Garet dorastaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Garet, nieświadom natłoku wspomnień, które wepchnęły się do naszego łóżka, chrapał, aż wszystko, wraz ze mną, wibrowało. Widocznie te grzmoty i bezdechy mu służą, bo budzi się razem z miastem w porze sadystycznego poranka, pomiędzy piątą i szóstą. Zaczynamy od oblatywania drzwi. Najpierw wypuszczam go przez piwnicę do ogródka. Czekam z dziesięć minut, paląc papierosa w kuchni i gapiąc się przez okno na latarnię, której światła o tej porze w ogóle nie powinnam oglądać. Przybiega nakręcony jak diabli i od razu pędzi do drzwi wejściowych. Wypuszczam go przed dom, gdzie siedzi krócej lub dłużej, w zależności od tego, czy ma z kim wymienić poranne poglądy. Oboje najbardziej lubimy moment, kiedy otwieram drzwi, żeby go wpuścić, a on zmienia zdanie i pędzi popyskować trochę przy furtce. Może tak kilka razy. Wreszcie udaje mi się go odzyskać, zamykam wszystkie drzwi na klucz, warcząc, że dość latania, i wpełzam pod kołdrę razem ze swoją irytacją. Koleś układa się wygodniej i zazwyczaj po chwili dołącza do nas pies. Tego ranka jednak nie pozwoliła nam zasnąć Liszka, która zapragnęła wydostać się na dwór. Manifestuje to w ten sposób, że wyłazi na wszystkie meble po kolei, po czym spada z nich z łoskotem. Nie mam pojęcia, jak lekki kot może narobić tyle hałasu. Próbowałam ją zignorować, ale straciłam cierpliwość, złapałam rudą wiedźmę pod pachę i wyrzuciłam na balkon. Drzwi balkonowe są w pokoju babci i, niestety, skrzypią. Trafiłam akurat na moment, kiedy moja matka odzyskała słuch i przytomność i nawarczała na mnie, że nie pozwalam jej się wyspać. Tak, jakbym ja się wysypiała…

Ranek wstał piękny i słoneczny. Garet, po całym dniu postu, zdradzał objawy dzikiego głodu. Kiedy napadł przy miskach koty, podgrzałam mu kleik ryżowy na rosole, z siemieniem i kawałkami białego mięsa, czyli coś, czego normalnie nawet by nie tknął. I stał się cud! Pożarł wszystko, do ostatniego ziarenka i wiórka marchewki. Jest szansa, że dzięki rozstrojowi żołądka pies zacznie jeść normalnie. Może uda mi się go znowu nie rozpaskudzić. Kolejną niewielką porcję, dostał po dwóch godzinach, bo napastował babcię, która kroiła sobie ciasto na drugie śniadanie. Żeby nie tkwił ustawicznie przy misce, zabrałam go do ogródka, gdzie najpierw zlikwidowałam tę okropną miksturę z pokrzyw, a potem usiadłam z kawą na ławce i zabrałam się do szczotkowania kundla. Jest to bardzo bolesne zajęcie, bo Garyś życzy sobie czesania wyłącznie podwozia i naprowadza tam rękę ze szczotką, używając bezlitośnie zębów. Udało nam się osiągnąć kompromis, który przypłaciłam kilkoma nowymi sińcami. Potem kundel wlazł mi na kolana i z tej perspektywy wzrokiem gospodarza badał okolicę. Dla urozmaicenia co jakiś czas puszczał smrodliwe bąki. Ale idzie ku lepszemu.

Oszczekawszy głębokim barytonem koty czające się w niedostępnych miejscach, popędził do taty Darka pomóc w pracach budowlanych. Około południa pojawił się Darek i od razu przestał przypominać poważnego przedsiębiorcę. Garet z takim uporem rzucał mu się w objęcia, że opieczętował łapami całą kurtkę. Przez chwilę debatowaliśmy nad tajemniczą skrytką w piwnicy. Nie opuszczała mnie wizja skarbu, który wreszcie rozwiązałby moje problemy finansowe.

– A co będzie, jeśli zamiast skarbu odkryjemy tam szkielet? – zapytał przytomnie Darek.

