IkabogTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Karta redakcyjna

Dedykacja

Przedmowa

1. Król Alfred Arcydzielny

2. Ikabog

3. Śmierć szwaczki

4. Cichy dom

5. Lilka Lelek

6. Bójka na dziedzińcu

7. Lord Fujpluj skarżypyta

8. Dzień Petycji

9. Opowieść pasterza

10. Wyprawa króla Alfreda

11. Podróż na północ

12. Zaginiony miecz króla

13. Wypadek

14. Plan lorda Fujpluja

15. Powrót króla

16. Pożegnanie

17. Sprzeciw Nazgody

18. Śmierć doradcy

19. Lady Eslanda

20. Medale dla Podpromyka i Pętelki

21. Profesor Szwindelgruber

22. Dom bez flag

23. Proces

24. Bandalora

25. Problem lorda Fujpluja

26. Zadanie dla pana Lelka

27. Porwanie

28. Mama Burczak

29. Zgryzoty pani Podpromyk

30. Stopa

31. Zniknięcie rzeźnika

32. Wadliwy plan

33. Król Alfred się martwi

34. Jeszcze trzy stopy

35. Oświadczyny lorda Fujpluja

36. Coniemiara głoduje

37. Lilka i księżyc

38. Lord Fujpluj przybywa z wizytą

39. Prot i Brygada Obrony przed Ikabogiem

40. Prot znajduje wskazówkę

41. Plan pani Podpromyk

42. Zza zasłony

43. Prot i wartownik

44. Pani Podpromyk nie daje za wygraną

45. Prot w Karafie

46. Opowieść Roderyka Ralucha

47. W lochu

48. Spotkanie Prota i Lilki

49. Ucieczka z sierocińca

50. Zimowa podróż

51. W jaskini

52. Grzyby

53. Tajemniczy potwór

54. Pieśń ikaboga

55. Fujpluj obraża króla

56. Spisek w lochu

57. Plan Lilki

58. Henia Hopek

59. Powrót do Karafy

60. Bunt

61. Oklap znowu strzela

62. Porodziny

63. Ostatni plan lorda Fujpluja

64. Coniemiara jak dawniej

Spis ilustracji

O autorce

Tytuł oryginału

The Ickabog

First published in Great Britain in 2020 by Hodder & Stoughton

The Ickabog logo, and the crown and feather motifs, and full-page illustrations

© J.K. Rowling, 2020

Text copyright © J.K. Rowling, 2020

Translation copyright © Media Rodzina Sp. z o.o., 2020

Cover illustration and design, and decorative inside art

© Hodder & Stoughton, 2020

Z ilustracjami zwycięzców Konkursu na Ilustracje Ikabog

– wiek zwycięzców na dzień 11 sierpnia 2020

The moral rights of the author and illustrators have been asserted.

Skład: Radosław Stępniak

Wszystkie postaci i wydarzenia w tej publikacji, poza tymi znajdującymi się w domenie publicznej, są fikcyjne i wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób, żyjących i nieżyjących, jest zupełnie przypadkowe.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki, jak również transmitowanie lub udostępnianie jakimikolwiek dostępnymi środkami i w jakiejkolwiek formie fizycznej, elektronicznej, fotokopii lub nagrania możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8008-959-4

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24

61-657 Poznań

tel. 61 827 08 50

www.mediarodzina.pl mediarodzina@mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.


