Nienasyceni kochankowie

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ DRUGI

Ian ze wszystkich sił próbował nie gapić się na długie nogi Lydii. Poważnie traktował pracę, żeby choć trochę odpłacić Jeremy’emu Singerowi za przysługę; wszak dopuścił go do projektu w ostatniej chwili.

Jeremy był jego starym znajomym, niejedną inwestycję ukończyli razem, toteż Ian znał jego upodobania oraz oczekiwania i mógł go z powodzeniem zastąpić. Od kiedy założył własną firmę – znacznie mniejszą niż korporacja McNeill Resorts należąca do dziadka – i zaczął inwestować w ośrodki wypoczynkowe, rzadko zdarzało mu się nadzorować przedsięwzięcia innych biznesmenów z branży hotelarskiej, miał wystarczająco dużo pracy przy projektowaniu własnych.

A jednak teraz z przyjemnością włączył się w renowację, która miała zamienić hotel Foxfire w istny raj dla smakoszy.

Jedną ze złych stron prowadzenia własnego biznesu było to, że więcej czasu zajmowało mu zmaganie się z pozwoleniami na budowę i restrykcjami wszelkiego rodzaju, niż badanie potrzeb potencjalnych klientów.

Sporadyczny kontakt z prawdziwym centrum turystycznym pozwalał uświadomić sobie, jakie są rzeczywiste cele jego pracy. Z tego punktu widzenia pobyt na Florydzie może się okazać bardzo owocny.

W każdym razie korzyści zdecydowanie przeważały koszty.

Dyskusja trwała, a Ian wciąż zerkał na Lydię pogrążoną w rozmowie z kobietą odpowiedzialną za wentylację pomieszczeń. Zgromadził tu wszystkich, nawet jeśli pełnili niewielką rolę w całym procesie renowacji.

Przylegające do werandy patio było zatłoczone, trudno było wyjść stąd niepostrzeżenie.

Lydia najwyraźniej znała swoją rozmówczynię, w końcu ich światek – wysokiej klasy specjalistów – nie był tak rozległy. Mówiła coś z ożywieniem, na jej policzkach pojawiały się dołeczki. Ciemne włosy niedbale przerzuciła przez ramię.

Czy spróbuje uniknąć konfrontacji? Chyba nie.

Nie bała się walczyć o swoje. A chociaż ją zaskoczył, miała dosyć czasu, żeby zaplanować kolejny krok.

Zachodził w głowę, co może mu powiedzieć. To ona z nim zerwała. Potem robiła jakieś idiotyczne intrygi. To wszystko był jej w stanie przebaczyć, ale dlaczego mściła się na jego rodzinie?

Napuściła biednego Camerona na Bogu ducha winną ukraińską baletnicę. Ich spotkanie – oraz spontaniczne oświadczyny Camerona na prywatnym lotnisku – zostało sfilmowane przez magazyn filmowy, który przygotowywał dokument o balerinie, czyli niedoszłej narzeczonej.

Ich najstarszy brat, Quinn, znalazł się w niezręcznej sytuacji, jednak z wielkim taktem załagodził konflikt z obrażonym ojcem Sofii.

To Lydia była sprawczynią ich kłopotów, a Ian nie zamierzał puścić jej tego płazem, nawet jeśli sprawy potoczyły się zaskakująco pomyślnie. Quinn zakochał się w baletnicy z wzajemnością. Para była już zaręczona i bardzo szczęśliwa.

W pewnej chwili stało się to, na co czekał, znaleźli się sam na sam. Nie tracił czasu i podszedł do niej, ale to ona przejęła inicjatywę.

– Muszę z tobą pogadać na osobności – oznajmiła, zarzucając torbę na ramię i odważnie patrząc mu w oczy.

Zapomniał już, jak intensywnie zielone są jej tęczówki. Wróciło wspomnienie: kiedyś stali na plaży na Rangiroa, atolu koralowym na Pacyfiku, na północ od Tahiti, a on pomyślał wtedy, że oczy Lydii są zupełnie jak morska woda – tamtego dnia nie szmaragdowa czy niebieska, a zielona jak jadeit.

Był wtedy gotów popełnić dla niej każde głupstwo. Błąd, którego z pewnością już nie powtórzy.

– Tak myślałem. Mój samochód jest na zewnątrz. – Wskazał głową kierunek.

Przygryzła wargę. Niepewna? Niechętna?

A może wręcz odwrotnie?

– Przy okazji popracujemy – wyjaśnił.

Niech Lydia sobie nie myśli, że po dwugodzinnej naradzie próbuje znaleźć się z nią sam na sam w całkiem wiadomych celach, jak to dawniej bywało.

