Garet dorastaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W gruncie rzeczy nie dziwię się Irenie. Garet naprawdę przegina. Dziś zainteresowało go jej śniadanie – chleb z szynką. Zaaportował jej piszczącą piłeczkę i merdał wyczekująco ogonem w nadziei na wymianę. – Machniom? – pytał wzrokiem. Irena rzuciła mu kawałeczek szynki i mordercze spojrzenie. Niestety, kiedy odwróciła się na sekundę, Garet błyskawicznie stanął przy szafce i delikatnym ruchem iluzjonisty oczyścił kanapkę z wędliny. Nie zdążyłam nawet nabrać powietrza. Skarciłam go, ale jego zadowolona mina świadczyła o tym, że było warto. Irena obraziła się, że nie dostał lania.

Garyś zdradza złodziejskie skłonności. Rano ukradkiem wyżarł kotom chrupki, po czym potruchtał do pokoju, wskoczył na moje łóżko i swobodnie zrzucił cały ten ładunek. Swoim miskom okazuje chłodną obojętność. Za to koty uwielbiają indyka i z zadowoleniem wyjadają jego żarcie. Przed chwilą Gacia porwała wielki kawałek mięsa i w pośpiechu zaczęła go spożywać na podłodze. Miała chyba lekkie poczucie winy, bo paskudnie traktuje Gareta. Zaraz przytoczył się żywo zainteresowany Koleś. Oczywiście chodziło mu o ten sam kawałek. Gacia nasyczała na niego i te dźwięki wywabiły Gareta z pokoju. Kotka zjeżyła się i zawlokła mięso na środek kuchni, odwróciła się tyłem do obu facetów i nerwowo wcinała, ciamkając głośno. Garet nastawił uszy i machając nieśmiało ogonem, wyciągnął nos w jej kierunku. Splunęła wściekle i machnęła łapą. Pies odskoczył, ale zaraz wrócił. Gacia odciągnęła pazurami upragniony kawałek i znowu zaczęła jeść. Garet ostrożnie wyciągnął łapę. Gacia odsunęła się, charcząc wrogo, i równie ostrożnie zahaczyła mięso pazurami. Patrząc psu w oczy, bardzo powoli ciągnęła do siebie. Garet pomalutku sięgał w tym samym kierunku. Postukałam wymownie w pełną miskę, ale oboje pragnęli tego samego kęsa. Próba sił skończyła się zwycięstwem Gareta. Gacia straciła cierpliwość i pobiegła do pokoju, pomstując przez całą drogę. Teraz przycupnęła na jagnięcej skórze i wpatruje się ponurym wzrokiem w swoje odbicie w wielkim lustrze.

Perła nie ma takich oporów – po prostu pochyla się nad psim talerzem i je, a Garet trzyma nos na jej plecach i wzdycha. Koleś rozsądnie wybiera moment, kiedy kuchnia jest pusta. Nie lubi pożywiać się nerwowo. Zanosi się na to, że nasze koty w końcu padną z przejedzenia, a pies z wycieńczenia. Naprawdę nie wiem, po czym on tak dobrze wygląda. Jedyne, co na razie mu doskwiera, to zęby i kolejna zmiana odzieży.

Znowu dałam się nabrać, tak samo jak wiosną. Drapie się tak wściekle, że na wszelki wypadek odpchliłyśmy go, chociaż nie miał śladu po pchłach. Wezwałam też Artura, żeby obejrzał mu uszy. Uczynił to w sposób dość bezceremonialny, po czym poklepał wstrząśniętego Gareta po czerepie i oznajmił, że dawno nie widział tak ślicznych, czystych przewodów słuchowych. Garet, drżąc, wtulił się w fotel i do końca wizyty zachowywał się tak, jakby obległa go pielgrzymka i przedszkolaki równocześnie. A już miałam nadzieję, że wreszcie mamy psa, który nie będzie bał się weterynarzy.

Po tych oględzinach i na widok tego, co wciąż zeszczotkowuję z dywanu, doszłam do wniosku, że nasz utrapieniec znowu zmienia sierść. Tym razem dość równomiernie, bez zmatowienia i wyleniałych placków. Lśni oślepiająco, ale widać już pierwsze zmiany. Długie włosy na podwoziu zostały, nadal wyglądają jak grafika, od srebrzystej bieli przez wszystkie odcienie szarości do głębokiej czerni na jajeczkach. Ale srebrne włosy zaczynają mu wypełzać spod brzucha. Gęsto obrośnięty solidny ogon pod spodem zrobił się szpakowaty i pojedyncze białe włoski iskrzą się na łopatkach. Na skroniach i wokół wielkich, rzewnych oczu zarysowały się jasnobeżowe smugi, a śnieżnobiała dotychczas pierś zyskała kilka czarnych kosmyków. Teraz wygląda tak, jakby miał tam obraz orła z rozpostartymi skrzydłami. No dobrze, może rozczochranego kurczaka. Albo kaczora… Reszta futra układa się w delikatne, lśniące fale. Kita jest długowłosa, imponująca. Małe, zgrabne, trójkątne uszka porastają mięciutkie, figlarne kędziorki, biorące żywy udział w mimice. Tylko spódnicospodnie pozostały bez zmian. Poruta. Fatalnie się je myje po spacerze. I zawsze wbija się w nie najwięcej nasion.

