Leśniczówka WszeboryTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


W lesie znajdziesz więcej niż w książkach.

Drzewa i kamienie nauczą cię tego,

czego nie usłyszysz od mistrzów.

ŚWIĘTY BERNARD Z CLAIRVAUX

Książkę dedykuję wszystkim, którzy kochają lasy

ROZDZIAŁ 1


– Przecież w Polsce nie ma bezrobocia! – stwierdziła kategorycznie Monika. – Teraz jest rynek pracownika, najlepsza koniunktura od lat!

– No to widocznie ja jestem jakimś beznadziejnym przypadkiem. – Ola splotła ręce na piersiach i popatrzyła na przyjaciółkę ponuro.

Ola była dość wysoką dziewczyną o kruczoczarnych prostych włosach, które nie poddawały się żadnym zabiegom stylizacyjnym. Po wielu próbach i poszukiwaniach, radykalnych zmianach i bezlitosnych cięciach znalazła wreszcie na nie sposób, splatając je w warkocz. Z czasem osiągnęła pas mistrzowski w dziedzinie najbardziej wymyślnych splotów, które potrafiła wyczarować w ciągu dwóch minut i które stały się jej znakiem rozpoznawczym.

– Nie może być aż tak źle! – włączyła się do rozmowy Ewelina, dobijając Olę jeszcze bardziej, choć nie miała takiego zamiaru. – Ja też słyszałam, że teraz to pracownicy dyktują warunki i przebierają w ofertach!

– A kiedy ostatnio szukałyście pracy? – stanęła w jej obronie Jola.

Kobiety spojrzały na nią i nic nie powiedziały. Jeszcze pół roku temu Ola też wierzyła optymistycznym informacjom, że teraz jest czas pracownika, ale odkąd sama stanęła przed koniecznością poszukiwania nowego zajęcia, przekonała się, że pracę rzeczywiście znaleźć można, tylko wytrwać w niej dłużej niż dwa miesiące nie jest łatwo. Przez ostatnich jedenaście lat pracowała w firmie kolegi jako copywriterka. Wymyślała ciekawe hasła reklamowe, pisała chwytliwe teksty, była w tym naprawdę dobra i lubiła to.

– Masz prawdziwy dar, dziewczyno! – mówił z uznaniem kolega, podpisując się pod jej projektami, jako że oficjalnie była w jego firmie przedstawicielką handlową. Dzięki temu Bartek nie musiał wynajmować biura i przejmować się przygotowaniem dla niej miejsca pracy, bo na takim stanowisku pracowało się „w terenie”.

– W ten sposób ograniczymy koszty i będziemy więcej zarabiać – tłumaczył Bartek. Oli to nie przeszkadzało, nauczyła się prowadzić domowe biuro, nie traciła czasu na dojazdy, a przy tym wypłaty były bardzo satysfakcjonujące.

Agencja, którą Bartek założył jeszcze podczas studiów, zarabiała naprawdę niezłe pieniądze i trzeba przyznać, że kolega dzielił się z Olą uczciwie. Dziewczyna skrupulatnie odkładała każdy grosz, podczas gdy Bartek co roku zmieniał samochód na bardziej luksusowy i spędzał wakacje w najbardziej egzotycznych miejscach na świecie. W efekcie po sześciu latach pracy była w stanie kupić dwupokojowe mieszkanie niemal w centrum Krakowa.

– Nigdy bym nie powiedziała, że po takich studiach jak twoje można tak dobrze zarabiać – skomentowała jedna z sąsiadek, gdy Ola się wyprowadzała z bieżanowskiego mieszkania mamy i ojczyma. Dziewczyna skończyła ekologię i dziennikarstwo, nie uważała więc swoich studiów za kiepskie, ale najwyraźniej w oczach sąsiadki takie kierunki nie plasowały się zbyt wysoko.

Cieszyła się bardzo z własnego mieszkania, które mogła urządzić tak, jak chciała, a także ze zmiany otoczenia. Halicka, przy której stała kamienica Oli, nie była może najbardziej reprezentatywną ulicą w Krakowie, ale ze swojego okna na najwyższym piętrze kobieta widziała Wisłę, a do bulwarów mogła dojść w ciągu pięciu minut. I bardzo często z tego korzystała, bo właśnie spacerując nad Wisłą, zwykle wpadała na najlepsze pomysły. Uwielbiała ten rejon. Zachwycała ją myśl, że może stąd szybko dojść na piechotę na Kazimierz, do Rynku czy pod Wawel. Albo przejść kładką na drugą stronę Wisły i znaleźć się w magicznym świecie Starego Podgórza, w którym się po prostu zakochała.

