Siła wyższaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Joanna Szwechłowicz, 2016

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcia na okładce

© Everett Collection/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Katarzyna Kusojć

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8097-641-2

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Poznań, Poniedziałek, 13 marca 1939

Gdybym chciał pomagać ludziom, to zostałbym socjalistą, a nie zakonnikiem. − To zdanie wypowiedział pulchny pięćdziesięciolatek w benedyktyńskim habicie, przeskakując zgrabnie nad kałużą.

– Mhm – odrzekł wymijająco jego towarzysz, robiąc zamaszysty krok, by także ją ominąć.

– Albo jakimś księdzem na robotniczym osiedlu. Czy misjonarzem. Ale ja wybrałem zakon, żeby zajmować się książkami, sztuką i kulturą wysoką. A nie żeby jeździć po miejskich parafiach i szukać zaginionych proboszczów, bawiąc się w detektywa. Notabene, zapewne uciekł z kochanką. Nie trzeba tu szukać jakiejś zawiłej intrygi. Zwykle takie zniknięcia okazują się mieć banalne wytłumaczenie. Kobieta, hazard, alkohol, ale najczęściej jednak kobieta.

Drugi benedyktyn, usłyszawszy te słowa, przeszedł przez kolejną kałużę. Po chwili zapytał:

– Dlaczego tak myślisz?

– A widziałeś fotografię? Uważaj, nie pomocz habitu, jesteśmy zakonem ubogim, ale nie dziadowskim. Otóż myślę, że taki przystojny proboszcz mógł się cieszyć dużym powodzeniem wśród parafianek. Zawsze sądziłem, że dla dobra Kościoła zbyt przystojnych powinno się eliminować już na etapie seminarium. Profilaktyka.

Ojciec Herbst spojrzał na swojego towarzysza z zainteresowaniem. Florianowi Myszkowskiemu raczej nie groziłaby eliminacja na żadnym etapie, bowiem z wyglądu, i poniekąd też z zachowania, przypominał piłkę. Piłkę z parasolem. Miał okrągłą twarz, okrągłe oczy i okrągłą figurę. Idąc, podskakiwał zabawnie, nawet wtedy, gdy na jego drodze nie było żadnych kałuż. Nie lubił się męczyć, a wysiłek uznawał za zasadny tylko wtedy, gdy w nagrodę dostawał do zbadania jakąś przyjemnie starą księgę lub rękopis. Myliłby się jednak ten, kogo zwiodłaby ta powierzchowność. Nieprzypadkowo wysłano ich do Poznania we dwóch.

Szli teraz z dworca kolejowego przez poznańską ulicę Marszałka Focha, której nikt tak nie nazywał, bo dla poznaniaków była Głogowską, i co jakiś czas pojawiały się inicjatywy, by do tego miana powrócić. W mieście było też coraz większe grono ludzi przekonanych, iż niedługo znów będzie to Glogauerstrasse1, więc nie ma sensu walczyć z marszałkiem.

– Czyli sądzisz, że to jakaś romansowa historia? Z jednej strony szkoda, bo to zgorszenie wśród parafian… Z drugiej, cóż, przynajmniej wiedzielibyśmy, że nic mu się nie stało, że żyje.

Ojciec Florian zatrzymał się w pół podskoku, po czym opadł na chodnik. Popatrzył na Herbsta z wyrazem głębokiego lekceważenia dla jego naiwności.

– Zgorszenie wśród parafian? Cała diecezja będzie gadać. Lepiej, żeby to było morderstwo. Albo nagły atak choroby. Stracił pamięć, trafił do szpitala, nie wie, kim jest – rozmarzył się. – Bardzo przykre, oj, jaka szkoda, oczywiście, ale dla dobra Kościoła... to lepsze, znacznie lepsze. Jednak jak znam życie, to jakaś baba. Pewnie młoda wdówka czy coś w ten deseń. – Przeskoczył kolejną kałużę. – Albo inna niezrozumiana mężatka. Poznali się przy spowiedzi, pomagała przy organizacji procesji czy festynu... wszystkie te historie są do siebie podobne. Same kłopoty z tymi kobietami. Widzisz, dobrze, że jesteśmy w męskim zakonie, ileż to problemów odpada! Można się zająć poważnymi sprawami.

Herbst pokiwał głową. Sądził, że i męskie zakony mają swoje wady, ale wiedział, że ojciec Florian nie jest osobą, z którą warto o tym rozmawiać. W ich klasztorze miał on także drugie, mniej oficjalne miano − ojciec Szpicel. Herbst zastanawiał się też, skąd u Floriana tak głęboka znajomość statystyk dotyczących nagłego znikania księży. Z charakteru ojciec Myszkowski był wygodnickim pedantem, zaś z wykształcenia historykiem sztuki, a jego pasją były kulinaria. I tym dwóm ostatnim kwestiom poświęcał większość swej uwagi, nieprzesadnie troszcząc się o sprawy bliźnich oraz o ich ewentualne niespodziewane zniknięcia.

