Garet dorastaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Zrób porządek w szufladach, bo niedługo będziemy przenosić stół – wyrwałam ją z uniesienia. – Już dotarłam do pokładów fauny – dodałam z obrzydzeniem w głosie. – O, jaki wielki pająk! Przykro mi… O, cztery w jednym szeregu! I jeszcze trzy!

– Jezu, przestań! – wrzasnęła Kaja, waląc szufladą o podłogę.

– No przecież nie każę ci ich łapać…

Nasze okrzyki zwabiły Gareta. Wskoczył i natychmiast porwał coś do pyska.

– Fe! Wypluj to! Kaja, weź go otwórz, bo ma w gębie coś paskudnego! I zjada to! Może mysz, bo coś takiego wystaje, jakby łapka…

– Garet, fe!

– Już za późno. Zeżarł. Może zresztą to nie była łapka, tylko ogonek jabłka…

Garet, pożywiwszy się nieco, wrócił na fotel kontynuować drzemkę. Kaja robiła selekcję w szufladach. – O, znalazłam zasady uczestnictwa w grupie psychodynamicznej… hm… dość restrykcyjne… Wyrzucić?

– Zostaw.

– Nieważna gwarancja… Wyrzucamy…

– Jasne. Bo tę ważną na czajnik, który się zepsuł, Garet zdążył zeżreć. Tak, jak moją legitymację…

– O, umowa adopcyjna Garecika!

– Przekreśl i napisz: „Anulowano”!

Po przemeblowaniu kuchni powstał całkiem miły kącik. Babcia od razu stwierdziła, że wygląda paskudnie i teraz nie będzie gdzie zarobić ciasta. Zasugerowałam, że do tego służą blaty szafek. Odwarknęła, że u nas nigdy nic nie może być jak u wszystkich normalnych ludzi, bo zawsze muszę wydziwiać. Wysyczałam, że po pierwsze, u nas nie ma normalnych ludzi, a po drugie, ja nie jestem „wszyscy”. Garet stracił jaskinię pod stołem, bo pod okrągły się nie mieści. Przez chwilę, zgarbiony, z głową wsuniętą pod blat, rozważał problem. Przesunęłam mu dywanik do zakątka, jaki powstał pomiędzy szafką kuchenną a kaloryferem. Wyjął łeb spod stołu i spojrzał krytycznie, aż czoło zjechało mu na oczy. Westchnął ciężko i wrócił na fotel.

Pozostał jeszcze problem fruwającego telewizora. Doszłam do wniosku, że zamiast walczyć z żywiołem, czyli próbować zatrzymać powódź słoikiem, zastosujemy metodę uginającej się trzciny. Nie ma ludzkiej siły, która potrafiłaby zniechęcić Gareta do pokonywania barier. Wobec tego postanowiłyśmy przesunąć nieco ogromną komodę, żeby zrobić przejście między jedną częścią pokoju a drugą, w której są drzwi prowadzące do kuchni. Po tych zabiegach, kombinowałam, Garet przestanie przedzierać się przez meble i przestanie otwierać drzwi na korytarz, żeby tamtędy dostać się okrężną drogą do kuchni.

Na jagnięcej skórze, którą kilka dni wcześniej rozłożyłyśmy na komodzie, żeby kotom było miękko, leżały Gacia i Koleś. Przymrużonymi oczami śledziły nasze poczynania. Już od dawna komoda zamieniła się w trybuny, na których zmieniał się tylko skład widowni. Niezależnie od składu widownia wściekle syczała, ilekroć Garet zbyt długo penetrował nosem jej futrzaste okrycia. Teraz, kiedy przesuwałam okrutnie ciężki mebel, koty tylko zastrzygły uszami.

– Koniec jazdy. Fajnie było? – wysapałam. W odpowiedzi Gacia rozdziawiła się bezgłośnie, a Koleś rzucił mi ciepłe spojrzenie.

Przez wąskie przejście, które powstało, zaczął przełazić nie tylko Garet, ale i my wszystkie. Skróty mają w sobie coś niezwykle kuszącego.

Wieczorem koty rezygnowały z doskonałej pozycji obserwacyjnej na rzecz ciepła. Wcześniej czy później udawały się na poszukiwanie grzejnika biologicznego. Ostatnio Koleś upodobał sobie mnie. Zjadłszy trzecią kolację, przeszedł przez szparę za komodą i obrzucił pokój bacznym spojrzeniem. Jeden fotel zajmowali babcia z Garetem, przy czym Garet mrugał przyjaźnie, a z pleców babci emanowała wrogość. Kaja balansowała na piłce rehabilitacyjnej, ja z laptopem na kolanach siedziałam w drugim fotelu. Koleś podjął decyzję. Ruszył wolnym krokiem, nie odrywając szeroko otwartych oczu od Gareta. Przy moim fotelu rzucił mu ostatni, ostrzegawczy błysk i wskoczył. Przesunęłam się, żeby miał więcej miejsca. Potem przesunęłam się w drugą stronę, ponieważ życzył sobie zająć miejsce od strony Gareta. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, po czym Koleś poruszył zwycięsko wąsami i ułożył się wygodnie, częściowo na mojej nodze, mrucząc donośnie. Dość długo wytrzymałam, ale był taki uwodzicielski! Odłożyłam komputer i zajęłam się tym przystojniakiem.

