Projekt Bitoven

Tekst
Z serii: To lubię
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Karta tytułowa



Dla mojej córki, dzięki której każda

linia melodyczna zyskuje zadziwiające ozdobniki.

I dla wszystkich, którzy czują muzykę.

ak wszyscy w klasie, Gąsiora polubiłem już na pierwszej lekcji, gdy wyjaśniał różnicę między skalą molową a durową1. Podniósł klapę klawiatury pianina i zagrał F-E-F-D-E-C-D-D.

– Osiem nut. Na pewno to znacie.

Zaprzeczyliśmy.

Wtedy włączył na YouTube krótkie fragmenty ścieżki muzycznej z Gwiezdnych wojen, Władcy pierścieni, Shreka, Parku Jurajskiego i kilku innych filmów. W każdym z nich występowała ta sama sekwencja dźwięków.

– I to nie jest przypadek – uśmiechnął się, gdy gapiliśmy się na siebie z rozdziawionymi ustami. – Jest to fragment powstałej w średniowieczu pieśni liturgicznej, czyli pieśni wykonywanej podczas mszy w kościele. Nazywa się Dies irae, co znaczy: „W gniewu dzień”. Temat z niej był często wykorzystywany przez kompozytorów. Tych osiem dźwięków to przykład skali molowej. Jakie skojarzenia wywołuje u was ten fragment?

Creepy2.

– Dobrze, Albert. Co jeszcze? Niepokój, dobrze, Maja! Ciarki cię przeszły, Julia? O, i taki był zamysł kompozytora! Ponury nastrój? Tak, macie rację, skali molowej właściwe są smutne nastroje i ciemniejsze barwy. Muzyka to coś więcej niż dźwięki. Muzyka budzi emocje i niesie skojarzenia.

Nawet w szkole muzycznej nikt nie mówił w ten sposób do uczniów. Dlatego od tamtej chwili Gąsior był moim ulubionym nauczycielem.

I pomyśleć, że to właśnie on wbił mi nóż w plecy.

– Moi drodzy, proszę o uwagę – powiedział pod koniec lekcji. – Jest jeszcze jedna sprawa. Jak wiecie, w tym roku będziemy organizatorem zjazdu szkół z takim samym patronem jak nasz, czyli szkół Kawalerów Orderu Uśmiechu. Do tej uroczystości mamy jeszcze sporo czasu, bo to…

– W kwietniu! – wyrwała się Wera. Ona zawsze jest świetnie zorientowana.

– Tak, w kwietniu. Zaczynamy planować przebieg uroczystości. Za oprawę muzyczną odpowiadam ja i chciałbym, żeby w tym roku było to coś wyjątkowego…

– O matko! Niech to będzie ten gość, co wygrał The Voice of Poland, proooszę!…

Kilka osób parsknęło śmiechem. Gąsior spojrzał na Majkę z błyskiem rozbawienia w oczach i rozłożył ręce.

– Dzwoniłem, ale nie ma wolnych terminów. A tak na serio to myślałem o kimś innym. Mateusz. – Spojrzał na mnie i poczułem się tak, jakby mnie ktoś oblał szybkowiążącym betonem. Cała klasa, głowa za głową, odwracała się w moją stronę. – Mogę liczyć na to, że zagrasz dla zgromadzonych?

Jeszcze zanim zdążyłem odmówić, rozległy się protesty.

– Nie, tylko nie to! Nie muzyka poważna!

– Dlaczego zawsze takie nudziarstwo?

– Lepiej coś takiego, czego naprawdę da się słuchać.

– Muzyka poważna to się nadaje, ale na początek roku szkolnego. W sensie: koniec wakacji, koniec radości, zaczynają się smuty i powaga. Taki klimat pogrzebowy raczej.

Dla mnie takie komentarze to chleb powszedni. Nie pojmuję, czemu dla Gąsiora to była niespodzianka. Nie zdenerwował się, nie: on jest bardzo łagodny i spokojny, nie wyprowadza go z równowagi nawet śpiew Amelii, a ona nigdy nie trafia w dźwięki. Byłaby gwiazdą show Jak oni fałszują, gdyby takie istniało.

– Skoro tak myślicie, to właśnie jest okazja, żebyście się przekonali, że może być inaczej.