Bez zmian pozostało też usposobienie godne potomka Lucyfera. Nadpobudliwość, koszmarna pomysłowość i wyjątkowy talent do robienia szkód, a także nienasycony głód emocjonalny. Pies najwyraźniej jest stworzony do tego, żeby bezustannie go pieścić. Każdą rozłąkę znosi fatalnie, choć znacznie lepiej niż przedmioty, które miały pecha mu towarzyszyć. Tylko raz zapomniałam komórki. Została na parapecie za zasłoną. Przez cały czas zakupów czułam się nieswojo. Jak się okazało, słusznie. Garet, który ma zwyczaj wskakiwać na łóżko i wyglądać przez okno, namierzył ją natychmiast. Kiedy wróciłam, wyglądała jak po ostrzale. Gdyby to był inny model niż solidna zamykana motorola, klawisze wyszłyby jej tyłem. Nadal działa, chociaż straciła sporo ze swojej urody, którą urzekła mnie od pierwszego wejrzenia. Właściwie ocalała dzięki babci, która szybko zainteresowała się, „co ten padalec znowu niszczy”. W rezultacie padalec musiał zadowolić się rozwłóczeniem moich ubrań po całym ogródku.

Najbardziej denerwujące jest ciągłe otwieranie drzwi. Piekielnik chyba ma klaustrofobię, bo uspokaja się dopiero wtedy, gdy otworzy na oścież drzwi wejściowe, do piwnicy, do kuchni i do pokoju. Niestety, pora roku nie sprzyja tak intensywnemu wietrzeniu, toteż trwa nieustanna zabawa w zamykanie i wypędzanie WSK, która tylko czyha, żeby wedrzeć się do domu. W końcu, doprowadzona do ostateczności, zamykam wszystkie drzwi na klucz. Wtedy młody Belzebub dostaje histerii i skacze na klamki, świszcząc jak sfrustrowany morświn i przewracając żałośnie oczami. Przez chwilę wytrzymuję, ale zaraz zaczynają mnie męczyć wyrzuty sumienia. Może coś mu się chce? Otwieram więc drzwi, zachęcając go do wyjścia, ale wtedy okazuje się, że owszem, chciało mu się tylko tego, żeby zrobić przeciąg. Zgrzytając zębami, zamykam i zabawa zaczyna się od początku. Najgorzej jest w nocy. Hałas klekoczących klamek staje się nie do wytrzymania. Dwa dni temu, po licznych próbach wypuszczenia uwięzionego w domu psa, wpadłam w szewską pasję. O drugiej w nocy uciszyłam wyrzuty sumienia i przekonałam sama siebie, że prawie dorosły pies nie musi sikać co pięć minut. Tym bardziej że wcale się sikać nie wybiera. Oznajmiłam Garetowi stanowczo, że dość biegania od drzwi do drzwi, idziemy spać. Wskoczyłam do łóżka i sapiąc ze złości, starałam się rozluźnić i nie reagować. Nakręcony czort skakał na wszystkie klamki i kląskał jak zrozpaczony słowik. Kiedy para zaczęła wydobywać mi się uszami, wypuściłam go na korytarz i chichocząc szatańsko, zamknęłam drzwi na klucz.

– A teraz tam sobie siedź. Choćbyś pękł, nie otworzę!

Oczywiście Garet natychmiast zaczął dobijać się do drzwi od drugiej strony. Pełna mściwej satysfakcji zapadłam w nerwową drzemkę. Wpuściłam go dopiero po dwóch godzinach. Cichutko i potulnie położył się po przekątnej łóżka. Wcisnęłam się w niewielki trójkąt przy ścianie i w spokoju spaliśmy do rana. Spokój minął mi natychmiast, gdy otworzyłam drzwi na korytarz. Cała podłoga usłana była małymi, białymi kawałkami. Długo nie mogłam się zorientować, co to, u diabła, jest, a raczej, co to, do licha, było? Nadzienie z jakiejś wypatroszonej maskotki? Wnętrze materaca? Olśnienie spłynęło na mnie z pierwszą porcją resztek wgarniętych na szufelkę. TO BYŁ MÓJ KOŁNIERZ ORTOPEDYCZNY!!! Jeszcze wieczorem wisiał sobie spokojnie na wieszaku, na wysokości metr osiemdziesiąt. Jakim cudem ten kurduplasty szatan ściągnął go, nie przewracając wieszaka?