– O tym nie pomyślałam… Wszystko jest możliwe…

Przypomniałam sobie, że lokatorzy, których moi rodzice „kupili” wraz z domem, a z którymi potem się zaprzyjaźniliśmy, przysięgali, że w starej części straszy. Teresa mówiła, że kilkakrotnie słyszała ciężkie, męskie kroki na strychu. Z ulgą wyniosła się do bloku. Samej zdarzyło mi się coś podobnego dziesięć lat temu, kiedy przeprowadziłam się tutaj po rozwodzie. Wtedy jeszcze zajmowałam pokój na piętrze. Ze snu wyrwał mnie głośny hałas. Brzmiało to tak, jakby ktoś po strychu czy po dachu toczył mnóstwo kamiennych kul. Zapewne to przypadek, że akurat była północ. Wpadłam w taką panikę, że nie mogłam wyleźć z łóżka, a kiedy już wreszcie mi się udało, ocknęłam się dopiero wczepiona w Irenę jak zmora. Moja matka, mrugając jak sowa i zataczając się z niewyspania, poszła ze mną na górę i z dziesięć minut siedziała na łóżku, ziewając i nasłuchując. Oczywiście wokół panowała martwa cisza. W jakiś czas później, kiedy upiorne zjawisko się powtórzyło, przeprowadziłam się na dół. Nie lubię, gdy ktoś gra w kręgle nad moją głową. Oczywiście tego wszystkiego nie zamierzałam Darkowi opowiadać. Może w tej skrytce nic nie ma. A jeśli jest?…

– Nawet nie będziemy mogli tego nikomu zgłosić, bo nam się tu zaraz wszystkie służby zwalą i wstrzymają prace.

– A pogrzeb? – zapytałam z przejęciem. – Chyba nie zamierzasz tego trupa zakopać w ogródku, będzie straszył, ja jestem nerwowa…

Spojrzeliśmy na siebie i powstrzymaliśmy odruch popukania się w czoło. Garet, nie zważając na unoszącą się wokół grozę, grasował wśród gruzów obracając wniwecz wszystkie ostatnie zabiegi kosmetyczne.

Po południu wydarzyło się to, na co zanosiło się od paru miesięcy. Aż dziw, że tak późno. Zgrzyt hamulców i zaraz potem oddalający się bolesny skowyt. Serce mi stanęło. Jakbym to widziała. Młodszy kolega Gareta, ustawicznie pętający się po ulicy, bo sąsiadom nie chce się zamknąć bramy, wpadł pod samochód. Ocknęłam się z bezruchu, kiedy do domu wskoczył Garet w stanie najwyższej histerii, szczekając, piszcząc i ciągnąc mnie za rękaw.

– Wiem, Garyś, wiem, słyszałam!

Wyszłam na dwór i podeszłam do ogrodzenia. Trafiłam akurat na moment, kiedy matka rodu dociągała skrzydło bramy, piesek z zakrwawioną mordką wciskał się w bujny krzew hortensji pod ścianą domu, a w drzwiach pojawiła się jedna z wnuczek. To, że pies się rusza, wywołało u mnie drgnienie ulgi, ale nie ugasiło furii.

– Dlaczego nie zamykacie bramy?! Przecież ten pies codziennie biega po ulicy! – ryknęłam pomna, że sąsiadka od lat fatalnie niedosłyszy.

– Dzisiaj zapomniałam. No, zapomniałam – tłumaczyła się.

– Nieprawda! Codziennie jest otwarta! Sama kiedyś wpędzałam psa i zamykałam. Codziennie biega po ulicy! Cud, że jeszcze żyje. Trzeba z nim jechać do weterynarza, żeby go zbadał! – wrzeszczałam zdenerwowana do nieprzytomności.

– Ale my zamykamy! – broniła się wnuczka, która faktycznie powinna to robić, zamiast zrzucać obowiązek na babcię.

– Powinniście zamykać, ale nie zamykacie! Stale tę biedną psinę widzę przez kuchenne okno! Zabierzcie go do weterynarza, słyszysz?!

Odeszłam, nadal wrząc z bezsilnego gniewu. Minęła piętnasta, więc sznur samochodów z ogłuszającym hałasem parł do skrzyżowania, żeby zaraz radośnie hamować. Obrzydliwe miejsce. Tego, że pies nie trafi do lekarza, byłam prawie pewna. Jeśli chodzi, to znaczy, że nic mu nie jest. Długo nie mogłam się uspokoić, Garet też. Lamentował i miotał się po kuchni. – Przestań! Co za beznadziejnie głupi pies! – wrzasnęła babcia.

– To ty przestań! Nie widzisz, że jest w szoku?! – odwrzasnęłam.

– W szoku, akurat! On guzik wie!

– Oczywiście, że wie, rozumie i czuje! W przeciwieństwie do ciebie…

– Pewnie! Wszystkie rozumy pozjadał. Za to ty jesteś całkiem stuknięta!

– Dzięki Bogu, że ty jesteś mądra i pełna empatii! – warknęłam.

– Zupełnie ci odbiło na punkcie tych zwierząt! – Irena złożyła broń, zabrała filiżankę z kawą i poczłapała do siebie, przerywając tak dobrze zapowiadającą się pyskówkę.