„Ikaboga” dedykuję:

Mackenzie Jean,

dla której zawsze był ulubioną opowieścią

i która przez dziesięć lat upierała się, żebym go dopracowała,

Megan Barnes

i

Patrickowi Barnesowi

na wieczną pamiątkę

Lisy Cheesecake i Llamy,

no i oczywiście dwóm cudownym Daisy:

Daisy Goodwin

i

Daisy Murray,

dumnym córom Q S C



Pomysł na napisanie Ikaboga przyszedł mi do głowy dawno temu. Słowo „ikabog” wywodzi się od Ichabod, co znaczy „niesławny” lub „pozbawiony sławy”. Z pewnością zrozumiecie, dlaczego wybrałam taką właśnie nazwę, kiedy przeczytacie tę opowieść. Poruszyłam w niej zagadnienia, które zawsze mnie interesowały. Co mówią o nas potwory, które wymyślamy? Co musi się wydarzyć, żeby zło przejęło kontrolę nad człowiekiem lub nad państwem, i w jaki sposób je pokonać? Dlaczego ludzie decydują się wierzyć w kłamstwa nawet na podstawie słabych dowodów lub mimo ich braku?

 

Ikaboga pisałam z przerwami, a pracę nad nim rozpoczęłam między kolejnymi książkami o Harrym Potterze. Nigdy nie wprowadziłam istotnych modyfikacji. Opowieść zawsze zaczynała się od śmierci biednej pani Lelek i niezmiennie kończyła się... Nie powiem jak, bo być może czytacie ją pierwszy raz!

Kiedy dwójka moich najmłodszych dzieci była jeszcze bardzo mała, czytałam im tę bajkę na głos, ale nigdy jej nie ukończyłam, ku nieopisanej frustracji Mackenzie, która szczególnie ją sobie upodobała. Po zakończeniu pracy nad serią o Harrym Potterze zrobiłam sobie pięcioletnią przerwę, a gdy zdecydowałam, że nie opublikuję następnej książki dla dzieci, niedokończony Ikabog trafił na strych. Spędził na nim ponad dziesięć lat i pewnie nadal by tam tkwił, gdyby nie pandemia COVID-19, przez którą miliony dzieci utknęły w domach, nie mogąc chodzić do szkoły ani spotykać się z przyjaciółmi. Właśnie wtedy podjęłam decyzję o nieodpłatnym udostępnieniu Ikaboga w Internecie i zwróceniu się do dzieci z prośbą o zilustrowanie książki.

Znieśliśmy ze strychu bardzo zakurzone pudło z kartkami zapisanymi zarówno maszynowo, jak i odręcznie, po czym zabrałam się do pracy. Kiedy całość była już prawie na ukończeniu, moje dzieci, obecnie nastolatki, pierwsi odbiorcy Ikaboga, co wieczór siadały i wysłuchiwały jednego rozdziału. Raz na jakiś czas pytały mnie, dlaczego wyrzuciłam coś, co kiedyś lubiły, a ja, rzecz jasna, przywracałam wszystko, czego im brakowało. Nie przestaje mnie zdumiewać, jak dużo zapamiętały z pierwszego czytania.

Pragnę podziękować za ogromne wsparcie najbliższym, a także wszystkim, którzy pomogli mi tak szybko opublikować Ikaboga w sieci. Na szczególną i ogromną wdzięczność zasłużyli: moi redaktorzy Arthur Levine i Ruth Alltimes, James McKnight z Blair Partnership, Rebecca Salt, Nicky Stonehill i Mark Hutchinson z mojego zespołu zarządzającego, a także mój agent literacki Neil Blair. To przedsięwzięcie doszło do skutku dzięki ich gigantycznemu wysiłkowi. Chciałabym też podziękować wszystkim dzieciom (a czasami także dorosłym osobom!), które nadesłały konkursowe ilustracje. Przeglądanie prac to dla mnie wielka radość i nie ja jedna szczerze podziwiam talent ich autorów. Chcę wierzyć, że Ikabog da przyszłym malarzom i ilustratorom szansę na pierwszą publiczną prezentację.

Powrót do Coniemiary i dokończenie opowieści sprzed lat było jednym z najbardziej satysfakcjonujących doświadczeń w moim życiu zawodowym. Rzecz jasna, mam nadzieję, że czytając Ikaboga, bawiliście się równie dobrze jak ja, kiedy go pisałam!