– Proszę pana… – Wystarczyło spojrzeć na Kubę: od razu było jasne, że coś knuje. – A może to jest okazja, żeby się przekonać do innej muzyki?

– To znaczy jakiej?

– Na przykład do hip-hopu.

Kilku chłopaków z uznaniem pokiwało głowami.

– O, o! No właśnie, czemu nie!

– Do tego przynajmniej można tańczyć.

– Dawid, ty chyba umiesz tańczyć do wszystkiego. – Zuza, jak zwykle, wdzięczyła się do Dawida. Powszechnie wiadomo, że chciałaby, żeby byli parą. Dawid, zdaje się, nie ma na to ochoty.

– No nie, moi drodzy, hip-hop odpada.

– Dlaczego?

Gąsior usiadł bokiem na swoim biurku.

– Po pierwsze, idea jest taka, że to uczniowie występują. A jak mówicie o hip-hopie, to rozumiem, że chodzi wam o nagrania. – Tu rzucił nazwami zespołów, które nic mi nie mówiły. Nie da się ukryć, że nie tylko mnie zaimponował ich znajomością. – A poza tym szkoła to nie jest odpowiednie miejsce dla tego typu muzyki, a i samej muzyce też by się to nie przysłużyło.

– Jak nie hip-hop, to przynajmniej jakaś normalna muzyka. Taka, żeby Dawid mógł zaprezentować swój talent. Im więcej widzów, tym większa szansa, że znajdzie się wśród nich ktoś, kto wesprze jego karierę! – Bez odwracania się wiedziałem, że to Zuza. Prawie mnie zemdliło.

Podniosłem rękę.

– Proszę pana, przepraszam, ale może inny uczeń mógłby na czymś zagrać, bo ja…

– No właśnie, jak już musi być tak, że gra któryś z uczniów, to niech będzie, że na gitarze!

– Na basowej!

– Poczekajcie, poczekajcie. – Gąsior uciszył nas gestem dłoni. – Poziom umuzykalnienia wśród uczniów szkoły jest, niestety, niski. Jest jeden fagocista, ale złamał rękę. Jest kontrabasistka, ale wyjechała na rok za granicę. Jedna osoba uczy się grać na ukulele, jedna na gitarze, ale mają za sobą dopiero pierwsze lekcje. A, jest jeszcze perkusista, ale sami rozumiecie… No i nie zapominajmy o uczniach najmłodszych klas, którzy grają na dzwonkach.

– Proszę pana, mogę coś powiedzieć? – Franek ma w sobie coś takiego, że nauczyciele traktują go poważnie, a jak zabiera głos, wszyscy go słuchają. Teraz nie było inaczej. – Zwykle jest tak, że jeśli jest kilku kandydatów, ogłasza się casting i wygrywa najlepsza propozycja. Nie możemy tak zrobić?

To właśnie tłumaczy, dlaczego zawsze robi się cicho, gdy odzywa się Franek.

– Tak! To jest fair.

Competition – skomentował siedzący pod ścianą Albert.

Jak dla mnie było to idealne rozwiązanie. Z Dawidem nie miałem szans, to jasne. I bardzo dobrze, bo dla mnie pomysł występu przed szkolną widownią był mniej atrakcyjny niż propozycja skoku w pokrzywy bez ubrania.

Gąsior uciszył wszystkich podniesieniem dłoni.

– Rywalizacja, tak? Hmm, ciekawa propozycja…

Zuza wyrzuciła ręce w górę.

– Hura! Dawid, Dawid…!

– …ale zróbmy inaczej – dokończył Gąsior i Zuza, z głupią miną i wciąż w triumfalnej pozie, zamarła. – Zamiast rywalizacji niech to będzie współpraca. Czyli… – kilka razy strzelił palcami w powietrzu. – Albert?

Cooperation.

W ciszy, która zapadła, odezwała się Daria:

– Czyli że jak? Nie rozumiem. Mają wystąpić razem?

– No, to jest niezły czelyndż3 – zarechotał Patryk i poklepał Dawida po plecach. – Spraw sobie rajtuzy, takie jak noszą w balecie.

– To się nie uda – osądziła Zuza. – To jest niemożliwe. Do tego nie da się tańczyć!

„Do tego”. Powiedziała to w taki sposób, że wezbrała we mnie złość.