Sąsiad obraził się, że nakrzyczałam na jego matkę. Przeprosiłam dość sztywno. Właściwie miał rację, ale tym razem nie obudziło się moje wbudowane na mur poczucie winy. Prawdę mówiąc, chętnie nawrzeszczałabym jeszcze raz na całą rodzinę. Sześcioro ludzi i jeden mały, głupi pies, który ośmielił się wpaść pod samochód. Taki nieodpowiedzialny.

Garet do wieczora zachowywał się nerwowo. Biegał szybciej niż zwykle, z oczami wybałuszonymi bardziej niż zwykle, i klamki trzaskały częściej niż zwykle. Gwizdał, piszczał i jęczał głośniej, a kiedy wreszcie stracił przytomność, nawet przez najcięższe chrapanie słyszał każdy mój ruch i jak somnambulik natychmiast zrywał się i wlókł za mną.

Andrzejki. Chyba powinnam powróżyć Garetowi. Czy spotka dziewczynę swojego życia, która nie będzie pluszowa ani nie będzie miauczeć?

10.12.2006, niedziela

Cóż, muszę przyznać, że od czasu wypadku ani razu nie widziałam tego małego czworonożnego biedaka na ulicy. Na szczęście istoty rozumne potrafią uczyć się na swoich błędach. Aby nie burzyć swojego dobrego mniemania, nie sprawdzam, czy brama jest otwarta… Na sąsiada natknęłam się tylko raz. Warknął mi „Cześć!” takim głosem, jakby pytał, czy chcę w ryja. Ilekroć wtrącam się w czyjeś sprawy pełna szlachetnych intencji, kończy się to źle.

Pod wpływem impulsu postanowiłam zrezygnować z dekoracji świątecznych na wysokości sufitu i kupić żywą choinkę, która zmieści się na komodzie. Taki ponadmetrowy świerczek w doniczce. Dotarłyśmy z Iwoną do OBI we wtorek przed ósmą wieczorem. Pobieżnie zwiedziłyśmy cały market, przy czym ja szczególną uwagę zwracałam na deski podłogowe, bo podłogi muszę wymienić, zanim któraś z nas wyląduje w piwnicy na głowach śmiertelnie zaskoczonej Szarej Kociej Rodziny. Panele zdecydowanie odpadają. Nie znoszę namiastek. Niestety, ku swojemu rozczarowaniu stwierdziłam, że deski podłogowe wyglądają mało solidnie. Właściwie są to nie tyle deski, ile listewki. Tak na moje oko pasują jak ulał do amerykańskich domów, gdzie rozpędzony komar może zrobić dziurę w ścianie. Jakby Garet skrobnął w taką listeweczkę, to przedrapie się na wylot. I tyle na temat niskich kosztów.

Przygnębił mnie widok pogrążonych w depresji i kurzu roślin, więc poszłyśmy oglądać ozdoby choinkowe. Takie sobie. Zauroczył mnie widok gałązki oklejonej kryształkami. Cenę miała taką, jakby była ze rżniętego kryształu, ale kupiłam. Uległam cudowi rozszczepionego światła.

Świerczki były bardzo tanie, ładne, dość spore, ale jadowite. Wyciągnęłam do jednego przyjaźnie rękę, a ten skurczybyk mnie użarł. Iwona zwróciła mi uwagę, że jak głosi napis, jest to świerk kłujący, więc nie powinnam mieć pretensji. Ale miałam. Przecież chciałam go tylko pogłaskać! Tak już mam, że wszystko sprawdzam najpierw węchem, potem dotykiem. Za to jodła kaukaska, ze swoimi jedwabistymi igłami, natychmiast zdobyła moje serce. Nadzwyczajna piękność. Co prawda dużo droższa no i dość spora. Przewyższała mnie wzrostem, a to, jak zauważyła Iwona, mogło sprawić pewne problemy przy umieszczeniu jej w niewielkim samochodzie. Tym bardziej że jodła nie usiądzie.

 

– No, po prostu się nie zmieści! – zaprotestowała dobitnie moja koleżanka, widząc, że jestem w stanie amoku wykluczającego odbiór racjonalnych przekazów.

To samo mówił sprzedawca spoglądający na mnie jak na pleśń, która znienacka obsiadła mu drugie śniadanie. Właściwie się nie dziwiłam, bo dobrą chwilę wcześniej ogłoszono zamknięcie marketu i wyglądało na to, że będzie musiała usunąć nas ochrona. Z choinką albo bez. Moja miłość do jodły rosła z każdą sekundą i wbrew rozsądkowi poleciłam ją zapakować, mimo dużego prawdopodobieństwa, że zostaniemy razem na parkingu, marznąc we wzajemnej adoracji. Sprzedawca zabrał się do tego tak energicznie, że podczas zawijania w plastykową siatkę ogromna donica odpadła.