J.K. Rowling

lipiec 2020




Dawno, dawno temu było sobie maleńkie państewko o nazwie Coniemiara. Od wieków władała nim dynastia płowowłosych królów. W czasach, o których piszę, na tronie zasiadał król Alfred Arcydzielny. Sam sobie nadał ten przydomek rankiem w dniu koronacji, bo Arcydzielny nieźle brzmiało w zestawieniu z imieniem Alfred, a poza tym kiedyś zdołał zatłuc osę, i to bez niczyjej pomocy, jeśli nie liczyć pięciu lokajów i pazia.

Król Alfred Arcydzielny przejął władzę na fali wielkiej popularności. Miał cudne żółte loki, eleganckie sumiaste wąsy i wspaniale się prezentował w obcisłych bryczesach, aksamitnych kaftanach i koszulach z żabotem noszonych wówczas przez zamożnych panów. Alfred uchodził za wspaniałomyślnego władcę, chętnie się uśmiechał i machał ręką każdemu, kto na niego spojrzał, a do tego niesłychanie korzystnie wyglądał na portretach, które rozwożono po całym królestwie i wieszano w ratuszach. Mieszkańcy Coniemiary żyli szczęśliwie pod jego rządami i wielu uważało, że okaże się jeszcze lepszym królem od swojego ojca, Ryszarda Rycerskiego, który cechował się (o czym za jego życia niechętnie wspominano) nader krzywym uzębieniem.

Król Alfred poczuł w duchu ulgę, kiedy się przekonał, jak łatwe jest władanie Coniemiarą. Prawdę powiedziawszy, kraj właściwie rządził się sam. Niemal wszyscy mieli jedzenia w bród, kupcy zarabiali góry złota, a doradcy Freda rozwiązywali nawet najbłahsze problemy. Królowi pozostawało jedynie obdarzać poddanych promiennym uśmiechem, gdy jeździł powozem lub pięć razy w tygodniu wyruszał konno na polowania w towarzystwie dwóch najlepszych przyjaciół, lorda Fujpluja i lorda Oklapa.

Fujpluj i Oklap mieli na wsi wielkie posiadłości, ale doszli do wniosku, że znacznie taniej i przyjemniej mieszka się w pałacu z królem, bo można go objadać, polować na jego jelenie, a do tego pilnować, żeby za bardzo nie polubił którejś z pięknych dam dworu. Nie chcieli bowiem, żeby Fred się ożenił, gdyż królowa mogłaby popsuć im zabawę. Przez pewien czas król wydawał się zainteresowany lady Eslandą, w przeciwieństwie do niego ciemnowłosą, lecz równie piękną, jak on był przystojny. Fujpluj przekonał jednak Freda, że dama jest zbyt poważna i za dużo czyta, a taka królowa nie przypadłaby poddanym do gustu. Król nie wiedział, że lord Fujpluj od dawna żywi urazę do lady Eslandy, gdyż dała mu kosza, kiedy poprosił ją o rękę.

Lord Fujpluj był bardzo chudy, przebiegły i sprytny. Jego przyjaciel Oklap miał rumianą twarz i tyle sadła, że aż sześciu chłopa musiało go sadzać na potężnego kasztanowego konia. Choć nie dorównywał bystrością Fujplujowi, i tak swoją inteligencją znacznie przewyższał króla.

Obaj lordowie, pochlebcy jakich mało, często udawali zdumienie, że Fred tak dobrze sobie radzi ze wszystkim, od jazdy konnej po grę w pchełki. Fujpluj dysponował szczególnym darem przekonywania króla do swoich racji, a Oklap z niezwykłym talentem wmawiał Fredowi, że nikt na świecie nie jest równie lojalny wobec niego jak oni, jego dwaj najlepsi przyjaciele.

Alfred uważał Fujpluja i Oklapa za byczych gości. Namawiali go do urządzania wystawnych przyjęć, wymyślnych pikników i sutych bankietów, jako że Coniemiara słynęła w świecie z jedzenia. Każde z miast w tym kraju było znane z takiej czy innej potrawy, która nie miała sobie równych.

