Noc pełna pożądania

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Joanne Rock
Noc pełna pożądania

Tłumaczenie:

Elżbieta Chlebowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Jillian Ross zamówiła butelkę najlepszego wina i wybrała stolik przy oknie, ale zrobiła to bez wielkich nadziei, że trunek okaże się wart swej ceny. Bar ulokowany w centrum Cheyenne, stolicy stanu Wyoming, nosił nazwę Spragniona Krowa, a wybór win nie różnił się od tego, który miała w Kalifornii w lokalnym sklepie. Tymczasem pierwszy łyk caberneta przyniósł miłe zaskoczenie.

Wreszcie zdoła odhaczyć pozycję „zamówienie najlepszego wina w knajpie” z listy stu rzeczy do zrobienia w życiu. Sporządziła ją dwa lata wcześniej, gdy poddawała się naświetleniom z powodu raka piersi. Skoro dostała od losu drugą szansę, zamierzała spełnić wszystkie swoje zachcianki. Nie był to lokal pięciogwiazdkowy, ale i tak się liczył. W dodatku za jednym zamachem skreśliła z listy inny punkt: zwiedzanie Dzikiego Zachodu.

Niemal jedną trzecią listy stanowiły nazwy miejsc, które chciała zobaczyć. Jej nowa praca w filmie z pewnością mogła to ułatwić – Jillian zajmowała się teraz poszukiwaniem planów filmowych na terenie Stanów Zjednoczonych. Oczywiście producent otworzy przed nią drzwi do kariery pod warunkiem, że wywiąże się ze swojego obecnego zadania.

– Coś jeszcze pani podać? – Wysoki chłopak w koszulce lokalnego koledżu, balansując tacą pełną piwa, postawił przed nią butelkę.

Jego słowa utonęły w głośnej muzyce country i gwarze rozmów. Spragnioną Krowę wypełniał tłumek ranczerów i turystów, a tu i ówdzie widać było wojskowy mundur kogoś z personelu bazy lotniczej.

Jillian przyjechała trzy dni temu z Pasadeny na spotkanie z bogatym właścicielem ziemskim – nieuchwytnym Codym McNeillem. Zamierzała namówić go na udostępnienie rancza ekipie filmowej. Niestety, jej misję poważnie utrudniała nieobecność McNeilla w mediach społecznościowych. Nie była w stanie niczego się o nim dowiedzieć. Facet był enigmą.

Formalne pismo w sprawie filmu zostało wysłane do zarządcy McNeilla, ale spotkało się z odmową. Problem w tym, że producent, dla którego pracowała Jillian, zakochał się w malowniczych widokach uwiecznionych przez nią na fotografiach, zanim zorientowała się, że weszła na teren prywatny. Jej szefowie odrzucili wszelkie inne lokalizacje, uparli się, że Ranczo Czarnego Strumienia będzie idealne.

Do niej należało namówienie właściciela do zmiany zdania.

– Wszystko w porządku, dziękuję. – Uniosła kieliszek.

Wróciła do studiowania notatek na tablecie. Stary ranczer Donovan McNeill podzielił swoją gigantyczną posiadłość na parcele dla trzech córek i trzech synów. Przylegające do siebie rancza wyglądały podobnie, jednak tylko na działce Cody’ego znajdowała się autentyczna stara stodoła, która idealnie pasowała do koncepcji producenta.

Jillian nie zamierzała dać za wygraną. Carson McNeill, jeden z braci, był właścicielem sąsiedniej farmy. Wpisała jego imię i… bingo!

Carson ‒ w przeciwieństwie do tajemniczego brata ‒ – miał konta na różnych mediach społecznościowych. Wstawiał tam informacje o maszynach rolniczych, ale od czasu do czasu sam pojawiał się na fotkach, często w damskim towarzystwie. Nie dziwiła się zainteresowaniu płci pięknej, bo Carson był niezłym ciachem.

Jillian spotkała wielu przystojnych mężczyzn, nie brakowało ich w filmowym światku. McNeill wyglądałby jak klasyczny amant, gdyby nie zakurzone buty, ślad zarostu i potargane włosy. Brakowało mu hollywoodzkiego szyku, jednak jego lśniące ciemne włosy, zadziwiająco niebieskie oczy i uwodzicielski uśmiech przyciągały wzrok każdej kobiety.