– Teraz się zmieści – odetchnęła z ulgą Iwona. -To znaczy, zmieszczą się oddzielnie.

– A gdzie ona ma korzenie? – zaniepokoiłam się. – Przecież to podobno żywe drzewo, które można potem zasadzić w ogrodzie.

– Faktycznie, nie ma korzeni – stwierdziła Iwona.

– Wygląda jak urwana marchewka…

– To chce pani wybrać inną? – sprzedawca wyglądał, jakby gonił resztkami cierpliwości. – Nie, niech już będzie ta, podejrzewam, że inne są w podobnym stanie. Musiały trafić na tego samego mordercę…

Parkingowy zapakował nam cały ładunek do samochodu i ruszyłyśmy. Bardzo mi było przykro, że drzewko jest skazane na zagładę, ale tliła się we mnie nadzieja na cud. Jodła kaukaska, jak sama nazwa wskazuje, powinna być twardą jednostką. Może jednak?… Jeśli będę ją podlewać wodą z nawozem? Kiedy wjeżdżałyśmy do miasta, zauważyłam samochód Artura. Pomachałam mu, ale minął nas i znikł jak Garet na spacerze.

– Artur – poinformowałam Iwonę. – Mogłabyś go poznać… Może obraził się o ten koncert? – mamrotałam, wciskając jego numer na komórce. – No cześć!

– Cześć, ja ci macham, a ty dajesz po garach! – Przecież ci odmachałem! Co słychać?

– Wracamy z Krakowa. Mógłbyś pomóc koleżankom wnieść choinkę do domu.

– Jaką choinkę?

– Dużą.

– Nie ma sprawy.

– Może faktycznie nam pomoże? Za szybki jest, nie widziałam, czy skręca – zwróciłam się do Iwony. – A właściwie dlaczego nie poszłaś na ten koncert?

– Bo ja wiem? Za późno zaczęłam się przygotowywać. – Przecież wiedziałaś trzy dni wcześniej.

– No wiem, nie wiem, to znaczy, odzwyczaiłam się od wszelkich imprez i pewnie nieświadomie pracowałam na to, żeby nie zdążyć. Może to i lepiej, bo wtedy miałam jeszcze różowe włosy. To była faza przejściowa, zanim mi na moim blondzie chwycił brąz. Ale następnym razem pójdę.

– Może nie być następnego razu… I bardziej mi się podobają twoje jasne włosy.

– Trudno, mam taki okres, że czuję się jak szatynka.

Artur czekał na nas na parkingu przed moim domem. Przedstawiłam go Iwonie i zaczęliśmy wypakowywać zakupy. To znaczy, ja jedynie dopingowałam. Choinka, oparta o ścianę za drzwiami wejściowymi i podparta donicą, została na dworze.

Otworzenie drzwi zrzuciło na nas lawinę w postaci stęsknionego Gareta. W charakterze rozedrganej kuli wtoczyliśmy się do domu. Hałas przy tym był potworny, bo Garet przesuwał i nas, i meble, a Artur ryczał swoim potężnym głosem:

– Dobry wieczór!!! Przywieźliśmy choinkę!!!

– Zamknij się, Irena śpi! – próbowałam go uciszyć, ale chyba mnie nie słyszał. Instruowanie go szeptem, że Irena o choince nic nie wie i to nie najlepsza pora, żeby się dowiedziała, nie odniosłoby skutku, więc dałam spokój. Głuchota Ireny ma pewne granice, więc po chwili moja matka stanęła w drzwiach swojego pokoju, zaciskając szlafrok na piersiach, z wyrazem głębokiego oszołomienia na twarzy. Stwierdziwszy, że to jednak nie napad, przywitała się i wycofała do łóżka.

Pozbierawszy z foteli części garderoby, z których Garet uwił sobie gniazdo, poszłam do kuchni robić napoje.

Kiedy wróciłam, Iwona siedziała spokojnie na moim fotelu, Garet na swoim, a Artur obok niego, na piłce rehabilitacyjnej. Potomek Belzebuba, w wyraźnym konflikcie pomiędzy swoją rozbuchaną naturą a zrodzonym niedawno lękiem przed weterynarzem, wił się jak piskorz. Stulił uszy, przylgnął bokiem do oparcia fotela, odwrócił głowę od Artura, aż biała pierś powyginała się w zygzaki, i mrugał trzepotliwie długimi, podwiniętymi rzęsami, wachlując okazałą kitą. Gdy usiadłam na dywanie, z ulgą wdrapał mi się na kolana i wtulony bezpiecznie, nadal machał ogonem i rzucał skromne spojrzenia spod opuszczonych powiek. Anioł nie pies. Szkoda, że Artur nie mieszka bliżej nas.

Garet ochłonął dopiero po wyjściu Artura. Pożegnał go serdecznie przez zamkniętą furtkę i popędził emablować Iwonę.