– O tej porze nie ma korków – dodał. – Pojedziemy do hoteli, które Singer uznał za warte obejrzenia, i poszukamy inspiracji.

– W porządku. – Okręciła się na pięcie i ruszyła przodem. – Dziękuję.

Obserwował jej falujące w ruchu biodra, zarys ud pod turkusowym jedwabiem. Nie przypominał sobie tej sukienki, ale poznałby po ciemku każdy centymetr kwadratowy jej nóg. Mieli kręćka na swoim punkcie, zrywali z siebie ciuchy przy pierwszej sposobności. Kiedyś, po drodze z plaży do domu, musieli się skryć w kabinie prysznicowej, tak byli siebie spragnieni.

Jej włosy jeszcze urosły, sięgały do połowy pleców. W zeszłym roku były podcięte równo nad łopatkami. Teraz tworzyły łagodny łuk wskazujący na krągłe pośladki.

Przytrzymał przed nią drzwi, wyszli na upalne słońce Miami. Temperatura w czasie dwóch godzin znacząco wzrosła. Ian rozpiął górny guzik koszuli i rozluźnił krawat. Był pewien, że nie ograniczą się do tematów służbowych, a gorąco ma więcej wspólnego z jego towarzyszką niż z przypiekającym słońcem.

– Tędy. – Wskazał sąsiedni hotel. Portier na widok Iana skierował boya z kluczykami na parking.

Wynajęty kabriolet wkrótce będzie do jego dyspozycji. Położył Lydii rękę na plecach, muskając końcami palców jej jedwabną sukienkę, na tyle jednak długo, aby poczuć ciepło jej ciała.

Piękno otoczenia – palmy, eleganckie samochody, niebieska morska woda i półnagie plażowiczki paradujące wokół – to wszystko nie miało dla niego znaczenia. Widział tylko Lydię.

– Przypadkiem znalazłeś się w Miami? – spytała zaczepnie. Jej narastająca od rana irytacja znalazła wreszcie upust. – I zająłeś się remontem hotelu, który nie należy do McNeill Resorts ani do twojej firmy?

Pachniała kwiatowo, tropikalnie. Potrafił odróżnić zapach jej perfum od woni żywopłotu z hibiskusa.

– Przyjechałem się z tobą rozmówić. – Nie miał zamiaru tego ukrywać. – Choć dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jak wiele pozostało do wyjaśnienia.

– Mogłeś zadzwonić – powiedziała z naciskiem, choć spokojnie. – Nie musiałeś pokonywać tysiąca pięciuset mil, żeby mnie dopaść w moim miejscu pracy.

– Naszym miejscu pracy – zauważył, nie podejmując kłótni. – Nie było sensu dzwonić, skoro skutecznie ukrywałaś się przede mną po wyjeździe z Rangiroi.

Zablokowała wszelkie możliwości kontaktu. Nie chciał odgrywać roli odrzuconego kochanka, który posuwa się do nachalnego napastowania byłej partnerki.

– Wiesz, że nie znoszę publicznych skandali. – Objęła się ramionami. Przez moment poczuł litość.

Jako córka bardzo bogatego i znanego ojca oraz matki, która bezceremonialnie polowała na jego miliony, Lydia już we wczesnym dzieciństwie i młodości poznała, co to znaczy brutalne zainteresowanie mediów. Historia jej rodziców to był ciągnący się latami serial eksploatowany przez tabloidy. Lydia obwiniała matkę o to, że skutecznie zniszczyła szansę na nawiązanie relacji z rodziną ojca.

– Nie zamierzałem robić afery – odparł. Wskazał srebrne BMW Z4 wyjeżdżające z parkingu. – Na tyle chyba mnie znasz.

– Tylko mi się wydawało, że cię znam, Ianie.

Słyszał w jej słowach gorzkie oskarżenie, nie musiała dodawać nic więcej.

Ian podał napiwek boyowi, drugi chłopak usłużnie otworzył Lydii drzwi. Wymienili parę zdań, a już kończyły się im rezerwy uprzejmości. Jakoś go to nie dziwiło. Kiedyś całkowicie stracił dla niej głowę, z wzajemnością. Zerwanie najwidoczniej zostawiło niezagojone blizny.

Jednak rozpamiętywanie krzywd prowadzi donikąd. Postawił sobie cel: wyjaśni raz na zawsze, dlaczego Lydia tak uporczywie wtrąca się w sprawy jego rodziny, więc musi doprowadzić tę rozmowę do końca.

– Czy mogę opuścić dach? – spytał uprzejmie.

Na polinezyjskiej wysepce przed rokiem jeździli wszędzie dżipem bez dachu, jednak zagniewana kobieta na siedzeniu obok w niczym nie przypominała tamtej rozchichotanej opalonej dziewczyny.