– Zostawże tego kota, bo zaraz ucieknie! – zniecierpliwiła się babcia.

– Nie mogę! To jedyny kot, którego można mocno uściskać bez obawy, że zaraz się rozpadnie. Koleś z anielską cierpliwością znosił moje karesy. Kiedy dostrzegłam w jego pięknych oczach pierwsze błyski udręki, pozwoliłam mu spokojnie wyciągnąć się na sobie na całą długość. Jednak kiedy babcia i Garet zwolnili drugi fotel, natychmiast się tam przeniósł i zabrał za pedicure. Rozcapierzył ogromną stopę i przystąpił do zabiegów, które, jako żywo, wyglądały na wyrywanie pazurów. Zaraz przytuptała Gacia i wskoczyła na kocura, udaremniając te masochistyczne praktyki. Objęła go łapkami za szyję i energicznie szczotkowała języczkiem braterskie uszy. Koleś poddawał się spokojnie toalecie, utkwiwszy tępy wzrok w suficie. Potem zasnęły słodko, przytulone policzkami. Marchew, najwyraźniej zazdrosna, jaśniała na komodzie jak biały duch. Garet wrócił z kuchni, przez chwilę z zaskoczeniem wpatrywał się w zajęty fotel, potem policzył nosem koty, wreszcie westchnął i ułożył się do snu na baraniej skórze pod kaloryferem. Za chwilę chrapał, aż podłoga drżała.

3.11.2006, piątek

Dzień przed Świętem Zmarłych był równie piękny jak wszystkie poprzednie. Byłam przekonana, że meteorolodzy się mylą. Śnieg? Natura nie mogłaby zrobić ludziom takiego świństwa. Po głowie kołatało mi się jednak jedno z praw Murphy’ego: „Matka Natura jest suką”, więc na wszelki wypadek zaczęłyśmy znosić ze strychu zimowe buty. Garet znosił wszystko inne.

– Fe! Mamuś, co on znowu ma w mordzie?! Na pewno coś obrzydliwego, zżera to w takim pośpiechu!

– Ja już nie zwracam uwagi – powiedziałam z rezygnacją, wpatrując się dość beznadziejnie w dwa identyczne prawe kozaki. – Za każdym razem wychodzi stąd z pełną szuflą. Gdyby to wszystko było takie szkodliwe, na jakie wygląda, powinien już nie żyć. Słuchaj, w tym pokoju trzeba zetrzeć kocie siki. To na pewno ta wredna szara cholera. Przysięgam, że ją zabiję, jak mi tylko wpadnie w ręce!

– Ale to Garet otwiera wszystkie drzwi i ją wpuszcza. Wiesz, kto mnie dzisiaj obudził? Kocurek. Bawił się opakowaniem na negatyw. I co zobaczyłam, kiedy podniosłam głowę? Z fotela wystawała arogancka, wielka, szara dupa! Nie tylko sama przychodzi, ale dzieci sprowadza.

– Boże, wybacz, nie znoszę tej zarazy.

Wieczorem czekałyśmy na prognozę pogody. Garet szalał z piłeczką tenisową i ogonem zagiętym w korbę, co fatalnie wróżyło na najbliższe godziny. Gacia ćwiczyła jogę na komodzie, pozostałe koty pozajmowały wszystkie fotele, tylko Perła spała w pokoju babci. Nagle pies zahamował z wizgiem przed telewizorem i wpatrzył się w ekran, nastawiwszy uszy. Z odbiornika wydobywał się nieco zniekształcony głos zagranicznego korespondenta. Garet w skupieniu przekrzywiał głowę raz w jedną, raz w drugą stronę, dotknął nosem ekranu, potem zajrzał za telewizor, a na końcu pod stolik.

– Garecik, pana tam nie ma. Pan jest w Tokio, a Tokio leży w Japonii – wyjaśniła Kaja głosem nauczycielki początkowych klas szkoły specjalnej.

– Boże, psychiatryk – wymamrotałam, przesuwając Kolesia, bo nie mogłam sięgnąć do popielniczki.

Garet wysunął głowę spod stolika, wziął do ręki piłkę tenisową i włożył sobie do paszczy.

– Mamuś, ty widzisz? Przecież on to po prostu bierze w palce!