Czy właściciele obłąkanych psów mogą skorzystać z zapomogi podobnej jak ofiary klęsk żywiołowych?

26.11.2006, niedziela

Po całym tygodniu użerania się ze wszystkimi czworonogami z utęsknieniem czekałam na przyjazd Kai. Właściwie nie wiem dlaczego, bo niewiele się zmienia. Nadal w nocy bawię się w klucznika. Zwierzęta w swojej uprzejmości nie zakłócają mojej córce snu. Dobrze wiedzą, jak sypia. Mogłyby wspólnymi siłami wywlec spod niej łóżko i nawet by tego nie zauważyła. Garet wielokrotnie przekonał się o tym, kradnąc jej poduszkę spod głowy.

Wychodząc z domu, jak zwykle oglądałam się nerwowo. Każdy pisk hamulców podnosił mi włosy na głowie, a wyobraźnia usłużnie podsuwała makabryczne obrazy. Moja fobia wcale nie mija. Cały czas obawiam się, że Garet jakimś cudem wydostanie się na ulicę… W mieście szczęśliwie zaabsorbowała mnie rozterka, czy iść do fryzjera, czy nie, a jeśli tak, to do którego? Już od dawna kusiła mnie wizyta w salonie L’Oreal, ale powstrzymywała mnie cena. Pięć razy drożej niż gdzie indziej. Ale za to efekt nieporównywalny! Sąsiadki ostatnio prawie nie poznałam. No tak, ale jeśli przy moim pechu trafię na jedyną czarną owcę wśród fachowego personelu?

Adrian, młodziutki, przystojny brunet, spojrzał na moją głowę z przerażeniem, które natychmiast zamaskował uprzejmym uśmiechem. No co, baraniego tyłka nie widział?

– To tylko efekt moich prób prostowania włosów – wyjaśniłam pospiesznie. – Od razu mówię, że z całkiem krótkimi wyglądam strasznie. Nad czołem robi mi się ukwiał, a po bokach wachlarze. A poza tym jest mi wszystko jedno. Oddaję się w pańskie ręce. Ja się z nimi męczę całe życie, a teraz pan tu rządzi. Chłopak spokojnie rozpakował swoje zabawki i zabrał się do roboty. Na szczęście nie był gadatliwy i nie czułam się zobowiązana do prowadzenia błyskotliwej rozmowy. Wyjaśnił tylko, że najpierw musi włosy przerzedzić, bo są za gęste, a potem obetnie je tak, że będą dobrze wyglądały i kręcone, i wyprostowane. Bo nawet ciekawie się kręcą… Pewnie, że ciekawie, bo nie jemu. Jeśli sobie życzę, to tym razem mi wyprostuje. Na specjalnym olejku… Życzyłam sobie.

Przez dwie godziny moje włosy były muskane. Co jakiś czas przerywałam drzemkę i otwierałam oczy, żeby sprawdzić, czy na pewno coś się tam dzieje. Trochę mi brakowało szarpania, ciągnięcia i drapania po głowie wyszczerbionym grzebieniem. On coś robi czy nie? Robił, ale najwyraźniej metodą prawie bezdotykową. Za to jak skutecznie! Kiedy na koniec założyłam okulary, z lustra patrzyła na mnie osłupiałym wzrokiem blondynka z zupełnie prostymi, lejącymi się włosami. Wspaniały efekt podkreślała asymetryczna grzywka. O, tak! Niech tak zostanie na zawsze! Adrian delikatnie uprzedził, że w domu może być trochę trudniej. Niby dlaczego? Wszystko wyglądało na łatwiznę. Pełna optymizmu nabyłam profesjonalne kosmetyki do wygładzania i prostowania włosów, ochrony i modelowania oraz prostownicę. Ruina portfela całkowita.

 

Przez cały czas macałam się po głowie dyskretnie i z zachwytem spoglądając w szyby wystawowe. Nogę wykręciłam tylko trzy razy. Prawie zapomniałam, że mam iść jeszcze do Urzędu Miasta. Znajoma urzędniczka spojrzała na mnie chłodnym wzrokiem. Nie w humorze, czy co?

– Och, przepraszam, poznałam panią dopiero po głosie…

Ha! Czułam się innym człowiekiem. Ekspedientki w hipermarkecie też poznawały mnie po głosie. Pies za to od razu. Wydarłam mu swoją zamszową kurtkę, pozbierałam strzępki faktury za telefon i resztki ostatniej rolki papieru toaletowego.

Irena spojrzała na mnie i wytrzeszczyła oczy. Po raz pierwszy od wielu lat zobaczyłam na jej twarzy tak żywe uczucia. Ale, niestety, nie był to zachwyt. Zresztą, czego ja się spodziewałam?