– Obawiam się trochę, że ten kierowca zniszczy nam obraz. Nie wyglądał na subtelnego. – Herbst zmienił temat, wiedząc, że Florian bardziej interesuje się tym, co przywieźli do Poznania, niż losem proboszcza.

– Tak. Wyglądał na prostaka, chciałeś powiedzieć. Człowiek z taką czaszką jest stracony dla sztuki i rzeczy abstrakcyjnych. Widziałeś te guzy? − Herbst pokręcił głową. Rzeczywiście nie przyglądał się czaszce młodego człowieka, który nonszalancko odebrał od nich obraz na dworcu i powiedział, że „się odwiezie”. A potem dodał, że oni się już nie zmieszczą do samochodu, więc lepiej, żeby wzięli sobie taksówkę. Tak też chcieli uczynić, ale jak na złość żadnej wolnej nie było. Szli więc teraz w deszczu wymieszanym ze śniegiem, brodząc w kałużach, coraz bardziej zirytowani. − Zniszczy nam obraz, a potem powie, że trochę się otarł i że o co chodzi, przecież jak się podmaluje, to nic nie będzie widać. Taki typ... Co to za pomysł z tym porównywaniem? Trzysta lat w jednym miejscu, a teraz taki zabytek z powodu jakiegoś proboszcza musieliśmy wieźć jak worek ziemniaków, pociągiem. Jeśli ten ksiądz Wojciech w końcu się znajdzie, z pewnością powiem mu, co o tym sądzę. Jesteśmy. – Jakby dla potwierdzenia swoich słów ojciec Florian podskoczył trochę wyżej niż zwykle.

Obaj benedyktyni stanęli na chodniku przed kościołem Matki Boskiej Miłosiernej. Ojciec Florian spojrzał z uznaniem na zabudowania parafii i na samą świątynię. Neoromańska, z porządnej cegły, sprawiała bardzo stateczne wrażenie. Zza niej wyłaniała się okazała plebania. Cały teren był wybrukowany.

– Taki porządny poznański kościół – skomentował Florian. – Czego by nie mówić o tym proboszczu, to widzę, że o dobro wspólnoty jednak dbał. Piękna świątynia, piękne probostwo. Widać staranie. – Pokiwał głową. – Wszystko zadbane, nawet w tym deszczu wygląda godnie.

Herbst nie mógł tego potwierdzić. Z rozmowy telefonicznej z przedstawicielem kurii wywnioskował, że ksiądz Wojciech nie kontynuował dzieła swojego poprzednika, który w nagrodę za pomnażanie majątku kościelnego otrzymał stanowisko ekonoma diecezjalnego. Nie, teraźniejszy proboszcz miał inne priorytety. Jak podejrzewał ojciec Aleksander, to mogło być powodem jego zniknięcia. Pewna trudność z przyjęciem do wiadomości, że odpowiednia doza hipokryzji co do rzeczy materialnych jest w życiu proboszcza nieodzowna. Wielu już spotkał księży, którym trudno to było zrozumieć, a już na pewno zaakceptować.

– To poprzednik był takim dobrym gospodarzem. Ten za to − podobno święty w jednej sutannie. Parafia zaczynała mieć kłopoty finansowe – wyjaśnił Myszkowskiemu, który otwierał furtkę na teren parafii.

Entuzjazm ojca Floriana osłabł. Cofnął się, jakby z niechęcią, i znów otworzył swój parasol.

– Czyli jednak wariat. Taki uczuciowy pewnie. Z kobietą uciekł, mówię ci. Albo i jeszcze coś zdefraudował, skoro taki dobroczynny. Tak, rozdać wszystko, a potem umierać we włosiennicy pod schodami, gdzie wylewają na ciebie pomyje. Gdyby tacy ludzie budowali Kościół, nic by z tego nie wyszło. Do dziś siedzielibyśmy w katakumbach. − Ojciec Aleksander nie odpowiedział, tylko machinalnie trochę pokiwał, a trochę pokręcił głową. Patrzył na wszystko, starając się skupić uwagę, tak jakby tajemnica zniknięcia księdza Wojciecha miała swoje rozwiązanie gdzieś wśród bruku tego dziedzińca albo sztachet ogrodzenia. – Będziemy tak stać na deszczu czy spróbujemy wejść? Podobno na nas czekają. Mieliśmy nie zwracać na siebie uwagi, prawda? – zapytał ojciec Florian. − Herbst nie ruszył się. − Ja wchodzę. Nie muszę być ekscentryczny, bo nie mam ambicji, żeby o mnie w gazetach pisali. My, szarzy ludzie, z którymi nie robią wywiadów, nie stoimy w deszczu, monologując – rzucił, niby mimochodem, Florian.