– Mam tu już swoje miejsca, uwielbiam tę dzielnicę – mówiła rodzicom i przyjaciołom, którzy pytali, jak sobie radzi w nowym otoczeniu.

Teren zresztą szybko przestał być nowy, a stał się swojski i bliski. Często zaglądała do Spaghetterii, odkrywając w niej coraz to nowe przepyszne dania, a także do lodziarni Si Gela, gdzie serwowali nieziemskie lody różane. Tysiąc razy fotografowała zachwycającą bryłę kościoła Świętego Józefa, robiła ekologiczne zakupy na Targu Pietruszkowym, który przez przypadek odkryła, a gdy potrzebowała wyciszenia, spacerowała po parku Bednarskiego z jego licznymi dzikimi zakamarkami.

„W końcu ja też zaczynam widzieć magię Krakowa…” – myślała coraz częściej i nie mogła się nadziwić, że dotąd, mieszkając na bieżanowskim osiedlu, praktycznie nie znała tych okolic. Kraków – to był dla niej Rynek Główny, Wawel i Sukiennice, czasem też Kazimierz, ale tę dzielnicę znała tylko od strony rozrywkowej, nawet nie próbowała poznać czegoś więcej.

Gdy w wyjątkowo pogodny dzień dotarła podczas sobotniego spaceru na kopiec Kraka, oniemiała na widok panoramy, jaka ukazała się z jego szczytu. Wieże kościołów lśniły w słońcu, na tle pasma babiogórskiego odznaczała się wieża łagiewnickiego sanktuarium, a oblane słońcem wieże klasztoru bielańskiego sprawiały wrażenie, jakby były częścią jakiegoś zaczarowanego zamku zbudowanego w chmurach. Ola zaczęła zagłębiać się w historię tych okolic i ze wstydem stwierdziła, że choć od urodzenia mieszkała w Krakowie, nie wiedziała o nich prawie niczego. Chłonęła legendy, zapoznawała się z dramatem wojny i okupacji, płaszowskiego obozu, getta. Kolejnym jej odkryciem stała się – na fali tego zainteresowania – Fabryka Schindlera.

– To niesamowite miejsce! – mówiła potem znajomym, a oni, w większości, wzruszali tylko ramionami albo potakiwali bez przekonania. Nie rozumieli, co ją tam tak zafascynowało. Pewnie, oglądali Listę Schindlera, ale żeby tak od razu biegać do muzeum? Bez przesady!

Tymczasem Ola wracała tam bardzo często i zawsze ogarniał ją wówczas nastrój pełen melancholii i smutku. Inaczej wyglądało to jedynie w sali, w której odtworzono fotograficzne atelier. Już stając w progu i słysząc głos fotografa oraz migawkę obiektywu, przenosiła się w tamte czasy, jakby ktoś zaczarował to miejsce i zostawił w nim klimat, zapach i nastrój jednego dnia, tuż przed tym, nim wkroczyła w ten świat wojenna zawierucha. Patrząc na zdjęcia ludzi, którzy od dawna już nie żyli, Ola miała wrażenie, że tutaj, w tej przestrzeni, pozostały ich marzenia, uczucia, plany. Wszystko, co zniszczyła wojna. Te emocje opanowywały ją i napełniały jakąś dziwną siłą i przekonaniem, że da sobie radę, bez względu na to, jakie problemy stawały jej na drodze.

Teraz jednak ani przebywanie w tym zaczarowanym atelier, ani nawet najdłuższy spacer nad Wisłą nie mogły jej pomóc. Została bez pracy i bez jakiegokolwiek doświadczenia w jej poszukiwaniu. Bartek zrezygnował z prowadzenia firmy dosłownie z dnia na dzień, nawet o tym z Olą nie rozmawiając i nie uprzedzając jej o swoich planach. Sprzedał mieszkanie i poleciał do Australii, żeby tam – jak stwierdził w e-mailu, którego wysłał do Oli, będąc już na farmie w Drake – zacząć nowe życie, w zgodzie z naturą i własnym rytmem.

– No po prostu super – skomentowała Ola, czytając e-mail po raz trzeci. Miała ogromny żal do kolegi, że po tylu latach współpracy nie zdobył się nawet na to, żeby z nią porozmawiać, nie wspominając już o tym, że mógł przecież przekazać jej firmę. Była pewna, że poradziłaby sobie z jej prowadzeniem.