– No, wiem. Mówiłam ci, jak otwiera zatrzaśniętą szafkę w korytarzu. Chwyta paluchami gałkę, zaciska je i ciągnie. Żadnego tam sztywnego walenia łapą. A Giertych szuka brakującego ogniwa.

– Wyślemy mu Gareta. Wykończy go w ciągu tygodnia! – ucieszyła się Kaja. Jakoś nie miałam wątpliwości, kto kogo…

– Cicho! Słyszałaś to? – uniosłam się w fotelu.

– Co?

– Ona grzebie pod moim łóżkiem. Ten wstrętny Ślepowron tam wlazł, nasrał i zagrzebał! – piekliłam się.

– O, zaraz nasrał. Może siusiu zrobiła…

Perła wylazła spod łóżka, spojrzała na nas niewinnie swoim jedynym okiem i lekkim truchtem podążyła do kuchni.

– Jeszcze raz zobaczę cię przy moim łóżku, to wyrwę ci ogon! – zawołałam za nią. – Paskudne, niewdzięczne potwory!

– Oj, mamuś, przesadzasz…

– Ja przesadzam? Ale to nie ty sypiasz w kuwecie! – Przyniosłam z łazienki ścierkę i wiadro z pachnącym środkiem myjącym i wymownie postawiłam na komodzie. Kaja z westchnieniem wydobyła się spod Liszki.

Groźba przedwczesnej zimy wprawiła mnie w fatalny nastrój. Poza tym bolały mnie plecy, a od akrobacji ciśnienia atmosferycznego kręciło mi się w głowie. Z irytacją zrzuciłam z narzuty dwie ogryzione kości, kawałek tostu oraz swoją zmemłaną skarpetkę i wlazłam do łóżka.

– Nie wierzę, że jutro będzie brzydko! No nie, co jest z tą kołdrą? Zbiegła się przy trzepaniu? Odwracam we wszystkie strony i nic! Wyglądam jak żółwik lądowy! – narzekałam. – A ty czego rżysz? – warknęłam do Kai.

– Bo jesteś taka śmieszna!

– I tyle na temat szacunku dla matki… – wysapałam przyduszona Garetem, który runął na mój brzuch i rozkrzyżował się zachęcająco. Wpadł w przelocie na ostatnie drapanie.

Śniła mi się Bakunia. Mięciutka, ciepła i pogodna. Od czasu pogrzebu już nie męczą mnie związane z nią koszmary. Kilka dni temu śniła się tej samej nocy Kai i mnie.

Ponieważ ranek wstał śliczny, więc postanowiłam zapalić znicze w ogródku dla naszych ukochanych najbliższych. Kilkoro ich tam leży. Weiss (wrodzona, ciężka wada serca), Dim (nosówka), Czarny Kot (samochód), Zuza (samochód), Stonka (samochód), Bakunia (nie wiadomo), Maksi (rak), Funiaczek (niewydolność krążeniowo-oddechowa z powodu wieku)…

 

Zanim wygrzebaliśmy się z Garysiem, niebo zachmurzyło się, zerwał się wiatr i spadły pierwsze krople deszczu. Postawiłam znicze pod czerwoną brzozą. Paliły się dość długo. Garet obserwował je ze zwieszoną głową. Pewnie kombinował, jak je chapnąć, nie parząc się przy tym, ale wyglądał, jakby się modlił…

Następny poranek był dziwnie jasny. Nic, psiakrew, dziwnego. Z nieba koloru owsianki leciały białe płatki, których liczne pokolenia całkowicie pokrywały ziemię. Garet nerwowo dobijał się do wszystkich możliwych drzwi. Pierwszy śnieg w jego życiu! Wylazłam z łóżka, chociaż ledwie dochodziła siódma. Garyś wypadł przed dom i pogonił za Wielką Szarą Kocicą, która udawała wycieraczkę. Na śnieg nie zwrócił najmniejszej uwagi. Potem wypuściłam go do piwnicy, żeby sobie pobiegł do ogródka. Wyglądałam przez okno, ale większa ilość śniegu też nie zrobiła na nim wrażenia. No tak, przecież urodził się w lutym, śnieg już zna. Pewnie pamięta okres niemowlęctwa. Wrócił zdyszany i mokry, razem z Wielką Szarą Kocicą. Popędziliśmy wszyscy na górę, Szara Kocica przodem. Ja wracałam z szarym cielskiem pod pachą, Garet z pantoflem Kai w zębach. Białe futrzane pomponiki majtały mu po obu stronach uśmiechniętej paszczy. Mnie majtał nienaturalnie długi, pręgowany ogon.