– Proszę bardzo. – Z torby wyjęła szeroką elastyczną opaskę, zamotała włosy w luźny kok. – Świeże powietrze dobrze nam zrobi, przynajmniej ostudzi temperamenty.

Obserwował spod oka, jak Lydia zbiera długie ciemne włosy w nieporządny węzeł.

Był pewien, że ten obraz wróci wieczorem, w erotycznych fantazjach.

– Tutejszy upał może je dodatkowo rozpalić – zauważył przekornie. Pytanie tylko, czy podsyci frustrację, czy pożądanie.

– Przyjmijmy wersję optymistyczną.

Oparła się wygodnie, samochód posuwał się po Ocean Drive w ślimaczym tempie, choć ruch uliczny daleki był od korków stanowiących utrapienie mieszkańców w godzinach szczytu.

– Dokąd jedziemy? – zapytała. – Na południe jest więcej secesyjnych budynków.

– Zapewne masz rację, ale zależy mi na kawałku autentycznej scenerii. – Chciał się zatrzymać gdzieś, gdzie będą sami i nic nie przeszkodzi im w rozmowie.

– Autentycznej scenerii? – powtórzyła. – Floryda nie jest znana ze szczególnie malowniczych krajobrazów.

– Mówisz tak, bo nie wdziałaś widoku z mojego penthouse’u. – Zjechał na prawy pas.

Ulica rozszerzyła się, a oni nadal posuwali się w żółwim tempie.

– Penthouse? – zaniepokoiła się i nasrożyła. – Nie mówisz serio?

– Zaufaj mi, spodoba ci się.

– To twój apartament? – dopytywała.

Czyżby wyczuł w jej głosie zaniepokojenie? Albo nie dowierza jemu, albo sobie. Nie miał czasu się nad tym zastanawiać.

– Wynająłem penthouse w Setai. – Wskazał na luksusowy hotel tuż przed nimi. – Z wyjściem na prywatny basen na dachu. Będziemy mogli jednocześnie rozmawiać i obserwować z tarasu całą secesyjną dzielnicę w dole.

– Apartament na najwyższym piętrze w Setai? Jeden z najdroższych na świecie?

– Naprawdę? – Zazwyczaj nie szalał tak z wydatkami, ale to nie była zwykła podróż w interesach. – Potraktuj moje zaproszenie jako prywatny pokaz dla projektantki wnętrz.

 

Być może zaprotestowałaby, ale obsługa hotelowa już gięła się przed nimi w lansadach. Jeden odźwierny przytrzymywał Lydii drzwi, drugi proponował, że poniesie za nią ciężką torbę i chciał spełniać jej życzenia.

Apartament wart jest swojej ceny, pomyślał Ian, gdy lekko oszołomiona Lydia wsiadła bez protestu do windy i pozwoliła się zawieźć na czterdzieste piętro. Wreszcie będą sami.

Dziewczyno, postradałaś zmysły, pomyślała.

Była tak oszołomiona czołobitną obsługą hotelową, że zanim się obejrzała, była w drodze do prywatnego penthouse’u Iana McNeilla. Bajeczka, że kieruje nią zawodowa ciekawość – luksusowy hotel zaprojektowany był przez najlepszych światowych architektów – w tym wypadku nie wystarczała.

Sprawa była bardziej skomplikowana. Ian znów stanął na jej drodze i został jej szefem, a teraz w dodatku usiłował dyrygować, jak ma spędzać swój prywatny czas.

Tak, chciała z nim porozmawiać. Jednak, do diabła, nie w hotelu, gdzie za jedną noc trzeba zapłacić tyle, ile przeciętny człowiek przeznacza na zakup samochodu.

– Ianie – zaczęła, a wtedy drzwi windy otworzyły się, odsłaniając przed nią wspaniałe wnętrze inspirowane azjatycką kulturą, obramowane oknami, z których rozciągał się bajeczny widok na lśniącą w słońcu taflę oceanu.

Odebrało jej głos.

– Och! – jęknęła.

Jako absolwentka architektury wnętrz mogła tylko podziwiać idealne proporcje pomieszczeń i pieczołowitość, z jaką zadbano o każdy szczegół ich urządzenia. Czytała wcześniej o Setai w jakimś branżowym piśmie, widziała na zdjęciach fortepian Steinway w holu i kabinę prysznicową wyłożoną czarnym granitem. Powierzchnia apartamentu miała blisko tysiąc metrów kwadratowych, znajdowały się tu dwa salony, jadalnia na dziesięć osób i kilka sypialni.