– To świństwo tak kogoś nagle zostawić na lodzie – mówiła, żaląc się koleżankom, a one zgodnie przytakiwały, równie oburzone jak ona.

Po tym, jak minął pierwszy szok, uznała jednak, że z jej doświadczeniem nie powinna mieć problemów ze znalezieniem pracy. Skontaktowała się z klientami firmy, ale żaden nie był zainteresowany współpracą z przedstawicielką handlową, uważając Bartka za siłę napędową i mózg ich duetu, a Olę – co najwyżej za asystentkę pomagającą w drobnych zleceniach.

– Jeśli będę miał jakieś nieduże projekty, to dam znać, pani Olu – obiecał zdawkowo ten i ów, ale na tym się skończyło.

Po dwóch miesiącach bezowocnego szukania pracy w dziedzinie, która była jej najbliższa, zaczęła wysyłać CV wszędzie, gdzie mniej więcej pasowała. Była na kilku rozmowach, ale dwaj pracodawcy oferowali jej umowę o dzieło, jeden – bezpłatny staż, a jeden – okres próbny za nieprawdopodobnie małe pieniądze. Po namyśle przyjęła jednak tę ostatnią ofertę i przez cały miesiąc ogarniała potworny chaos w jego biurze. Porządkowała papiery, układała umowy według dat, przebijała się przez stosy rachunków i dokumentów, aż biuro zaczęło przypominać biuro, a nie archiwum po przejściu tajfunu. Poprawiła też masę błędów ortograficznych, od których roiły się sporządzone przez szefa szablony dokumentów, i wygładziła opisy na stronie internetowej. Wówczas pracodawca wręczył jej obiecane pięćset złotych i podziękował za dalszą współpracę, zatrudniając w uporządkowanym przez nią biurze własną żonę.

Kolejny miesiąc Ola przepracowała jako stażystka w redakcji osiedlowej gazetki. Staż był bezpłatny, ale miała nadzieję, że dostanie dobre referencje i taka praktyka będzie ładnie wyglądać w papierach.

– Referencjami rachunków nie opłacisz – biadoliła mama, ale Ola machnęła na to ręką. Wolała robić cokolwiek, nawet za darmo, niż siedzieć przed komputerem i przeglądać kolejne beznadziejne oferty albo czekać na telefon od pracodawcy.

 

– Moje podania chyba wpadają w jakąś czarną dziurę – skarżyła się. – Nikt nie odpowiada, nikt nie dzwoni…

– Szukaj przez urząd pracy! – doradziła jej jedna z koleżanek, więc Ola zarejestrowała się w urzędzie. Już po tygodniu wysłano ją na pierwszą rozmowę kwalifikacyjną – nie zwracając zupełnie uwagi na fakt, że nie spełniała żadnego z kryteriów podanych przez pracodawcę. Rozmowa była dla niej potwornym upokorzeniem, bo po dwóch minutach rekruterka obrzuciła ją pełnym politowania spojrzeniem i stwierdziła:

– Chyba pomyliła pani adresy…

Za drugim razem było jeszcze gorzej: rozmowa prowadzona była w języku francuskim, gdyż jego perfekcyjna znajomość była podstawowym wymogiem pracodawcy. Ola znała w tym języku tylko „je t’aime” i „bonjour”, czego nawet przy najlepszych chęciach nie dało się uznać za biegłość. Rekruter ofuknął ją i kręcił głową z niesmakiem, mrucząc pod nosem coś o kombinatorach, kiedy podsunęła mu do podbicia zaświadczenie do urzędu pracy.

Dlatego kiedy w kolejnym miesiącu wysłano ją do firmy Eko-życie szukającej… księgowej, Ola od razu przy powitaniu wyjaśniła wszystko mężczyźnie, który wyszedł jej na spotkanie.

– Przepraszam, nie chcę marnować pańskiego czasu. Przysłano mnie tu z urzędu pracy, nie zwracając uwagi na to, że nie mam odpowiednich kwalifikacji, a ja nie mogę odmówić pójścia na rozmowę, bo stracę ubezpieczenie.

Mężczyzna spojrzał na nią najpierw z zaskoczeniem, później – z sympatią. Jej szczerość najwyraźniej mu się spodobała.