Garet, pobudzony polowaniem na kocicę, biegał od jednych drzwi do drugich w takim tempie, że nie nadążałam zamykać, wskutek czego polowanie na kocicę powtarzało się cyklicznie, co jeszcze bardziej pobudzało Gareta, a co za tym idzie, i babcię, która ponuro prorokowała, że przez tego paskudnego psa wymarzniemy na śmierć. Miała sporo racji, ale ja bym przypisała winę raczej źle działającemu piecowi i dziwnemu systemowi palenia. Zresztą ostatnio Irena przyznała rozbrajająco, że właściwie nie umiemy w tym piecu palić. Żuchwozwis totalny. Odkąd sięgam pamięcią, twierdziła, że to ja nie umiem. Podobnie jak wszystkiego innego. I nagle coś na kształt samokrytyki. Przyjrzałam się jej uważnie – może gorzej się czuje? Ale nie, wyglądała normalnie posępnie. Zatem mamy eksperymentować. Z piecem.

W południe Kaja wróciła z zakupów i Garet rzucił się ją witać, jak zwykle z kneblem w pysku. Tylko że tym razem w roli knebla występował zimowy but babci. Od razu stało się jasne, że mamy nowy problem. Wysokie buty do szafki się nie zmieszczą, a na ogromną szafę, na której przed psem chronią się nasze, babcia nie sięgnie. Na razie umieściłyśmy jej obuwie na parapecie w korytarzu, ukryte wśród kwiatków.

Garet, w szale powitalnej radości, natychmiast rozwiał moje złudzenia co do nowego kuchennego stołu. Wcale mu nie przeszkadzało, że jest mały, okrągły i niezbyt stabilny. Wskoczył nań jednym zwinnym susem, przylgnął do blatu, dopasował się do kształtu, i, zwinięty jak rolmops, kontynuował powitanie mojej córki.

W pół godziny później, kiedy Kaja usiłowała sprawdzić w Słowniku wyrazów obcych, co to zacz „futon”, nadal ją ogryzał.

– Fe! Fe! Mamuś, weźże go sobie, no popatrz, włożył mi łapę do kieszeni! Czemu on ciągle mnie się czepia?

– Teraz robi ci wyrzuty, że tak długo cię nie było.

– Fe! Garyś, odwal się! Nie liż Kopalińskiego. Bidet, bental… no właśnie, co to jest bental?

Kaja wpadła w typową słownikową pułapkę. Człowiek chce sprawdzić jedno konkretne określenie, ale po drodze napotyka inne, które go zainteresuje, potem kolejne i przepadło. Można tak spędzić cały dzień. Pod warunkiem, że nie ma się Gareta wczepionego w rękaw.

– No, trudno. Sam się o to prosiłeś – Kaja odłożyła słownik i rzuciła się na psa. – Ty kundlu paskudny! Ty konarze! Kto to słyszał, żeby konar tak gryzł? A widzisz? Jestem od ciebie silniejsza! – Oplotła go jak anakonda i, kotłując się, runęli na podłogę. Przytomnie odsunęłam nogi. Z komody przyglądała im się sceptycznie Liszka. Zwinęła przed sobą łapy i wyglądała, jakby miała białą mufkę. Marchew spała rzucona na boku, z podgiętymi łapkami i podbródkiem przyciągniętym do piersi jak upolowana łania. Wokół komody krążyła podekscytowana Gacia, machając ogonem jak plemnik. Rozruszała się, turlając po kuchni psią chrupkę.

Zapasy skończyły się porażką Kai, którą rozochocony Garet uszczypnął boleśnie. Obraziła się i pielęgnowała naburmuszona swoje rany. Garet, zziajany, ale wciąż promiennie uśmiechnięty, zainteresował się moim kubkiem, w którym stała woda z sokiem malinowym. Długi ozór zręcznie wśliznął się do środka.

– Garyś, fe! Przecież poproś, to ci dam! – Nalałam do jego miseczki. Wypił z apetytem, rozejrzał się po kuchni, starannie omijając wzrokiem indyka na swoim talerzu, i wytropił stojące na szafce kiszone ogórki. Aż się zapluł z pożądania. Przekąsiwszy ogórka, zainteresował się naszą kolacją. Twarożek ze śmietanką i szczypiorkiem. Wie już, że nie wolno mu żebrać, kiedy jemy. Więc nie żebrze. Ze stanowczością wozu terenowego wygramolił się na fotel, wepchnął na moje kolana i, odwróciwszy skromnie głowę od talerza, zapatrzył się obojętnym wzrokiem w przestrzeń. Twarożek bardzo mu smakował.