Na jednym ze zdjęć zrzucał beczułkę z furgonetki wprost w ręce robotników, na polu ze świeżo skoszonym i zrolowanym w bele sianem. Gdzie indziej pozował w barze, otoczony przez zachwycone dziewczyny. Długie nogi w kowbojkach niedbale wyciągał przed siebie. Na kolejnej fotografii, skserowanej z lokalnej gazety, znacznie młodszy Carson ujeżdżał byka na rodeo. Jillian założyłaby się, że nawet perspektywa twardego lądowania nie starła mu z twarzy zawadiackiego uśmiechu.

Wygląda na to, że facet nie boi się wyzwań, lubi kobiety i pomoże jej przekonać brata. Zadowolona pociągnęła łyk wina i poddała się czarowi melancholijnej ballady.

Na parkiecie kołysały się pary tancerzy, niebieski neon pod sufitem imitował księżycowe światło. Jeśli Cody udzieli jej pozwolenia na filmowanie, producent z pewnością będzie korzystał z jej usług. Miał szerokie znajomości w filmowym światku, może poleci Jillian swoim znajomym i jej kariera się ustabilizuje.

To oznaczało podróże do nowych miejsc i kolejne odhaczone na liście punkty. Rak niech się schowa, nie pozwoliła pokonać się chorobie i wreszcie robiła to, na co zawsze miała ochotę. Zwyciężyła też własny strach przed śmiercią.

Wyglądała przez okno, by nie gapić się na zakochane pary na parkiecie. W sprawach męsko-damskich nie wiodło jej się najlepiej. Mówiąc szczerze, była sama jak palec. Jej ostatni chłopak zerwał z nią zaraz po operacji usunięcia guza piersi. Oznajmił, że nie jest w stanie znieść chemioterapii, nie mówiąc już o naświetlaniach.

Co za kpina. On nie był w stanie tego znieść! Tymczasem to ona chorowała i nie miała wyboru: musiała przejść przez całe cholerne piekło. Sama.

Przymknęła oczy, by odpędzić stare demony. Kiedy je otworzyła, pomyślała, że wzrok ją zawodzi.

Na ulicy, w deszczu, zobaczyła Carsona McNeilla we własnej osobie. Śledziła go wzrokiem. Wzrost, sylwetka, budowa ciała – wszystko się zgadzało. Dżinsy opinały długie nogi. Stetson i kowbojskie buty były inne niż na zdjęciu, ale w końcu facet ma prawo mieć więcej niż jeden kapelusz i jedną parę obuwia. Stać go.

Wrzuciła do skórzanej torby mapy i tablet, położyła kilka banknotów obok prawie nietkniętej butelki.

Kelner zgarnie niezły napiwek, ale nie miała czasu czekać na wydanie reszty.

Przepchnęła się przez tłum do drzwi i wyszła na ulicę akurat w momencie, gdy płowy stetson zniknął w budynku przecznicę dalej. Przytuliła do piersi torbę i pożałowała, że nie wzięła dziś wieczorem swetra. Cheyenne było wietrznym miastem, zwłaszcza w deszczową pogodę, gdy lodowate podmuchy mroziły ją do szpiku kości. Czuła wtedy, że w jej krwi nadal płynie trucizna, pozostałość po chemioterapii.

Budynek, do którego wszedł Carson, okazał się kolejnym barem. Wrangler’s nie był tak oblegany jak Spragniona Krowa. Kiedy weszła do środka, wszystkie głowy zwróciły się w jej stronę.

Naliczyła pięć osób.

Facet za barem miał zmierzwioną brodę do połowy piersi i zupełnie nie przypominał studenta.

Kiwnął głową w kierunku Jillian, nie przerywając nalewania piwa dla drugiej obecnej tu kobiety: motocyklistki w średnim wieku, ubranej w skórzaną kamizelkę i koszulkę z długimi rękawami.

Ten lokal zupełnie nie pasował do Carsona, jeśli sądzić po zdjęciach w mediach społecznościowych, jednak trudno było nie zauważyć tak przystojnego faceta.

Siedział w kącie i bawił się telefonem komórkowym. Jillian nie zdawała sobie sprawy, że gapi się na niego. Z zamyślenia wyrwał ją głos barmana.