– Ale skoro już pani tutaj jest, to może jednak chwilę porozmawiajmy. – Zaprosił ją do gabinetu na najwyższym piętrze oszklonego biurowca przy ulicy Wielickiej. Z okna rozciągał się niezbyt imponujący widok na torowisko tramwajowe.

– Eko-życie to firma, która dopiero raczkuje – powiedział, stawiając przed Olą filiżankę kawy. – Na razie szukamy więc tylko księgowej, ale za kilka miesięcy, mam nadzieję, będziemy obsadzać także inne stanowiska, dlatego już teraz budujemy bazę potencjalnych pracowników. Pani szczere i bezpośrednie wystąpienie zrobiło na mnie dobre wrażenie, więc chciałbym zadać kilka pytań, żeby sprawdzić, w jakim dziale może się pani najlepiej sprawdzić, w razie czego.

Rozmawiali przez ponad pół godziny i w tym czasie Ola opowiedziała mu o swoim układzie z Bartkiem oraz na poczekaniu wymyśliła wpadający w ucho slogan reklamowy dla Eko-życia. Wyszła z tej rozmowy podniesiona na duchu, choć nadal pozostawała bez pracy.

Za czwartym podejściem urząd pracy wybrał opcję bezpieczną i posłał Olę na rozmowę z pracodawcą, który właściwie nie stawiał kandydatom żadnych wymagań, prócz bycia przedstawicielem rasy ludzkiej. Po dwóch dniach od odbycia rozmowy kwalifikacyjnej Ola była już telemarketerką w firmie telekomunikacyjnej. Jej praca polegała na wykonywaniu dziesiątek telefonów w celu zaprezentowania oferty. Po dwóch tygodniach Ola nie mogła już patrzeć na słuchawkę, ale zaciskała pięści i dalej klepała wyuczone formułki, w międzyczasie wciąż szukając ofert i wysyłając zgłoszenia do różnych firm. Po trzech miesiącach miała już serdecznie dosyć nudnej i monotonnej pracy, głupkowatych konkursów motywujących, w których nagrodami były puszki coli albo reklamowe długopisy, oraz nacisków ze strony menadżerów, żeby nieustannie poprawiać wyniki.

– Przenieś się do innej firmy – radziła jedna z koleżanek, Lucyna. – Na przykład do jakiejś telewizji kablowej. Przynajmniej nie będziesz się nudzić, bo najpierw będziesz musiała się nauczyć nowych formułek.

– Nie, jak już zmieniać, to na coś, gdzie będę chciała zostać na dłużej… Wytrzymam jakoś…

Okazja wkrótce się trafiła i Ola podjęła pracę w małej rodzinnej firmie wydawniczej. Przez trzy miesiące chodziła uskrzydlona, bo nareszcie robiła to, co ją interesowało, ale sielanka nie trwała długo.

– Przykro mi, pani Olu – powiedziała pewnego dnia szefowa, unikając patrzenia jej w oczy. – Ale moja siostrzenica została bez pracy i cóż… Nie będę pani oszukiwać. Nie stać nas na dwóch dodatkowych pracowników, a to jednak bliska rodzina… Chociaż przykro mi się z panią rozstawać, bo naprawdę dobrze nam się współpracuje.

– No szlag by to – jęknęła Ola po powrocie do domu i znów zasiadła przed komputerem, otwierając stronę z ofertami pracy i z trudem powstrzymując łzy napływające jej do oczu.

ROZDZIAŁ 2


Przełom nastąpił po czterech tygodniach kolejnych bezowocnych poszukiwań, i to za sprawą osoby, po której Ola zupełnie się tego nie spodziewała.

– Patrz, to idealna oferta dla ciebie! – Tata z błyskiem w oczach pomachał jej przed nosem magazynem „Nasze Góry i Lasy”. Na okładce widać było pasmo górskie i malowniczy strumyk.

– W redakcji? – ucieszyła się i ochoczo sięgnęła po gazetę, ale tata schował ją za plecami i uśmiechnął się jak iluzjonista szykujący jakiś niesamowity numer, który zadziwi wszystkich.

– Nie, chociaż… jednak trochę tak. Chodzi o wytyczenie paru szlaków turystycznych w parku narodowym i opisanie ich do folderu reklamowego dla turystów lubiących piesze wędrówki.

Oli zrzedła mina.

– Wytyczenie szlaków?!

Tata nie zauważył, że córka nie podziela jego entuzjazmu, i uśmiechnął się szeroko, kiwając głową. Popatrzyła na niego, unosząc do góry brwi.