Stolica Coniemiary, Eklerona, leżała na południu kraju, w otoczeniu hektarów sadów, pól pełnych rozmigotanej złotem pszenicy i szmaragdowozielonych łąk, na których pasły się śnieżnobiałe mleczne krowy. Śmietana, mąka i owoce trafiały z prowincji do wybornych eklerońskich cukierników, oni zaś piekli z nich ciasta.

Przypomnijcie sobie, proszę, najpyszniejsze ciasto albo ciastko, jakie w życiu jedliście, a powiem wam, że cukiernicy w Ekleronie spaliliby się ze wstydu, gdyby mieli podać coś takiego w swoim mieście. Jeśli smak któregoś z eklerońskich ciast nie wyciśnie łez zachwytu u dorosłego mężczyzny, uznaje się je za niewypał i skazuje na wieczne zapomnienie. W witrynach cukierni w Ekleronie piętrzyły się stosy smakołyków, takich jak marcepanienki, puszek wróżek czy też najsłynniejsze z nich wszystkich skrawki nieba, tak wyborne, zniewalająco cudowne, że serwowano je wyłącznie na szczególne okazje, a wtedy ludzie płakali ze szczęścia. Król Porfirio z sąsiedniej Plurytanii wystosował do króla Alfreda list, w którym proponował mu rękę dowolnie wybranej córki w zamian za dożywotnie dostawy skrawków nieba. Fujpluj doradził jednak Fredowi, by w odpowiedzi wyśmiał ambasadora Plurytanii.

– Córki króla musiałyby być duuużo ładniejsze, żeby dostał za nie skrawki nieba, najjaśniejszy panie! – oświadczył Fujpluj.

Na północ od Eklerony również rozpościerały się zielone łąki. Nad skrzącymi się rzekami hodowano kruczoczarne krowy oraz szczęśliwe różowe świnie – krowy dla Serwaty, świnie zaś dla Baleronburga, połączonych łukowatym kamiennym mostem miast leżących po sąsiedzku na dwóch brzegach Plumy, głównej rzeki Coniemiary. Po wodzie sunęły różnokolorowe barki, które przewoziły towary z jednego krańca królestwa na drugi.

Serwata słynęła z serów: wielkich białych kręgów, zwartych pomarańczowych gomółek, dużych kruchych baryłek z niebieskimi żyłkami i gładszych niż aksamit malutkich kremowych twarożków.

Baleronburg wielbiono za wędzone i pieczone w miodzie szynki, a także za bekon, pikantne kiełbasy, delikatne befsztyki i pasztety z sarniny.

Smakowity dym unoszący się nad kominami pieców z czerwonej cegły w Baleronburgu mieszał się z wonnym, cierpkim zapachem dochodzącym z obejść serwatańskich sprzedawców sera. W promieniu sześćdziesięciu kilometrów każdemu, kto wdychał te smakowite aromaty, ciekła do ust ślinka.

Kilka godzin drogi na północ od Serwaty i Baleronburga rozpościerały się rozległe winnice, które obfitowały w wielkie niczym jaja, a do tego słodkie i soczyste winogrona. Na koniec dnia podróży docierało się do granitowego miasta Karafa, słynącego z produkcji win. Powiadano, że wystarczy pospacerować po ulicach Karafy, żeby się upić samym powietrzem. Trunki z najlepszych roczników przechodziły z rąk do rąk za grube tysiące złotych monet, a karafiańscy handlarze wina należeli do najbogatszych ludzi w królestwie.

Nieco na północ od Karafy działo się jednak coś dziwnego. Było tak, jakby magicznie żyzne ziemie Coniemiary wyjaławiały się po wydaniu z siebie najlepszej trawy, najlepszych owoców i najlepszej pszenicy na świecie. Północny kraniec królestwa zajmowały Błota, gdzie rosły jedynie pozbawione smaku gumowate grzyby i cienka, sucha trawa, która nadawała się tylko dla nielicznych wyliniałych owiec.