– Zobacz, on coś ma…

– A, pewnie jakieś papiery z kosza. – Machnęłam beztrosko ręką, ale dla świętego spokoju zajrzałam do pyska Gareta. I dzięki Bogu, bo międlił dyskretnie plik banknotów ukradziony z mojej, stojącej na parapecie, torby. Tak mniej więcej trzy czwarte debetu, przeznaczone na spłatę pożyczki w pracy, za które mogłabym sobie kupić normalnego, spokojnego psa…

O wpół do pierwszej w nocy, korzystając z pomocy załomu ściany, wsadziłam choinkę z powrotem do donicy i sapiąc z wysiłku, wciągnęłam ją na korytarz. Potem odzyskiwałam siły, gapiąc się w gałązkę z kryształami, w których migotały wszystkie kolory tęczy.

Następnego dnia okolice drzewka były obficie podlane. Prawdopodobnie to sprawka Kolesia, lecz nie mogłam wykluczyć Gareta. Niby żadnego nie złapałam za łapę czy raczej coś innego, ale można było przypuszczać, że zjawisko będzie się powtarzać. Żywa czy nie, choinka nie może być wychodkiem. Poprosiłam tatę Darka i jego kolegę o wniesienie drzewka na komodę. Oj, czubek się zagiął przy suficie. Pokój ma blisko trzy metry wysokości, ale najwyraźniej to za mało. O gwieździe na czubku nie ma mowy, bo jakoś nie mam serca obciąć szczytowego pędu. A nuż jednak przeżyje, jeśli spodoba jej się ogródek, który teraz widzi przez okno?

Znowu nawarstwiły mi się sprawy urzędowe. Są takie dni, kiedy wszystko idzie jak po grudzie, pewnie z powodu złego układu planet. W czwartek najpierw zaholowałam Irenę do laryngologa do ostatecznej przymiarki przed odbiorem aparatu słuchowego, a potem zamieszkałam w sądzie. Cztery razy pisałam ten sam wniosek, zanim pani uznała, że jest prawidłowo sformułowany, a przede wszystkim wystarczająco czytelny. Pisanie odręczne przyprawia mnie o taki stres, że wylazłam stamtąd ledwie żywa. Kiedy w kwadrans później wróciłam po parasol, wciąż wisiał na ławce.

W drodze powrotnej szybko zrobiłam drobne zakupy w markecie i już zbliżałam się do domu, ściskając triumfalnie parasol pod pachą, kiedy uświadomiłam sobie, że siatek mam jakby za mało. W pół godziny później ponownie zbliżałam się do domu obładowana w sposób uspokajający. Przed furtką zauważyłam kolorowe strzępy świadczące o tym, że Garet drugi dzień z rzędu odebrał pocztę. Tylko on wie, co w niej było. Muszę kupić skrzynkę i zamontować ją na furtce. Przy drzwiach wejściowych leżała ubłocona bluza z polaru, którą założyłam tego dnia rano. W dwu innych też chodziłam tylko przez jeden dzień z tego samego powodu, więc została mi tylko jedna czysta.

Pokój był usiany poszatkowanym programem telewizyjnym, łóżko skłębione, a na fotelu zalegała kolekcja skórkowych rękawiczek. Niektóre były jeszcze całe. Garet nauczył się odsuwać szybki w szafce pod lustrem.

– Idź, popatrz na stół w moim pokoju, to ci się poprawi – powiedziała ponuro Irena.

– Co to jest?! Fe!!! – ryknęłam na Gareta wczepionego w mój rękaw, potrząsając resztkami oryginału mapy z projektem podziału nieruchomości. Psa wymiotło, musiałam wyglądać na zdolną do wszystkiego. Chociaż raz wyglądałam dokładnie tak, jak się czułam. Ignorowałam kundla przez cały wieczór, nie zwracając uwagi na uwodzicielskie półksiężyce, grzebanie łapą i machanie wachlarzem podkręconych rzęs. Wreszcie, przygnębiony, przyniósł sobie na fotel żabę, położył się na niej i zasnął. Dopiero w nocy dołączył do śpiącej na mnie Perły.