– Świetne, prawda? – Nadal nie zwracał uwagi na jej reakcję i wprost pękał z dumy, że znalazł dla niej tak idealną pracę. – To coś dokładnie dla ciebie! Wymarzone zajęcie! Przecież ty uwielbiasz włóczyć się po lesie…

„No tak, wszystko jasne”.

Rodzice Oli rozwiedli się, gdy dziewczyna miała dziewięć lat. Wkrótce potem tata wyjechał do Szwecji, gdzie założył rodzinę. Wrócił do Polski kilka lat temu, ponownie rozwiedziony, i traktował córkę, jakby nadal była tą dziewięciolatką z mysimi ogonkami, która dwa razy w tygodniu biegała na spotkania swojego zastępu zuchów i zdobywała rozmaite sprawności. O Oli – kobiecie wiedział bardzo niewiele. Nie widział blasku w jej oczach, kiedy przeżywała pierwszą miłość, nie widział pałających policzków, gdy wróciła do domu po pierwszym pocałunku, nie słyszał rozpaczliwych szlochów i łkania, gdy przeżywała zawód miłosny. Ominęły go przedmaturalne nerwy, egzaminy na studia, obrona magisterki i wszystko, co wiązało się z dorosłym życiem. Nie wiedział też, że przygoda Oli z harcerstwem skończyła się po pierwszym wyjeździe na obóz. Wówczas to dziesięciolatka, próbując zdobyć sprawność tropiciela, zgubiła się w lesie i błądziła po nim przez cztery godziny, aż spotkał ją jakiś grzybiarz i odprowadził do druha, który nawet się nie zorientował, że brakuje mu jednej podopiecznej.

– Wiesz, tato, ja teraz wolę wypoczywać w mieście, ewentualnie nad morzem, niż włócząc się po lesie – stwierdziła ostrożnie. Rzeczywiście, po tej niefortunnej przygodzie na obozie jakoś nie ciągnęło jej w leśne ostępy. Pamiętała poczucie samotności, bezradności i zagubienia, gdy rozglądała się wokół, widząc tylko wysokie pnie i słysząc podejrzane szelesty i trzaski. – W ogóle nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam w lesie.

– Naprawdę? No ale przyznaj, że to brzmi ciekawie!

– Może i tak, jednak nie wydaje mi się, żeby to było coś dla mnie… To raczej coś dla kogoś znacznie młodszego, jakiejś studentki, która lubi przygody.

Tata uniósł wzrok znad magazynu.

– Przecież ty jesteś młoda! – powiedział z wyrzutem, a potem zmarszczył brwi. – Ciągle narzekasz, że nie możesz znaleźć fajnej pracy, zgodnej z twoimi zainteresowaniami, a jak ci się dobrą ofertę przyniesie, to kręcisz nosem.

– Pokaż mi tę ofertę. – Ola sięgnęła po magazyn i przebiegła wzrokiem zaznaczoną stronę. Przeczytała ogłoszenie dwa razy, przekonując się, że tata dość dziwnie zinterpretował propozycję pracy.

Gmina i Nadleśnictwo Wszeborowo we Wszeborowskim Parku Narodowym poszukuje redaktorki do opracowania tekstów do folderu reklamowego dla turystów.

Czas pracy: 1 – 2 miesiące, z możliwością przedłużenia/skrócenia – w zależności od postępów pracy.

Warunki pracy: zakwaterowanie i wyżywienie przez cały okres współpracy zapewnia gmina Wszeborowo.

Opracowanie tekstów do folderu nie brzmiało źle. Brzmiało nawet bardzo dobrze. I nie było ani słowa o żadnym wytyczaniu szlaków ani włóczeniu się po lesie, wyglądało raczej na trochę nietypową pracę biurową, i to bardzo ciekawą. Praca redaktorki! W dodatku chyba samodzielnej. Właśnie o czymś takim marzyła! Ola przeczytała anons jeszcze raz. Tata przyglądał się jej, niecierpliwie stukając palcami w blat biurka.

– Nie wiedziałam, że czytasz takie pisma – powiedziała, bo wyraźnie czekał na jakiś komentarz z jej strony, a nic innego nie przyszło jej do głowy, w której kłębiło się milion myśli.

– Nie czytam. To syn mojego kolegi pasjonuje się takimi sprawami i prenumeruje ten miesięcznik. Zresztą obiecałem, że mu go oddam, bo jeszcze nie przeczytał do końca. No ale to ogłoszenie musiałem ci dostarczyć.

