Ostre cięciaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Piękny drań (Kadir, wio­sna 566)

2  Drobne przy­sługi (Zachodni Port, jesień 573)

3  Robota głu­piego (Na wschód od Crinny, jesień 574)

4  Ucieczka z mia­sta (Bli­ska Kra­ina, lato 575)

5  Pie­kło (Dago­ska, wio­sna 576)

6  Dobrana para (gdzieś na Pół­nocy, lato 576)

7  W nie­wła­ści­wym miej­scu i nie­wła­ści­wym cza­sie (Zachodni Port, wio­sna 580)

8  Też mi despe­ratka (Bli­ska Kra­ina, lato 584)

9  Wczo­raj, nie­da­leko wio­ski zwa­nej Bar­den… (nie­da­leko Bar­den, jesień 584)

10  Troje to tłum (Talins, jesień 587)

11  Wol­ność! (Aver­stock, lato 590)

12  Czasy są cięż­kie dla wszyst­kich (Sipani, wio­sna 592)

13  Stwo­rzy­łem potwora (Car­leon, lato 570)

14  Podzię­ko­wa­nia

Tytuł ory­gi­nału: Sharp Ends: Sto­ries from the World of the First Law

Copy­ri­ght © 2016 Joe Aber­crom­bie

Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2016 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Urszula Okrzeja

Korekta: Mag­da­lena Gór­nicka

Ilu­stra­cja na okładce: Dark Crayon

Opra­co­wa­nie okładki: Piotr Chy­liń­ski

ISBN 978-83-66712-93-5

Wyda­nie II

Wydawca:

Wydaw­nic­two MAG

ul. Kryp­ska 21 m. 63,

04-082 War­szawa

tel./fax 22 813 47 43

e-mail: kurz@mag.com.pl

www.mag.com.pl

Wyłączny dys­try­bu­tor:

Dres­sler Dublin sp. z o. o.

ul. Poznań­ska 91,

05-850 Oża­rów Maz.

tel. 22 733 50 10

www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Mamie i tacie. Nie doko­nał­bym tego bez waszego mate­riału gene­tycz­nego.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Piękny drań (Kadir, wio­sna 566)

Piękny drań

Kadir, wio­sna 566

– Tak! – wrza­snął Salem Rews, kwa­ter­mistrz pierw­szego pułku Jego Kró­lew­skiej Mości. – Daj im popa­lić!

Puł­kow­nik Glokta zawsze dawał popa­lić swoim prze­ciw­ni­kom, zarówno w szer­mier­czym kręgu czy na polu bitwy, jak i na znacz­nie bru­tal­niej­szym fron­cie życia towa­rzy­skiego. Trzej bez­radni rywale nie­zdar­nie usi­ło­wali dotrzy­mać mu kroku, rów­nie nie­sku­tecz­nie jak mężo­wie-roga­cze, igno­ro­wani wie­rzy­ciele czy odtrą­ceni kom­pani, któ­rych zawsze zosta­wiał na swej dro­dze. Glokta tań­czył wokół nich z kpią­cym uśmie­chem, w pełni udo­wad­nia­jąc, że zasłu­żył na repu­ta­cję naj­zna­ko­mit­szego szer­mie­rza w Unii, a także miło­śnika popi­sów. Skra­dał się i plą­sał, wiro­wał i para­do­wał, zwinny jak muszka, nie­prze­wi­dy­walny jak motyl, a gdy miał taką ochotę – mściwy jak podraż­niona osa.

– Przy­łóż­cie się tro­chę! – zawo­łał, obra­ca­jąc się, by unik­nąć nie­udol­nego pchnię­cia, a następ­nie zdzie­lił swo­jego prze­ciw­nika w pośladki, wywo­łu­jąc falę drwią­cego śmie­chu wśród publicz­no­ści.

– Nie­złe wido­wi­sko! – zakrzyk­nął lord mar­sza­łek Varuz, który rado­śnie bujał się na roz­kła­da­nym polo­wym krze­sełku.

– Jak dia­bli! – pośpiesz­nie zgo­dził się puł­kow­nik Kroy, który stał po jego pra­wicy.

– Dosko­nała robota! – zawo­łał, chi­cho­cząc, puł­kow­nik Poul­der sto­jący po lewej stro­nie.

Obaj woj­skowi prze­ści­gali się w przy­ta­ki­wa­niu swo­jemu dowódcy. Zupeł­nie jakby nie było szla­chet­niej­szego zaję­cia niż upo­ka­rza­nie trzech rekru­tów, któ­rzy dotąd rzadko kiedy mieli miecz w dłoni.

Salem Rews, z widocz­nym zachwy­tem i ukry­wa­nym wsty­dem, wiwa­to­wał rów­nie gło­śno jak pozo­stali. Jed­nak od czasu do czasu ucie­kał wzro­kiem od fascy­nu­ją­cego, przy­pra­wia­ją­cego o mdło­ści pokazu, zer­ka­jąc ku doli­nie, w któ­rej pano­wało żało­sne woj­skowe zamie­sza­nie.

Pod­czas gdy dowódcy opa­lali się na gór­skim grzbie­cie – żło­piąc wino, recho­cząc nad pozba­wio­nymi umiaru popi­sami Glokty, roz­ko­szu­jąc się bez­cen­nym luk­su­sem ożyw­czego wia­terku – na dole, w spie­czo­nym słoń­cem tyglu, czę­ściowo prze­sło­nię­tym chmurą dła­wią­cego pyłu, mozo­liła się więk­sza część unij­nej armii.