Kiedy oszołomiona krążyła po pięknych pokojach, podziwiając każdy detal, trafiła wreszcie na taras, z którego rozciągał się niesamowity widok na plażę i Atlantyk.

Ian zdążył ją wyprzedzić.

Nic dziwnego, wcześniej była zatopiona w myślach i nie poświęcała mu uwagi. Stał, rozmawiając z obsługą hotelową. Kelner ustawiał srebrne tace na blacie pod palmowym daszkiem. Kanapy znajdowały się pod pergolą, na której udrapowano biały jedwab, aby dać siedzącym osłonę przed słońcem.

Jednak to nie egzotyczna sceneria przyciągała jej wzrok, ale Ian – uwodzicielsko przystojny i nienagannie ubrany. W szytym na miarę granatowym garniturze zwracałby na siebie uwagę w każdym otoczeniu.

Prawdę mówiąc, wszyscy bracia McNeillowie byli bardzo atrakcyjni. Odziedziczyli wdzięk po matce, ślicznej Brazylijce, która po krótkim małżeństwie odeszła od ich ojca, lekkoducha. Zresztą rodzice braci swego czasu też tworzyli piękną parę. Liam McNeill miał ciemne włosy i uderzająco błękitne oczy, po szkockich przodkach – przekazał wszystkim trzem synom tę cechę, choć Ian wyróżniał się między nimi najciemniejszą karnacją.

Gdyby nie wystarczały dobre geny, Ian był także zapalonym sportowcem. Żeglował, surfował i pływał regularnie, czego była świadkiem podczas wspólnej pracy w Polinezji Francuskiej. Efekty widać było nawet w garniturze, a co dopiero, gdy się rozebrał…

Zamrugała i zmusiła się do postąpienia paru kroków w jego kierunku. Przeniosła wzrok na szklaną barierę otaczającą taras na czterdziestym piętrze hotelu. Wciągnęła w płuca słoną morską bryzę.

Ian tymczasem odprawił kelnerów.

Bardziej wyczuła za sobą jego obecność, niż go usłyszała. Poruszał się bezszelestnie, dobrze się czuł w swojej skórze i nic nie wytrącało go z równowagi.

Nie potrzebował hałaśliwego wejścia, żeby inni zwracali na niego uwagę. Do licha, znowu myśli o tym, co w nim lubi najbardziej.

– Miałeś rację – przyznała, wpatrując się w bezmiar błękitu u ich stóp. – Mam na myśli apartament. Jest zachwycający. Nazwanie go penthouse’em nie oddaje jego wyjątkowości.

– Miło, że ci się podoba. – Oparł się łokciami o szklaną balustradę. – Kiedy się pracuje przy wielu projektach i wykłóca o każdy detal, łatwo zapomnieć, dlaczego kochamy nasz zawód. Dopiero w miejscu takim jak to, gdzie wszystko gra w najdrobniejszym szczególe, architekt bywa twórcą dzieła sztuki.

– Tak – odparła z wahaniem – ale ilu szczęśliwców będzie mogło je podziwiać?

– Niewielu – przytaknął. – Jednak może stać się dla nas inspiracją, żeby dać z siebie wszystko przy projektach takich jak Foxfire, gdzie wiele osób będzie przyjeżdżało na wakacje. – Odwrócił się i zapraszająco wskazał na jedzenie na srebrnych tacach.

Niewiele czasu później Lydia zasiadła na kanapie z przystawką, w cieniu markizy z białego jedwabiu, przy stoliku z granitowym blatem. Przytrzymywała na kolanie talerz ze świeżymi owocami i kawałkami sera.

Ian nalał jej do kieliszka wina musującego, choć wcześniej wzięła z barku butelkę z wodą.

W przeciwieństwie do niej, lekko mu przychodziło korzystanie z przywilejów, jakie dają pieniądze. Wprawdzie jej ojciec był multimilionerem, ale matka pochodziła z biednej rodziny. Kiedy wyprocesowała pokaźny udział w spadku po sędziwym kochanku, wydawała bez opamiętania, ale wtedy już Lydia prowadziła życie na własny rachunek.

Z kapitału, który przypadł jej w udziale, kupiła mieszkanie na Manhattanie i niewiele jej zostało – to dzieci z legalnego związku weszły w posiadanie prawdziwego bogactwa po ojcu. Przez całe dzieciństwo Lydia martwiła się, że matka przepuści pieniądze na głupstwa, więc nauczyła się praktycznie podchodzić do spraw finansowych i nigdy nie żyła ponad stan.

A jednak czasem miło jest pławić się w luksusie.

– Powiedziałaś, że musimy porozmawiać prywatnie – przypomniał Ian, wręczając jej kryształowy kieliszek z musującym prosecco. Na dnie leżała truskawka. – O czym?