– Coś ty zrobiła? To ci tak zostanie? – zapytała moja matka z autentycznym przerażeniem.

– Niestety, nie…

– A miałaś takie ładne loki! Idź z powrotem, niech ci coś z tym zrobią!

A jednak jakby pochwaliła?…

Odczepiłam Gareta od rękawa i stanęłam przed lustrem, żeby poświęcić się ulubionemu tego popołudnia zajęciu. Niestety, następnego ranka fryzura wymagała renowacji. Niby to jeszcze nie były loki, ale już niezdyscyplinowane kędziory. Umyłam włosy, nałożyłam odżywkę nawilżającą, potem wygładzającą i chroniącą przed wysoką temperaturą. Nagrzałam prostownicę.

Po czterdziestu minutach bolały mnie ramiona od trzymania tego bezużytecznego urządzenia, nogi od sterczenia przed lustrem, a dusza z rozczarowania. Poza tym byłam w stanie określanym jako szewska pasja. Wszystko, co udało mi się osiągnąć, to efekt baraniego tyłka wyczesanego przez kolczaste zarośla. Na przykład jeżyny.

– I dlaczego nie zrobiłaś sobie zdjęcia?! – zbeształa mnie Kaja.

– Jakbym wiedziała, że to niepowtarzalne zjawisko, to od razu poszłabym do fotografa. Następnym razem tak zrobię – obiecałam.

Kaja, zachęcona moim przykładem, także wybrała się do fryzjera. Obcięła swoje piękne, długie włosy i teraz ma fantazyjną, lekką fryzurkę. U niej też zaczyna się od przerzedzania. Ale ona ma takie włosy, że gdyby je gwałtownie wypuściła z ręki, to złamałyby jej kręgosłup.

Garetowi było wszystko jedno, jak wygląda. Miał pretensje tylko o to, że ledwie przyjechała, już go porzuciła. To nic, że tylko na parę godzin. Złość przekazał bezpośrednio nogawkom jej dżinsów. Po odpędzeniu od nogawek zabrał się za rękawy.

– Co mu się stało?

– Wszystko normalnie. Świruje jak zawsze.

– Nie o to chodzi. Jest cały mokry! I śmierdzi.

– Może wpadł do wiadra z miksturą pokrzywową? – wysunęłam przypuszczenie. – Albo pomagał ojcu Darka, który zmieniał jakiś zawór od wody w piwnicy. – To nie woda. Powąchaj.

Podeszłam do Gareta, który usiłował położyć się na plecach na fotelu w kuchni. Fotel jest za mały, więc górną połowę musiał ulokować na stole. Zdążyłam złapać kubek z kawą.

– Ogon, powąchaj ogon!

– No przecież wącham… – Garet łypnął na mnie podejrzliwie wybałuszonym okiem, bo położył się na własnym uchu i powieka odjechała mu na czoło. – Nie wiem, co to jest, ale nie zgniłe pokrzywy. Coś zjełczałego… Olej jakiś? Ale skąd? Spróbuj go przemyć gąbką z szamponem.

– Muuu! – zaprotestował Garet.

Gąbka z szamponem nie pomogła, za to Kaja odkryła, czym jest tajemnicza substancja, która na trwałe powlokła Gareta. Otóż babcia na schodach za drzwiami do piwnicy przechowywała duży garnek z jakimś smarem. Przez pół wieku strzegła go drapieżnie przed moimi niszczycielskimi zapędami, zapewne w przekonaniu, że nagle odkryje jakieś zardzewiałe wrota, które trzeba będzie systematycznie oliwić. Wrota się nie objawiły, za to Garet, skacząc na klamkę drzwi na stromych schodach, musiał się machnąć i w rezultacie smar opuścił garnek i przeniósł się na psa.

– Pierwszy raz od dwudziestu lat na coś się przydał – powiedziała Kaja, usuwając z łazienki wszystko, co nie było trwale przytwierdzone do ściany lub podłogi. Do kąpieli wszyscy troje podeszliśmy z takim samym entuzjazmem, ale tylko Gareta trzeba było wyciągać najpierw zza muszli, a potem z kociej kuwety. Odetchnął dopiero w czasie wycierania. Trzeci ręcznik usiłował zeżreć. Włosy mu się lekko pokarbowały, na tyłku stanęły uwodzicielskie kędziorki, kita falowała jak strusie pióra, lśnił cały jak kupon satyny i pachniał tak ślicznie, że trudno go było wypuścić z rąk. Odbiłam sobie za cały tydzień prześladowań.

Na spacerze jak zwykle zamienił się w znikający punkt i stracił trochę świeżości. Ale nadal wyglądał jak prosto z fabryki. Garnek z resztkami smaru przezornie schowałam.