Każde z miast w tym kraju było znane z takiej czy innej potrawy, która nie miała sobie równych.

JEREMI KARCZMARSKI, 12 LAT

Wypasający je Błotniacy nie byli zażywnymi, schludnymi elegantami jak karafianie, baleronburżanie, serwatczycy czy eklerończycy, lecz mizernymi obdartusami. Ich niedożywione owce nigdy nie osiągały wysokich cen, ani w Coniemiarze, ani za granicą, więc jedynie nieliczni Błotniacy mieli okazję skosztować przepysznych coniemiarskich win, serów, wołowiny lub ciast. Na Błotach najczęściej jedzono tłusty rosół na baraninie, ugotowany z mięsa zbyt starych na sprzedaż owiec.

Reszta mieszkańców Coniemiary uważała Błotniaków za gburowatych dziwaków, brudnych i zrzędliwych. Przedrzeźniali ich chrapliwe głosy, udając ochrypłe beczenie starych baranów, a po całym królestwie krążyły dowcipy o braku manier i prostactwie Błotniaków. Dla ogółu Coniemiarczyków tylko jedno na Błotach było godne uwagi – legenda o ikabogu.



Na Błotach od wielu pokoleń powtarzano legendę o ikabogu, aż w końcu dotarła do Eklerony. Wszyscy już znali tę historię. Jak to zwykle bywa, nieco się zmieniała w zależności od tego, kto ją opowiadał. W każdej wersji jednak potwór mieszkał na północnym krańcu królestwa, na rozległym i często zasnutym mgłą ponurym bagnie, zbyt niebezpiecznym dla ludzi. Podobno pożerał dzieci i owce, a czasami nawet dorosłe osoby, gdy nocą podeszły za blisko trzęsawiska.

Nikt nie wiedział, jak wygląda ikabog ani jakie ma zwyczaje, więc każdy mówił co innego. Zdaniem jednych przypominał węża, drugich – smoka albo wilka. W niektórych opowieściach ryczał, w innych syczał lub unosił się w ciszy niczym mgły niespodziewanie opadające na mokradła.

Powiadano, że ikabog ma nadzwyczajną moc i potrafi naśladować ludzki głos, żeby wabić podróżnych w swoje szpony. Nie dało się go zabić, bo jego rany magicznie się goiły albo się rozdwajał. Umiał latać, zionął ogniem i strzykał jadem – moce ikaboga ograniczała jedynie wyobraźnia opowiadającego.

 

– Tylko nie wychodź z ogródka, kiedy jestem w pracy – powtarzali dzieciom rodzice w całym królestwie. – Bo ikabog cię złapie i zje!

Dziewczynki i chłopcy udawali, że walczą z ikabogiem, próbowali straszyć się nawzajem opowieściami o ikabogu, a kiedy brzmiały one zbyt przekonująco, mieli koszmary z ikabogiem w roli głównej.

Jednym z takich dzieci był Prot Podpromyk. Gdy pewnego wieczoru na kolacji w jego domu zjawiła się rodzina państwa Lelków, pan Lelek zabawiał zebranych rzekomo najświeższymi wieściami o ikabogu. Tamtej nocy pięcioletni Prot obudził się, płacząc z przerażenia. Śniło mu się, że tonie w owianym mgłą bagnie, a z drugiego brzegu wpatrują się w niego wielkie białe ślepia potwora.

– Już dobrze, dobrze – szepnęła jego mama, która przed chwilą przydreptała ze świecą do pokoju Prota, żeby go ukołysać na kolanach. – Ikabog nie istnieje, Protku. To tylko taka niemądra historyjka.

– Ale... ale pan Lelek powiedział, że owce za-zaginęły – załkał Prot.

– To możliwe – przyznała pani Podpromyk. – Ale nie porwał ich potwór. Owce są głupie, błądzą i gubią się na bagnach.