– Złośliwy jesteś – uśmiechnął się do niego ojciec Aleksander i dodał już poważniej: – Myślę, że ksiądz Wojciech był człowiekiem nieszczęśliwym.

– A ja będę człowiekiem nieszczęśliwym, jeśli się rozchoruję. W dzieciństwie miałem kilka razy zapalenie płuc i powinienem uważać. Idziemy.

Przeszli dziedziniec, starając się omijać kałuże, i zapukali do jasnych drzwi plebanii. Otworzono im natychmiast, jakby ktoś był gotów w każdej chwili ich powitać. W progu stanęła skromnie ubrana starsza kobieta. Przez chwilę panowała cisza. Benedyktyni wiedzieli, że zapewne wita ich gospodyni proboszcza, bo podobno to ona zaalarmowała kurię. Nie spodziewali się jednak aż tak wiekowej kobiety. W czarnej sukni modnej przed ćwierćwieczem wyglądała trochę nierzeczywiście. Była całkiem siwa i krucha. Jej wiek – choć czy w odniesieniu do kobiet można mieć pewność w takich sprawach? − Herbst oszacował na siedemdziesiąt pięć lat. Przynajmniej wiadomo, że proboszcz nie romansował z gospodynią, powiedział ojcu Aleksandrowi wzrok współbrata.

– Niech będzie pochwalony ojcom dobrodziejom. – Starsza pani rzuciła się całować ich po rękach, co ojciec Florian przyjął ze spokojem, a Herbst ze zwykłym dla siebie w takich przypadkach zażenowaniem. – Bronisława Jankowiak. Czekałam, bardzo czekałam. Z kurii telefonowali, żeby żadnej policji nie wzywać, żeby skandalu nie było. Ale ja tu już z niepokoju umieram. Jak kamień w wodę ksiądz proboszcz zniknął. Wyjechał do sierotek, jak zawsze w sobotę wyjechał do sierotek. I zniknął. Kamień w wodę, mówię. Ale co ja tu… Proszę, proszę. Herbatę przygotowałam i skromne śniadanie.

 

– A obraz już przywieźli? – zapytał ojciec Florian, przechodząc do sprawy, która jego zdaniem była znacznie ciekawsza niż problem zaginionego proboszcza.

– Obraz? Jaki obraz? − Zdziwienie pani Bronisławy zdawało się całkowicie szczere.

– Widzisz? Mówiłem, że powinniśmy sami go przynieść, choćby na plecach. Nie przywiózł. Już na dworcu nie podobał mi się ten osiłek – ojciec Florian zwrócił się do Herbsta, zdejmując płaszcz i podając go gospodyni. – Od razu było widać, że nie należało mu powierzać żadnego obrazu, który ma więcej niż rok. Mężczyzna z tak ukształtowanym czołem nie powinien dotykać niczego barokowego. Pewnie ukradł. Albo wjechał w jakiś płot i zniszczył Madonnę.

– Madonnę?! – zapytała ze strachem pani Bronisława, wieszając płaszcz ojca Floriana i konstatując, że drugi benedyktyn swój już powiesił.

– Tak. Madonna datowana na około tysiąc sześćset dwudziesty piąty rok. Autorem obrazu jest Herman Han. Dostaliśmy polecenie, dość nieprzemyślane, aby przywieźć ten obraz w urągających mu − i nam − warunkach. Do porównania z tym, co podobno znaleźliście w parafii. Rozumie pani, jaką to ma wartość?

Na oblicze pani Bronisławy wypłynęła ulga. Kobieta wskazała ręką drzwi i otworzyła je.

– Zapraszam do jadalni – powiedziała serdecznym tonem. – Ale to nie z jakiegoś sanktuarium, specjalna Matka Boska łaskami słynąca? − Ojciec Florian pokręcił przecząco głową. – Taki obraz zwykły? − Pani Bronisława rozpogodziła się. − A to my mamy takie jeszcze dwa w kościele i jeden w gabinecie księdza proboszcza. Ten znaleziony obraz, ładny, nie powiem, tylko taki ponury, ciemny, płakać się chce. I zdaje się, że proboszcz zabrał go ze sobą. Albo i nie, nie pamiętam. Ale poszukamy. Chyba można zamienić w razie czego?

Ojciec Florian skrzywił się. To jednak straszne, że człowiek spotyka na swojej drodze tylu tępych bliźnich. I nie chroni przed tym nawet klasztor.