– Czy to nie oczywiste? – Pociągnęła łyk i odstawiła wino. – Chyba rozumiesz, że nie mogę z tobą pracować.

Zdjął marynarkę. Pod spodem miał szarą jedwabną koszulę. Mięśnie rysowały się pod cienką tkaniną.

– Jesteś profesjonalistką. Ja też. Dla dobra projektu możemy na jakiś czas zapomnieć o prywatnych zaszłościach. – Miał nieprzenikniony wyraz twarzy.

Poczuła urazę, ale mocno się kontrolowała.

– Chyba bagatelizujesz to, co nas łączyło, mówiąc o naszym rozstaniu jako o „prywatnych zaszłościach”? – Poczuła ucisk w piersi.

– Nie bardziej niż ty, skoro zaraz po zerwaniu próbowałaś mnie wyswatać, panno Mallory West – odparł z wyzwaniem w głosie.

ROZDZIAŁ TRZECI

On wie o wszystkim.

Lydia poczuła chłód, choć słońce grzało przez jedwabną markizę. Przez dłuższą chwilę słyszała tylko jednostajny szum fal gdzieś w dole, wrzaski krążących mew i łomotanie własnego serca.

– O to chodzi? – wykrztusiła wreszcie, podrywając się z kanapy. – Przyjechałeś, żeby mnie o to zapytać?

– Nie zaprzeczasz?

– Po naszym rozstaniu przez pewien czas miałam głupią pokusę odwetu. Nie udało się, bo ani razu nie poszedłeś na randkę.

Nie była dumna z tego, że podsyłała mu histeryczki i egoistki, ale nie postępowała wówczas racjonalnie. To był zły okres w jej życiu.

– Nie chodziłem na randki, bo to nie ja założyłem swój profil, jak ci tłumaczyłem od początku. Zrobiła to nadgorliwa asystentka mojego dziadka na jego polecenie. – Ian również wstał, ale nie podszedł do Lydii. – Twoje idiotyczne propozycje trafiały prosto do staruszka.

Lydia świetnie pamiętała tamten okres. Wściekła się, bo uznała, że Ian flirtuje na lewo i prawo, podczas gdy ona traktowała ich romans serio. A jego brak zrozumienia, że głęboko ją zranił swoim postępowaniem, i lekceważące zapewnienia, jakoby cała sprawa nie była funta kłaków warta, tylko pogorszyły sytuację.

Była emocjonalnie rozbita i śmiertelnie zmęczona, ale przypisywała swój stan zawiedzionej miłości. Dopiero tydzień po zerwaniu odkryła, że jest w ciąży.

– Bardzo mnie zabolało, że z obraźliwą nonszalancją bagatelizowałeś moje obawy.

Widok spokojnych wód oceanu i równomiernego ruchu fal wpływał na nią kojąco, więc podeszła do szklanej balustrady i wpatrzyła się w dal.

– Przyznaję, zemsta była głupia.

– To dziadek był zawiedziony. – Ian stanął bliżej, zasłonił jej horyzont szerokimi ramionami. – Uraza do mnie nie tłumaczy, dlaczego zrobiłaś głupka z mojego młodszego brata. Posłałaś go na spotkanie z rzekomą narzeczoną, która nie miała pojęcia o jego istnieniu. – Tym razem w oczach Iana błysnął gniew. – Okej, wyżywaj się na mnie, ale dlaczego dobierasz się do mojej rodziny? – Pokręcił głową. – Na to nie ma zgody.

– To był przypadek. – Poczuła pulsowanie w skroniach zwiastujące nadchodzącą migrenę. – Głupi błąd. W dodatku Cameron sam podpisał aneks zwalniający nas z niektórych procedur…

– Kliknięcie przez internet na jedną z opcji to nie to samo co podpisanie zgody.

– Moja asystentka tłumaczyła mu…

– Twoja asystentka, która podawała się za ciebie.

Lydia szczerze tego żałowała. Nie chciała osobiście obsługiwać Camerona, bo ból i gniew na Iana wciąż były żywe. Kiedy zorientowała się w pomyłce, było już za późno, żeby odwołać zorganizowaną naprędce randkę.

A później wybuchł skandal, a Lydia nie miała siły na konfrontację z Ianem. Wciąż jeszcze nie doszła do siebie po poronieniu.

– Szczerze przepraszam. – Stanęła przed nim twarzą w twarz. – Naprawdę rozważałam opcję publicznych przeprosin. Ale czy chciałbyś tego, skoro wkrótce potem Quinn i Sofia ogłosili zaręczyny? Wolałam im nie psuć tak ważnej chwili, wszyscy znów mówiliby o aferze z Cameronem.