– Sama mówiłaś, że Dawid potrafi zatańczyć do wszystkiego.

– I to jest właściwe podejście – ucieszył się Gąsior, który, najwyraźniej, zrozumiał mnie opacznie. – Dawid, Mateusz, opracujcie wspólny występ. Daję wam wolną rękę, nie wtrącam się. Macie czas do końca przyszłego miesiąca, wtedy zrobimy próbę. A jeśli nic z tego nie wyjdzie – zawiesił głos i powiódł spojrzeniem po twarzach – wtedy zagra Mateusz.

Do tej chwili myślałem, że po lekcji po prostu pójdę do Gąsiora i powiem, że nie dam rady, że mam przed sobą przygotowania do koncertu, że muszę się skupić na ćwiczeniach, że to mnóstwo czasu, co najmniej dwanaście godzin w tygodniu – wszystko to, co zawsze mówię nauczycielom, kiedy chcę, żeby dali mi spokój. Wtedy jednak z krzesła powoli podniósł się Franek.

– A jeśli to się uda, czy nagrodą może być trzydniowa wycieczka w czerwcu? Inne klasy wyjeżdżały na kilkudniowe wycieczki, nasza nigdy. Pierwsza wychowawczyni miała pod opieką dwie klasy, druga miała małe dzieci… Może mógłby pan przełożyć to szkolenie w czerwcu, o którym nam pan mówił?

Zapadła pełna napięcia cisza. Gąsior pocierał brodę, wpatrując się we Franka, po czym klepnął się w udo, wstał i ruszył w jego stronę z wyciągniętą dłonią.

– Przyjmuję wyzwanie.

Zrozumiałem, że się z tego nie wyplączę.

1 Skala w muzyce: zbiór wszystkich dźwięków danego systemu dźwiękowego. Utwory w skali molowej odbierane są jako smutne, w skali durowej – jako wesołe.

2 Budzący grozę (ang.).

3 Poprawnie: challenge – wyzwanie (ang.).

radiu grali Jesień Vivaldiego. Raczej bez sensu, skoro była wczesna wiosna. Albo może późna zima – trudno powiedzieć, na podstawie widoku za oknem nie da się tego odróżnić. Na pewno nie była to ani taka wiosna, ani taka zima jak u Vivaldiego. Ani świergotu ptaków, ani wirujących płatków śniegu czy szalejącej nawałnicy. Ale może nikt nie zwraca na takie drobnostki uwagi? Mama nie zwracała. Zauważyła jednak, że słucham.

 

Cztery pory roku? Jesień, tak?

– Uhm.

Była skupiona na jeździe. O tej porze na ulicach nie ma tłoku, ale wjeżdżaliśmy już do centrum miasta, a tam ruch był większy. Biały, kanciasty samochód zajechał nam drogę. Klak, klik, klak, klik… – dźwięk włączonego przez mamę kierunkowskazu przypominał odgłos końskich kopyt na bruku. Z tyłu ktoś zatrąbił, zdaje się, że na nas. Ledwo zjechaliśmy na lewy pas i ruszyliśmy, znów ktoś się przed nas wepchnął. Gwałtowne hamowanie spowodowało, że odezwał się alarm informujący o niezapiętych pasach.

– Stu-let-ni, stu-let-ni… – zanuciła mama, z rozbawieniem popatrując w lusterko wsteczne i poprawiając na siedzeniu pasażera swoją torebkę. W trakcie hamowania przesunęła się, uruchamiając tym samym alarm.

Miałem pewnie z pięć lat, gdy poinformowałem rodziców o swoim odkryciu: trzy dźwięki alarmu, każdy wyższy od poprzedniego, brzmią jak słowo – właśnie jak „stuletni”. Od tamtej pory, a minęło już siedem lat, przy każdym uruchomieniu się alarmu mama reaguje tak jak teraz. Taki prywatny żart, tyle że mnie już od dawna nie bawi.

Uznałem, że to dobry moment, żeby przejść do rzeczy.

– Zastanowiłaś się?

– Nad czym?

– Nad rezygnacją ze szkoły muzycznej.

– Poczekaj, Mati.

Przez chwilę mama była bardzo skupiona na obserwowaniu sytuacji na drodze. Tyle że w tej akurat chwili ruch odbywał się gładko, więc właściwie wiedziałem już, jaka będzie odpowiedź.