Zima zadomowiła się na dobre. Codziennie więcej śniegu. Miałam szczęście, że skończyłam prace w ogródku. Dzięki gorliwej pomocy Gareta wyglądał jak po intensywnym ostrzale artyleryjskim, ale to się wyrówna na wiosnę. Mam nadzieję, że do tego czasu Garet spoważnieje, bo zamierzamy założyć piękny, równy trawnik, a nie okopy. Na razie siedem arów naszego ogrodu nosi na sobie ślady wieloletniej pasji ogrodniczej Ireny. Połowa przeznaczona była na uprawę ziemniaków. Kompletny absurd tego przedsięwzięcia wyciskał mi łzy frustracji z oczu. Rycie, sadzenie, okopywanie, plewienie, tępienie stonki we wszystkich szkaradnych stadiach rozwoju, wykopki, ponowne rycie przed zimą… a następnie polowanie na rolnika, żeby kupić kilka worków ziemniaków. Oprócz tego Irena uprawiała marchew, pietruszkę, buraki, koperek, cebulę, czasami ogórki i pomidory, fasolkę szparagową, fasolę oraz zielony groszek. Z wyjątkiem motylkowych wszystko inne, zamiast w korzenie i owoce, całą parę pchało w liście. To, co w założeniu miało być jadalne, w kolejnych fazach wzrostu w niezrozumiały sposób zanikało. Zawodu nie sprawiały tylko porzeczki, maliny i wiśnie rosnące przy podjeździe. Oraz jałowiec, któremu udało się osiągnąć zdumiewającą wysokość kilku metrów, dzięki czemu mógł hojnie siać wokół wściekle jadowitymi, wbijającymi się we wszystko igłami.

Dwie ogromne jabłonie przy garażu stanowią żywy obraz powiedzenia o górze rodzącej mysz, za to zdziczała śliwka, przypominająca daleką krewną mirabelki, co roku obsypuje się nieprawdopodobną ilością owoców o straszliwie kwaśnej skórce. Śliweczki spadają i na wiosnę radośnie i gęsto śmigają w górę jako liczne, jeszcze bardziej zdziczałe potomstwo rodzicielki. W dodatku sprawiają wrażenie ukorzenionych na co najmniej cztery metry.

Jedynym elementem typowo ozdobnym są dwie grządki z kwiatami, które z zapamiętaniem hartuje Garet. No i moja z trudem wywalczona łączka za szpalerem tuj, na której oczyma wyobraźni widzę już huśtawkę z bali… Gdy Irena ogłosiła, że rezygnuje z upraw, przysięgłyśmy sobie, że na wiosnę wszystko się zmieni.

Dziś, w ramach eksperymentów z piecem, zagotowałam wodę w kaloryferach. Na szczęście babcia nie słyszała. W kotłowni, najcieplejszym miejscu w domu, na baraniej skórze biwakował Adolf. Kocurkowi i Koteczce zostały wełniane koce. Adolf na nasz widok jak zwykle zaczął drzeć gębę i lamentował tak rozdzierająco, że wreszcie Garet nie wytrzymał i przepłoszył go, zanim mi puściły nerwy.

Garet z jakiegoś powodu okazuje awersję do indyczej szyi. Na obiad zjadł trochę surowego mięsa i ravioli z serem, a indyczą szyję wziął delikatnie w zęby i zaniósł do pokoju. Przez chwilę chodził z tym cybuchem, potem zakopał na fotelu. Po powrocie ze spaceru uznał to miejsce za niewłaściwe. Po długim namyśle przeniósł ją na moje łóżko. Tak był zaabsorbowany zagrzebywaniem szyi w narzutę, że nie zauważył śpiącej tam Liszki i przykrył ją swoją imponującą kitą. Zafascynowane patrzyłyśmy, jak spod puszystego ogona wyłania się ruda głowa ze sterczącymi uszkami i wybałuszonymi oczami płonącymi jaskrawozielonym oburzeniem. Pogrzebawszy szyję należycie, Garet odetchnął z satysfakcją i usiadł w poczuciu dobrze wykonanego obowiązku. Niestety, na Liszce… To musi być okropne uczucie, kiedy własny tyłek nieoczekiwanie wylatuje w Kosmos.

Udało nam się opanować kryzys z piecem, zanim babcia udała się do piwnicy z jedzeniem dla obcych kotów. Gdy wróciła, zabrała się do układania pasjansa. Korzystając z chwilowej nieobecności Gareta, poszłyśmy do jej pokoju, żeby pozachwycać się Kolesiem, który spał najpiękniej na świecie, rozciągnięty na maszynie do szycia.

– Żebyś już psa nie wpuszczała do piwnicy, bo zaraz otworzy drzwi na zewnątrz, a ja je podparłam i zostawiłam szparę tylko jak na kota! – Irena spojrzała na mnie groźnie.

– Jasne – Pokiwałam potulnie głową, zastanawiając się, czy Garet zdążył już wrócić z piwnicy i czy ten łoskot, który słyszałam, to były wyrwane z zawiasów drzwi… I co się, do cholery, dzieje z Kają, że tak dziwnie się wije?!