Potrze­bo­wali całego dnia, żeby prze­pro­wa­dzić żoł­nie­rzy, konie i coraz bar­dziej roz­pa­da­jące się wozy z zapa­sami przez wąski most, nad drwiącą z nich strużką pły­nącą głę­boko wyżło­bio­nym kory­tem potoku. Roz­bite grupki męż­czyzn już nie masze­ro­wały, tylko wle­kły się niczym luna­tycy. Wszel­kie ślady dróg dawno zostały zadep­tane, porzą­dek, dys­cy­plina i morale były odle­głym wspo­mnie­niem, a czer­wone bluzy od mun­du­rów, wypo­le­ro­wane napier­śniki i obwi­słe złote sztan­dary przy­brały jed­no­lity beżowy kolor spa­lo­nego słoń­cem gur­khul­skiego pyłu.

Rews zaha­czył pal­cem koł­nie­rzyk, usi­łu­jąc dostar­czyć nieco powie­trza spo­co­nej szyi i ponow­nie zasta­na­wia­jąc się, czy ktoś nie powi­nien bar­dziej się posta­rać, by zapro­wa­dzić porzą­dek w tym cha­osie. Z pew­no­ścią byliby w czar­nej dupie, gdyby teraz poja­wili się Gur­khul­czycy. Oni zaś mają w zwy­czaju poja­wiać się w naj­gor­szych momen­tach.

Jed­nakże Rews był tylko kwa­ter­mi­strzem. Uwa­żano go za naj­nędz­niej­szego spo­śród ofi­ce­rów pierw­szego pułku, zresztą nawet on sam nie sta­rał się tego ukry­wać. Wzru­szył pie­ką­cymi ramio­nami i uznał – jak mie­wał w zwy­czaju – że to pro­blem kogoś innego. Jego wzrok ponow­nie przy­cią­gnęły – niczym magnes – nie­zrów­nane spor­towe wyczyny puł­kow­nika Glokty.

Ten czło­wiek nie­wąt­pli­wie wyglą­dałby przy­stoj­nie na por­tre­cie, jed­nak to spo­sób, w jaki stał, szcze­rzył zęby, kpiąco się uśmie­chał, drwiąco uno­sił brew i się poru­szał, naprawdę wyróż­niał go z tłumu. Miał gra­cję tan­ce­rza, postawę boha­tera, siłę zapa­śnika, szyb­kość węża.

Dwa lata wcze­śniej, w znacz­nie bar­dziej cywi­li­zo­wa­nych oko­licz­no­ściach w mie­ście Adua, Rews był świad­kiem, jak Glokta zwy­cięża w tur­nieju szer­mier­czym, nie dając się ani razu tra­fić. Oczy­wi­ście Rews oglą­dał walki z naj­tań­szej try­buny, poło­żo­nej tak wysoko nad Krę­giem, że widział tylko malut­kie syl­wetki szer­mie­rzy, ale mimo wszystko serce waliło mu jak mło­tem, a dło­nie drgały w ryt­mie ich ruchów. Oglą­da­jąc swo­jego idola z bli­ska, czuł jesz­cze więk­szy podziw. Prawdę mówiąc, podziw ten tak się nasi­lił, że każdy spra­wie­dliwy sędzia musiałby go okre­ślić mia­nem miło­ści. Jed­nak towa­rzy­szyła mu także gorzka, mściwa, sta­ran­nie skry­wana nie­na­wiść.

Glokta miał wszystko, a to, czego mu bra­ko­wało, mógł zagar­nąć bez żad­nego oporu. Kobiety go uwiel­biały, męż­czyźni mu zazdro­ścili. Zresztą kobiety też mu zazdro­ściły, a męż­czyźni rów­nież go uwiel­biali. Można by pomy­śleć, że w obli­czu tak wiel­kiego szczę­ścia powi­nien być naj­sym­pa­tycz­niej­szym czło­wie­kiem pod słoń­cem. Mimo to Glokta był czy­stej wody dra­niem. Pięk­nym, mści­wym, mistrzow­skim, strasz­li­wym dra­niem, jed­no­cze­śnie naj­lep­szym i naj­gor­szym czło­wie­kiem w Unii. Był wieżą obse­syj­nego ego­cen­try­zmu. Nie­zdo­bytą for­tecą aro­gan­cji. Jego talent prze­wyż­szała tylko wiara we wła­sne moż­li­wo­ści. Inni ludzie byli pion­kami, któ­rymi grał, punk­tami, które zdo­by­wał, rekwi­zy­tami na żywym obra­zie, któ­rego sta­no­wił naj­waż­niej­szą część. Glokta był ist­nym tor­nado drań­stwa, które w swym nie­dba­łym pocho­dzie pozo­sta­wiało za sobą ślad zrów­na­nych z zie­mią przy­jaźni, zmiaż­dżo­nych karier i zma­sa­kro­wa­nych repu­ta­cji.