‒ Proszę siadać, gdzie się pani spodoba. – Gestem wskazał puste stoliki.

Zajęła miejsce naprzeciwko McNeilla, ale nawet nie podniósł głowy. Przez chorobę straciła cały seksapil, a miała wielką ochotę poczuć na sobie spojrzenie błękitnych oczu.

Gdzieś zagubiła pewność siebie i obwiniała o to byłego chłopaka. Po jego odejściu podejrzliwie patrzyła na wszystkich mężczyzn. Jednak główną przyczyną była choroba i kuracja, która wyssała z niej siły witalne i pozostawiła suchą łupinę.

Czytała broszury na temat chemioterapii i radioterapii, więc wiedziała, czego się spodziewać. Wiele osób miało podobną reakcję, ale dało się z tym żyć.

Nie myślała o seksie, skupiła się na pracy, własnym zdrowiu i spełnianiu zachcianek z listy.

Dopiero teraz, obserwując przystojnego kowboja dwa stoliki dalej, poczuła normalną kobiecą reakcję na atrakcyjnego faceta. Zaintrygował ją. Co za ciacho! Pod flanelową roboczą koszulą i niebieskim T-shirtem łatwo było domyślić się twardych mięśni. Cień zarostu prowokował do przeciągnięcia palcem po szorstkiej skórze.

Nagle mężczyzna podniósł wzrok i wbił w nią swoje błękitne spojrzenie. Powietrze wokół wibrowało od jego intensywnej energii. Poczuła nagłe łaskotanie w całym ciele, jakby mikroskopijne wyładowania elektryczne. Zabrakło jej powietrza, nie umiała oderwać od niego oczu.

Dreszcz przebiegł jej po kręgosłupie, tym razem nie z zimna, ale oblewającego ją gorąca.

Nie była w stanie wydobyć głosu, a jednocześnie pierwszy raz od dwóch lat nie czuła się jak wyschnięta skorupa. Patrząc na człowieka, w którego rękach leżał klucz do jej profesjonalnej przyszłości, poczuła, jak budzi się uśpione libido.

Cody McNeill pomyślał, że ładna rudowłosa kobieta siedząca naprzeciwko niego z pewnością wzięła go za jego brata bliźniaka.

Nie raz i nie dwa widział podobne spojrzenia dziewczyn skierowane na Carsona – jakby był spełnieniem ich najskrytszych pragnień.

To dziwne, bo przecież byli bliźniakami, a jego nikt nie pożerał wzrokiem. Ludzie, którzy ich znali, nie mieli problemów z rozróżnieniem, który jest który. Nawet nieznajomi widzieli na pierwszy rzut oka, że Carson jest uroczy, a Cody… wprost przeciwnie.

Różnili się sposobem bycia, poczuciem humoru. Carson nie przejmował się niczym i zawsze był gotów do zabawy. Cody sprawiał wrażenie człowieka, którego przygniata brzemię odpowiedzialności.

Rudowłosa najwyraźniej jeszcze tego nie zrozumiała, chociaż przyglądała mu się od momentu, gdy weszła do baru. Cody lubił Wrangler’s, tutejsze jedzenie mu smakowało, piwo nie wymagało wyszukanego menu.

 

Zresztą przed miesiącem kupił cały budynek, żeby urządzić tu biuro. Dziś schował się w barze przed rodziną, a konkretnie przed bliźniakiem. W ostatnim czasie nie mogli się dogadać, kłócili się o wszystko.

Zaczęło się od pojawienia ich dziadka ze strony ojca, bogatego jak Krezus potentata hotelowego z Nowego Jorku, który przed dwudziestoma laty wydziedziczył własnego syna. Carson chciał przyjąć dziadka z otwartymi ramionami, podczas gdy Cody nie umiał mu wybaczyć krzywd taty. Potraktował go haniebnie.

Przyjazd Malcolma McNeilla do Cheyenne poważnie nadwyrężył niełatwe relacje rodzinne, a Carson pogorszył sytuację, zapraszając seniora na kolację do swego domu, na Ranczo Rozlanego Strumienia. Technicznie posiadłość wciąż należała do ich ojca, Donovana McNeilla, choć gospodarstwem zajmował się Carson.