– Uważam, że byłoby dobrze, żebyś dokończył ten rok szkolny.

– Mamo!

– Daj mi powiedzieć, dobrze? Posłuchaj, rozumiem, że to wymaga dużego poświecenia: zwykła szkoła, a do tego trzy razy w tygodniu zajęcia w muzycznej…

– No właśnie! Miały być dwa dni, a nie trzy. Przez to na nic nie mam czasu!

– Mati… Przecież wiesz, jak jest. Miały być dwa popołudnia, ale nie udało się w ten sposób ułożyć planu. Robiłam, co mogłam. A inni też mają jakieś zajęcia dodatkowe, prawda?

– Właśnie! Oni mogą chodzić, na co chcą. Ja nie, bo nie starcza mi czasu.

– Jak dobrze zaplanujesz, znajdzie się czas na wszystko.

Nie pierwszy raz słyszę ten argument. Tak właśnie działa mama: nigdy nie marnuje nawet kwadransa. Na przykład w czasie moich lekcji na przywiezionym z domu laptopie pisze artykuły naukowe albo poprawia prace studentów, siedząc w kawiarni naprzeciwko szkoły muzycznej. Każdy inny człowiek wolałby pewnie zajadać croissanty, słuchać francuskiej muzyki, przeglądać czasopisma, ewentualnie pospacerować – każdy, ale nie mama. Tak więc na jej słowa moja odpowiedź mogła być tylko jedna:

– Taa, mamo. Jasne. Na wszystko.

We wstecznym lusterku zauważyłem, że przygryzła wargę. Odezwała się dopiero po chwili.

– Słuchaj, Mateusz, zawrzyjmy umowę. Dokończ ten rok szkolny z dobrymi ocenami. Przez wakacje przemyślisz sprawę i jeśli zdecydujesz, że chcesz zostawić muzyczną, nie skomentuję tego ani słowem i nie będę nakłaniać cię do zmiany zdania. Ale dokończ ten rok.

– Po co?

– Daj sobie czas do namysłu. A jeśli kiedyś zmienisz zdanie i będziesz chciał wrócić do grania? Pomyśl, musiałbyś powtarzać rok. W sierpniu powiesz mi, jaka jest twoja decyzja. Jeśli nie będziesz chciał się uczyć w muzycznej, trudno. Może wybierzesz coś innego, sfinansuję ci to, cokolwiek to będzie, będę cię wozić, choćby do innego miasta. Okej?

Nie odpowiedziałem. Zdaje się, że mama wzięła moje milczenie za niechętną zgodę, bo dla odmiany uderzyła w ton ugodowy.

– Wiem, że to wymaga poświęceń, że chciałbyś mieć więcej czasu dla znajomych…

– Niby jakich znajomych? Nie mam żadnych znajomych.

– Możemy przecież zabierać tego chłopca… Jak on miał na imię? Już wiem, Eliasz. Ma treningi akurat w te dni, co ty lekcje w muzycznej. I akurat jest to po drodze, nie byłoby problemu. Jego rodzice na pewno by się cieszyli, że nie muszą jeździć tam i z powrotem. Raz go podwoziliśmy, pamiętasz?

O tak, pamiętam. To dopiero była katastrofa. Eliasz i ja nie mieliśmy o czym ze sobą gadać. Cisza była nie do zniesienia. Mama próbowała podsuwać tematy i wciągać mnie do rozmowy, co było jeszcze gorsze.

– Jakiej drużynie kibicujesz? Twój brat też trenuje piłkę nożną? Mati, słyszysz? Czy w waszej drużynie są jakieś dziewczyny? Nie spodziewałam się, a ty, Mati? Chodzisz oglądać mecze na stadionie?

Wiem, że się starała, ale to jednak było żenujące. Eliasz odpowiadał pojedynczymi słowami (Barcelona, nie, tak), w końcu jednak mama trafiła z pytaniem i rozkręcił się. Opowiadał o tym, jak z tatą i bratem wyjechali na mistrzostwa świata w piłce nożnej. Gadał i gadał, nawijał i nawijał, aż przestałem uważać i wsłuchiwałem się tylko w płaską melodię języka i skrzekliwy ton głosu – wyjątkowo nieprzyjemne dla ucha połączenie.