Miał ego tak potężne, że ema­no­wało z niego niczym dzi­waczne świa­tło, znie­kształ­ca­jąc oso­bo­wo­ści wszyst­kich wokół, przy­naj­mniej czę­ściowo zmie­nia­jąc ich w drani. Prze­ło­żeni sta­wali się pochli­pu­ją­cymi wspól­ni­kami. Eks­perci ule­gali jego igno­ran­cji. Porządni ludzie zmie­niali się w słu­żal­czych gnoj­ków. Roz­sądne damy w chi­cho­czące zera. Rews kie­dyś sły­szał, że naj­bar­dziej oddani wyznawcy gur­khul­skiej reli­gii powinni odbyć piel­grzymkę do Sar­kantu. Skoro tak, to naj­więksi dra­nie mogliby piel­grzy­mo­wać do Glokty. Dra­nie lgnęli do niego jak mrówki do kawałka cia­sta. Ota­czał się wciąż nową kote­rią drani, zdra­dziec­kim sta­dem, świtą utwier­dza­jącą go w jego war­to­ści. Dra­nie cią­gnęli za nim jak ogon za kometą.

 

Rews zda­wał sobie sprawę, że nie jest lep­szy od pozo­sta­łych. Kiedy Glokta kpił z ludzi, on mu wtó­ro­wał, pra­gnąc, by jego pochleb­stwa nie zostały prze­oczone. Kiedy Glokta, co nie­unik­nione, zwra­cał swój bez­li­to­sny język prze­ciwko niemu, Rews śmiał się jesz­cze dono­śniej, zachwy­cony, że spo­tkał go taki zaszczyt.

– Daj im lek­cję! – zaskrze­czał, kiedy Glokta skon­tro­wał jed­nego z prze­ciw­ni­ków wście­kłym dźgnię­ciem krót­kiego ostrza w brzuch. Wypo­wia­da­jąc te słowa, Rews zasta­na­wiał się, co to mia­łaby być za lek­cja. Pew­nie, że życie jest okrutne, straszne i nie­spra­wie­dliwe.

Glokta ze zgrzy­tem zablo­ko­wał dłu­gim ostrzem miecz męż­czy­zny, a następ­nie bły­ska­wicz­nie scho­wał krót­kie ostrze do pochwy i dwu­krot­nie spo­licz­ko­wał prze­ciw­nika, po czym z drwią­cym par­sk­nię­ciem pchnął jęczą­cego szer­mie­rza na zie­mię. Cywile, któ­rzy przy­szli pooglą­dać walkę, beł­ko­tli­wie wyra­żali swój podziw, a towa­rzy­szące im damy gru­chały zachwy­cone, macha­jąc wachla­rzami w cie­niu powie­wa­ją­cych mar­kiz. Rews stał spa­ra­li­żo­wany poczu­ciem winy i rado­ścią, żału­jąc, że to nie on dostał po twa­rzy.

– Rews. – Porucz­nik West dopchał się do niego i wsparł zaku­rzony but na ogro­dze­niu.

West był jed­nym z nie­licz­nych pod­wład­nych Glokty, któ­rzy naj­wy­raź­niej nie ule­gali jego zaraź­li­wemu drań­stwu, gdyż naj­gor­sze wybryki dowódcy napa­wały go trwogą. Co cie­kawe, był także jedną z nie­wielu osób, które Glokta darzył szcze­rym sza­cun­kiem, pomimo niskiego uro­dze­nia. Rews to dostrze­gał, a nawet rozu­miał, jed­nak sam nie potra­fił pójść za przy­kła­dem Westa. Może dla­tego że był gruby. A może po pro­stu bra­ko­wało mu moral­nej odwagi. Podob­nie jak innych odmian dziel­no­ści.

– West – mruk­nął Rews, nie chcąc uro­nić ani odro­biny pokazu.

– Byłem przy moście.

– Tak?

– Wśród tyl­nej straży panuje chaos. Jeśli w ogóle możemy mówić o tyl­nej straży. Kapi­tan Lasky ma nie­sprawną stopę. Podobno może ją stra­cić.

– Czyżby chciał dać nogę? – Rews zaśmiał się z wła­snego żartu, gra­tu­lu­jąc sobie, że powie­dział coś tak bar­dzo w stylu Glokty.

– Bez niego jego kom­pa­nia pój­dzie w roz­sypkę.

– Cóż, to ich pro­blem… Ciach! Ciach! Ooooo! – zawo­łał Rews, gdy Glokta wyko­nał ele­gancki unik, a potem pod­ciął prze­ciw­nika, który poto­czył się po pia­sku.

– Za chwilę to będzie pro­blem nas wszyst­kich – odparł West. – Ludzie są wyczer­pani. Led­wie się prze­miesz­czają. A tabor z zapa­sami gdzieś utknął…

– Tabor z zapa­sami zawsze utyka, to u nich norma… Och! – Rews wes­tchnął tak jak pozo­stali, gdy Glokta z nie­zwy­kłą szyb­ko­ścią unik­nął pchnię­cia i kop­nął męż­czy­znę – tak naprawdę nie­mal chłopca – w kro­cze, tak że ten zgiął się wpół, wytrzesz­cza­jąc oczy.

– Ale jeśli Gur­khul­czycy się teraz poja­wią… – ode­zwał się West, wciąż spo­glą­da­jąc ze zmarsz­czo­nym czo­łem na wyschnięty kra­jo­braz za rzeką.

– Gur­khul­czycy znaj­dują się w odle­gło­ści wielu mil. Doprawdy, West, cią­gle się czymś przej­mu­jesz.

