swoim łóżku. – Naj­wy­żej o kilka…

– Wiesz, że on się w tobie kocha.

– Ja mu tylko pomo­głam.

– Wła­śnie dla­tego się zako­chał. Nikt inny tak go nie potrak­to­wał. – Car­colf wycią­gnęła rękę i deli­kat­nie odgar­nęła opuszką palca nie­sforny kosmyk wło­sów z twa­rzy Shev, a następ­nie wes­tchnęła. – Bie­da­czyna nie wie, że puka do nie­wła­ści­wych drzwi.

Shev chwy­ciła ją za nad­gar­stek i odsu­nęła rękę Car­colf. Jeśli nawet jesteś drobna, to nie zna­czy, że ludzie mogą cię roz­sta­wiać po kątach.

– Nie on jedyny. – Popa­trzyła Car­colf w oczy, sta­ra­jąc się mówić spo­koj­nym, zrów­no­wa­żo­nym gło­sem. – Bóg jeden wie, że podo­bają mi się twoje sztuczki, ale wola­ła­bym, żebyś prze­stała. Jeśli pra­gniesz mnie dla mnie samej, to moje drzwi zawsze są dla cie­bie otwarte, a nogi roz­chy­lone. Ale jeśli zamie­rzasz mnie wyci­snąć jak cytrynę i wyrzu­cić w Talin­sie, to bez obrazy, ale nic z tego.

Car­colf skrzy­wiła się i spu­ściła wzrok. Nie wyglą­dało to tak ład­nie jak jej uśmiech, ale było znacz­nie bar­dziej szczere.

– Nie wiem, czy podo­ba­ła­bym ci się bez tych sztu­czek.

– Może spraw­dzimy?

– Mam zbyt wiele do stra­ce­nia – wyszep­tała Car­colf i uwol­niła nad­gar­stek, a kiedy pod­nio­sła wzrok, jej spoj­rze­nie znów nie było szczere. – Cóż, jeśli zmie­nisz zda­nie… będzie za późno. – Rzu­ca­jąc przez ramię uśmiech zabój­czy jak ostrze noża, wyszła z lokalu.

Boże, jak ona cho­dzi. Pły­nie jak syrop w cie­pły dzień. Gdzie się tego nauczyła? Ćwi­czyła przed lustrem? Pew­nie tak, po kilka godzin dzien­nie.

Drzwi się zamknęły i czar prysł, a Shev ponow­nie ciężko wes­tchnęła.

– Czy to była Car­colf? – spy­tał Seve­rard.

– Ow­szem – mruk­nęła Shev tęsk­nie, wciąż czu­jąc ślad tego nie­biań­skiego zapa­chu, który wal­czył w jej noz­drzach z wonią ple­śni.

– Nie ufam tej suce.

Shev par­sk­nęła.

– Bar­dzo, kurwa, słusz­nie.

– Gdzie ją pozna­łaś?

– Tu i tam. – W oko­li­cach swo­jego łóżka, choć ni­gdy w nim samym.

– Wydaje się, że jeste­ście sobie bli­skie – zauwa­żył Seve­rard.

– Nie tak bli­skie, jak bym chciała – szep­nęła Shev. – Wyczy­ści­łeś fajki?

– Tak.

Shev ponow­nie usły­szała odgłos otwie­ra­nych drzwi i obró­ciła się z uśmie­chem, który łączył w sobie wyraz twa­rzy sprze­dawcy dywa­nów i wyposz­czo­nej kochanki. Może to Car­colf wró­ciła, uznaw­szy, że jed­nak pra­gnie Shev dla niej samej.

– O Boże – szep­nęła, posęp­nie­jąc. Zazwy­czaj potrze­bo­wała nieco wię­cej czasu, żeby poża­ło­wać jakiejś decy­zji.

– Dzień dobry, She­ve­dieh – powie­dział Cran­dall.

Jego poja­wie­nie się rów­nież ozna­czało kło­poty, i to mniej przy­jem­nego rodzaju.