– Bo nam ziemniaki wymarzną. Byłaś tam już? Widziałaś, że drzwi są podparte? – Moja matka wymierzyła we mnie asa pikowego.

– Tak, tak… pewnie. Szpara jak na kota – zapewniłam solennie i nagle zrozumiałam powód konwulsji Kai, która teraz już płakała. Za drzwiami balkonowymi stał uchachany Garet, a z przyciśniętego do szyby nosa para buchała mu dwoma strumieniami jak napalonemu bykowi.

Babcia, uspokojona, położyła asa na stole i obejrzała następną kartę z kupki.

– Jak na kota… – wymamrotałam, wykrzywiając się groźnie do uszczęśliwionego Gareta i wymachując rękami nad głową nieświadomej niczego babci. Chyba zrozumiał, kiedy markowałam gest podrzynania gardła. Niestety, w tym momencie moja matka rzuciła na mnie okiem. Wycofałam się z pokoju, szarpiąc wymownie golf, przykrywając powiekami wybałuszone krwiożerczo oczy i mając nadzieję, że wyglądam na kogoś zagryzanego przez własny sweter.

22.11.2006, środa

Naprawdę, miałam już nie pisać. Siedzę w domu, teoretycznie powinnam mieć więcej czasu, być wypoczęta i wyluzowana, ale wcale tak nie jest. Może mam mniej energii. I chyba obłąkany pies i pięć wszędzie lejących kotów zaczynają mnie wykańczać. Sytuacja mnie przerasta. Moja ukochana córka przywiozła mi nawet uspokajającą miksturę z apteki ojców Bonifratrów. Dziś trochę spróbowałam, ale tylko odrobinę. Nalewki ziołowe traktuję ostrożnie, bo dziwnie na mnie działają, odwrotnie, chyba mam fazy wchłaniania jak u kotów. Efekt był taki, że mnie z lekka zatchnęło, bo to na spirytusie, a zaraz potem Gacia dostała małpiego rozumu i darła się jak stare gacie, widocznie mój oddech woniejący kozłkiem obudził w niej głód narkotyczny. Na szczęście w kuchni była tylko ona, bo gdyby opadły mnie wszystkie, mogłabym skończyć jak Popiel, choć w roli gryzoni wystąpiłyby drapieżniki.

Miało być o kotach? Gacia najczęściej przesiaduje w kuchni – zawsze czujna i na stanowisku. Czasami drzemie na baraniej skórze na komodzie w moim pokoju, służącej jako kocie legowisko. To doskonały punkt obserwacyjny, widać cały pokój, a także od razu wiadomo, że ktoś pojawił się w kuchni, czyli można domagać się czterdziestego posiłku. Gacia jest zawsze bardzo, bardzo głodna. Zjada co najmniej równowartość swojej wagi i wciąż pozostaje smukła. Szczęściara. To znaczy jakoś podstępnie wydłuża się w kierunku podłoża, ale na boki ani trochę. Jest zbyt próżna, żeby tyć jawnie i typowo. Paraduje w swojej wytwornej jedwabnej piżamie prążkowanej wzdłuż, w kolorach od czerni, przez gorzką czekoladę, kawę z mlekiem aż po cynamonowy brzuch, i bez przerwy gada, mrużąc przejrzyste, skośne oczy w kolorze zimnej zieleni. Jej matka, Liszka, również ma intensywnie zielone oczy, ale to ciepły odcień, złotozielony. Jest płoworuda, z białą piersią i białymi skarpetkami. Duża, piękna kocica, ale jak na swoje gabaryty zdumiewająco lekka. Podejrzewam, że ma pneumatyczne kości, co pomaga jej wędrować po dachach i balkonach pierwszego piętra. Ja, jeśli jestem naprawdę mocno zmotywowana i mam się czego przytrzymać, potrafię wleźć na krzesło, toteż od wyczynów Lisi dostaję zawału.