– Ktoś musi to robić…

– Więc poskarż się lor­dowi mar­szał­kowi! – Rews wska­zał głową Varuza, który nie­mal zsu­nął się ze swo­jego krze­sełka, tak bar­dzo zafa­scy­no­wała go osza­ła­mia­jąca kom­bi­na­cja szer­mier­czego kunsztu i drę­cze­nia słab­szych. – Nie mam poję­cia, co według cie­bie mógł­bym zro­bić. Posłać po wię­cej karmy dla koni?

Roz­legł się ostry trzask, gdy Glokta tra­fił prze­ciw­nika w twarz pła­zem mie­cza. Męż­czy­zna zato­czył się do tyłu z wrza­skiem peł­nym cier­pie­nia, przy­ci­ska­jąc dłoń do policzka.

– Naprawdę tylko na to was stać? – Glokta zro­bił krok do przodu i wymie­rzył jed­nemu z pozo­sta­łych żoł­nie­rzy, który wła­śnie usi­ło­wał wstać, solid­nego kop­niaka w dupę, prze­wra­ca­jąc go twa­rzą w piach przy wtó­rze rado­snych okrzy­ków.

Glokta napa­wał się wiwa­tami jak paso­żyt­ni­czy tro­pi­kalny kwiat, który wysysa soki ze swo­jego żywi­ciela. Kła­niał się i roz­sy­łał całusy, a Rews kla­skał tak zawzię­cie, że aż roz­bo­lały go dło­nie.

Cóż za drań z tego puł­kow­nika Glokty. Cóż za piękny drań.

Kiedy jego trzej prze­ciw­nicy, kule­jąc, opu­ścili teren ćwi­czeń, zma­ga­jąc się z obra­że­niami, które wkrótce miały się zagoić, oraz upo­ko­rze­niem, które miało im towa­rzy­szyć do końca życia, Glokta prze­chy­lił się nad ogro­dze­niem, za któ­rym zgro­ma­dziły się damy. Szcze­gólną uwagę zwra­cał na Lady Wet­ter­lant – młodą, bogatą, piękną, cho­ciaż nieco zbyt mocno upu­dro­waną, i pomimo upału ubraną w naj­mod­niej­szy strój. Nie­dawno wzięła ślub, jed­nak jej star­szy mąż prze­by­wał w Adui, gdzie zatrzy­mały go poli­tyczne sprawy Otwar­tej Rady. Plot­ko­wano, że co prawda zaspo­kaja finan­sowe potrzeby żony, jed­nak nie­zbyt inte­re­suje go płeć piękna. Z kolei puł­kow­nik Glokta szczy­cił się złą sławą psa na kobiety.

– Czy mógł­bym poży­czyć pani chustkę? – spy­tał.

Rews zauwa­żył, że Glokta w szcze­gólny spo­sób zwraca się do kobiet, które go inte­re­sują. Prze­ma­wiał wtedy nieco bar­dziej chra­pli­wym gło­sem. Sta­wał odro­binę bli­żej, niż to było konieczne. Sku­piał się wyłącz­nie na nich, jakby ktoś przy­kleił do nich jego wzrok. Nie trzeba zazna­czać, że gdy tylko dostał to, czego chciał, ofiary jego pod­bo­jów mogłyby nawet sko­czyć w ogień, a on nie zaszczy­ciłby ich ponow­nym spoj­rze­niem.

A jed­nak nowe obiekty jego uczuć na wyścigi rzu­cały się w pło­mie­nie skan­dalu, jak ćmy łap­czy­wie krą­żące wokół świecy, nie­zdolne oprzeć się poku­sie, by stać się tą jedyną, która odmieni jego zwy­czaje.

Lady Wet­ter­lant unio­sła sta­ran­nie wysku­baną brew.

– Dla­czego nie, puł­kow­niku? – Następ­nie się­gnęła po chustkę, którą cho­wała pod sta­nem. – Ja…

Ona i jej słu­żący wes­tchnęli, gdy Glokta z pręd­ko­ścią bły­ska­wicy wyrwał chustkę spod jej sukni stę­pio­nym czub­kiem mie­cza. Zwiewny mate­riał lekko i pew­nie opadł pro­sto do jego ocze­ku­ją­cej dłoni, jak pod­czas magicz­nej sztuczki.

Jedna z dam skrze­kli­wie zakasz­lała. Inna zatrze­po­tała rzę­sami. Lady Wet­ter­lant znie­ru­cho­miała z sze­roko otwar­tymi oczami, roz­chy­lo­nymi ustami, dło­nią zawie­szoną w poło­wie drogi do piersi. Być może zasta­na­wiała się, czy puł­kow­nik potra­fiłby z równą łatwo­ścią roz­piąć haftki jej sukni, gdyby tego zapra­gnął.

Rews nie miał naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że tak.

– Dzię­kuję – rzekł Glokta, ocie­ra­jąc czoło.

– Niech ją pan zatrzyma – szep­nęła Lady Wet­ter­lant nieco chra­pli­wie. – To pre­zent.

Glokta uśmiech­nął się i wsu­nął chustkę pod koszulę, tak że fio­le­towy mate­riał wciąż pozo­sta­wał widoczny.

– Będę ją nosił bli­sko serca.

Rews par­sk­nął. Jakiego serca?