– Słyszałeś, Aleksandrze? Zabrał. Uciekł i sprzeda. Droga pani – zwrócił się do gospodyni – to jest obraz niczym niesłynący, za to w przeciwieństwie do wielu innych bardzo dobrze namalowany. Han to wybitny malarz, indywidualność twórcza. A sam obraz to dzieło sztuki. Nie to, co ta grota à la Lourdes, która stoi koło waszego kościoła. Jakby natomiast porównać ten obraz choćby z taką Matką Bo...

W tym momencie Florian poczuł na ramieniu mocny uścisk współbrata. Przerwał. Rzeczywiście, nie było sensu tłumaczyć tej kobiecie, które Madonny są znacznie gorzej namalowane. Za dużo czasu musiałby na to stracić, tym bardziej że należało w końcu zjeść śniadanie.

Jadalnia była ciemnym pomieszczeniem pełnym dębowych mebli i religijnych obrazków w złym guście. Ojciec Florian skrzywił się na widok podobizny Dominika Savia, bo święty miał usta różowe jak niemoralna dziewczyna. Herbst na ten sam widok uśmiechnął się. Tajemnicą poliszynela było, że trzydzieści lat temu salezjanie2 nie chcieli przyjąć Floriana w swoje szeregi.

Stół był obficie zastawiony, zupełnie jakby pani Bronisława spodziewała się przybycia jeszcze kilku wygłodniałych benedyktynów. Nie były to rzeczy wykwintne, ale szczodrze podane. Ojciec Florian szczególną uwagę zwrócił na miód, który pachniał prawie jak wyroby klasztorne. Prawie.

Gdy usiedli, gospodyni nalała im herbaty i odwróciła się w stronę wyjścia z jadalni.

– Nie zje pani z nami? – zapytał Herbst, na co ojciec Florian wzniósł oczy do nieba. Po co gospodyni ma z nimi jeść?

– A już myślałam, że tylko nasz proboszcz taki jest sympatyczny, ludzki bardzo – rozrzewniła się pani Jankowiakowa, zajmując miejsce przy stole. Bez wahania wybrała krzesło najbliżej wyjścia, prawdopodobnie była to jej stała pozycja. – Taki dobry człowiek, nic się nie wywyższa. Bo niektórzy, nie żebym chciała wypominać, ale świętej pamięci...

– Prawie wszyscy mówią, że proboszcz Wojciech Kalinowski to święty człowiek. Pani tu z nim mieszkała... mieszka, więc wie najlepiej – przerwał jej Herbst. – Skąd te opinie? To prawda?

Ojciec Florian mruknął coś pod nosem, tak żeby pani Bronisława nie słyszała, a potem wrócił do miodu, przerzucając ciężar konwersacji na Herbsta.

– Bo to naprawdę święty – zapewniła gospodyni. – Ja już różnych proboszczów widziałam. Nie żebym chciała wypominać, ale na stare lata mogę powiedzieć, że i nieślubne dzieci były, i hazardy jakieś, i dziwne kuzynki... A ksiądz Wojciech nic. On nawet małej wady nie miał. Nawet malutkiej. Żadnego grzechu. Nigdy się na mnie nie denerwował. Aż czasem nieswojo się czułam, że tak dobrze mam na stare lata. I teraz już chyba mogę powiedzieć... – ściszyła głos, ale jej ton wskazywał, że chce wyznać coś ważnego – że on sam sobie gotował. I sprzątał. I na zakupy chodził.

Na chwilę zapadła cisza. Nietaktownie przerwał ją ojciec Florian:

– To na co, wybaczy pani, była mu gospodyni? To chyba się nie opłacało?