Tata rozsiadł się za stołem i wpatrywał w Olę, raz po raz przenosząc wzrok na trzymany przez nią magazyn.

– Dzięki, że o mnie pomyślałeś. – Ola rzuciła mu niepewne spojrzenie, bo z jednej strony myśl o pracy nad folderem reklamowym była bardzo kusząca, a z drugiej – znów było to zlecenie, i to na krótki czas, raczej bez szans na stałą współpracę, co trochę ją zniechęcało. Jednak tak ciekawy projekt dawał możliwość rozwoju, no i zapowiadał się bardzo interesująco.

„No i co z tego, że tylko na miesiąc czy dwa” – pomyślała. „Przecież i tak nie przeprowadziłabym się na stałe do tego Wszeborowa. A tak, odpocznę trochę od zgiełku w jakimś gospodarstwie agroturystycznym, popracuję nad ciekawym projektem, wzbogacę swoje CV, no i konto”.

– Ja już do nich dzwoniłem – odpalił bombę tata. – To naprawdę ciekawa praca. Będziesz mieszkać w bardzo ładnym miejscu, napiszesz parę słów na temat wspaniałych widoków i chronionych gatunków, a kasę oferują niezłą, bo to z unijnych funduszy!

Ola jeszcze raz spojrzała na ogłoszenie.

„Wygląda to naprawdę fajnie” – uznała. „Przecież niczym nie ryzykuję, wyślę od razu zgłoszenie. Tym bardziej że niczego lepszego na horyzoncie nie widać. Zresztą i tak pewnie nikt się nie odezwie, na taką gratkę rzucą się bardziej doświadczeni ludzie niż ja”.

– Dzięki, tato!

Usiadła do komputera i wysłała CV na podany adres e-mailowy, bez większych nadziei na sukces. Niespodziewana utrata pracy i dotychczasowe niezbyt przyjemne doświadczenia podkopały jej wiarę w siebie i sprawiły, że z góry nastawiała się na porażkę. A jednak, ku jej wielkiemu zaskoczeniu, dwa dni później zadzwonił do niej mężczyzna z nadleśnictwa i zadał kilka pytań, a następnego dnia w swojej poczcie znalazła zaproszenie do Wszeborowa od piątego września, w celu podjęcia pracy. Na końcu zobaczyła dopisek:

Jeżeli nie dysponuje Pani terenowym samochodem, radzę przyjechać autobusem, bo drogi są u nas wymagające. Wysiądzie Pani na przystanku Wszeborowo i ktoś z gminy będzie na Panią czekał.

– O ja nie mogę! – Ola z niedowierzaniem przeczytała e-mail i aż podskoczyła na krześle. – Naprawdę mnie chcą!

Teraz dopiero wrzuciła w internet hasło: Wszeborowo, nie mogąc uwierzyć, że wcześniej nie sprawdziła, gdzie znajduje się ta miejscowość. Okazało się, że dzieliło ją od Krakowa niespełna dwieście kilometrów, więc nie była to wielka odległość. Sprawdziła też dokładnie możliwości dojazdu do Wszeborowa i z zadowoleniem przekonała się, że kursują tam z Krakowa busy – co prawda tylko jeden rano i jeden wieczorem, z przystankiem docelowym w miejscowości uzdrowiskowej położonej kilkanaście kilometrów dalej, ale ważne, że w ogóle były. Odpisała więc natychmiast, że przyjmuje ofertę i przyjedzie porannym busem z Krakowa.

– Ale super! – cieszyła się. – Nareszcie coś ciekawego, a nie tylko przekładanie papierów z biurka do szafy albo bezmyślne klepanie formułek przez telefon…

Jednak w głębi duszy teraz dopiero opanowały ją myśli pełne niepokoju i lęku. Bała się wyjazdu z Krakowa, podróży busem, nowego miejsca pracy, warunków, jakie tam zastanie. Dlatego od razu zaczęła gromadzić rzeczy, które uznała, że mogą jej być potrzebne we Wszeborowie. W ciągu tygodnia spakowała do wielkiego plecaka wszystko, co wydało jej się niezbędne w takim miejscu, przy czym zmieniała wersję kilkakrotnie, bo nagle wokół niej zaroiło się od ekspertów w kwestii zakwaterowania oferowanego przez pracodawcę. Każdy, komu wspominała o nowym projekcie, natychmiast zaczynał udzielać jej dobrych rad, wypowiadając się z ogromnym przekonaniem, jakby co dzień dostawał ofertę pracy z zamieszkaniem na koszt gminy.