Glokta ści­szył głos, ale wszy­scy na­dal dosko­nale go sły­szeli.

– A póź­niej może ją zwrócę?

– Kiedy tylko znaj­dzie pan chwilę – szep­nęła, a Rews ponow­nie zaczął się gło­wić nad tym, co jest tak pie­kiel­nie pocią­ga­ją­cego w rze­czach, które w oczy­wi­sty spo­sób są dla nas bar­dzo, bar­dzo nie­do­bre.

Glokta już odwró­cił się ple­cami do swo­jej widowni i roz­ło­żył ręce, jakby chciał wszyst­kich przy­gar­nąć w miaż­dżą­cym, domi­nu­ją­cym, pozba­wio­nym miło­ści uści­sku.

– Czy nie ma pośród was, nie­zdarne psy, nikogo, kto może zapew­nić naszym gościom lep­szy pokaz?

Rews poczuł, że jego serce roz­pacz­li­wie przy­śpie­sza, gdy Glokta popa­trzył mu w oczy.

– A może ty, Rews?

Roz­le­gły się śmie­chy, a Rews się do nich przy­łą­czył, recho­cząc naj­gło­śniej ze wszyst­kich.

– Ależ nie mógł­bym! – zawo­łał piskli­wie. – Nie chciał­bym pana upo­ko­rzyć!

Natych­miast zdał sobie sprawę, że prze­sa­dził. Lewa powieka Glokty lekko zadrżała.

– Czuję się upo­ko­rzony za każ­dym razem, gdy jestem z tobą w jed­nym pomiesz­cze­niu. Jesteś żoł­nie­rzem, prawda? Jak można się tak utu­czyć na tym paskud­nym żar­ciu?

Kolejna por­cja śmie­chu. Rews prze­łknął ślinę, przy­wo­łu­jąc na twarz sztuczny uśmiech i czu­jąc strużkę potu ście­ka­jącą mu po ple­cach pod mun­du­rem.

– Cóż, panie puł­kow­niku, po pro­stu zawsze byłem gruby. Nawet jako dziecko. – Jego słowa runęły w ciszę z potworną osta­tecz­no­ścią ofiar wpa­da­ją­cych do maso­wego grobu. – Bar­dzo… gruby. Potęż­nie otyły. Jestem strasz­nym gru­ba­sem. – Odchrząk­nął, modląc się, by pochło­nęła go zie­mia.

Glokta znów zaczął wodzić wkoło wzro­kiem, szu­ka­jąc god­niej­szego prze­ciw­nika. Nagle jego obli­cze się roz­pro­mie­niło.

– Porucz­niku West! – zawo­łał, efek­tow­nie wyma­chu­jąc swoim ćwi­czeb­nym ostrzem. – Może pan?

West się skrzy­wił.

– Ja?

– No dalej, zapewne jest pan naj­lep­szym szer­mie­rzem w tym pułku. – Glokta jesz­cze sze­rzej się uśmiech­nął. – Oczy­wi­ście, nie licząc jed­nej osoby.

West rozej­rzał się i zamru­gał. Kil­ka­set par oczu wpa­try­wało się w niego z wycze­ki­wa­niem.

– Ale… nie mam przy sobie stę­pio­nego ostrza…

– Może pan użyć broni bitew­nej.

Porucz­nik West opu­ścił wzrok na ręko­jeść swo­jego mie­cza.

– To może być nie­bez­pieczne.

– Tylko jeśli mnie pan nim dotknie – odparł Glokta ze sro­gim uśmie­chem.

Znów roz­le­gły się śmie­chy, wiwaty, kilka dono­śnych okrzy­ków żoł­nie­rzy, kilka wes­tchnień dam. Nikt nie mógł się rów­nać z puł­kow­ni­kiem Gloktą w dzie­dzi­nie wywo­ły­wa­nia kobie­cych wes­tchnień.

– West! – zawo­łał ktoś. – West!

Po chwili ludzie zaczęli skan­do­wać:

– West! West! West!

Damy przy­łą­czyły się ze śmie­chem, klasz­cząc do rytmu.

– No dalej! – wołał Rews razem z innymi; wszyst­kich ogar­nęła żądza krwi. – Dalej!

Nawet jeśli ktoś uzna­wał, że to zły pomysł, to się z tym nie zdra­dzał. Z nie­któ­rymi ludźmi po pro­stu się nie dys­ku­tuje. Nie­któ­rych ludzi chce się zoba­czyć na ostrzu mie­cza. Glokta nale­żał do obu tych kate­go­rii.

West prze­cią­gle ode­tchnął, a następ­nie, przy wtó­rze wiwa­tów, zwin­nie prze­sko­czył ogro­dze­nie, roz­piął bluzę od mun­duru i zawie­sił ją na szta­che­cie. Z deli­kat­nym brzę­kiem metalu i rów­nie deli­kat­nym wyra­zem nie­za­do­wo­le­nia na twa­rzy dobył swo­jego bitew­nego ostrza. Nie miało wysa­dza­nego klej­no­tami jelca, pozła­ca­nego koszyka ani rzeź­bio­nego pod­krzyża, jak broń wielu dosko­na­łych mło­dych ofi­ce­rów z pierw­szego pułku Jego Kró­lew­skiej Mości. Nikt nie nazwałby go pięk­nym mie­czem. Jed­nak West dzier­żył je z piękną oszczęd­no­ścią, wystu­dio­waną pre­cy­zją postawy, ele­gancką kon­trolą ruchów nad­garstka, dzięki czemu ostrze pozo­sta­wało nie­ru­chome jak powierzch­nia spo­koj­nego stawu, a słońce odbi­jało się od jego czubka, wypo­le­ro­wa­nego do zabój­czej ostro­ści.