Był szczu­ro­wa­tym śmie­ciem, chu­dym w ramio­nach i sła­bym na umy­śle, z różo­wymi oczkami i ciek­ną­cym nosem, ale zara­zem synem Horalda Palu­cha, co czy­niło go kimś waż­nym w tym mie­ście. Szczu­ro­waty śmieć dzier­żący wła­dzę, na którą nie zasłu­żył, a która spra­wiała, że był popę­dli­wie bru­talny, draż­li­wie zło­śliwy i zazdro­sny o wszystko, co mieli inni, a czego jemu bra­ko­wało. A tak się skła­dało, że każdy miał coś takiego, cho­ciażby talent, wygląd czy odro­binę sza­cunku do sie­bie.

 

Shev ponow­nie przy­wo­łała pro­fe­sjo­nalny uśmiech, choć trudno było o bar­dziej nie­chcia­nego gościa.

– Dzień dobry, Cran­dallu. Dzień dobry, Maso­nie.

Mason schy­lił się i wszedł do palarni w ślad za swoim sze­fem. A przy­naj­mniej synem szefa. Był jed­nym z chło­pa­ków Horalda z daw­nych cza­sów, miał sze­roką twarz poprze­ci­naną bli­znami, uszy jak kala­fior i nos, który tak czę­sto był łamany, że przy­po­mi­nał bez­kształtną rzepę. Trudno o tward­szego dra­nia w całym Zachod­nim Por­cie, gdzie twar­dych drani jest pod dostat­kiem. Popa­trzył na Shev, schy­la­jąc się pod niskim sufi­tem, a następ­nie prze­pra­sza­jąco poru­szył ustami, jakby chciał powie­dzieć: „Wybacz, ale to nie jest mój pomysł, tylko tego głupca”.

Wspo­mniany głu­piec wpa­try­wał się w modli­tewne dzwonki, do któ­rych nie musiał się schy­lać, a jego twarz wykrzy­wiał pogar­dliwy gry­mas.

– Co to jest? Dzwonki?

– Dzwonki modli­tewne – wyja­śniła Shev. – Z Thondu.

Sta­rała się zacho­wać spo­kój, gdy kolejni trzej męż­czyźni wci­snęli się do lokalu za Maso­nem. Usi­ło­wali spra­wiać groźne wra­że­nie, ale pomiesz­cze­nie było tak cia­sne, że mogli jedy­nie wyglą­dać nie­zręcz­nie. Jeden miał twarz całą w bli­znach po daw­nych wrzo­dach i wytrzesz­czone oczy, drugi, ubrany w za duży skó­rzany płaszcz, zaplą­tał się w zasłonę i pra­wie ją zerwał, a trzeci trzy­mał dło­nie głę­boko w kie­sze­niach z wyra­zem twa­rzy, który ostrze­gał, że ma tam noże. Zapewne tak było.

Shev wąt­piła, czy kie­dy­kol­wiek odwie­dziło ją tylu ludzi jed­no­cze­śnie. Nie­stety, od tych gości nie nale­żało się spo­dzie­wać zapłaty. Zer­k­nęła na Seve­rarda, a gdy zoba­czyła, że ten ner­wowo prze­stę­puje z nogi na nogę i obli­zuje usta, wycią­gnęła dłoń, aby go uspo­koić, cho­ciaż musiała przy­znać, że sama wcale nie jest spo­kojna.

– Nie sądzi­łem, że inte­re­suje cię modli­twa – rzekł Cran­dall, patrząc na dzwonki ze zmarsz­czo­nym nosem.

– Nie inte­re­suje – odparła Shev. – Po pro­stu mi się podo­bają. Nadają loka­lowi udu­cho­wiony kli­mat. Chcesz zapa­lić?

– Nie, a gdy­bym chciał, to nie przy­szedł­bym do takiej zasra­nej dziury.

Zapa­dła cisza, aż w końcu dzio­baty męż­czy­zna nachy­lił się w stronę Shev.

– Powie­dział, że to zasrana dziura!

– Sły­sza­łam – odrze­kła Shev. – W takim małym pomiesz­cze­niu dźwięk dobrze się nie­sie. Dobrze wiem, że to zasrana dziura. Mam plan, jak to zmie­nić.

Cran­dall się uśmiech­nął.

– Ty zawsze masz jakieś plany, Shev. Ale ni­gdy nic z nich nie wynika.