W niedzielę odwiedziła nas Anka. Garet nie widział jej pół roku, ale poznał i oszalał ze szczęścia. Zauważyłam, że ludzi, których spotkał we wczesnym dzieciństwie, darzy silniejszym uczuciem niż poznanych później. Wieczór spędził, zalecając się do Anki. Jeśli nie leżał jej na kolanach, to przytulał się, kładł łapę na ramieniu albo głowę na plecach. Nie powinna była przychodzić w białym swetrze.

Kaja, ze słuchawkami na uszach, spisywała z dyktafonu wywiad. Zrobiła go z jakimś obcym gościem, chociaż wielkodusznie proponowałam jej siebie. Przeraziłam ją tym śmiertelnie, szczególnie, kiedy oferowałam wszystkie patologie w jednym. Może dlatego, że miała ten wywiad także zinterpretować. Koleś widocznie poczuł w sobie ducha terapeuty, bo nie opuszczał jej ani na chwilę. Ze szczególnym upodobaniem układał się na klawiaturze, obserwując z fascynacją pojawiające się na monitorze literki. Gdy Kaja wzięła klawiaturę na kolana, natychmiast podążył jej śladem. Nie ma takich kolan, które pomieściłyby klawiaturę i Kolesia. W gruncie rzeczy nie ma takich kolan, na których Koleś zmieściłby się w całości. A że Kaja traktuje wszystkie koty niczym bożki, z drżącą czcią, zajmowała się głównie podtrzymywaniem tłustego, ślicznego Kolesiowego zadka, żeby się przypadkiem nie zsunął. Praca szła im jak po grudzie, ale Koleś czuł się spełniony jako konsultant.

28.11.2006, wtorek

Z powodu trudności obiektywnych przy pracy nad wywiadem Kaja została do poniedziałku i Garet załapał się na jeszcze jeden spacer z nią. Pogoda była cudna, przynieśli rozkwitłe o nietypowej porze bazie i mnóstwo błota na podwoziu Gareta oraz sporo nasion w jego ogonie.

Obserwowałam kundla z lekkim niepokojem, bo w nocy zwymiotował na moje łóżko, bulwersując śpiącego obok Kolesia, ale nie wydawał się chory. Szalał jak zwykle, a po wyjeździe Kai jeszcze bardziej. Uspokajał się na chwilę dopiero wtedy, kiedy pootwierał wszystkie drzwi. Niestety, tu powstawał pewien konflikt, bo gdy Garet wzdychał z ulgą, babcia, żując własne zęby i przekleństwa, wszystkie drzwi zamykała.

Wieczorem Garet i Perła zajęli jeden fotel, babcia drugi, więc przeniosłam się z malowaniem bukietu róż do kuchni, ale tam już w fotelu spała Gacia, a na krześle Marchew. Liszka zawinęła się w mój ciepły szlafrok na szafce w łazience, a Koleś drzemał na baraniej skórze na komodzie, czekając, kiedy wreszcie wejdę do łóżka. Podłoga wciąż była wolna.

Rano obudziły mnie dziwne dźwięki. Leżałam kompletnie zesztywniała, wciśnięta pomiędzy Kolesia i Gareta. Spojrzałam w lewo i napotkałam pytający wzrok Kolesia. Spojrzałam w dół, gdzie połowę łóżka zajmował rozwalony Garet. Dziwne dźwięki dobiegały z jego brzucha. Za chwilę dołączyło głębokie chrapanie. Koleś, zdegustowany, zastrzygł uszami. Kiedy udało mi się przywrócić krążenie w zdrętwiałych kończynach, wygrzebałam spod siebie kamień z amonitem, pluszowego tygryska i stary ogryzek kości, który dwa dni wcześniej wyrzuciłam do kosza na śmieci. Potem strzepnęłam z prześcieradła większe kawałki błota i odwinęłam pantofel z narzuty. Sprzątanie obudziło Gareta. Westchnął rozkosznie i wyłożył się kołami do góry, czekając na poranną porcję pieszczot. Drapaliśmy się przy wtórze orkiestry uwięzionej w jego jelitach jak w Titanicu. Odkryłam ślady świadczące o tym, że w nocy zwymiotował na fotelu. Wrzuciłam wełniany koc do pralki i zaaplikowałam Garysiowi Nifuroksazyd. Kiedy tylko usłyszy hasło „lekarstwo!”, wskakuje na kuchenny fotel i pokornie czeka na egzekucję.

W południe podałam mu jeszcze no-spę, bo koncert w jego brzuchu trwał nadal. Nie chciał nic jeść, a w ogródku skubał trawę. Wigoru jednak nie stracił i brał czynny udział w pracach remontowych, które w starym domu przeprowadza ojciec Darka, naszego przyszłego sąsiada. Sprzedaż nie jest jeszcze sfinalizowana, ale żadna z nas nie widziała przeszkód, żeby rozpoczęli wcześniej remont. Senior jest na etapie hydrauliki i co chwilę zamyka odpływ wody. W przerwach bawi się z Garetem, co pozwala mu odprężyć się po kolejnych odkryciach zbrodni budowlanych. Zaczyna się we mnie budzić niepokój, że dom się rozleci, zanim go naprawdę sprzedamy. Wygląda na to, że w kupie trzyma się tylko dzięki założonej w ubiegłym roku warstwie ocieplenia.