 

– Tam może nie być prądu ani bieżącej wody – mówił ponurym tonem Mateusz, z którym przyjaźniła się od czasów podstawówki. Zawsze miał głowę pełną najczarniejszych myśli i zakładał najgorsze scenariusze.

– Powinnaś zabrać suchy szampon – radziła kuzynka Aldona, miłośniczka wypraw survivalowych. – I może taki filtr do uzdatniania wody. Nie wiadomo, czy to zakwaterowanie nie okaże się namiotem!

– Skoro ma nie być wody, to filtr też za bardzo mi się nie przyda…

– Nie gadaj głupot – skarciła Aldonę jej matka. – Moim zdaniem to oczywiste, że zakwaterują cię w jakimś hotelu, względnie gospodarstwie agroturystycznym. Skoro to miejscowość turystyczna, na pewno nie mają z tym problemu! Namiot, też coś!

– Mogą cię ulokować w lepiance w środku lasu! – straszyła Marta, koleżanka ze studiów.

– Czytałam kiedyś taką książkę, gdzie do chaty w środku lasu zakradł się psychopata – podchwyciła pomysł Aneta. – Wymordował w nocy całą rodzinę, po czym wrzucił nóż do stodoły i sobie poszedł, nie wiedząc, że w stodole spał dorosły syn właścicieli, któremu się zachciało powspominać młodość. Ten syn wezwał rano policję, a oni go aresztowali. Przesiedział osiem lat, aż policja złapała tego bandytę i wtedy go puścili…

– No, czyli happy end, bo jednak odzyskał wolność – skomentowała Jola.

Ola starała się nie dopuszczać do siebie najczarniejszych wersji, ale mimo woli zaczęła wyobrażać sobie swoje życie we Wszeborowie i coraz bardziej niepokoiła się, jak będzie wyglądało jej miejsce pracy. Stwierdziła poniewczasie, że powinna była o to zapytać w swoim e-mailu do pracodawcy, ale wówczas była zbyt podekscytowana, żeby o tym pomyśleć. Wiedziała, że bawienie się teraz w domysły i wróżby nie przyniesie jej żadnych korzyści, a jednak nie umiała się przed tym powstrzymać. Jej wizje były dość skrajne, od bajecznego lokum w luksusowym hotelu, po jurtę w szczerym polu, ale za najbardziej prawdopodobną opcję uważała pokój w urzędzie gminy, z łazienką i toaletą na korytarzu.

„Zobaczę wszystko na miejscu, nie ma co gdybać” – próbowała przekonać samą siebie

Jeszcze większym problemem była dla niej kwestia ubrania. Teoretycznie jechała tam do pracy biurowej, ale obejrzała w sieci nieliczne zdjęcia z okolic Wszeborowa i nie wyobrażała sobie, żeby w takich terenach miała paradować w szpilkach i eleganckim kostiumie.

„Nie chcę, żeby mnie obśmiali, że jakaś paniusia z miasta przyjechała”.

Wzięła więc trzy pary dżinsów i jedne eleganckie spodnie i spódnicę, buty trekkingowe, wygodne balerinki, przeciwdeszczową kurtkę i kilkanaście bluzek, pasujących na różne okazje. Po namyśle dorzuciła też sukienkę z niegniotącego się materiału.

– Na twoim miejscu zabrałbym też śpiwór – doradzał mąż przyjaciółki, który nigdy w życiu nie wyściubił nosa poza miasto, ale gdy usłyszał o planach Oli, natychmiast zasypał ją cennymi radami, jakby czekało ją safari wśród dzikich zwierząt, a nie praca redaktorki w gminie.

– Radzę ci też zapakować jakiś koc, bo tam może być dużo zimniej niż w Krakowie! – włączyła się Monika.

– Bez przesady, to przecież nie na biegunie!

Ola słuchała tych wszystkich rad i zaleceń z uczuciem coraz większego niepokoju, ale starała się kierować zdrowym rozsądkiem.

„Skoro napisali: zakwaterowanie, to chyba dadzą mi przynajmniej łóżko i pościel” – uznała.