Perła jest w łóżku jeszcze bardziej upierdliwa niż Koleś. Zajmuje kilkakrotnie mniej miejsca, za to nie sposób jej zrazić. Tkwi na mnie jakby była zamontowana na łożyskach kulkowych. Przy każdym ruchu zaczyna potężnie mruczeć, czym wybija mnie ze snu. I tak krótkiego, bo Garet ostatnio wpadł na doskonały pomysł i po wczesnoporannym wypuszczeniu na dwór, kiedy on tryska energią, a ja wczołguję się jeszcze do łóżka, wsuwa nos pod kołdrę i pracowicie ją ze mnie zrzuca. Obok łóżka czeka już ubranie z poprzedniego dnia, a z poduszki przygląda mi się drwiąco żaba. I już mogę zacząć dzień od gimnastyki, w której z dzikim uporem przeszkadza mi pies. Potem przechodzę do ścierania zalanego korytarza, czemu w skupieniu przyglądają się włochaci winowajcy usadowieni na kolejnych schodach prowadzących na piętro. Potem zmywanie, sprzątanie, wynoszenie śmieci, przygotowywanie palenia w centralnym, obiadu, zakupy… Boże drogi, przecież ludzie, siedząc w domu, narzekają, że się nudzą. Marzę o chociaż jednym dniu nudy! Tyle rzeczy obiecywałam sobie zrobić, kiedy będę miała trochę czasu, i wciąż mi się nie udaje.

W tle wszystkich zajęć biega pobudzony pies z czymś potrzebnym w pysku, co natychmiast trzeba ocalić, albo koty domagające się co godzinę wrzucenia czegoś nadzwyczajnego do pełnych misek. Czasami przebiega pies za kotami albo złorzecząca babcia za psem. Sama rozkosz.

Garet rzadko goni domowe koty, znacznie chętniej przysposobione, ale tylko wtedy, gdy uciekają. Najczęściej mają dość rozsądku, żeby go ignorować. Rano w piwnicy strącił mnie z nóg podmuch powietrza wywołany przez mijające mnie dwie czarno-białe rakiety. Jedną, malutką, ziemia-powietrze i drugą, dużą, ziemia-ziemia. Po chwili dezorientacji zrozumiałam, że był to Garet w dzikiej pogoni za nowym, czarno-białym kotkiem. Maluch jeszcze nie wie, jak się obchodzić z psem, za to wkradł się w łaski Wielkiej Szarej Rodziny, choć nie zdołał przekonać do siebie Adolfa.

Powoli rozmieszczamy ozdoby świąteczne. Girlandę wokół okna zawiesiłam krzywo, więc poprawiałam ją, korzystając z pomocy Kai. Powinnam była raczej poczekać do jej wyjazdu. Moja córka okazała się kompletnie nieprzydatna, bo zamiast pomagać, zwijała się w konwulsjach, łkając ze śmiechu, oplątana kablem od lampek i połową girlandy. Sama, pozbawiona lęku wysokości, nie może zrozumieć, że jeśli skupię się na utrzymaniu się na krześle z rękami uniesionymi do góry, wszystkie inne moje czynności są dalekie od koordynacji. Miotałam błyskawice zza okularów, warcząc przez wypełniający mi usta zwój zielonych wstążeczek, co przyprawiało ją o jeszcze większe rozbawienie. Kiedy wreszcie postanowiłam walnąć ją w głowę, zaplątałam się w dopiero co zwinięty sznur od żaluzji, który zgrabnie złapał za liście okazałą strzałkę, ściągając roślinę na środek poduszki. Tam, gdzie zwykle znajduje się moja głowa. Strzałka spadła już po raz trzeci, toteż Kaja, kiedy wreszcie zdołała się uspokoić, przywiązała ją do półki.

Przed nami ubieranie umieszczonej na wysokościach choinki, ale najpierw Kaja musi ochłonąć po spacerze. Garet, jak zwykle, zachowywał się jak znikający punkt. Tym razem popędził za jakimś trudnym do zidentyfikowania zwierzakiem aż do widniejących na horyzoncie zabudowań. Do domu wpadł tak rozochocony, że przerył pazurami pięć metrów podłogi w pokoju, zanim wyhamował przed kaloryferem. Potem rzucił się szczupakiem na moje łóżko, budząc popłoch wśród śpiących tam kotów, a wreszcie pogonił za Marchwią, której puściły nerwy. Po drodze, w amoku, przerzucił się na babcię. I tu przegiął, bo u babci ma za recydywę same minusy. Długą chwilę trwało, zanim udało nam się go spacyfikować. Normalne psy po spacerze wracają zmęczone, on się nakręca. Muszę kupić trzydziestometrową linkę. On nie może chodzić luzem, nawet gdy jakimś cudem nie ma tłoku na łąkach. Prędzej czy później wróci z broną w plecach.

14.12.2006, czwartek

Dzięki Bogu za tę cudną, nietypową dla grudnia pogodę. Po dwóch dniach poważnego zagrożenia zimą znowu wróciło słońce. Od razu wszystko wygląda inaczej. W pochmurne dni natychmiast dopada mnie ponury nastrój. Sztuczne światło to jednak nie to samo.