To prawda, a prze­waż­nie dzieje się tak z powodu takich drani.

– Może mój los się odmieni – odpo­wie­działa. – Czego chcesz?

– Chcę, żebyś coś dla mnie ukra­dła. Po cóż innego przy­cho­dził­bym do zło­dziejki?

– Już nie jestem zło­dziejką.

– Oczy­wi­ście, że jesteś. Jesteś zło­dziejką, która bawi się w pro­wa­dze­nie gów­nia­nej palarni. Poza tym jesteś mi coś winna.

– Niby za co?

Twarz Cran­dalla wykrzy­wiła się w zło­śli­wym uśmie­chu.

– Za każdy dzień, który spę­dzasz bez poła­ma­nych nóg.

Shev prze­łknęła ślinę. Wyglą­dało na to, że Cran­dall zdo­łał zostać jesz­cze więk­szym dra­niem.

Nagle zadud­nił niski głos Masona, cichy i uspo­ka­ja­jący.

– To zwy­kłe mar­no­traw­stwo. Zachodni Port stra­cił pie­kiel­nie dobrą zło­dziejkę, a zyskał prze­ciętną han­dlarkę ple­wami. Ile masz lat? Dzie­więt­na­ście?

– Dwa­dzie­ścia jeden. – Cho­ciaż cza­sami miała wra­że­nie, że sto. – Zosta­łam obda­ro­wana mło­dzień­czym bla­skiem.

– Jesteś zde­cy­do­wa­nie za młoda na eme­ry­turę.

– Myślę, że jestem w odpo­wied­nim wieku – odparła Shev. – Wciąż żyję.

– To może się zmie­nić – odrzekł Cran­dall. Pod­szedł rów­nie bli­sko, jak wcze­śniej Car­colf, ale jego bli­skość była znacz­nie mniej pożą­dana.

– Daj damie nieco prze­strzeni – ode­zwał się Seve­rard, but­nie wysu­wa­jąc dolną wargę.

Cran­dall par­sk­nął.

– Damie? Popier­do­liło cię, chłop­cze?

Shev zoba­czyła, że Seve­rard trzyma za ple­cami kij. Był to solidny kawał drewna, ide­alny, żeby zdzie­lić kogoś w głowę. Jed­nak ostat­nim, czego pra­gnęła, było to, żeby chło­pak zaata­ko­wał Cran­dalla. Mason wetknąłby mu ten kij w dupę.

– Może wyj­dziesz poza­mia­tać podwórko? – rze­kła Shev.

Seve­rard popa­trzył na nią z zaci­śnię­tymi zębami, gotowy do dzia­ła­nia. Boże, co za głu­piec, może rze­czy­wi­ście się w niej zako­chał.

– Nie chcę…

– Wyjdź tyl­nymi drzwiami. Nic mi nie będzie.

Prze­łknął ślinę, jesz­cze raz zer­k­nął na osił­ków, a następ­nie wymknął się z lokalu.

Shev gło­śno gwizd­nęła, ścią­ga­jąc na sie­bie wszyst­kie spoj­rze­nia. Dosko­nale wie­działa, jak to jest nie mieć wyboru.

– Tamta rzecz, którą mia­ła­bym ukraść. Jeśli to zro­bię, na tym koniec?

Cran­dall wzru­szył ramio­nami.

– Może tak. Może nie. Zależy, czy znów nie zechcę, żeby coś dla mnie ukra­dziono, prawda?

– To zna­czy czy twój tatuś tego nie zechce.

Cran­dal­lowi zadrżała powieka. Nie lubił, gdy mu przy­po­mi­nano, że jest tylko małym palan­tem pozo­sta­ją­cym w cie­niu swo­jego taty. Nie­stety, Shev zawsze mówiła nie to, co należy. Albo to, co należy, ale w nie­wła­ści­wej chwili. A cza­sami to, co należy, i we wła­ści­wej chwili, lecz nie­wła­ści­wej oso­bie.

– Zro­bisz, co ci każę, ty mała cipo­żerko – rzu­cił jej w twarz – albo spalę cię razem z twoją zasraną dziurą i tymi jeba­nymi dzwon­kami!