Ten ostatni przykład nielojalności doprowadził Cody’ego do szewskiej pasji. Jego brat przedkładał przyjemności nade wszystko, a rzadko myślał o konsekwencjach. Może dlatego kobiety były nim oczarowane, jak ta atrakcyjna rudowłosa, która gapi się na niego piwnymi oczami. Gdyby na jego miejscu siedział Carson, nie przegapiłby okazji.

Może z powodu wisielczego humoru, a może na przekór bratu Cody zrobił coś, co ostatnio zdarzyło mu się w szkole podstawowej.

Postanowił udawać, że jest Carsonem.

‒ Chciałaby pani wiedzieć, czy jest w ofercie coś smakowitego? – zażartował.

W jego uszach zabrzmiało to fałszywie, ale bratu zawsze udawało się poderwać dziewczynę na podobne teksty.

Na miejscu kobiety sam by się nabrał.

Wystarczył czarujący uśmiech.

Ślicznotka patrzyła na niego oszołomiona. Wywarła na nim piorunujące wrażenie. Była jak kolorowy ptak, feeria barw ‒ od intensywnie rudych włosów po turkusowe kowbojki, które z pewnością nie nadawały się do pracy przy bydle. Przykuwała do siebie wzrok w tym mrocznym pomieszczeniu.

‒ Smakowitego? – wykrztusiła i zaczerwieniła się gwałtownie.

‒ W menu – wyjaśnił, demonstrując kartę. – Jest kilka niezłych opcji.

Ciekawe, co wywołało rumieniec na jej policzkach.

To go niespodziewanie rozbawiło. Dawno nie zdarzyło mu się wywrzeć piorunującego wrażenia na atrakcyjnej kobiecie.

‒ Nie jestem głodna, dziękuję – bąknęła i przygryzła wargi. – Prawdę mówiąc, przyszłam tu za panem. Chciałabym porozmawiać.

O do licha. Nie był gotów na zakończenie zabawy, jednak nie chciał otwarcie kłamać na temat swojej tożsamości.

Przestał się uśmiechać, bo to sprawiało, że był podobny do brata. Rozczarowanie trochę go ochłodziło.

‒ Naprawdę tylko na tym pani zależy? – Sam się zdziwił, że to powiedział.

‒ Na czym? – Nie zrozumiała.

Muzyka z grającej szafy zmieniła się na starą melodię George’a Jonesa. Powolny rytm podsunął mu pomysł, co dalej.

‒ Zamiast rozmowy proponuję taniec. – Podniósł się i wyciągnął do niej rękę.

Patrzył w jej bursztynowe oczy i czekał niecierpliwie, aż się zgodzi. Potrzebował czegoś, co pozwoli mu odreagować ciężki dzień. Chciał trzymać w ramionach piękną nieznajomą. Zastanawiała się tak długo, że spodziewał się odmowy, tymczasem, o dziwo, nagle się uśmiechnęła.

Uśmiech rozświetlił ją od środka.

‒ Świetny pomysł – roześmiała się. – Chętnie.

Podała mu rękę i pozwoliła zaprowadzić się na parkiet. Miejsca było mało, ale stanowili jedyną parę, która zdecydowała się zatańczyć.

Kobieta, choć o głowę niższa, świetnie wpasowała się w jego ramiona. Mógł zanurzyć twarz w jej włosach pachnących słodko jak kwiaty wiciokrzewu.

Podniosła ku niemu głowę, poddała się jego prowadzeniu i wkrótce wirowali w tańcu, jakby robili to od lat. Szerokie rękawy jej bluzki muskały jego ramiona.

Obudził się w nim seksualny głód, dały o sobie znać te wszystkie miesiące, które spędził w celibacie, odkąd rozpadł się jego ostatni związek. Aż trudno uwierzyć, ale doliczył się dwunastu.

Ostatnia dziewczyna nawet nie próbowała usprawiedliwiać zdrady, powiedziała tylko, że jest „oziębły” i żadna kobieta z nim nie wytrzyma.

Dzisiaj wieczorem w jego żyłach płynęła gorąca krew.

‒ Już nie pamiętam, kiedy ostatnio tańczyłam z nieznajomym – wyznała niespodziewanie rudowłosa.

Nieznajomym?