Tłum zamilkł i wstrzy­mał oddech. Może porucz­nik West to pro­sty czło­wiek, ale nawet naj­mniej wprawny obser­wa­tor musiał przy­znać, że potrafi posłu­gi­wać się mie­czem.

– Widzę, że pan ćwi­czył – zauwa­żył Glokta, rzu­ca­jąc swoje krót­kie ostrze kapra­lowi Tunny’emu, pozo­sta­wia­jąc sobie tylko długą broń.

– Lord mar­sza­łek Varuz był na tyle uprzejmy, że udzie­lił mi kilku wska­zó­wek – odrzekł West, a Glokta uniósł brew, sły­sząc imię swo­jego daw­nego szer­mier­czego mistrza.

– Nie wspo­mi­nał pan, że tre­nuje kogoś jesz­cze, lor­dzie mar­szałku.

Varuz się uśmiech­nął.

– Ty już wygra­łeś tur­niej, Glokta. Na tym polega tra­ge­dia mistrza szer­mier­czego, że stale musi szu­kać nowych uczniów, któ­rych dopro­wa­dzi do zwy­cię­stwa.

– To miło, że zasa­dza się pan na moją koronę, West, ale prze­kona się pan, że jesz­cze nie jestem gotowy abdy­ko­wać.

Glokta sko­czył do przodu z szyb­ko­ścią bły­ska­wicy i wyko­nał kilka dźgnięć, a West je spa­ro­wał. Stal zazgrzy­tała i bły­snęła w słońcu. Porucz­nik się cof­nął, ale zro­bił to czuj­nie, nie odry­wa­jąc wzroku od oczu Glokty. Ten ponow­nie zaata­ko­wał: cię­cie, cię­cie, pchnię­cie, nie­mal zbyt szybko, by Rews nadą­żył wzro­kiem, jed­nak West nadą­żył bez pro­blemu i sku­tecz­nie zbił ataki, ostroż­nie prze­su­wa­jąc się do tyłu. Tłum pokrzy­ki­wał i wzdy­chał przy każ­dym zde­rze­niu ostrzy.

Glokta wyszcze­rzył zęby.

– Naprawdę pan ćwi­czył. Kiedy pan się nauczy, West, że ciężka praca nie zastąpi talentu?

 

Rzu­cił się na Westa z jesz­cze więk­szą wście­kło­ścią przy wtó­rze pobrzę­ki­wa­nia i trza­sku stali. Zbli­żył się i bru­tal­nie ude­rzył mło­dego porucz­nika kola­nem w żebra, a West skrzy­wił się i zato­czył, ale natych­miast odzy­skał rów­no­wagę, spa­ro­wał kolejne dwa ciosy, odsu­nął się z obro­tem i znów był gotowy do walki, cho­ciaż cieżko dyszał.

Rews poczuł bole­sne pra­gnie­nie, by West prze­szył ostrzem tę strasz­liwą, piękną twarz i spra­wił, by damy wes­tchnęły z zupeł­nie innego powodu.

– Ha!

Glokta sko­czył naprzód, wypro­wa­dza­jąc kolejne pchnię­cia, a West usko­czył przed pierw­szym z nich, ale ku zasko­cze­niu wszyst­kich przy­jął dru­gie, odbi­ja­jąc je w bok z jazgo­tem stali, a następ­nie dosko­czył do Glokty i mocno sta­ra­no­wał go ramie­niem. Glokta na chwilę stra­cił rów­no­wagę, a West ryk­nął z obna­żo­nymi zębami i bły­ska­wicz­nie zadał cios poły­sku­ją­cym ostrzem.

– Ga!

Glokta zato­czył się do tyłu, a Rews z roz­ko­szą dostrzegł na jego twa­rzy prze­błysk oszo­ło­mie­nia. Ćwi­czebne ostrze wypa­dło puł­kow­ni­kowi z ręki na piach, a zachwy­cony Rews z całej siły zaci­snął pię­ści.

West natych­miast zbli­żył się do prze­ciw­nika.

– Nic się panu nie stało?

Glokta dotknął dło­nią szyi, a potem z ogrom­nym zasko­cze­niem popa­trzył na zakrwa­wione palce. Zupeł­nie jakby nie mógł uwie­rzyć, że został tra­fiony. Jakby nie mógł uwie­rzyć, że po tra­fie­niu krwawi tak jak inni ludzie.

– No pro­szę – stęk­nął.

– Bar­dzo prze­pra­szam, puł­kow­niku – wyją­kał West, opusz­cza­jąc ostrze.

– Za co? – Krzywy uśmiech Glokty wyglą­dał, jakby kosz­to­wał go wszyst­kie siły. – Bar­dzo dobre cię­cie. Znacz­nie się pan popra­wił, porucz­niku West.

Tłum zaczął kla­skać, potem wiwa­to­wać, a Rews zauwa­żył, że mię­śnie szczęki Glokty napięły się, a jego lewa powieka zadrżała. Glokta pstryk­nął pal­cami.