Jednooka Perła, herbu Ślepowron, powiela wyczyny matki i podobnie jak ona, uwielbia się włóczyć. Jest wielkości trzymiesięcznego kociaka, a głos ma jak trąba jerychońska. Bardziej płowa niż ruda, od policzków przez podwozie biała, rozumie się, w białym obuwiu. Nos ma malutki, okrągły jak czarna perła. Stąd Perła. Mruczy ogłuszająco, łasi się nawet do stołu, toteż nic dziwnego, że zaczęła się łasić również do Gareta. To było już po etapie dotykania się nosami, ale i tak pies osłupiał i nie miał pojęcia, co z tym fantem zrobić. Nastawił uszy, a zmarszczone w zakłopotaniu czoło zjechało mu aż na nos. Perła, uznawszy, że lody zostały przełamane, zaanektowała fotel Gareta. Czasami łaskawie przenosi się na sąsiedni. Najchętniej wtedy, gdy próbuję usiąść wygodnie i wyprostować obolałe plecy. Jeśli pies zbyt intensywnie ją bada albo próbuje się na niej położyć, protestuje wielkim głosem. Czasami sypiają obok siebie. Pilnujemy tylko, żeby nie walił w nią łapą, bo jej mizerna konstrukcja mogłaby tego nie wytrzymać. Tłuczenia łapą Garet nauczył się od Gaci, która wyraźnie go nie lubi. Podnosi wrzask, ilekroć zbliża się do niej, a jeśli to nie skutkuje, syczy jak zacietrzewiona kobra i wali w pysk. Za trzecim razem Garet jej oddał i teraz wygląda to tak, jakby przybijały sobie piątkę.

 

Koleś też nie lubi, gdy Garet zbyt się spoufala. Stara się tego uniknąć, bo z natury jest pacyfistą i nie lubi konfrontacji, a jeśli nie udaje mu się uciec, wyje ponuro, z głębi trzewi. Gdyby on dał Garetowi w gębę, potrzebny byłby chirurg. Koleś, ogromne, powolne kocisko, wydaje się nieświadomy swojej siły. To raczej typ myśliciela. Jest słodki, łagodny i niezmiennie śmiertelnie poważny. Nawet w rzadkich chwilach szaleństwa minę ma bardziej zatroskaną i lekko zawstydzoną niż figlarną. Bury, z piękną, śnieżnobiałą piersią i białymi końcami łapek. A raczej łap, bo odnóża ma solidne jak średniej wielkości pies. Ogromne pazury służą mu wyłącznie do przytrzymywania się ramienia, kiedy się go tuli. Uwielbia sypiać w zgięciu nóg, pod kolanami. Wprawia się w dobry nastrój, mamląc własny brzuch, który w strategicznym miejscu wyłysiał. Jak na jego potrzeby Liszka zbyt szybko odstawiła go od piersi. Od początku była niecierpliwą i chimeryczną matką, a przez pierwszy rok okazywała swoim dzieciom otwartą wrogość. Przepadam za Kolesiem, chociaż leje bezczelnie pod kaloryferem w łazience i codziennie na podłodze widać potężną strugę zmierzającą do odpływu brodzika. Ale gdy spojrzy na mnie wielkimi złotymi oczami, serce zamienia mi się w galaretę. Koleś nie miauczy, odzywa się raczej rzadko, mówiąc skromnie: „Mi, mi…”.

Marchew, puchata biała kula z nielicznymi burymi łatami i sierścią miękką jak królik, jest spoza rodziny. Przybłąkała się jako maleńki, zagłodzony brudas i mimo że nasze koty długo traktowały ją fatalnie, była na tyle zdeterminowana, że została. Perła nienawidzi jej do tej pory, reszta ją ignoruje. Marchew, cierpliwa kotka o niesymetrycznych, skośnych oczach, z twarzy przypomina Japonkę i zachowuje się jak gejsza. Zawsze usłużna, przymilna, chętna do świadczenia usług fryzjersko-kosmetycznych. Kolesia kocha bezgranicznie, miłością wielką i bezwarunkową. Na początku traktowała go jak zastępczą matkę, bo przy swoim łagodnym usposobieniu jako jedyny jej nie odtrącał. Od tego czasu chodzi za nim jak cień, ma wbudowany jakiś radar, dzięki któremu bezbłędnie wykrywa miejsce jego pobytu. Tuli się do niego, myje go, obejmuje łapami, owija się wokół niego, aż czasami Koleś opędza się od niej jak od natrętnej muchy. Kiedyś widziałam, jak się na nią zamachnął, ale zastygł z uniesioną łapą, spojrzał niepewnie na swoją pięść, jakby zdumiony, że nerwy go poniosły, i opuścił ją bardzo powoli. Marchew uwielbia być głaskana, wije się wtedy, jakby nie miała kości, i mruczy jak szalona. Nie umie miauczeć, odzywa się mniej więcej raz na kwartał, popiskując i ćwierkając na progu słyszalności. Ostatnio naraziła mi się fatalnie, bo zaczęła sikać na frędzle zabytkowego dywanu, który zniosłam z piętra głównie po to, żeby móc swobodnie położyć się w czasie gimnastyki. Futrzak nie spełniał swojej roli, bo zawsze Garet zajmował go przede mną.

Lubię ten dywan, więc od razu przygotowałam bardzo pachnącą mieszankę piorącą.