A więc nie zna Carsona? Nie wiedział, co o tym myśleć. Wcześniej sprawiło mu przyjemność, że udatnie wszedł w buty brata. Jednak im dłużej obejmował ognistą dziewczynę, tym bardziej się cieszył, że brat bliźniak nie ma do niej żadnych praw.

‒ Ponury piątkowy wieczór nabrał barw – zauważył. – Od dawna zajmowałem się pracą i niczym innym.

‒ Ciekawe, co wpłynęło na zmianę humoru – przekomarzała się. – Wystrój wnętrza? A może piosenki George’a Jonesa?

‒ Doceniam dobrą klasykę – zaśmiał się – ale winylowe obicia siedzeń jakoś do mnie nie przemawiają. Myślałem wyłącznie o pani towarzystwie.

Jego bezpośredniość wyraźnie ją zaskoczyła. Przygryzła wargę speszona.

‒ Już dawno nikt nie okazał mi tyle zainteresowania.

Wyczuł, że kryje się za tym jakaś historia. Dostrzegł to w jej oczach. Usłyszał w tonie głosu.

‒ Nie jest pani z nikim związana? – upewnił się, żeby nie wejść na grząski grunt. ‒ Nie widzę obrączki, ale wolę zapytać.

‒ Jestem całkowicie wolna – odparła. – A pan? Nikt nie czeka w domu?

‒ Moją nieobecność zauważy najwyżej paru pastuchów, którzy woleliby, żebym ich zluzował do domu. – Ich uda otarły się o siebie, poczuł dreszcz płynący przez całe ciało. – Nie mam żony ani dziewczyny.

Docenił, że wolała się upewnić, chociaż ulegała chwili tak samo jak on. A skoro formalnościom stało się zadość, niech się dzieje, co chce. Nie wypuści z objęć ślicznej nieznajomej. Wyjdzie z nią na dwór i pocałuje. Sprawdzi, czy smakuje równie dobrze, jak wygląda.

‒ Gwiazdy są po naszej stronie – powiedziała z rozmarzeniem w głosie.

Nie przypominał sobie, by kobieta patrzyła na niego z podobnym zachwytem. Jakby był odpowiedzią na niewypowiedzianą modlitwę.

‒ Też tak czuję. – Nie chciał jej spłoszyć albo zachować się jak zwykły barowy podrywacz.

Zastanawiał się jednak – gdy muzyka przeszła we współczesną powolną piosenkę o miłości – czy przekona ją, by rozdmuchać iskry w płomień i dać się ponieść emocjom. Nie myśleć o tym, co będzie jutro.

– Chyba pierwszy raz gwiazdy mi sprzyjają. Chciałbym o coś spytać, jeśli można.

Zatrzymali się na środku parkietu i kołysali w miejscu jak kochankowie. Lillian nie odrywała od niego wzroku. Teraz tęczówki wydały mu się bardziej zielone niż złote, przywodziły na myśl trawę i wiosnę.

‒ Pytaj. – Jej głos miał zmysłową aksamitność. Mógłby go słuchać w nieskończoność.

‒ A gdyby tak zapomnieć o zasadach, o tym, co wypada, a co nie wypada? Zrobić to, na co mamy ochotę? – Przypomniał sobie książki dla dzieci, w których można wybrać zakończenie.

Dla człowieka, który w życiu kierował się poczuciem odpowiedzialności, była to atrakcyjna perspektywa: chociaż raz zboczyć z utartej drogi. Nie mógł sobie pozwolić na beztroskę, gdy w grę wchodziło ranczo. Albo rodzina. Był gotów zaryzykować teraz. Właśnie z nią.

‒ Proponujesz mi przygodę? – spytała z niedowierzaniem, ale zaintrygowana.

‒ Chyba tak. – Nie pozwoliłby sobie na podobną bezczelność wobec miejscowej dziewczyny, która mogła znać kogoś z jego bliskich. Miał jednak do czynienia z turystką, która bawi tu przejazdem.

Trudno o lepszą partnerkę do romansu na jedną noc.

– Co powiesz o wyrzuceniu do kosza kodeksu towarzyskiego?

Puścił rękę Lillian i podniósł jej brodę, by wyraźniej widzieć jej twarz. Oddychała szybko. Wyobraził sobie, że czuje na wargach jej smak. Nachylił się jeszcze bliżej.