Uważnie czytała plotkarskie rubryki donoszące o rodzącym się uczuciu między Sofią Koslow a Quinnem McNeillem i odniosła wrażenie, że są po uszy zakochani.

– To prawda, że starałam się zachować anonimowość. Praca agentki matrymonialnej zaczęła być dla mnie bardzo ważna.

– Bardzo ważna czy bardzo opłacalna?

– Jedno i drugie. – Nie zapędzi jej w kozi róg tak łatwo. – Całość zysków przeznaczyłam na bardzo szlachetny cel.

– Fundacja „Nie jesteś sama”.

Szybka riposta zbiła ją z tropu. Co Ian jeszcze wie o jej życiu w ciągu minionego roku? Zesztywniała.

– Skąd wiesz?

– To akurat nie było takie trudne do ustalenia. Zatrudniłem kogoś do odkrycia tożsamości Mallory West, żeby oszczędzić Cameronowi kłopotów. – Wzruszył ramionami. – Jak również, żeby chronić przyszłą bratową, skoro niedoszła narzeczona Camerona okazała się miłością życia Quinna.

– Słyszałam o tym. Na szczęście wszystko obróciło się na dobre. – Zawahała się, ale nie mogła odpuścić. – Zatrudniłeś kogoś, żeby mnie śledził?

Co jeszcze wywęszył?

Miała złe przeczucia, ale przecież w tym kraju obowiązuje jeszcze tajemnica lekarska.

– Nie spodziewałem się, że detektyw znajdzie ciebie, Lydio. Szukałem Mallory West – odparł sucho. – Trudno opisać, jak byłem zdziwiony, gdy się dowiedziałem, że po zerwaniu próbowałaś pogmatwać mi życie osobiste.

– Nie dałeś mi wyboru – burknęła.

Była załamana, gdy przyjaciółka pokazała jej potencjalnych kandydatów do ożenku na stronie randkowej Mates International i na jednym ze zdjęć rozpoznała uśmiechniętą twarz swego ówczesnego kochanka.

– Nie tylko mnie zdradziłeś, ale jeszcze się z tym bezczelnie afiszowałeś. Gdyby nie to, że nikt nie wiedział, co się działo na Rangiroi, stałabym się pośmiewiskiem Nowego Jorku.

Czas stąd wyjść. Lepiej nie wiedzieć, jakie zamiary ma wobec niej Ian, skoro tak bezceremonialnie wkracza znów w jej życie.

– Na szczęście plotki mają krótkie nogi.

Podniosła torbę, gotowa wezwać taksówkę.

– Jedno pytanie. – Ian szedł za nią krok w krok, z rękami założonymi na piersi.

– Słucham. – Wyłowiła z torby komórkę.

– Dlaczego tak hojnie wspomagasz samotne matki?

Miała ochotę skłamać. Powiedzieć, że to ze względu na jej własną mamę, którą samotne rodzicielstwo zmieniło w osobę rozczarowaną życiem.

Jednak Ian jej nie uwierzy. Wiedział o niej sporo i rozumiał, jak skomplikowana jest jej relacja z matką.

– Spotkałam kilka wolontariuszek z tej fundacji – wyjaśniła niechętnie.

To akurat była prawda. Zaschło jej w ustach. Miała dosyć tej rozmowy. Całego dzisiejszego dnia.

Ian McNeill grał jej na nerwach.

Błękitne oczy świdrowały ją na wylot, jakby chciały wydobyć z niej wszystkie sekrety.

– Gdzie? Jak? – dopytywał i wskazał jej miejsce na kanapie.

Usiedli. Lydia zastanawiała się, ile jeszcze o niej wie. Nie ma sensu kręcić, jeśli poznał prawdę z innego źródła.

 

– Na grupie wsparcia dla samotnych matek – powiedziała odważnie. – Byłam na kilku spotkaniach po naszym rozstaniu. – I rzeczywiście, znalazła tam przyjaźnie wyciągnięte dłonie. – Jeszcze zanim poroniłam i straciłam dziecko – wypaliła.

Ian miał wrażenie, że wpadł do otwartego szybu windy i zderzył się z ziemią czterdzieści pięter niżej.

– Co takiego?! – Jeśli przeżył szok, odkrywając prawdziwą tożsamość Mallory West, to był on niczym w porównaniu z tą chwilą. – Byłaś w ciąży? I mimo to zerwałaś ze mną!

Zakończyła ich związek bezpardonowo i definitywnie. Nie chciała słuchać żadnych jego wyjaśnień, chociaż Ian nie miał nic wspólnego z cholernym profilem na stronie randkowej. A jednocześnie ukryła przed nim informację o dziecku? Ogarnął go gniew, który spopielił wszelkie wahania.