– A na nic. Chyba że do towarzystwa, chociaż co ja tam, stara i głupia, mogę ciekawego powiedzieć? Nie, nie ma co zaprzeczać, przecież wiem… Tak, ksiądz Wojciech to święty człowiek. Do niczego mu nie byłam już potrzebna, ale nie miałam gdzie pójść, chyba że do jakiegoś przytułku. Tam się zaraz umiera. Rodziny nie mam, tylko jedną bratanicę, ale ona by mnie do siebie nie wzięła. Sama zresztą bym nie poszła. Męża ma nicponia i pięcioro dzieci na dwóch pokojach. Tak, tak… − Kobieta westchnęła i potarła oczy. Ojciec Myszkowski wzniósł wzrok w stronę nieba. − Jak się ksiądz nie znajdzie… to już moje życie całkiem skończone, choć tyle lat dla Kościoła pracowałam. Widziałam, że ojciec patrzy na moje ręce – nagle zwróciła się do Herbsta. – Od razu ojciec pomyślał, że z takim reumatyzmem to ja nic tu robić nie mogę, prawda? To już trzeci rok tak jest. A ksiądz proboszcz powiedział, że tyle dobrego zrobiłam, że na stare lata należy mi się odpoczynek. Nawet jakiś kapitalik dla mnie szykował. − Przerwała, czekając na reakcję. A to szelma, pomyślał ojciec Florian. Niby taka zacna staruszka, a o kapitaliku pamięta. Prawdziwa poznanianka. Ale skoro tak, to chyba można jej wierzyć, że prawdę mówi, bo poznaniacy fantazji za wiele nie mają. − Ojciec Aleksander pokiwał głową. Stwierdził, że jeśli ksiądz rzeczywiście był aż tak szlachetny, to pewnie miał zatargi z jakimiś parafianami. Tacy proboszczowie zawsze muszą napytać sobie biedy, staruszki ich lubią, ale bogata elita parafii niespecjalnie. Proboszcz, który sam sobie gotuje i sprząta, to chodzący wyrzut sumienia. Pewnie do tego miał jedną sutannę i nie brał ofiar od jednych, a drugich irytował prośbami. – Podobno zielone oczy są bystrzejsze niż inne. Też takie mam, choć na starość już wyblakły. Nie jestem taka znowu głupia gospodyni, zauważyłam, jak ojciec się przypatruje – podjęła pani Bronisława z zadowoleniem i zmieniła ton na znacznie weselszy. – Śniadanie bratanica zrobiła. Zawsze mi pomagała, jak było więcej gości, bo przecież ksiądz wolał, żeby nie widzieli, że sam sobie wszystko robi. Basia obiad też przygotuje.

– Na obiad już mamy zaproszenie, proszę się nie kłopotać – powiedział Herbst.

– Tak? – zdziwił się ojciec Florian.

– Idziemy do mojej kuzynki. Ona też jest z tej parafii, więc dużo nam opowie. Pewnie zbyt dużo... Zresztą, sam zobaczysz. Lubi mówić, a jest wdową i ma niewielu krewnych w Poznaniu, więc nie mogę jej nie odwiedzić. Tobie się spodoba. Dobrze gotuje, a majątek już przepisała na Kościół. Będzie też jakiś bibliotekarz – dodał zachęcająco. – Ale do rzeczy. Pani Bronisławo, proszę nam opowiedzieć, jak wyglądała ta sobota, gdy zniknął proboszcz. Czy działo się coś szczególnego? Czy ksiądz Wojciech zachowywał się jakoś, nazwijmy to, inaczej?

Gospodyni zamyśliła się. Było widać, że bardzo chce pomóc i przypomnieć sobie coś, co usprawni poszukiwania proboszcza.

– To ja może opowiem od początku, od samego rana, po kolei. Bo może coś umknęło. Już mnie z kurii pytali, ale powiedzieli, że chyba miesza mi się na starość w głowie. Widzą ojcowie, jak ktoś jest lepszy od innych… Już opowiadam. − Herbst uśmiechnął się zachęcająco, a ojciec Florian posmarował grubo chleb miodem i demonstracyjnie skupił się na jedzeniu oraz patrzeniu przez okno. Wypatrywał oczywiście troglodyty z niskim czołem i guzami na czaszce. – Proboszcz, jak zawsze, wstał o piątej i modlił się u siebie do piątej trzydzieści. Potem wyszedł na spacer. Codziennie tak robi. Po drodze zajrzał na Rynek Łazarski, o szóstej jest najlepszy towar. Miód przyniósł, ten, co ojciec właśnie je – pani Bronisława zwróciła się do Floriana, a on jakby bardziej refleksyjnie spojrzał na swoją kromkę chleba. – Bardzo miód lubił. „Nałóg taki mam”, mówił. I na Jeżycki, po twaróg, bo tam lepszy. Potem ksiądz proboszcz zrobił śniadanie, zjedliśmy sobie razem. I już był kwadrans po siódmej, czyli msza poranna. Mało ludzi było i krótko, bo w sobotę jak już, to na wieczorną się idzie. Parafianie tylko, oprócz dwójki młodych ludzi. Ładna para, chociaż chyba takie dzieciaki dopiero, najwyżej dwadzieścia lat. Podeszli po mszy i proboszcz zaprosił ich do kancelarii. Chwilę pogadali i poszli z jakimiś dokumentami. Jak znam życie, to ślub chcieli, ale taki – mrugnęła trochę szelmowsko – szybko i bez rodziców, bo ci obrażeni i lamentują. Ale za to już we trójkę. Nasz proboszcz bierze za takie co łaska, czyli sam im dokłada na małe wesele, i złego słowa nie powie, a potem i chrzest z bonifikatą, bo to zwykle tacy najbiedniejsi. Bogate panny sobie inaczej radzą z takim problemem… Ale nie zdążyłam wypytać księdza dokładnie. Co dalej? Zrobiło się po ósmej. Wtedy przyszła siostra Gaudencja, z urszulanek. Sprząta w kościele, a właściwie zawiaduje paniami z koła parafialnego, one mają dyżury sprzątania...