‒ Dziś wieczorem wybierz mnie.

ROZDZIAŁ DRUGI

Przeznaczenie.

Jillian nie była kobietą, która dawała się ponosić romantycznym nastrojom. Rak odarł ją ze złudzeń. Twardo chodziła po ziemi. Była pragmatyczna aż do bólu.

A jednak teraz mężczyzna zaproponował jej seks i to w czasie, gdy desperacko próbowała na nowo urządzić sobie życie. Nie popadła w depresję, a może też wyzdrowiała dzięki terapeutycznej liście rzeczy, które jeszcze chciała w życiu zrobić i zobaczyć.

Propozycja Carsona McNeilla była odpowiedzią na jeden z najdotkliwszych głodów jej ciała. To palec boży, jakaś nadprzyrodzona interwencja. A może po prostu łut szczęścia. Wystarczy odłożyć na później interesy, zobaczyć, dokąd ich zaprowadzi nieoczekiwane wzajemne pożądanie. Kiedy padło słowo „przygoda”, jej osobista tegoroczna mantra, Jillian zrozumiała, że nie oprze się pokusie.

Dużą rolę odegrał silny pociąg seksualny. Zapomniała już, jak miło jest czuć elektryzujące dreszczyki na skórze. Miała miękkie kolana. Nie widziała i nie słyszała niczego wokół, bo przeszkadzał jej szum w głowie i mgiełka w oczach.

Stanowczo nie miała teraz głowy do dyskusji o biznesie z McNeillami.

Nawet jeśli romans z Carsonem okaże się pomyłką, znajdzie inny sposób na dotarcie do jego brata.

A gdyby nie skorzystała z okazji, będzie żałowała do końca życia.

– Tak. Zgoda – powiedziała szybko i wygładziła dłonią jego flanelową koszulę.

Będzie to romans, ale bezpieczny, przecież nie jest lekkomyślną nastolatką. W pobliżu zaparkowała samochód. Wyśle esemesa do przyjaciółki z informacją, co zamierza zrobić. I nie umówiła się z całkiem anonimowym mężczyzną – Carson McNeill jest znanym i lubianym członkiem lokalnej społeczności.

Uśmiech rozjaśnił jego twarz, a ona oblała się rumieńcem.

‒ Nie mogę się doczekać na nasz pierwszy pocałunek – szepnął jej do ucha, a towarzyszyło temu rozkoszne muśnięcie karku.

– Coraz bardziej mi się podobasz – mruknęła. Kołysali się w powolnym tańcu, ale zapach piwa i pieczonych skrzydełek zaczął jej przeszkadzać. – Pierwszy raz będę się całowała z nieznajomym.

– Złamiesz mi serce, jeśli teraz ogarną cię wątpliwości.

Na parkiecie pojawiła się kolejna para. Kobieta siedząca przy barze pociągnęła do tańca starszawego, trochę już wstawionego kowboja. Partner Jillian opiekuńczo przyciągnął ją do siebie, a jej mocniej zabiło serce.

– Bez obaw, jestem zdecydowana, zresztą wiem o tobie to i owo. – Bliskość jego ciała przypominała jej, jak długo obywała się bez seksu.

Zbyt długo.

‒ Naprawdę?

‒ Lubisz podejrzane knajpy. – Dziwne, że przyszedł sam. Na wszystkich zdjęciach otoczony był licznym gronem adoratorek, kumpli, pracowników.

‒ I rude włosy. – Nawinął sobie na palec jeden z jej krótkich loków. – Właśnie dzisiaj sobie to uświadomiłem.

Był to nadspodziewanie miły gest. Podobały mu się jej kręcone włosy, których nie prostowała w obawie, że przestaną bujnie odrastać.

Przełknęła ślinę. Dzisiejszy wieczór i niewymuszony flirt pozwoliły jej poczuć się normalnie. Miło jest być adorowaną, pożądaną nawet. Emocje dławiły ją w gardle.

Dobrze jest żyć. Dobrze jest czuć fizyczną przyjemność płynącą z prostej pieszczoty.

Dobrze jest wiedzieć, że jej ciało nadal zdolne jest do odczuwania rozkoszy.