W sobotę przed wyjazdem urządziła babski wieczór pożegnalny. Zaprosiła przyjaciółki do jednego z podgórskich pubów, bo jego wystrój, utrzymany w energetycznej kolorystyce, a przy tym pełen przytulnych zakamarków, zawsze napawał ją optymizmem. Uwielbiała siadać przy stoliku pod schodami, który zapewniał intymność i pozwalał chłonąć atmosferę tego miejsca. Tym razem jednak nawet nastrojowe wnętrze i artystyczne fotografie na ścianach nie pomogły, bo dziewczyny nastawione były do pracy Oli wyjątkowo sceptycznie i pesymistycznie. Ola pożałowała swojej decyzji o pożegnalnym wieczorze.

„Trzeba było zostać w domu, tylko z najbliższymi…” – pomyślała, bo zorganizowała to spotkanie w nadziei, że duże towarzystwo pomoże jej rozproszyć coraz większy lęk, jaki ogarniał ją na myśl o zbliżającym się wyjeździe.

– Jak mogłaś nie zapytać tego gościa, który do ciebie pisał, jak będzie wyglądało twoje miejsce zamieszkania?! – robiła jej wyrzuty Lucyna. – Skąd wiesz, czy nie będziesz dzielić pokoju z inną pracownicą? I czy to w ogóle będzie pokój, a nie jakiś śpiwór pod gołym niebem?!

– Właściwie to ja w ogóle nie rozumiem, po coś ty wymyśliła ten cały wyjazd – komentowała Monika. – Tak jakby w Krakowie nie było dobrych ofert pracy. Naprawdę myślisz, że jak wpiszesz do CV pracę nad takim projektem, to w ogóle zwróci czyjąś uwagę?

– Tak właśnie myślę!

– A mnie się wydaje, że to bez sensu – zawtórowała Monice jej siostra, Ewelina.

– Zależy od tego, jak go umieszczę w CV, a zamierzam go rozpisać tak, żeby od razu rzucał się w oczy.

– Nawet jak tak zrobisz – dorzuciła swoje trzy grosze Agnieszka – to nie sądzę, żeby praca nad folderem dla jakiejś malutkiej gminy mogła się komuś spodobać. No bo o czym to niby świadczy?

– Choćby o tym, że Ola jest elastyczna i nie boi się nowych wyzwań! – wzięła ją w obronę Jola, mrugając do Oli porozumiewawczo i obejmując ją ramieniem. – Że jest samodzielna, kreatywna i nie daje się zdołować tak zwanym koleżankom, które zamiast wspierać jej decyzję, podcinają jej skrzydła!

– Ale ja przecież tylko… – zaczęła Monika, jednak stanowcza mina Joli sprawiła, że urwała w pół zdania i pokiwała głową. – No dobra, sorry. Faktycznie, jakoś tak na ciebie naskoczyłyśmy… A przecież i tak masz nad czym myśleć. Nie wiesz nawet, jakie tam będą warunki!

– Spoko… – uśmiechnęła się Ola. – Jakkolwiek by było, ta praca zapowiada się naprawdę fajnie i nie zamierzam z niej zrezygnować. Facet, z którym rozmawiałam przez telefon, nie brzmiał jak ktoś, kto ulokuje mnie w lepiance czy namiocie, więc dajcie spokój temu czarnowidztwu, dziewczyny. Po prostu dobrze się bawcie!

A jednak w głębi duszy Ola sama zaczęła wątpić w to, czy dobrze zrobiła, przyjmując tę ofertę. Praca przestała jej się wydawać tak atrakcyjna, jak to sobie wyobrażała na początku, a poza tym zżerał ją niepokój, czy sobie poradzi z tak samodzielnym zadaniem. Ostatniej nocy przed wyjazdem prawie nie zmrużyła oka, choć wypróbowała wszystkie techniki relaksacji i wyciszenia, jakie znała. Wizja mieszkania przez miesiąc lub dwa z dala od wszystkiego, co znajome, i wszystkich, których kocha, nagle wydała jej się przerażająca. Miała ochotę napisać do gminy Wszeborowo i odwołać swój przyjazd, ale wiedziała, że nie wybaczyłaby sobie nigdy zmarnowania takiej szansy, bo mimo wszystkich tych czarnych wizji nadal była przekonana, że praca nad folderem będzie ciekawa i pozytywnie wpłynie na jej życie zawodowe.

Nie spodziewała się wówczas, że ten wyjazd zmieni jej życie w wielu aspektach i sprawi, że nic już nie będzie takie, jak dawniej.