– Przepraszam, pani Bronisławo – ojciec Herbst przerwał jej z namysłem. – Urszulanka do sprzątania?

– No, one takie bardziej uczone są. Ale siostra Gaudencja wypadek jakiś miała i trochę słaba jest na umyśle. A wcześniej to był umysł… nawet do Rzymu ją wysłali, razem z naszym proboszczem była. Ksiądz Wojciech mówił, że ma umysł analityczny, nie wiem, o co tu chodziło, ale lubili się bardzo. Nic nie rozumiałam czasem z tego, co mówili. Siostra Gaudencja pasjami coś cytowała po łacinie. − Ojciec Myszkowski wydął lekko usta. Już on znał te sympatie między proboszczami a zakonnicami z analitycznymi umysłami. Sprawdzały się, tylko gdy oboje sympatyzujący mieli ponad siedemdziesiąt wiosen. – Podobno zamyśliła się i pod auto weszła, z pięć lat temu to było – dodała pani Bronisława. – Pewnie coś tam analizowała i nie zauważyła samochodu. Od tego czasu jest znacznie słabsza na umyśle, każdy rozumie wszystko, co mówi, ja też. Całkiem łacina jej uciekła. Szofer z kurii, co prowadził, bardzo przeżył wypadek, na msze przebłagalne przez rok dawał. On też się zamyślił, więc oboje byli winni. Smutna historia. To chyba on ma ten obraz przywieźć.

Ojciec Florian wydał z siebie pełen boleści dźwięk, a potem się rozkaszlał. Pani Bronisława spojrzała na niego, zdezorientowana.

– Ojciec Myszkowski ma kłopoty z gardłem. To dziedziczne, razem ze schorzeniem mizantropus maximus. Czasami ma taki dziwny kaszel i chrząka, ale proszę się nie martwić, pani Bronisławo. Przyjdzie wiosna i mu przejdzie, bo wtedy zacznie się pospolita alergia na pyłki. Jakże dobrze się składa, że ojciec Florian nie przekaże tej dziedzicznej skłonności dalej, chwała Bogu – powiedział z dobrotliwym uśmiechem Herbst, uspokajając gospodynię. Nic nie zrozumiała, oprócz tego, że nie należy się martwić. Ojciec Florian rzucił im ponure spojrzenie i wrócił do obserwacji widoku za oknem.

– To ja może potem jakiegoś syropku albo pastylek poszukam – stwierdziła pani Bronisława. – Czyli doszłam do tego, że była siostra Gaudencja i panie: Kaczmarkowa, Voglowa i Napierałowa, może ojcowie potem z nimi porozmawiają. Sprzątały jak zwykle przed niedzielą ze trzy godziny... mniej więcej, bo to się różnie układa z tym sprzątaniem, zależy, co tam… Dobrze, już wracam, bo ja to zawsze lubię się rozgadać. Czyli ksiądz Wojciech do nich poszedł. Nie, sprzątać w kościele nie mógł, bo nie wypada, żeby ksiądz tak na widoku sprzątał. Chociaż ksiądz proboszcz lubi kurze na przykład powycierać. Ale nie uchodzi. Kobiety są od tego – dodała z przekonaniem.

Ojciec Aleksander popatrzył na nią nieodgadnionym wzrokiem.

– Czy nie macie żadnego wikariusza? Parafia jest duża. W podobnych jest nawet dwóch. Ksiądz Wojciech chyba nie robił wszystkiego sam?

 

Kobieta westchnęła.