Tak więc nie, dziękuję. Tylko nie Eliasz. Za żadne skarby nie chciałbym przeżywać tego znowu.

– Nie trzeba.

– Jak chcesz. A, i wiesz co? Pod jedenastkę wprowadzają się nowi lokatorzy. Widziałam pod klatką schodową samochód od przeprowadzek. Ciekawe, jacy będą.

– Dowiesz się, jak przyjdą ze skargą, że przeszkadza im gra na pianinie. Na pewno nie będziemy długo czekać.

– Och, nie przesadzaj. Nie wszystkim to przeszkadza. A jak tam w szkole?

– Normalnie – odburknąłem, dusząc w sobie złość.

Dotarliśmy pod szkołę muzyczną. Jej budynek nieodparcie kojarzy mi się z więzieniem: brzydki, szarobrązowy, z licznymi oknami poprzecinanymi brudnobiałymi listwami. Rozglądaliśmy się za wolnym miejscem parkingowym. Jak zwykle żadnego nie było.

ie mogłem znaleźć zeszytu od kształcenia słuchu. Przetrząsnąłem plecak, szuflady biurka, cały pokój – i nic, jakby się zapadł pod ziemię. Usiadłem na łóżku. Gdzie on może być? Tylko tego brakowało, żeby przepisywać cały zeszyt. Może zostawiłem go na dworze, na ławce? Wtedy jak ratowałem zeszyty z potopu, bo z bidonu, który miałem w plecaku, wyciekła mi woda – poczułem to, gdy zaczęła spływać mi po dżinsach. Niestety to, co ja poczułem, zauważyła grupka idących za mną chłopaków.

– Ej, zobaczcie! – zawołał jeden z nich, a reszta odpowiedziała śmiechem.

Wiedziałem, co sobie pomyśleli.

Usiadłem na ławce, ostentacyjnie zacząłem wyjmować z plecaka przemoczone zeszyty, żeby dobrze było widać, że źródło wycieku znajdowało się POWYŻEJ pasa, i czekałem, aż sobie pójdą. Usiłowałem osuszyć zeszyty chusteczkami, kątem oka obserwując chłopaków. Ruszyć do domu zamierzałem dopiero wtedy, gdy się rozejdą, a oni, jak na złość, długo stali pod klatką schodową. Możliwe, że z tego wszystkiego przeoczyłem zeszyt.

Jedyne, co mi przyszło do głowy, to rozwiesić ogłoszenia. Może ktoś go odłożył, czy ja wiem, na parapet klatki schodowej? Chyba nikt nie wyrzuciłby znalezionego zeszytu do śmietnika?

Ledwo do drzwi wejściowych sąsiedniej klatki przyczepiłem pierwszą z wydrukowanych kartek, za plecami miałem sąsiadkę. W domu nazywamy ją Koturnowską ze względu na buty na dziwnej podeszwie, które nosi niezależnie od pory roku – kiedyś myślałem, że to obuwie ortopedyczne, ale okazuje się, że nie, taka moda.

– Co się stało, Mateusz? – Sąsiadka, jak zwykle z telefonem w dłoni, zaglądała mi przez ramię. Nachylała się tak, że poczułem jej perfumy, pachniała jak czekolada z marcepanem. – A, zeszyt. Pewnie od matematyki?

– Nie, od kształcenia słuchu.

– Grasz? Na jakim instrumencie?

– Na fortepianie.

Spojrzała na mnie z błyskiem w oku.

– Aaa, czekaj! To nie ciebie słychać tu, pomiędzy blokami? Gdzieś… – obejrzała się i wycelowała palec idealnie w nasze okna – gdzieś stamtąd? Macie w domu fortepian?

– Pianino.

– Tak, tak, pianino. Oczywiście, że pianino. Fortepian to ten duży… Ładnie grasz.

Dobrze wiedzieć, że przynajmniej komuś moja gra nie przeszkadza.

– Tak sobie. Ale dziękuję.

– Tyle ćwiczeń… No, no, podziwiam. Duże poświęcenie. Dla rodziców też, takie pianino to musiał być niezły wydatek, co?

Wzruszyłem ramionami.

– Nie wiem. Kupiliśmy używane.