Po zabiegach czyszczących Garet dostał ataku kichania, a Gacia z zagadkową miną przyglądała nam się z komody. Na wszelki wypadek wymieniłam czystą jeszcze kuwetę. Wracając z piwnicy zauważyłam, że drzwi, które zostawiłam przymknięte, są otwarte. Odstawiłam kuwetę i poszłam prosto na górę. W korytarzu, zanurzona wygodnie w wełnianej narzucie, mrugała pomarańczowymi oczami Wielka Szara Kocica. Warknęłam, Garet pisnął nerwowo i wszyscy troje runęliśmy po schodach. WSK próbowała zwodu, ale zawróciłam ją długą łyżką do butów i oboje z Garetem popędzili do piwnicy.

WSK ze swoim kwadratowym łbem i uszami zebranymi w węzeł na czubku głowy pojawiła się na naszym balkonie rok temu razem z dwojgiem dzieci, wówczas jeszcze prawie ślepych. Dołączyła do grona dożywianych kotów – Bandziora, Plamki i Brodacza. Bandzior i Brodacz zginęli pod kołami samochodów, Plamka zaczęła częściej bywać we własnym domu, a WSK i jej dzieci – Kocurek i Koteczka – zostały. Zimę spędziły w kotłowni, wylegując się na starych kaszmirowych swetrach, a w ciepłych porach roku nie ruszały się na krok z balkonu, wprawiając w panikę nasze przewrażliwione koty. Kocurek jest wiernym odbiciem matki, ale w sympatycznym wydaniu. Koteczka też jest szara, ale z płowym odcieniem i ma ładną, okrągłą mordkę. Dni spędzają na balkonie, przyklejone do drzwi, noce w kotłowni. Oprócz koców zniosłyśmy tam też baranią skórę, bo do Szarej Rodziny dołączył Adolf, który po odpasieniu przestał przypominać z gęby historycznego niemieckiego wodza, ale imię pozostało. Parę dni temu ze zgrozą zauważyłyśmy, że oprócz tych czterech otłuszczonych kotów w piwnicy zamieszkał malutki, może dwumiesięczny niemowlak – czarny z białym podwoziem. Na razie ukrywa się i można go zauważyć tylko czasami, kiedy przemyka do misek. Wolę nie myśleć, co tam się jeszcze pojawi. Najwyraźniej po okolicy rozeszła się wieść, że pod tym adresem jest hotel z niezłą kuchnią…

23.11.2006, czwartek

Dzień zaczęłam od ścierania podejrzanych plam sprzed drzwi wejściowych. Powędrowałam na piętro, żeby wyczyścić kuwetę w łazience, ale była sucha. W fotelu na korytarzu samotnie drzemał Koleś. Wzięłam go pod pachę i zaniosłam go do łóżka Irenie, która dochodziła do siebie po zakupach. Każda wyprawa do miasta ją męczy, ale nie chce z tego zrezygnować, bo jest to jakiś rodzaj rozrywki. Oprócz tego pozostają jej tylko książki, pasjanse, robótka na drutach i telewizor. I ulubione zajęcie – krytykowanie wszystkiego oraz wieszczenie wszystkich możliwych okropności, jakie wydarzą się z całą pewnością w najbliższym czasie. Powoli przekonuję ją do antydepresantów – już prawie się zgodziła. Mam nadzieję, że zacznie brać, zanim obie całkiem ześwirujemy. A, zapomniałabym – jeszcze jednym ulubionym zajęciem babci są potyczki z Garetem.

Fascynacja Ireną psu nie mija, powiedziałabym, że się nasila. Potomek Belzebuba najwyraźniej uzależniony jest od adrenaliny i uwielbia ekstremalne sytuacje. Gdyby mógł, skakałby na bungee, a ponieważ nie może, więc prowadzi ryzykowne gry z babcią. Wykorzystuje każdą możliwość, żeby wkraść się na zakazany teren, czyli do jej pokoju. Najczęściej wypada stamtąd goniony jej wściekłym wrzaskiem i krwiożerczymi obietnicami okropnej śmierci. W pysku dzierży ukradzione rajstopy, skarpetki czy choćby chusteczkę do nosa. Karcenie i zakazy nie skutkują. Ilekroć Irena człapie do siebie z jakąś przekąską, Garet przybiera tę cudną pozycję paradującego Pluta, to znaczy zadziera głowę i ogon, wypręża się i ruszając nosem jak królik, podąża tropem mojej matki i towarzyszących jej tajemniczych woni. Ponieważ oczy ma przymknięte z rozkoszy, więc czasami w ostatniej chwili uchyla się i odskakuje, aby uniknąć odwetu rozjuszonej Ireny. Zresztą każdy atak traktuje jak wstęp do świetnej zabawy – przysiada na przednich łapach i poszczekuje zachęcająco. Pewnie spryciarz wie, że groźne warczenie Ireny to poza maskująca szlachetne, prawe serce pełne bezbrzeżnej miłości do zwierząt.