Była bliska łez i chciała je ukryć, więc zamiast rozkleić się do końca, wspięła się na palce i pocałowała swego towarzysza.

Zaskoczyła go. Na chwilę znieruchomiał. Czy pomyśli, że zwariowała? Uzna ją za nimfomankę?

Zamknęła oczy, by przestać myśleć, skupić się na doznaniach. Lekko drapiący zarost. Miękkie wargi, pełne i zmysłowe. Zapach cedrów i sosen, jakby całe dnie spędzał gdzieś na prerii czy w lesie.

Była już gotowa się cofnąć, ale sytuacja się odwróciła. Mężczyzna przejął inicjatywę, teraz on ją całował, narzucił tempo i intensywność, zupełnie jak w tańcu. Nogi się pod nią ugięły, więc zarzuciła mu ramiona na szyję, żeby nie upaść. Przywarła do niego całym ciałem. Chyba zrozumiał, że czas działać, bo odetchnął głęboko, zaskoczony tak jak ona szybkim obrotem akcji.

Muzyka znowu się zmieniła, powolne tony zastąpił szybki i głośny rock. Kelnerka przemknęła obok z tacą pełną jedzenia, w powietrzu czuć było zapach tabasco i piwa.

Pożądanie płonęło w Lillian wielkim jasnym płomieniem, a było to niezwykłe doznanie po blisko dwóch latach abstynencji.

‒ Widzisz tamte drzwi? – Wskazał brodą kierunek.

Wyjście miało tabliczkę: „Prywatne”.

‒ Uhm – mruknęła.

‒ Tam jest moje biuro.

 

‒ Pracujesz w barze? – zdziwiła się. Co robi w knajpie ranczer, właściciel sporej połaci ziemi?

‒ Kupiłem cały budynek. Część parteru wynająłem właścicielowi baru. Resztę przebudowuję na własny biznes.

Nie powiedział, czym właściwie się zajmuje. Wiedziała to ze swoich wcześniejszych poszukiwań w internecie.

‒ Wygodnie jest mieć pod bokiem ulubiony bar – przyznała. Chciała pocałunków, nie rozmowy.

‒ Za tymi drzwiami będziemy sami i nikt nam nie przeszkodzi – wyjaśnił.

‒ Czekaj, tylko wezmę torbę.

Zdążyła jeszcze wysłać krótkiego esemesa do przyjaciółki. Nigdy nie zapominała o ostrożności.

Jednak kolejne pocałunki warte były ryzyka. Nic jej nie powstrzyma przed pójściem w głąb trzeciorzędnej knajpy w budynku należącym do seksownego ranczera. Jej ciało wibrowało, znowu czuła, że żyje. Tego doznania nie dała jej wygrana walka z rakiem ani wielomiesięczna psychoterapia.

– Czy jesteś pewna? – zapytał.

Być może wcześniej zauważył, że gdzieś esemesuje.

– Stuprocentowo.

Dotyk McNeilla spowodował, że podskoczył jej poziom adrenaliny. Ma magiczne ręce, skoro już zdążyła się od nich uzależnić. Takiej elektryzującej przyjemności nie pamiętała z czasów, kiedy była zupełnie zdrowa.

Dziś wieczorem nie zamierzała się martwić o pracę i zdjęcia do filmu. Przyjęła wyzwanie, które rzucił jej Carson, i miała nadzieję, że doprowadzi ją do radości oraz zdrowia.

Mężczyzna pociągnął ją za rękę przez mroczny bar do drzwi, włączył światło i zamknął za nimi przejście. Jillian rozejrzała się po obszernym pomieszczeniu, w którym najwyraźniej nadal trwała renowacja.

Ściany zostały oskrobane z tynku do gołej cegły, bambusowe podłogi zostały wycyklinowane i polakierowane. Schody z grubą kutą balustradą prowadziły gdzieś na górę. Płytki z wytłaczanej cyny na suficie wyglądały na oryginalne.

Nie miała szansy skomplementować ciekawego projektu architektonicznego, bo jego kapelusz wylądował na żelaznym haku przy drzwiach. Teraz lepiej widziała jego oczy, rondo nie rzucało na nie cienia.