– To jest smutna historia. Mieliśmy do zeszłego miesiąca. Taki młody ksiądz Rafał był! I rach-ciach! Zapalenie płuc, a potem opon mózgowych. Trzy dni i po wszystkim. Akurat jak obraz znaleźli, to się nawet nie ucieszył, zaraz zachorował. A wysoki był, taki rumiany, mocny mężczyzna, zdrowo wyglądał. I tyle. Zmarł, zanim jego rodzina zdążyła przyjechać. Ciotki tylko miał, rodzice już pomarli. Jedynak. Chociaż one – powiem ojcom w tajemnicy – chyba nie do końca wierzące. Z Krynicy przyjechały, ubrana jedna, jakby miała ze dwadzieścia lat, a to panienki takie bliżej sześćdziesiątki. Druga ubrana zwyczajnie, ale taka jakby groźna. Ze swoją służącą przyjechały, ta się strasznie rządziła, jak jakaś pani. Jedna ciotka mówiła, że gdyby bratanek ich posłuchał i pracował w pensjonacie, to z pewnością nie dostałby zapalenia opon mózgowych. Bo to mniej nerwowa praca. Druga, że aptekę odziedziczył, pieniądze za przykładem księdza Wojciecha biednym rozdał, a teraz rodzina została z niczym. Ani księdza Rafała, ani spadku, ani apteki. Dziwnie trochę, żeby do księdza tak mówić, prawda? Obie niby religijne kobiety, ale zamiast zrozumieć, że Bóg tak chciał, chociaż wielka szkoda, to pytały, czy ksiądz Rafał miał u nas dobre warunki. Czy nie rozchorował się przez chodzenie po podziemiach kościoła? Bo musicie ojcowie wiedzieć, że on tam szukał obrazu, tego, co go w końcu znalazł i który trzeba sprzedać za długi parafii.

– Wie pani, ile dokładnie jest tych długów? – zainteresował się ojciec Florian.

– Mnie się zdaje, że tylko w elektrowni, coś tam u paru sklepikarzy, u których ksiądz kupował tym sierotkom różne rzeczy. Może jeszcze ta firma, która remont robiła u jednej naszej parafianki. Miał być za ofiary od ludzi, a coś mało zebrali, bo ta parafianka, taka pani Stachowiakowa, na naszej ulicy mieszka – tu ściszyła głos – w przeszłości chyba lekko się prowadziła i wszyscy to pamiętają, więc nie chcieli jej na łatanie dachu dać. A remont już był, więc manko zostało. Jak się zastanowić, to trochę tych długów było… tylko wszystkie uczciwe, nic ksiądz dla siebie nie brał!

– Nie ma uczciwych długów – powiedział twardo Myszkowski. – Proszę lepiej powiedzieć, jak ksiądz reagował na te pretensje.

– A nasz proboszcz na to tylko: „Być może, bardzo być może”. Taki zgnębiony był. Smutny. O co tu można było mieć do niego pretensje? Do takiego świętego człowieka?

Gospodyni spojrzała na obu benedyktynów, jakby oczekując jakiegoś wyjaśnienia. Zamiast tego ojciec Herbst stwierdził:

– Przypomniała mi pani, że muszę odwiedzić kolegę, antykwariusza. On też zawsze tak powtarza: „Bardzo być może” i też prawie święty człowiek. Przy Starym Rynku pracuje, więc gdy przestanie padać, będzie ładny spacer.

– A, to pójdę z tobą – ożywił się nagle ojciec Florian.

– Kolega nazywa się Aron Goldberg – rzucił w przestrzeń Herbst, ukrywając uśmiech.

– A, to jednak sam pójdziesz – stwierdził współbrat i znów popatrzył w okno.

Pani Jankowiakowa podsumowała w duchu, że jednak obaj benedyktyni są trochę dziwni. Na początku myślała, że tylko ojciec Florian wydaje się niesympatyczny. Teraz uznała, że coś podejrzanego jest także w drugim zakonniku. Po co Goldbergów odwiedzać, kimkolwiek są? Bo kim są głównie, to chyba słychać już po nazwisku?

Ojciec Herbst popatrzył uważnie na gospodynię. Pod siatką zmarszczek na twarzy pani Bronisławy pojawił się lekki rumieniec. Przysięgłaby, że wiedział, o czym pomyślała. I dlaczego trochę przestał jej się podobać.

– Dobrze, czyli wikariusza nie macie. Kwestia księdza Rafała wydaje się ważna, jeszcze do niej wrócimy – powiedział spokojnie Herbst, jakby nie zauważył wyrazu twarzy gospodyni. – Co było po sprzątaniu?

– Panie przyniosły placek drożdżowy, więc zjedliśmy, tutaj, po kawałku z herbatą i kawą. Tylko siostra Gaudencja poszła zaraz do siebie. Ona nic nie je, może ją ojcowie zobaczą, wygląda jak nieboszczka prawie. Od tego wypadku. Wcześniej to była niczego sobie, jak na zakonnicę bardzo ładna. A teraz jak śmierć w habicie. No i po tym placku ksiądz proboszcz pojechał do sierotek, do sióstr franciszkanek. Na szóstą miał wrócić, na mszę wieczorną. Autem swoim pojechał, już miał na nie kupca, chciał sprzedać, chociaż bardzo mu się przydawało do wożenia biednym ludziom różnych rzeczy. I jak kamień w wodę. Do sióstr, do Szamotuł, nie dojechał. Nawet telefonowały, bo coś ważnego miał im przywieźć.