 

Sztucznego światła będziemy mieć teraz pod dostatkiem, bo w niedzielę po naszej stronie ulicy zaczęły wyrastać latarnie. Tak mniej więcej co trzydzieści kroków. Wiem, bo zmierzyłam. Podobno będą nam świecić w okna dzięki pieniądzom unijnym. Według mnie dotychczasowe oświetlenie było wystarczające, ale może nie znam się na normach. Latarnie są ogromne i proporcjonalnie brzydkie. Prawdę mówiąc, są ohydne. Może nie tyle latarnie, ile słupy, na których są umieszczone. Wyglądają jak niebotycznie długie aluminiowe rynny. Cętkowane jakby egzemy dostały.

– Nie wydaje ci się, że są dziwnie wysokie? – zapytała Kaja, wpatrując się przez okno w ekipę montującą drugą lampę przy naszym domu.

– Są wyższe niż cokolwiek w mieście – powiedziałam z obrzydzeniem.

– Dopiero teraz mi będzie walić po oczach. Już przy tamtych nie mogłam wytrzymać…

– Nie trzeba będzie włączać światła – próbowałam znaleźć dobre strony. – Zaraz, gdzie oni postawili tę drugą? Na naszej działce?! Pogięło ich, czy co? Przecież tam ma być nowy wjazd! Bramę miałam przesunąć, bo inaczej nic oprócz roweru się nie zmieści. Chyba że rozbierzemy garaż!

Złapałam kurtkę i popędziłam na ulicę, gdzie uprzejmie, ale stanowczo, zaczęłam molestować jednego z facetów grzebiącego we wnętrznościach łaciatego paskudztwa. Wiedziałam, że u wykonawcy nic nie wskóram, ale liczyłam przynajmniej na informację, kogo mam zabić.

Okazało się, że ofiary muszę szukać w Urzędzie Miasta. To się da zrobić. Dziś, po krótkich poszukiwaniach, dotarłam do właściwego urzędnika. Jego wiek wskazywał na to, że w tej pracy zjadł zęby, a wyraz twarzy komunikował wyraźnie: „Nawet nie próbuj, nic się nie da zrobić”.

– Nic się nie da zrobić. To było trzy lata temu, ja teraz do tego nie dotrę – oznajmił z paskudnym uśmieszkiem, kiedy oznajmiłam, że chcę zobaczyć, kto podpisał zgodę na postawienie latarni na naszej działce, mając cichą nadzieję, że to nie ja.

– Ależ z pewnością panu się to uda. Takie rzeczy muszą być dostępne – spojrzałam na niego prawie czule.

– I tak nic się nie da zrobić, jak już latarnia stoi. Jakby nie stała…

– Jakby nie stała, to by mi nie przeszkadzała – zauważyłam przytomnie.

W tym momencie objawiła się moja koleżanka z kursu menedżerskiego. Okazało się, że jej nowa praca to właśnie ten wydział i ten pokój, chociaż nie ta dziedzina. Padłyśmy sobie w ramiona i Anka zaczęła mi natychmiast opowiadać, jak to po raz setny okradli jej budowę. Tym razem buchnęli agregat prądotwórczy. Następnego dnia dostała od policji cynk, że skradziony agregat jest zakopany w lesie. Faktycznie, był. Odkopała go i przywiozła. Nie miałam czasu, żeby wysłuchać pełnej wersji tej dziwnej historii. Właściwie już powinnam być w drodze do domu, a najlepiej w domu. Urzędnik na widok naszej zażyłości wykazał mnóstwo inicjatywy i wygrzebał mapę, na której zlokalizowaliśmy wspólnie sporną latarnię, nawiasem mówiąc, zaznaczoną poza terenem naszej działki, ale może to była tylko taka metafora latarni, nie wiem, bo na mapach się nie znam. W przypływie dobrych intencji obiecał, że rzuci na to okiem i będziemy w kontakcie. Przez koleżankę. Ja z kolei już w drodze do drzwi obiecałam Ance, że jeśli przyjedzie, to mój pies jej nie zeżre, natomiast za jej rzeczy ręczyć nie mogę.

W kilka dni później Anka ze współczuciem poinformowała mnie, że sama podpisałam zgodę na latarnię…

Na Gareta nie działa żaden rodzaj kary. Jeśli zostaje sam, żelazną regułą jest, że coś zniszczy. Im dłużej i im bardziej sam, tym ważniejszą rzecz. Nie bronię mu już wywlekania moich ubrań, rozumiem, że lepiej się czuje, uwiwszy sobie gniazdo. Wszystko inne jest i powinno być „FE!”.

Po mapie z projektem podziału został mordercą. Dwa dni temu, wróciwszy z zabiegu, zauważyłam na podłodze kawałki plastyku i jakieś przewody. Oprócz tego watę do wypychania w wielkiej obfitości, ale to u nas zjawisko normalne. Wata zapewne pochodziła z jakiejś maskotki, ale reszta była wysoce niepokojąca.