– Ale... ale pan Lelek powiedział, że lu-ludzie też znikają!

– Tylko gdy są na tyle niemądrzy, żeby zapuszczać się nocą na bagna – odparła pani Podpromyk. – Cichutko, Protku, nie ma żadnego potwora.

– Ale pan Lelek powiedział, że lu-ludzie słyszą głosy za oknami, a rano nie mogą się do-doliczyć kur!

Pani Podpromyk nie wytrzymała i parsknęła śmiechem.

– Za oknami słychać głosy zwykłych złodziei, Protku. Na Błotach ludzie okradają się przez cały czas. Łatwiej obwiniać ikaboga, niż przyznać, że ma się za sąsiadów złodziei.

– Złodziei? – Prot wstrzymał oddech, wyprostował się na kolanach mamy i z powagą spojrzał jej w oczy. – Złodzieje są bardzo niegrzeczni, prawda, mamusiu?

– Bardzo niegrzeczni – zgodziła się pani Podpromyk. Podniosła Prota, z czułością ułożyła go z powrotem w ciepłym łóżku i otuliła kołdrą. – Na szczęście my nie mieszkamy w pobliżu tych okropnych Błotniaków.

Podniosła świecę i na palcach ruszyła do drzwi sypialni.

– Dobranoc – wyszeptała od progu. Normalnie dodałaby: „Ikabog na noc”, bo w całej Coniemiarze rodzice tak się żegnali z dziećmi przed snem, lecz tym razem powiedziała tylko: – Pchły na noc.

Prot zasnął ponownie i już nie śniły mu się potwory.

Tak się złożyło, że pan Lelek i pani Podpromyk blisko się przyjaźnili. Kiedyś chodzili do tej samej klasy i znali się od urodzenia. Na wieść o koszmarach Prota panu Lelkowi zrobiło się głupio. Był najlepszym stolarzem w całej Ekleronie, więc postanowił wyrzeźbić maluchowi ikaboga. Drewniany potworek, który szczerzył zębiska w szerokim uśmiechu i miał wielkie łapy z pazurami, od razu został ulubioną zabawką Prota.

Gdyby Prot lub jego rodzice, czy też państwo Lelkowie z sąsiedztwa, albo inni Coniemiarczycy usłyszeli, że wkrótce całe królestwo wpadnie w okropne tarapaty z powodu legendy o ikabogu, tylko by się uśmiali. Żyli przecież w najszczęśliwszym kraju na świecie. Niby co złego mógł im zrobić ikabog?




Rodziny Podpromyków i Lelków mieszkały w miejscu zwanym Miastem w Mieście. W tej części Eklerony znajdowały się domy tych, którzy pracowali dla króla Alfreda. Ogrodnicy, kucharze, krawcy, paziowie, szwaczki, murarze, koniuszowie, stolarze, lokaje i pokojówki zajmowali schludne domki w bezpośrednim sąsiedztwie pałacu.

Wysoki biały mur oddzielał Miasto w Mieście od reszty Eklerony. Za dnia bramy pozostawały otwarte, żeby mieszkańcy mogli odwiedzać przyjaciół i bliskich w innych częściach stolicy albo wybrać się na targ. Nocami solidne bramy zamykano, a całe Miasto w Mieście zasypiało, chronione, podobnie jak król, przez królewską gwardię.

Major Podpromyk, ojciec Prota, był głównodowodzącym gwardii. Przystojny i pogodny, dosiadał stalowoszarego wierzchowca, żeby towarzyszyć królowi Alfredowi, lordowi Fujplujowi i lordowi Oklapowi w polowaniach organizowanych zazwyczaj pięć razy w tygodniu. Król lubił majora Podpromyka, a także mamę Prota, ponieważ Pola Podpromyk pełniła funkcję szefowej prywatnej królewskiej cukierni. Był to wielki zaszczyt w mieście światowej klasy cukierników. Pola miała zwyczaj przynosić do domu wymyślne ciasta, które nie wyszły całkiem idealnie, więc Prot wyrósł na pulchnego chłopca. Z przykrością stwierdzam, że inne dzieci czasami wołały na niego „Pączuch”, czym doprowadzały go do płaczu.