– Wypadł mi ze ściany w piwnicy taki chyba pięćdziesięciokilogramowy głaz i nie wiem, czy się rury nie obsuną – poskarżył się ojciec Darka, przecierając rękawem okulary. Z czapki zwisał mu czarny welon kilkudziesięcioletnich pajęczyn. Obok stał Garet, uśmiechając się przez plastykową pokrywkę od wiadra z tynkiem.

– I nie mam jak zrobić wylewki pod muszlę, bo pod spodem jest jakaś zamurowana ze wszystkich stron pakamera. Załamałem się. Kto to budował?! – jęknął z rozpaczą.

– Żydzi – poinformowałam go, idąc na wizję lokalną. – Tu ukrywali się w czasie okupacji. Potem zrobiono w tej dzielnicy getto. Kiedy rodzice kupili ten dom, w starej części pełno było wykutych dziur. Podobno ludzie szukali pożydowskich skarbów. A pan właśnie odkrył zamurowane pomieszczenie – dodałam z dreszczem ekscytacji. – Musimy się tam dostać.

– Jak? Tu wszędzie są ściany nośne, jakbym wykuł dziurę, to się rozpadną. I rury polecą.

– Od tej piwnicy, do której wchodzi się przez podłogę w korytarzu, można. Ona musi się stykać jedną ścianą z tą skrytką. Cholera, ta dziura jest za wysoko i za mała, żeby tam zajrzeć – powiedziałam z rozczarowaniem. Byłam gotowa kuć od razu. Czułam na karku powiew przygody. Chociaż możliwe, że był to tylko przeciąg. Przyjrzałam się rurom i musiałam przyznać, że zawartość tajemniczej piwnicy mogłaby nie zrównoważyć klęski kanalizacyjnej. Postanowiłam poczekać, choć niecierpliwie. Odebrałam Garetowi bryłę węgla i poszliśmy na górę. Miałam przed sobą kilka godzin pracy przy układaniu comiesięcznego horoskopu dla zaprzyjaźnionego portalu internetowego. Szczerze mówiąc, nie lubię tej roboty. Wyznaczanie heksagramów, potem ich interpretacja z uwzględnieniem linii zmiennych i przekładanie wszystkiego na język w miarę współczesny i strawny jest pracochłonne i wymaga natchnienia. Nie uznaję gotowców, choć to by było najprostsze.

Odetchnęłam, wychodząc do miasta. To znaczy dopiero, kiedy oddaliłam się od domu na odległość półtora kilometra i przestało mi się wydawać, że słyszę płacz Gareta, a moje obsesyjne lęki nieco osłabły. Martwiłam się dodatkowo, bo jelita Gareta pożegnały mnie czymś w rodzaju charlestona. Na wszelki wypadek ograniczyłam wędrówki do minimum. Złożyłam życzenia imieninowe naszemu ulubionemu lekarzowi rodzinnemu, wykupiłam recepty, dla siebie znalazłam wielką, miękką poduszkę, dla Garysia śliczną pluszową żabę o bardzo długich kończynach. Wszystkie duże zabawki już wypatroszył, zostały mu same maleństwa, a nimi nie bawi się tak ładnie. Trochę mi było przykro, bo wiedziałam, że niosę żabę na pewną śmierć, ale trudno. Łańcuch pokarmowy.

Garet czekał na mnie w fotelu w kuchni. Uszka miał opuszczone, mordkę rzewną, a w jego jelitach szalał jakiś pijany raper. Żabkę od razu podłożył sobie pod brodę, a kiedy pobiegł za mną do pokoju, wskoczył na łóżko i zaczął się nerwowo oblizywać.

– Nie tam, Garyś, błagam cię! – zepchnęłam go na podłogę i zachęcałam do wyjścia na zewnątrz. Zaparł się jednak i ostatecznie zwymiotował na dywan. Potem wziął żabę w zęby, wlazł na fotel i podłożył ją sobie pod głowę. Wyczyściłam dywan najpierw naręczem serwetek, potem na mokro, i zadzwoniłam do Artura.

– Jaki kolor? Zielonkawy?

 

– Nie, raczej kolor błota…

– A śmierdzi?

– Chyba nie. Poczekaj, sprawdzę. – Z komórką przy uchu wygrzebałam z kosza serwetki i zrobiłam to, co może zrozumieć tylko inny psiarz. – Nie, nie śmierdzi.