– Kapralu Tunny, czy ma pan przy sobie moje ostrze bitewne?

Młody kapral, awan­so­wany zale­d­wie dzień wcze­śniej, uniósł brwi ze zdzi­wie­nia.

– Oczy­wi­ście, puł­kow­niku.

– Więc pro­szę je przy­nieść.

Nastroje ludzi gwał­tow­nie się popsuły. Czę­sto tak się działo w obec­no­ści Glokty. Rews ner­wowo obej­rzał się na Varuza, licząc na to, że prze­rwie on ten groźny absurd, lecz lord mar­sza­łek opu­ścił swoje miej­sce i odda­lił się, żeby popa­trzeć na dolinę, zabraw­szy ze sobą Poul­dera i Kroya. Nie można było liczyć na pomoc doro­słych.

Wbi­ja­jąc wzrok w zie­mię, West sta­ran­nie scho­wał broń do pochwy.

– Chyba już mi wystar­czy zabawy ostrzami jak na jeden dzień, puł­kow­niku.

– Ależ musi mi pan dać szansę na rewanż. Honor tego wymaga, porucz­niku West. – Zupeł­nie jakby Glokta wie­dział, czym jest honor, oprócz tego, że sta­no­wił narzę­dzie, które pozwala zmu­szać ludzi do głu­pich i nie­bez­piecz­nych zacho­wań. – Na pewno pan to rozu­mie, nawet jeśli nie jest pan wysoko uro­dzony.

West moc­niej zaci­snął zęby.

– Walka z przy­ja­ciółmi, gdy czeka nas potyczka z wro­giem, wydaje się raczej głu­pia niż hono­rowa, puł­kow­niku.

– Więc nazywa mnie pan głup­cem? – wyszep­tał Glokta, z wście­kłym sykiem wycią­ga­jąc swoje bojowe ostrze z pochwy, którą pod­su­nął mu zde­ner­wo­wany kapral Tunny.

West z upartą miną skrzy­żo­wał ręce na piersi.

– Nie, puł­kow­niku.

Tłum mil­czał, lecz gdzieś z tyłu zaczął się pod­no­sić gwar. Rews sły­szał stłu­mione okrzyki „Tam” i „Na moście”, jed­nak był zbyt sku­piony na dra­ma­tycz­nych wyda­rze­niach roz­gry­wa­ją­cych się przed nim, żeby zwra­cać na nie uwagę.

– Radzę panu się bro­nić, porucz­niku West – wark­nął Glokta, wbi­ja­jąc obcasy w pokrytą pyłem zie­mię, obna­ża­jąc zęby i usta­wia­jąc w pozio­mie lśniące ostrze.

Wtedy roz­legł się ogłu­sza­jący wrzask, który stop­niowo przy­gasł do chra­pli­wego jęku.

– Zemdlała! – zawo­łał ktoś.

– Dopu­ście do niej tro­chę świe­żego powie­trza!

– Niby skąd? W całym tym dia­bel­skim kraju go nie ma – odpo­wie­dział ktoś inny, wywo­łu­jąc śmiech zebra­nych.

Rews pośpiesz­nie ruszył do sek­tora dla cywi­lów pod pre­tek­stem udzie­la­nia pomocy. Wie­dział jesz­cze mniej o poma­ga­niu ofia­rom omdleń niż o pracy kwa­ter­mi­strza, ale liczył na to, że cho­ciaż uda mu się zer­k­nąć nie­przy­tom­nej kobie­cie pod spód­nicę. Nie­stety rzadko albo nawet ni­gdy nie miał ku temu oka­zji w przy­padku przy­tom­nych dam.

Zanim dotarł do wia­nuszka życz­li­wych, sta­nął jak wryty. Kiedy popa­trzył w dal, poczuł się tak, jakby flaki miały mu wypaść z tyłka. Na roz­le­głym beżo­wym tere­nie za mostem zgro­ma­dził się rój czar­nych kro­pek, nad któ­rymi wzno­siły się kłęby pyłu. Może Rews nie na wielu rze­czach się znał, ale zawsze potra­fił bez­błęd­nie wyczuć zagro­że­nie.

Uniósł drżącą rękę.

– Gur­khul­czycy! – zawył.

– Co? – Ktoś roze­śmiał się nie­pew­nie.

– Tam, na zacho­dzie!

– To wschód, głup­cze!

– Zaraz, mówisz poważ­nie?

– Wymor­dują nas w naszych łóż­kach!

– Nie jeste­śmy w łóż­kach!

– Cisza! – ryk­nął Varuz. – To nie jest prze­klęta szkoła dla dziew­cząt! – Gwar ucichł, zawsty­dzeni ofi­ce­ro­wie bły­ska­wicz­nie zamil­kli. – Majo­rze Mit­te­rick, pro­szę natych­miast tam zejść i popę­dzić naszych ludzi.

– Tak jest.

– Porucz­niku Val­li­mi­rze, czy może pan odpro­wa­dzić damy oraz naszych cywil­nych gości w bez­pieczne miej­sce?

– Oczy­wi­ście, lor­dzie mar­szałku.

– Kilku żoł­nie­rzy mogłoby ich zatrzy­mać na moście – zauwa­żył puł­kow­nik Poul­der, szar­piąc lśniące wąsy.