Jak mogła zachować w tajemnicy coś tak ważnego?!

– Wtedy jeszcze nie wiedziałam – zapewniła go pospiesznie. – Później tak.

Ostrożnie odłożyła komórkę na stolik, a torbę oparła na podłodze u swoich stóp. Niepewnie błądziła wzrokiem.

– A dużo później zdałam sobie sprawę, że hormony ciążowe wpłynęły na niestabilność emocjonalną i prawdopodobnie dlatego zareagowałam tak gwałtownie, kiedy znalazłam twoje zdjęcie w bazie danych serwisu randkowego. Ale wtedy ciąża nawet nie przyszła mi do głowy…

– Przecież uważaliśmy.

Pomyślał o długich namiętnych nocach na Rangiroi. Lydia przytulona do niego w romantycznej chatce bez ścian, gdzie patrzyło się prosto na Pacyfik, a wilgotna bryza chłodziła ich ciała po gorącym seksie.

– Za każdym razem się zabezpieczaliśmy.

– Parę razy robiliśmy to w wodzie – przypomniała mu, przygryzając wargę. – Raz w jacuzzi. A innym razem podczas kąpieli w oceanie… pamiętasz?

Patrząc w jej zielone oczy, przeniósł się myślą do chwili, gdy kochali się w strumieniach deszczu, zanurzeni w gorącej wodzie w jacuzzi. Wbijała mu paznokcie w plecy w paroksyzmach rozkoszy.

– Pamiętam – przyznał chropawym głosem.

– Może wtedy. Nie wiem. Kiedy wreszcie postanowiłam sprawdzić, test wypadł pozytywnie.

– Miałem prawo wiedzieć o ciąży. – Wciąż trudno mu było oswoić się z informacją. – Kiedy już się dowiedziałaś, powinnaś była mi powiedzieć.

– Bo byliśmy w takich dobrych relacjach? – odparowała gniewnie. – Ianie, nawet nie zaprzeczyłeś, że zamierzasz umawiać się z innymi kobietami. Powiedziałeś, że rodzina nalega, żebyś znalazł sobie żonę.

– Żoną mogłaś być ty – wycedził, choć miał ochotę wykrzyczeć to na cały głos. – A jeśli chodzi o tamte zarzuty, uznałem je za zbyt nieprawdopodobne, żeby na nie odpowiadać. Spotykałem się tylko z tobą i nie w głowie mi były inne kobiety.

Do diabła, był w niej szczerze zakochany. Zamierzał się oświadczyć, uważał, że wiedzą o sobie wszystko, co jest ważne. Poczuł się zraniony do żywego, gdy ukochana okazała mu całkowity brak zaufania. Jak mogła pomyśleć, że romansuje z nią dla zabawy, a na boku umawia się z innymi! Najwyraźniej wcale jej tak dobrze nie znał, podobnie jak ona zupełnie go nie rozumiała. Pomylił ognistą namiętność z miłością.

O planach dziadka najzwyczajniej w świecie zapomniał, nigdy nie traktował ich poważnie. Był zajęty pracą i Lydią. Poza tym byli tysiące mil od domu i od presji rodziny.

Lydia zamilkła, a on nie potrafił zebrać myśli. Przełknął haust prosecco pozostawionego w kieliszku.

– Hormony zupełnie mnie rozstroiły. Rozmawiałam z kobietami w ciąży, wiele zaobserwowało u siebie podobną huśtawkę nastrojów – wyznała Lydia.

Do pewnego stopnia wyjaśniało to idiotyczną zabawę w swatanie go z najbardziej nieodpowiednimi kandydatkami. Czas wyraźnie złagodził pierwotną złość. Może dotarło do niej, że wnuk nie powinien odpowiadać za błędy dziadka.

– Pomińmy na razie kwestię zatajenia informacji o dziecku – westchnął. – Możesz powiedzieć, co się stało? Co było powodem poronienia?

Miał milion pytań. W którym była miesiącu? Czy kiedykolwiek pomyślała, że ciąża jest ich wspólną sprawą? A gdyby urodziła zdrowe dziecko? Czy wtedy dałaby mu znać?

Podejrzenie, że jednak nie, paliło żywym ogniem.

– Powód nie został jasno określony. Lekarz powiedział mi, że ciąże w dziesięciu czy nawet dwudziestu pięciu procentach kończą się poronieniem samoistnym, więc nie jest to rzadki przypadek. – Położyła rękę na brzuchu. Podświadomie? – Najczęstszym powodem są aberracje chromosomowe, ale nie powinnam zakładać, że przydarzy mi się to ponownie.