– Jest osowiały? – pytał dalej Artur.

– Garyś, jesteś osowiały? – Pies w odpowiedzi łypnął na mnie żałośnie, produkując dolne półksiężyce. – Chwilowo tak, w ogóle niespecjalnie.

– A jak kupa?

– Nie wiem, nie spotkałam…

– Masz Nifuroksazyd?

– Mam. W zawiesinie. – Pewnie, że mam, prędzej dopuściłabym, żeby zabrakło mi leków przeciwko nadciśnieniu niż dla psa.

– To daj mu trzy łyżki dziennie przez trzy dni. I zaparz korę dębu, rumianek i siemię lniane. Tego tak jedną czwartą szklanki dziennie. I Lakcid możesz mu dać, jeśli masz. I weź go na ścisłą dietę. No i lepiej obejdź jutro cały ogródek i sprawdź, czy on nie ma dostępu do czegoś zepsutego, jeśli mówisz, że to się powtarza co parę dni.

– O, Jezu – zerknęłam z wyrzutem na mrugającego niewinnie Gareta. – Musiałabym mu zdrutować szczęki, żeby uniemożliwić zżeranie wszystkich świństw, które gdzieś zdobywa…

– A, poczekaj. Dobrze, że dzwonisz. Lubisz jazz?

– Co? – zapytałam tępo, nasłuchując odgłosów dochodzących z brzucha Gareta. Może to i jazz…

– Jazz. Lubisz?

– Eeee… – wyjąkałam ostrożnie.

– Klasyczny… – Klasyczny, spokojny. W piątek o osiemnastej jest koncert w Dworku. Poznałem kiedyś tego faceta, który będzie grał. W piątek, pierwszego, o osiemnastej. Zapraszam. Przyjdziesz?

– Eeee? No… jasne. Czemu nie – odparłam z wdziękiem nawalonego orangutana. Ciężko tak od razu po wyjęciu głowy z kosza na śmieci i rozmowie o kupach przeskoczyć do rozrywki. I poza tym nie mam wprawy. Ostatni raz na koncert prywatnie zapraszano mnie ponad dwadzieścia lat temu. Bo służbowo to parę odsiedziałam. Ale to się nie liczy.

Odłożyłam słuchawkę i oznajmiłam:

– Garet, lekarstwo!

Garyś porzucił żabę i pokłusował na fotel w kuchni. Potem nabrał takiego wigoru, jakby ozdrowiał w momencie przełknięcia. Żaba zamieniła się w jednostkę fruwającą. Tymczasem na fotel Gareta przydreptała Perła, która ostatnio tylko tam sypia. Pies, poobijawszy się o wszystkie meble, dopadł wreszcie żabę na dywanie w celach całkowicie jednoznacznych.

– Garyś, fe, ty zboczeńcu! Chory to ty jesteś, ale chyba na głowę!

Garet wierzgnął, podrzucił żabę i wskoczył z impetem na fotel. Perła miauknęła zaskoczona, Garet obrzucił ją błyskawicznym spojrzeniem i zgarnął pod siebie. Nie do wiary! Napaść seksualna na kota!

– FE!!! – wrzasnęłam, waląc zboka w łeb. Otrząsnął się i oprzytomniał. – Oszalałeś? To jest kot! Inny gatunek! A poza tym, idioto, ona jest dziesięć razy mniejsza od ciebie!

Garet zamrugał, nieco speszony, a tymczasem Perła wylazła spod jego brzucha i mrucząc grzmiąco, zaczęła się do niego łasić.

– No pięknie. Jesteście siebie warci. Spokój, oboje! Leżeć!

Kiedy babcia przyszła na film, na szczęście oba wynaturzone stwory już spały. Garet w swojej ulubionej pozycji, na plecach, z okropnie wyszczerzonymi zębami. Zrobiłam mu całą serię zdjęć i nawet nie mrugnął.

30.11.2006, czwartek

Wielka, miękka poduszka spisała się zdumiewająco dobrze. W ciągu ostatnich lat przetestowałam chyba wszystko. Był wałek, medyczna poduszka wyprofilowana, po której natychmiast dostałam dyskopatii, przeciwodleżynowa nawet, a także mała, zwijana w ciągu nocy w różne kształty. Wszystko to potwornie niewygodne i przynoszące efekty odmienne od oczekiwanych. Aż nareszcie postawiłam na wygodę i pierwsza noc obudziła we mnie nadzieję… Już się przywiązałam do tej wielkiej, miękkiej chmury. Zanosi się na to, że tylko ona mi do spania zostanie, bo większość łóżka mam zajętą. Koleś rezyduje w lewej górnej ćwiartce, Garet zajmuje prawą połowę, a ja wciskam się pomiędzy nich po przekątnej. Wyglądamy jak znak procent. Obaj panowie są zadowoleni, ja nieszczególnie. Próbowałam ich trochę rozepchnąć na boki, ale Koleś od razu gramoli się na mnie, a Garyś przeciąga się i rozprzestrzenia, po czym zaczyna chrapać jak moja babunia po osiągnięciu osiemdziesiątki.