Lilka Lelek była najlepszą przyjaciółką Prota. Oboje przyszli na świat w odstępie zaledwie kilku dni i byli dla siebie bardziej jak rodzeństwo niż jak koleżanka i kolega. Lilka broniła Prota przed łobuzami. Choć chuda, poruszała się bardzo zwinnie i bez oporów biła się z każdym, kto nazwał Prota Pączuchem.

Ojciec Lilki, Leon Lelek, jako królewski stolarz reperował oraz wymieniał koła i osie w powozach najjaśniejszego pana. Ponieważ świetnie znał się na swoim fachu, rzeźbił także pałacowe meble.

Matka Lilki, Lena Lelek, pracowała jako nadworna szwaczka. To również było zaszczytne zajęcie, gdyż król Alfred lubił ubrania i miał cały zastęp krawców, którzy co miesiąc pracowicie szyli mu nowe stroje.

Owo zamiłowanie króla do pięknych przyodziewków doprowadziło do okropnego zdarzenia, które w księgach o dziejach Coniemiary opisano później jako początek wszystkich problemów w szczęśliwym małym królestwie. Gdy wydarzył się ten dramat, mało kto z Miasta w Mieście o nim wiedział, choć była to okropna tragedia.

Oto, co wtedy zaszło.

W związku z oficjalną wizytą króla Plurytanii (który zapewne nadal żywił nadzieję, że zdoła wymienić jedną z córek na dożywotnie dostawy skrawków nieba) Fred uznał, że bezwzględnie potrzebuje nowego ubioru specjalnie na tę okazję. Strój ten miał być w kolorze dostojnego fioletu, obszyty srebrną koronką, z ametystowymi guzikami i szarym futerkiem u mankietów.

Królowi obiło się o uszy, że nadworna szwaczka nie czuje się zbyt dobrze, lecz nieszczególnie go to obeszło. Jego zdaniem tylko mama Lilki potrafiła porządnie obszywać ubrania srebrną koronką, więc wydał rozkaz, by nikt inny nie brał się do tej pracy. W rezultacie nadworna szwaczka przesiedziała trzy noce z rzędu nad nowym strojem, który musiał być gotowy na przyjazd króla Plurytanii. Czwartego dnia o świcie pomocnica znalazła na podłodze martwą panią Lelek z ostatnim ametystowym guzikiem w dłoni.

Nadworny doradca przybył z tą wieścią do króla, kiedy ten jeszcze jadł śniadanie. Funkcję nadwornego doradcy piastował pewien stary, mądry człowiek o srebrzystej brodzie prawie do kolan i nazwisku Śledziościsty. Po przekazaniu wiadomości o śmierci nadwornej szwaczki dodał:

– Niemniej jestem przekonany, że któraś z pozostałych dam zdoła przyszyć ostatni guzik dla najjaśniejszego pana.

Spojrzenie Śledziościstego nie spodobało się królowi i poczuł dziwny ucisk w żołądku.

Gdy później tego ranka służba pomagała Fredowi włożyć nowy fioletowy komplet, król postanowił porozmawiać z lordami Fujplujem i Oklapem, by zrzucić z siebie ciężar winy.

– No bo przecież nie wiedziałem o jej ciężkiej chorobie – wysapał, kiedy garderobiani wciskali go w obcisłe atłasowe pantalony. – Rzecz jasna, gdybym wiedział, kazałbym, żeby ktoś inny uszył strój.

– Najjaśniejszy pan jest taki miłosierny – powiedział Fujpluj, przypatrując się swojemu ziemistemu obliczu w zwierciadle nad kominkiem. – Świat nie zna monarchy o czulszym sercu.