Wyczuł, jak trudno jej o tym mówić. Pretensje zniknęły, pojawiło się współczucie.

– Przykro mi, że nie było mnie wtedy przy tobie. – Wziął Lydię za rękę.

– Ciężko przeżyłam stratę dziecka. – Sięgnęła po butelkę z wodą. – Wpadłam w depresję. Przytłaczający smutek. Grupa wsparcia była nieoceniona. Spędzałam z nimi dużo czasu i to pomogło mi stanąć na nogi.

Włączyło się automatyczne spryskiwanie roślin w donicach przy wejściu do apartamentu. Mokra mgła błyszczała przez chwilę na liściach i błyskawicznie wysychała w słońcu odbijającym się od białych kamiennych ścian.

– To dlatego hojnie wspierasz fundację „Nie jesteś sama”. – Kawałki układanki wskoczyły na miejsce, lepiej teraz rozumiał, przez co przeszła.

– Niektóre z tych kobiet są nadzwyczaj dzielne. Zainspirowały mnie. Uświadomiłam sobie, jak małostkowe były moje intrygi matrymonialne. – Zawahała się. – A kiedy zaczęłam uważnie analizować potencjalne pary, okazało się, że jestem dobra w kojarzeniu małżeństw.

Wysunęła rękę z jego uścisku, wygładziła sukienkę.

– Kontynuowałaś pracę w biurze matrymonialnym i przeznaczałaś pieniądze na pomoc dla grupy, która pomogła tobie – podsumował. – A incydent z moim bratem i Sofią Koslow był, jak twierdzisz, nieszczęśliwym przypadkiem.

– Nie powinnam brać sprawy twojego brata, ale w tym czasie siedziałam w Las Vegas, urządzając dom dla piosenkarki, która się tam przeniosła na dłuższy kontrakt. Zastępowała mnie Kinley.

Lydia wzięła z talerza truskawkę.

– Profity z kojarzenia par są zbyt duże, żeby z nich łatwo zrezygnować. Samotne matki potrzebują nieustannego dofinansowania. Nie chciałam, żeby strumyk wysechł.

– Ojciec Sofii to bogaty ukraiński biznesmen. Przystał na to, że nasza rodzina zajmie się ustaleniem tożsamości Mallory West, bo jego córka zaręczyła się z Quinnem, jednak ma zamiar wytoczyć ci sprawę sądową.

Ian do tej pory nie poinformował nikogo o wynikach prywatnego śledztwa. Nawet braci, choć nie miał zwyczaju niczego przed nimi ukrywać.

Traktował swoje milczenie jako kartę przetargową w rozgrywce z Lydią i zamierzał się nią posłużyć.

Przed spotkaniem snuł wizje zemsty, które teraz stały się bezprzedmiotowe. Jego relacja z Lydią była dużo bardziej skomplikowana, niż mu się wydawało. Wciąż istniał silny pociąg fizyczny, iskra mogła się przerodzić w płomień – ale było też poczucie głębokiej więzi, ważniejsze niż atrakcyjność seksualna. Inaczej wiadomość o poronieniu nie miałaby siły uderzenia młotem w pierś.

Może ma szansę zawalczyć o coś więcej niż rewanż na jedną noc?

– A już się łudziłam, że teraz, kiedy Sofia przygotowuje się do ślubu z twoim bratem, jej ojcu wywietrzała z głowy chęć zemsty.

Lydia wyraźnie się zaniepokoiła. Wiatr od morza potargał jej włosy.

Jednak Ian nie zamierzał się z nią cackać. Ona nie brała pod uwagę jego uczuć, gdy zataiła przed nim informację o dziecku.

– Witalij Koslow nie puści płazem czegoś, co postrzega jako plamę na honorze rodziny. – Ian szanował go za to. Sam też był czuły na punkcie dobrego imienia rodu. – Mam propozycję, która pomoże ci uniknąć procesu i umożliwi powrót do kojarzenia małżeństw.

– Naprawdę? – Spojrzała na niego z nadzieją.

Plan był dobry i rozwiązywał za jednym zamachem problemy Lydii i jego.

– Jak wiesz, muszę się ożenić ze względu na dziadka. – Obsesja starca kosztowała go już utratę względów Lydii. – Wcześniej kończyło się na wierceniu dziury w brzuchu i nieustannych pytaniach, kiedy przedstawię mu narzeczoną, jednak zimą dziadek sporządził u prawnika kodycyl, że żaden z jego trzech wnuków nie wejdzie w posiadanie spadku, dopóki nie udowodni, że przez co najmniej dwanaście miesięcy pozostawał w związku małżeńskim.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?