Babunia chrapała już wcześniej – przez całą noc i wszystkie drzemki w ciągu dnia, przy czym skarżyła się, że cierpi na bezsenność. Ale była kojącym opatrunkiem mojego dzieciństwa – cierpliwa, wyrozumiała, troskliwa, choć na co dzień kryła się za maską chłodnej uprzejmości.

Śpiewała pięknym sopranem piosenki dwudziestolecia międzywojennego, do których sentyment pozostał mi do dziś, oraz dramatyczne ballady, w których mniej więcej po trzeciej zwrotce jedno z kochanków umierało. Drugie wkrótce podążało jego śladem, a ja zostawałam ze łzami w oczach i ściśniętym gardłem. Być może to ugruntowało we mnie przekonanie, że szczęśliwa miłość jest skazana z góry na zagładę, głównie przez ubytek co najmniej jednego z podstawowych elementów. Późniejsze cyniczne obserwacje poczynione w ciągu życia upewniły mnie, że jest to rozwiązanie drastyczne, ale najlepsze. Gdy bowiem oba elementy pozostają w stanie nienaruszonym, miłość, pomimo kapitału początkowego, kończy ogłoszeniem bankructwa.

Babunia była niezwykłą osobą. Jej wrażeń z podróży po Europie słuchałam jak najlepszej powieści, a historyjki o duchach i upiorach w roli głównej pozostawiły we mnie imponujący bukiet lęków, towarzyszących mi przez całe życie. Do dziś boję się zejść sama do piwnicy, a jeśli mam samotnie spędzić w domu noc, iluminacja przewyższa sylwestrową. Moją mamę nasza symbioza przyprawiała o wstrząsy nerwowe. Zwłaszcza w momentach, gdy z ust niewinnego dziecięcia, czyli moich, płynęły cięte przyśpiewki, które uznawała za nieprzyzwoite. Obie z babunią miałyśmy wtedy przegwizdane.

Spuścizna genowa przemówiła we mnie najwyraźniej, gdy moje dziecko, w pierwszej klasie szkoły podstawowej, przygotowywało się do pierwszego solowego występu. Miał to być tylko jeden wierszyk, ale Kaja była bardzo podekscytowana. Tym bardziej że zapadła na jedną ze swoich licznych angin i nie brała udziału w próbach. Po namyśle wybrałam krótki wiersz Gałczyńskiego. Kaja opanowała go błyskawicznie. W tydzień później stałam w drzwiach potwornie dusznej, wypchanej szczelnie rodzicami sali gimnastycznej i czekałam na występ swojego dziecka. Wreszcie usłyszałam jej głos, odmieniony nieco przez mikrofon. Niski, z doskonałą dykcją. Na sali zapadła cisza.

– Wróbelek jest mała ptaszyna, wróbelek istotka niewielka… – recytowała Kaja.

– Ależ ta dziewczynka ma piękny głos! – zachwyciła się jakaś kobieta obok mnie. Nadęłam się z dumy. A moje dziecko, z uczuciem, właśnie kończyło:

– Kochajcie wróbelka, dziewczęta, kochajcie, do jasnej cholery!

Grzmiące oklaski rozległy się po długiej, nabrzmiałej zaskoczoną ciszą chwili. W Opolu mieszkaliśmy jeszcze przez rok, ale wolałam, żeby na wywiadówki chodził mój, już prawie były, mąż…

Mój związek z babunią trwa nadal, poza czasem i przestrzenią. Wierzcie lub nie, ale ilekroć mi się śni, jest to ostrzeżenie przed nieszczęściem lub chorobą. Obciążona dziedzicznie jestem także z drugiej gałęzi rodziny. Mama ojca – ta dopiero miała fantazję! Urodzona w Budapeszcie, nie tylko wygląd, ale i temperament miała węgierski. Jej wylewność drażniła Irenę. Ponieważ cała liczna rodzina była bardzo emocjonalna, więc moja mama trzymała się od niej z daleka. Dlatego rzadko miałam okazję słuchać nieprawdopodobnych opowieści babci, a świadkiem jej „szaleństw” byłam tylko raz – w bezksiężycową noc, chichocząc uszczęśliwiona i podekscytowana, wybrała się w obchód okolicy, żeby gałęzią jaśminu skrobać w okno i straszyć sąsiadów. Dziadek, genialny skrzypek-samouk, patrzył na to z pobłażliwym uśmiechem. Niedawno dowiedziałam się, że mój kuzyn poszedł za głosem serca i porzucił karierę architekta dla muzyki. Ja nie miałabym tyle odwagi…