– Aha, no tak. – Raz jeszcze popatrzyła na kartkę z ogłoszeniem i postukała w nią palcem, aż zagrzechotały bransoletki na jej nadgarstku. – Daj jedną w pobliżu boiska. Na zielonej tablicy, tej, co tam plakaty i obwieszczenia wieszają.

Uznałem, że to dobry pomysł.

Boisko leży po drugiej stronie ulicy. Parkują przy niej mieszkańcy wszystkich okolicznych bloków – ciasno ustawione samochody przypominają mi niekończącą się kolorową klawiaturę. Za boiskiem są już tylko dzikie pola, które ciągną się aż do lasu. Na razie, bo podobno tam też mają stawiać bloki. Czasami jeździliśmy tam rowerami, rodzice i ja, albo chodziliśmy na spacer.

Kilka lat temu na ścieżce znalazłem pisklaka. Wsadziliśmy go do pudełka, wzięliśmy do domu i zastanawialiśmy się, co z nim zrobić. Tata przeczytał w internecie, że wcale nie musiał być porzucony ani wypaść z gniazda, źle zrobiliśmy, zabierając go. Rodzice później się o to pokłócili, a zresztą może się mylę i nie chodziło o pisklę, w tamtym czasie kłócili się o wszystko; czasami miałem wrażenie, że widzę przeskakujące między nimi iskry. Wynieśliśmy pisklaka z powrotem w to samo miejsce. Miałem nadzieję, że przeżył.

Poszukałem wzrokiem miejsca, w którym go znaleźliśmy, i mniej więcej stamtąd, dokładnie w tej chwili, spomiędzy suchych traw wyszedł kot. Zaraz jednak prysnął w bok, bo na ścieżce pojawił się labrador w czerwonej kamizelce. Za nim szła trzymająca smycz dziewczyna. Pierwszy raz widziałem, żeby ktoś ubierał labradora. Byłem pewny, że pies natychmiast szarpnie i puści się w pogoń za kotem, ale on nie zareagował. Obojętnie parł do przodu, bardziej jak robot niż pies.

– Ej! Podaj! – usłyszałem od strony boiska.

Obejrzałem się: jakiś chłopak patrzył w moją stronę. Palce wczepiał w metalową siatkę otaczającą boisko i czubkiem buta stukał w ziemię.

– No podaj, no! Głuchy jesteś? – Reszta chłopaków wpatrywała się we mnie wyczekująco i dopiero teraz zauważyłem, że po chodniku turla się piłka. – Kopnij!

Nie miałem wyjścia. Kopnąłem.

Piłka poleciała w bok, uderzyła w dach czarnego mercedesa i zniknęła w żółtobrązowych chaszczach.

– Ty!! No co jest! – Chłopak wściekle szarpnął siatkę. Chyba uznał, że zrobiłem to specjalnie. Obejrzał się na pozostałych. – Widzieliście to?

– Ale chamstwo.

– Niech teraz po nią idzie. Ruchy!

W pierwszej chwili chciałem zwiać. Głupio mi jednak było przed dziewczyną z labradorem, chociaż nie sprawiała wrażenia zainteresowanej sytuacją. Ruszyłem w stronę krzaków, ale piłki nigdzie nie było. Znów przyszło mi do głowy, żeby po prostu uciec. Wtedy wśród zgromadzonych przy siatce boiska rozpoznałem Eliasza. Patrzył na mnie z drwiącym uśmieszkiem.

– Ty, to jest ten! – Obejrzał się na chłopaka w bluzie z kapturem. – Ten, co gra.

Tamten splunął.

– Gra? Chyba w Juventusie Rżysko.

Pozostali ryknęli śmiechem.

– A może FC Wielka Wieś?

Nie dbałem już o dziewczynę. Jedyne, czego chciałem, to zniknąć.

– Ty, nie uciekaj! Powiedz nam, gdzie grasz! W Pulsujących Żylakach?

– Raczej w Iskrze Stolec!

Ich śmiech miałem w uszach jeszcze godzinę później, na basenie. Słyszałem go pomimo dudniącej z głośników muzyki, pokrzykiwań dzieciaków i szumu sztucznego wodospadu. Gdy zanurzałem głowę i woda tłumiła te typowe dla pływalni odgłosy, brzmiał jeszcze wyraźniej.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?