Mason wes­tchnął z obrzy­dze­niem, wydy­ma­jąc dzio­bate policzki, jakby chciał powie­dzieć: „To szczu­ro­waty śmieć, ale co ja mogę?”.

Shav wbiła wzrok w Cran­dalla. Miała ogromną ochotę zdzie­lić go głową w twarz. Pra­gnęła tego z całych sił. Tacy dra­nie krę­cili się wokół niej przez całe jej życie. Warto byłoby cho­ciaż raz się odgryźć. Wie­działa jed­nak, że może się tylko uśmiech­nąć. Gdyby skrzyw­dziła Cran­dalla, Mason skrzyw­dziłby ją dzie­sięć razy bar­dziej. Nie byłby tym zachwy­cony, ale by to zro­bił. Zara­biał na życie, robiąc rze­czy, na które nie miał ochoty. Jak wszy­scy.

Shev prze­łknęła ślinę. Sta­rała się, by jej wście­kłość wyglą­dała jak strach. Tacy ludzie jak ona zawsze dostają kiep­skie karty.

– Chyba nie mam wyboru.

Cran­dall uśmiech­nął się, dmu­cha­jąc jej w twarz cuch­ną­cym odde­chem.

– A kto go ma?

***

Ni­gdy nie patrz na zie­mię, oto klucz do suk­cesu.

Shev sie­działa okra­kiem na śli­skim pochy­łym dachu, a popę­kane dachówki bole­śnie dźgały ją w kro­cze, gdy powoli posu­wała się naprzód, myśląc o tym, że znacz­nie bar­dziej wola­łaby sie­dzieć na Car­colf. Na zatło­czo­nej ulicy po jej pra­wej stro­nie jacyś pijani idioci zde­cy­do­wa­nie za gło­śno recho­tali z jakie­goś żartu, a ktoś inny traj­ko­tał po sul­jucku, z czego Shev rozu­miała co trzy­dzie­ste słowo. W pustej uliczce po jej lewej stro­nie pano­wał spo­kój.

Przy­su­nęła się do komina, pochy­la­jąc się – kolejny cień w ciem­no­ści – a następ­nie zarzu­ciła na niego pętlę. Komin spra­wiał solidne wra­że­nie, ale dla pew­no­ści mocno szarp­nęła linę. Varini zwykł jej mówić, że nic nie waży, a jed­nak pew­nego razu ode­rwała nie­mal cały komin i spa­dłaby na ulicę przy­gnie­ciona pół­to­nową stertą gruzu, gdyby nie szczę­śli­wie umiej­sco­wiony gzyms.

Ostroż­nie, ostroż­nie, na tym to polega, ale odro­bina szczę­ścia też nie zaszko­dzi. Serce waliło jej jak mło­tem, więc wzięła głę­boki oddech, pró­bu­jąc je uspo­koić. Po pro­stu wyszła z wprawy. Była naj­lep­szą zło­dziejką w Zachod­nim Por­cie, każdy o tym wie­dział. Wła­śnie dla­tego nie pozwa­lali jej odejść. Dla­tego ona sama na to nie pozwa­lała. To było jej bło­go­sła­wień­stwo, a zara­zem prze­kleń­stwo.

– Naj­lep­sza zło­dziejka w Zachod­nim Por­cie – szep­nęła i ześli­zgnęła się na linie do kra­wę­dzi dachu, po czym zer­k­nęła w dół. Zoba­czyła dwóch straż­ni­ków pil­nu­ją­cych drzwi; blask lamp odbi­jał się od ich heł­mów.

Zgod­nie z pla­nem usły­szała jazgo­tliwe, wście­kłe głosy dzi­wek. Zoba­czyła, jak straż­nicy się oglą­dają. Roz­le­gły się kolejne wrza­ski i Shev przez chwilę widziała wal­czące kobiety, które prze­wró­ciły się do rynsz­toka. Straż­nicy ruszyli uliczką, żeby popa­trzeć, a Shev się uśmiech­nęła. Dziew­czyny potra­fią dać nie­złe przed­sta­wie­nie za kilka srebr­ni­ków.

Inne książki tego autora