– Kilku boha­te­rów – rzekł Varuz.

– Kilku mar­twych boha­te­rów – dodał cicho puł­kow­nik Kroy.

– Ma pan świe­żych ludzi? – spy­tał Varuz.

Poul­der wzru­szył ramio­nami.

– Moi są w roz­sypce.

– Moi też – dodał Kroy. – Nawet bar­dziej. – Zupeł­nie jakby cała ta wojna była zawo­dami w wykań­cza­niu oddzia­łów.

Puł­kow­nik Glokta scho­wał bojowe ostrze do pochwy.

– Moi ludzie są świeży – oznaj­mił, a Rews poczuł strach, który roz­pełzł się z jego żołądka do wszyst­kich czę­ści ciała. – Już odpo­częli po ostat­niej potyczce. Nie mogą się docze­kać, żeby uką­sić wroga. Śmiem twier­dzić, że pierw­szy pułk Jego Kró­lew­skiej Mości utrzyma most, dopóki wszy­scy ludzie nie przejdą, lor­dzie mar­szałku.

– Nie możemy się docze­kać! – wrza­snął jeden z ofi­ce­rów Glokty, naj­wy­raź­niej zbyt pijany, żeby rozu­mieć, do czego się zgła­sza.

Kolejny, nieco mniej pijany, ner­wowo zer­k­nął w stronę doliny. Rews zasta­na­wiał się, ilu człon­ków pierw­szego pułku Glokta ma na myśli. Kwa­ter­mi­strzowi wcale się nie śpie­szyło, żeby oddać życie dla sprawy – tego był pewien.

Jed­nakże lord mar­sza­łek Varuz nie został dowódcą wojsk Unii, znie­chę­ca­jąc ludzi do poświę­ca­nia życia w celu napra­wie­nia jego zanie­dbań. Ser­decz­nie pokle­pał Gloktę po ramie­niu.

– Wie­dzia­łem, że mogę na panu pole­gać, przy­ja­cielu!

– Oczy­wi­ście, lor­dzie mar­szałku.

Rews z prze­ra­że­niem zro­zu­miał, że to prawda. Zawsze można pole­gać na tym, że Glokta sko­rzy­sta z oka­zji do próż­nych popi­sów, nie­za­leż­nie od tego, jaką cenę mogą zapła­cić ci, któ­rzy podążą za nim pro­sto w pasz­czę śmierci.

Varuz i Glokta, dowódca i ulu­biony ofi­cer, mistrz szer­mier­czy i naj­lep­szy uczeń – dwaj naj­więksi dra­nie, jakich można zna­leźć, wypro­sto­wali się i zasa­lu­to­wali sobie nawza­jem z uda­wa­nymi emo­cjami. Potem Varuz się odda­lił, wykrzy­ku­jąc roz­kazy do Poul­dera, Kroya oraz wła­snego stada drani, zapewne po to, by popę­dzić wędru­ją­cych żoł­nie­rzy i uczy­nić ofiarę pierw­szego pułku wartą zachodu. Ponie­waż, z czego Rews zdał sobie sprawę, gdy popa­trzył na wzbie­ra­jącą gur­khul­ską burzę po dru­giej stro­nie mostu, bez ofiary z pew­no­ścią się nie obę­dzie.

– To samo­bój­stwo – szep­nął do sie­bie.

– Kapralu Tunny?! – zawo­łał Glokta, zapi­na­jąc bluzę od mun­duru.

– Tak, panie puł­kow­niku? – Naj­gor­liw­szy z mło­dych żoł­nie­rzy naj­gor­li­wiej zasa­lu­to­wał.

– Pro­szę przy­nieść mój napier­śnik.

– Oczy­wi­ście, panie puł­kow­niku. – Tunny natych­miast pobiegł wypeł­nić roz­kaz.

Wokół mnó­stwo ludzi dokądś się śpie­szyło. Ofi­ce­ro­wie szu­kali żoł­nie­rzy. Ludzie szu­kali koni. Cywile ucie­kali; Lady Wet­ter­lant rzu­cała przez ramię załza­wione spoj­rze­nia. Rews uświa­do­mił sobie, że jest kwa­ter­mi­strzem. Powi­nien zaj­mo­wać się czymś pil­nym. A jed­nak mógł tylko stać jak kołek z wytrzesz­czo­nymi i rów­nież nieco załza­wio­nymi oczami, bez­ce­lowo otwie­ra­jąc i zaci­ska­jąc usta oraz dło­nie.

Wokół obja­wiały się dwa zupeł­nie odmienne rodzaje odwagi. Zafra­so­wany porucz­nik West spo­glą­dał w stronę mostu, z bla­dym obli­czem i zaci­śnię­tymi zębami, koniecz­nie pra­gnąc speł­nić swój obo­wią­zek pomimo bar­dzo real­nego stra­chu. Puł­kow­nik Glokta tym­cza­sem kpił ze śmierci, jakby była porzu­coną kochanką bła­ga­jącą o wię­cej, nie­ustra­szony i prze­ko­nany, że nie­bez­pie­czeń­stwo to coś, co doty­czy tylko malucz­kich.

Rews uświa­do­mił sobie, że obja­wiła się także trze­cia odmiana odwagi, ponie­waż on sam demon­stro­wał, jak wygląda jej cał­ko­wity brak.

Inne książki tego autora