– To jest jakaś ochronka? To miejsce prowadzone przez siostry? – zapytał Herbst.

– Ochronka? Ochronki są w kongresówce – żachnęła się gospodyni. − To jest bardzo piękny dom dla sierot, nowoczesny. Ze szkołą, ogrodem. Dobrze to siostry urządziły. A szkoła to podobno bardzo wysoki poziom ma, lepsza jest niż większość takich zwykłych szkół. Sierotki są tam bardzo szczęśliwe.

– Mhm. Czyli nie wrócił, a nawet nie dojechał do celu?

– Telefonowałam tam w pierwszej kolejności. Nie dojechał. Siostry bardzo się zdziwiły, bo ksiądz Wojciech był u nich zawsze, w każdą sobotę. Ale nie dojechał.

– Wypadek?

– To już w kurii sprawdzili. Żadnego wypadku na tej trasie nie było. Za to samochód został, stał sobie na ulicy, tu, niedaleko, pod Mleczarnią Szwajcarską na Kolejowej.

– Kolejowa to oczywiście ulica koło dworca?

Pani Bronisława spojrzała z olśnieniem i podniosła rękę do czoła, jakby mogło to przyspieszyć procesy myślowe. Pokiwała głową.

– Jakie to dziwne, że nikt z kurii na to nie wpadł. Oczywiście! Przecież mógł pojechać gdzieś pociągiem. Gdziekolwiek – westchnęła. – Jak kamień w wodę...

Zakonnicy spojrzeli na siebie. Niemożliwe, żeby nikt z kurii na to nie wpadł. Były tam naprawdę wybitne umysły, więc jeśli nie skojarzyły one, że samochód pod dworcem oznacza wyjazd koleją, to nie chciały tego skojarzyć. A może ktoś we władzach diecezji wolałby, żeby ksiądz Wojciech zniknął, dla dobra zadłużonej parafii?

Przez chwilę panowała cisza. Wreszcie Herbst zwrócił się do ojca Myszkowskiego:

– Florianie, zgaduję, że nie lubisz miast uzdrowiskowych.

– Ani mniej, ani więcej niż innych miast. I wsi. Choć podejrzewam, że skoro kończy się zima, to po sezonie miasto to może mieć jakiś urok. Pewnie mniej turystów, a więcej świeżego powietrza – odpowiedział ojciec Florian, wzdychając. – Jeszcze dziś czy dopiero jutro? Może nie być biletów kolejowych. Tam chyba przez Kraków się jedzie?

– Sprawdzimy, ale zdaje się, że owszem. Bilety dziś, ale wyjazd jutro, bo dziś obiad u mojej kuzynki, Wandy. To osoba, która naprawdę dużo wie o wielu sprawach, choć pewnie żadna z nich nie byłaby dla ciebie ciekawa. I jeszcze wizyta w antykwariacie. Aron mógłby nam pomóc co do obrazu, jak sądzę. To wyjątkowo zdolny człowiek.

– Nie wątpię, że zdolny. W końcu Goldberg – mruknął ojciec Florian. – Oni wszyscy zdolni.

Pani Jankowiakowa uśmiechnęła się pod nosem. Tak, jednak ojciec Florian, choć taki wyniosły, poglądy ma rozsądne.

– Za dużo tych zdolnych. Nawet w Poznaniu, a co dopiero na wschodzie, gdzieś od Konina – powiedziała ośmielona, ale ojciec Florian nie pociągnął dyskusji, tylko znów zaczął wpatrywać się w okna jadalni.

– Jeśli przedstawiła pani księdza proboszcza zgodnie z prawdą, to chyba ma on inne poglądy na tę kwestię – stwierdził Herbst, jak na siebie bardzo surowo. Ta staruszka − ze swoimi opiniami − irytowała go coraz bardziej. Kapitalik, za dużo zdolnych, siostry zakonne do sprzątania, a nie do analizowania. Ksiądz Wojciech musiał jej mieć chwilami dość. Wyobraził sobie, jak proboszcz któregoś dnia nie wytrzymuje rozmów z gospodynią, pakuje się, porzuca auto i jedzie pociągiem przez Berlin do Paryża, a potem do Afryki na misję. Tak, to byłoby niezłe. Prawdopodobnie jednak jest gdzieś znacznie bliżej.

Pani Bronisława pokiwała głową, ale zaraz dodała, nie tracąc rezonu:

– A pewnie, że inne. Ale tak już jest: jak ktoś taki dobry, to musi lekko nieżyciowy być. Człowiek rozsądny jest trochę zły i Pan Bóg się o to wcale nie obraża.

Inne książki tego autora