– Mogła coś powiedzieć, jeśli źle się czuła – burknął Oklap z wygodnego krzesła pod oknem. – Skoro była za słaba do pracy, to czemu milczała? Na dobrą sprawę to nielojalność wobec waszej wysokości, a już na pewno wobec jego ubioru.

– Oklap ma rację – przytaknął mu Fujpluj i odwrócił się od lustra. – Nikt nie traktuje podwładnych lepiej niż najjaśniejszy pan.

– W rzeczy samej, dobrze ich traktuję, prawda? – spytał król Alfred niepewnie i wciągnął brzuch, gdyż garderobiani właśnie zapinali ametystowe guziki. – A poza tym, chłopaki, muszę dziś piekielnie dobrze się prezentować, czyż nie? Sami wiecie, jaki strojniś z tego króla Plurytanii!

– Cały kraj miałby powód do wstydu, gdyby najjaśniejszy pan wyglądał choć trochę mniej strojnie niż władca Plurytanii – potwierdził Fujpluj.

– Niech wasza królewska mość wymaże z pamięci to niefortunne zdarzenie – zasugerował Oklap. – Nielojalna szwaczka to nie powód, żeby sobie psuć słoneczny dzień.

Mimo zapewnień obu lordów król Alfred nie zdołał się odprężyć. Nie był pewny, czy mu się tylko zdawało, ale lady Eslanda miała chyba tego dnia szczególnie poważną minę. Uśmiechy lokajów wydawały się chłodniejsze, a pokojówki nie dygały równie uniżenie jak zazwyczaj. Gdy wieczorem cały dwór ucztował z królem Plurytanii, Fred powracał myślami do martwej szwaczki, leżącej na podłodze z ostatnim ametystowym guzikiem w zaciśniętych palcach.

Zanim władca położył się spać tej nocy, do jego drzwi zapukał Śledziościsty i ukłoniwszy się nisko, spytał, czy król zamierza wysłać kwiaty na pogrzeb pani Lelek.

– Eee... No tak! – odparł zaskoczony Fred. – Prześlij duży wieniec, no wiesz, taki z napisem, że bardzo mi przykro i w ogóle. Poradzisz sobie, Śledziościsty, prawda?

– Naturalnie, najjaśniejszy panie – przytaknął nadworny doradca. – Jeszcze spytam, za pozwoleniem, czy wasza królewska mość zechciałby odwiedzić rodzinę szwaczki? Tak się składa, że mieszkają zaledwie kilka kroków od bram pałacu.

– Miałbym ich odwiedzić? – zadumał się król. – O nie, Śledziościsty, tego bym nie zechciał... To znaczy, miałem powiedzieć, że z pewnością nie spodziewają się mojej wizyty.

Patrzyli na siebie przez kilka sekund, po czym nadworny doradca znowu się ukłonił i opuścił królewską sypialnię.

Fred przywykł do tego, że wszyscy mu mówią, jaki z niego fenomenalny gość, więc chmurna mina nadwornego doradcy bardzo mu się nie spodobała. Zakłopotanie, które dotąd odczuwał, ustąpiło miejsca złości.

– Do licha – burknął do swojego odbicia, gdy znów spojrzał w lustro, przed którym wcześniej czesał wąsy. – Koniec końców jestem jednak królem, ona zaś była szwaczką. Gdybym to ja umarł, nie oczekiwałbym, żeby szwaczka...

Wtedy dotarło do niego, że gdyby umarł, oczekiwałby, by mieszkańcy Coniemiary natychmiast porzucili swoje zajęcia, ubrali się na czarno i płakali przez tydzień, tak jak po śmierci jego ojca, Ryszarda Rycerskiego.

– No cóż – westchnął niecierpliwie. – Życie toczy się dalej.

Włożył na głowę jedwabną szlafmycę, wdrapał się na łoże z baldachimem, zdmuchnął świecę i zasnął.