Pocałunek rozwiał ostatnie wątpliwości. Oboje chcieli tego samego. Miała wrażenie, że znajduje się w spadającej windzie. Przytrzymała się mężczyzny. Poczuła się stabilniej, gdy przygniótł ją do ściany.

Instynkt wziął górę nad rozumem. Zawisła mu na szyi, nie przerywając pocałunków.

– Na pewno tego chcesz? – upewnił się, oddychając ciężko.

Chciała wszystkiego, co mógł jej dać.

– Na sto procent. – Położyła mu rękę na policzku i przekazywała telepatycznie swoje pragnienia.

Znowu przygniótł ją do ściany i podniósł wyżej. Przejechała brzuchem po czymś twardym…

Och. Nieźle.

Wczepiła się w jego włosy i szepnęła:

– Nie przestawaj.

Cicha prośba była iskrą padającą na proch.

Do tej pory Cody starał się kontrolować. Kilka razy upewnił się, że kobieta wie, do czego to prowadzi i chce seksu podobnie jak on. Miał nadzieję, że czuje się bezpieczna. W końcu za ścianą byli ludzie.

Ale teraz?

Jej przyzwolenie doprowadziło go na skraj. Przywarł nabrzmiałym członkiem do spojenia ud. Wystarczy zadrzeć spódnicę, rozpiąć pasek spodni i będzie w środku.

– Proszę – mamrotała gorączkowo i szarpała jego koszulę. – Jestem zdrowa. Żadnych partnerów seksualnych od ostatniego badania.

Parsknął śmiechem, tak zdziwiła go racjonalna treść.

– Ja też. – Postawił ją na podłodze. – Tu gdzieś powinny być prezerwatywy. Chyba w łazience na górze.

– Mam jedną w torbie. Z nadmiaru optymizmu. – Gwałtownie grzebała w torebce, wyrzucając różowe słuchawki i szminkę. – Proszę. – Wcisnęła mu do ręki niewielki pakiecik.

Chciał ją zabrać na górę, gdzie była kanapa, ale ona już rozpięła mu rozporek i wzięła go w ręce.

– Złap mnie za szyję – polecił zdławionym głosem. Podniósł rudowłosą i oplótł się jej udami. Szamotał się przez chwilę ze spódnicą i zadarł materiał wyżej.

Jedwabne figi nie stanowiły żadnej bariery. Pod nimi kobieta była gorąca i wilgotna, gotowa na jego przyjęcie. Prezerwatywa znalazła się na swoim miejscu. Miał ochotę poświęcić na pieszczoty więcej czasu, delektować się kochanką i seksem, jednak gdzieś zniknęły koszula i T-shirt, a dotyk gołej skóry podziałał jak wstrząs elektryczny.

Musi w nią wejść, inaczej eksploduje.

Zrobiło mu się ślisko, gorąco i ciasno, najbardziej stymulujące doznanie w jego erotycznej historii. Kobieta odrzuciła głowę do tyłu, rozchyliła wargi, wbiła mu paznokcie w plecy. Owionął go słodki zapach wiciokrzewu. Lizał i ssał aksamitną skórę szyi, gdy miotał się między udami kochanki. Zwolnił, kiedy dostrzegł, że jest bliska orgazmu. Policzki jej poczerwieniały, wciągnęła powietrze i znieruchomiała. Wsunął rękę, by jej dotknąć w najbardziej intymnym miejscu, kolistym ruchem pieścił… właśnie tam.

Jej krzyk i spazmatyczne drgawki pchnęły go na szczyt i zrzuciły w odmęty orgazmu. Wczepili się w siebie jak dwoje rozbitków.

‒ Carson – westchnęła.

Imię brata na ustach kochanki podziałało na Cody’ego jak zimny prysznic.

‒ Co powiedziałaś? – Zrobiło mu się zimno, z trudem zbierał myśli.

Popatrzyła na niego przez półprzymknięte powieki.

Cokolwiek wyczytała w jego twarzy, zaskoczyło ją, bo przygryzła wargę.

‒ Przepraszam, Carson. Wiem, kim jesteś. Szukałam cię – powtórzyła głośno i wyraźnie, choć sprawiała wrażenie trochę zawstydzonej.

‒ Nie mnie, skarbie. – Wyprostował się. – Jestem Cody McNeill. Trafiłaś na tego drugiego brata.