– Lepiej to obejrzyj, tam są jeszcze jakieś baterie – powiedziała Irena złowieszczo. Faktycznie, znalazłam dwa paluszki i coś jakby głośniczek. Najpierw przyszedł mi na myśl któryś z dyktafonów. I to raczej nie cyfrowy, wnosząc z wielkości części. Potem zauważyłam w pysku Gareta mocno naruszoną powłokę zewnętrzną Pana Świstaka, maskotki z czujnikiem ruchu, gwiżdżącej uwodzicielsko jak facet pod budką z piwem. Stało się oczywiste, że już nigdy nie usłyszymy jego zaczepnego gwizdu i nie będziemy się zastanawiać, w jaką formę życia przeszedł, że od czterech lat funkcjonuje samodzielnie, bo przecież nie wciąż na tych samych bateriach. Czymkolwiek był, zanim Garet porwał go z kuchennego parapetu, zamienił się w kupkę żałosnych kawałków. Pozbierałam z podłogi jego wnętrzności, układ krwionośny i nerwowy. Resztę wciąż międlił w gębie pies. Było mi naprawdę przykro. Straciłyśmy jednego członka rodziny, o czym powiadomiłam Kaję telefonicznie. Morderca świstaków wykazywał nikłe poczucie winy. Jego spojrzenie wyraźnie mówiło, że jeśli będę go opuszczać, on będzie się mścił, mimo iż dobrze wie, że nie wolno. Oko za oko. Szkody za samotność. Nie wiem, z czego wynika ta jego organiczna niezdolność do pozostawania bez obstawy. Towarzystwo kotów się nie liczy. Spokój w domu zapanowałby dopiero wtedy, gdyby całe stado było w kupie, spędzone w jedno miejsce, a wszystkie drzwi otwarte. Tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś do tego stada chciał dołączyć…

Niestety, nie ma takiej możliwości, żeby zapewnić Garetowi pełny komfort. O siódmej rano wychodzę na zabiegi. To jeszcze znosi, bo jest lekko rozespany i Irena jest w domu. Kiedy wracam, usuwam ślady zniszczeń, przynajmniej te, które przeszkadzają w poruszaniu się. Idziemy przygotować palenie w piecu, doprowadzić Adolfa do stanu skrajnej frustracji i pobiegać po ogródku. Na grządce z kwiatami, którą Kaja w jesieni obsadziła nowymi cebulkami, Garet zrobił sobie rondo. Ziemia na nim jest systematycznie spulchniana, a raczej ryta. Pies okazał się skuteczniejszy niż koń zaprzęgnięty do pługa. Potem zmywamy naczynia i czynimy wstępne przygotowania do obiadu. Później zaczynam się spieszyć, a Garet wpada w depresję. Drepcze do łazienki po jakąś część mojej garderoby, wciąga ją na kuchenny fotel, gdzie układa się z rozdzierającym westchnieniem i śledzi każdy mój ruch żałosnym wzrokiem. Daje się uściskać i wycałować, nie odgryzając mi twarzy, a zapadnięte policzki i pofałdowane, obwisłe wargi stanowią żywy dowód mojego okrucieństwa.

W ramach tego okrucieństwa pomagam koleżance w opiece nad ciężko chorą matką. Pomijając uciążliwy dojazd, te kilka godzin to czas mojego odpoczynku. Siedzę w ciepłym, słonecznym domu, którego ciszę zakłócają jedynie szmer telewizora, tykanie zegarów i delikatny oddech babci, pogrążonej we śnie. Czasami, gdy gładzę ją po twarzy albo kładę dłoń na czole, otwiera oczy. W zamglonym błękicie odbija się moja twarz i wieczność. Potem powieki opadają, a tykanie zegarów przybiera na sile. W każdym pomieszczeniu są przynajmniej dwa. W ten sposób trudno przegapić upływ czasu. Nad łóżkiem wisi pluszowy, z pozytywką. Kilka razy dziennie pociągam za wstążeczkę i uwalniam wesołą melodyjkę. Podobno babcia bardzo ją lubiła. Osiem lat temu, gdy jeszcze była przytomna. Osiem lat w niebycie, do którego nikt nie ma dostępu! Chociaż otoczona czułą i troskliwą opieką, dryfuje w nim zupełnie sama…

Siedząc w fotelu obok łóżka, maluję albo piszę. Czasem rzucam okiem na ekran telewizora. Chyba jeszcze nigdy tak wyraźnie nie porażała mnie powierzchowność, pustota i forma obraźliwej infantylności nadawanych programów. Muszę uważać, żeby do babci nie przemawiać podobnym językiem, bo jeśli słyszy i rozumie, poczuje się jak skretyniały odrzut biologiczny.