Garet dorasta

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Copyright © by Joanna Szarras, 2012

All rights reserved

Redaktor

Hanna Kossak-Nowocień

Projekt okładki i stron tytułowych

Agnieszka Herman

Rysunek psa

istockphoto © Matthew Hertel

Opracowanie graficzne i techniczne

Barbara i Przemysław Kida

Wydanie I

ISBN 978-83-7506-622-7

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853-27-51, 61 853-27-67

www.zysk.com.pl

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o.

Od autora

Człowiek nigdy nie wie, co uczyni jego życie kompletnym. Czasami może to być po prostu bezpański pies.

Pewnego dnia w naszym domu pojawił się szczeniak, przypominający owłosiony konar. Kudłaty, arogancko pewny siebie, tym błogosławionym przekonaniem, które posiadają niektóre jednostki ludzkie – JESTEM NAJWIĘKSZYM DAREM DLA ŚWIATA. Od tej pory i świat, i dom stanęły na głowie. Mały Garet, z pełnoobjawowym ADHD, lękiem separacyjnym i nieprawdopodobną pomysłowością, konsekwentnie obracał nasz dom i zdrowie psychiczne w ruinę. Był tak absorbujący, że niepostrzeżenie zmieniał strukturę rodziny, burząc wieloletnie nawyki oraz wydobywając z nas i najgorsze, i najlepsze cechy. Jego dzieciństwo opisałam w książce Garet, fe!. Drugi tom jest kontynuacją przygód Gareta. Szczeniak ma już osiem miesięcy i rośnie, co nie znaczy, że dojrzewa. Za to w naszym życiu stopniowo następują przemiany.

Nie polecam opowieści o Garecie ludziom lubiącym zwierzęta w sposób zdroworozsądkowy; wręcz odradzam czytanie. Ten specyficzny pamiętnik dedykuję tym, którzy kochają zwierzaki całym sercem, jak pełnoprawnych partnerów – czujących, myślących. Wyjątkowych już choćby dlatego, że nigdy nie zdradzą, nie kryją się za maskami, a swoje uczucia wyrażają w sposób otwarty i jednoznaczny.

Książkę dedykuję mojej wspaniałej rodzinie - mamie Irenie, córce Kai, bratu Markowi oraz cudownej kobiecie, miłośniczce zwierząt, a zwłaszcza psów i koni – Grażynie Strumiłowskiej. Nie mogę zapomnieć także o zwierzętach – Garecie, kotach i niedawno adoptowanym godnym następcy Gareta - Dinie.

Garet dorasta

27.10.2006, piątek

Ciekawe, czy są ludzie, którzy pamiętają, co działo się przed tygodniem. Jeśli, naturalnie, nie był to kataklizm albo pożar, w którym spłonął ich dom. Ja nie pamiętam, co działo się dnia poprzedniego. Dlatego robię hasłowe notatki, które potem uruchamiają mi pamięć. Niestety, te notatki muszę potem przeczytać.

– Cholera!

– Co znowu zepsułaś? – zainteresowała się moja córka.

– Nic nie zepsułam. Chodź tu, pomóż mi to odczytać. To chyba było coś ważnego, bo widzę, że nawet potem poprawiałam, żeby było wyraźniej…

– Wyraźniej? – zapytała z przekąsem Kaja, wpatrując się w notatnik. – Które masz na myśli? – Te trzy pierwsze.

– Aha. Uuubłeee? Ublony? Co, jednak nie? Czekaj, teraz będzie najtrudniejsze. Odroooo… Nie używasz dużych liter?

– Mogłam użyć – warknęłam.

– Hm… to drugie to może być „d”. Tak, raczej „d” niż „b”. Chociaż… jeśli się wpatrzyć uważniej…

– Dawaj to. Za bardzo się wczuwasz.

– No cóż, po prostu to zeskanuj. Może ktoś odczyta…

We wtorek Irena, po moich namowach, wybrała się do okulisty. Według mnie to, co zrobiło jej się w oku, to nie zapalenie spojówek. Chyba coś na rogówce. Wróciła wściekła i wyczerpana. Mogła próbować jeszcze raz, około południa, ale kolejnej wyprawie nie sprostałaby kondycyjnie. Jeśli nie, to następnego dnia przed siódmą do rejestracji, a później jeszcze raz do lekarza.

Jeden okulista na pięćdziesięciotysięczny rejon to rzeczywiście nie jest dużo. Można ostatecznie iść prywatnie, ale kiedy człowiek pomyśli, ile co miesiąc potrącają na NFZ, to wolałby to wykorzystać.

Z westchnieniem nastawiłam sobie budzik na szóstą. Oczywiście, moja matka padnie, a nie poprosi, bo nie ma tego zwyczaju. Ale nie daj Boże, gdybym się sama nie domyśliła. Wypomni mi to w długiej, kwiecistej przemowie za dwadzieścia lat. Mogłaby dawać lekcje prokuratorom oskarżającym o najcięższego kalibru zbrodnie. A gdyby ją postawić na sali sądowej, oskarżonego o kradzież pudełka zapałek, i to w procesie poszlakowym, posłałaby za kratki na dożywocie.

Po południu pojechałam do Krakowa, na grupę rozwoju osobistego, a gdy wróciłam późnym wieczorem, od furtki trasę wyznaczały moje ubrania. Spodnie od dresu, podkoszulek, polar, sweter i stanik od stroju kąpielowego. Garet powitał mnie z nocną koszulą w zębach. Musieli wcześniej być na spacerze w ogrodzie, bo z trudem ją rozpoznałam. W każdym razie nie po kolorze.

Od razu wiedziałam, że ze snem będzie ciężko. Garet, wciąż cierpiący na chorobę sierocą po poniedziałkowym wyjeździe Kai, biegał po całym domu świszcząc, stękając i z dzikim uporem otwierając wszystkie drzwi. Nawet w najbardziej ospałym nastroju jest trudny do zniesienia, a wyprowadzony z równowagi może doprowadzić do szału cały oddział chorych na katatonię.

Około północy pozamykałam wszystkie drzwi na klucz, więc z konieczności ograniczył się do skakania na klamki, co było równie irytujące, ale przynajmniej zlikwidowało większość przeciągów w domu. Jedynymi spokojnymi elementami były koty, śpiące głęboko w najcieplejszych i najwygodniejszych miejscach. Czuwał tylko Koleś. Siedział na umywalce i wpatrywał się posępnym wzorkiem w leżący w niej kawałek wapienia z amonitem, który czekał od poniedziałkowego spaceru na wyszorowanie.

– Mi, mi, mi! – zawołał na mój widok, gruchnął na podłogę i kolebiącym się truchtem podążył do misek, dając do zrozumienia, że babcia postanowiła go zagłodzić. Prawdopodobnie ostatni posiłek skończył dobre pół godziny wcześniej i potężne ssanie w żołądku nie pozwalało mu zasnąć, a z amonitem nie zdołał nawiązać kontaktu mentalnego.

Gdy nakarmiłam już wszystkie obecne w domu koty i Gareta, za drzwiami wejściowymi włączyła sygnał alarmowy Perła, więc wpuściłam ją i cały proces rozpoczął się od nowa. Kiedy szłam spać, Perła jeszcze z charkotem mordowała, wywleczony z Garetowego talerza, kawał mięsa wielkości swojej głowy. Wyciągnęłam spod Kolesia, Gaci i Marchwi kawałek kołdry i mniej więcej udało mi się okryć. Garet jeszcze przez chwilę tupał po domu, potem przyniósł sobie z kuchni gumową kość i zaczął grać. Wylazłam z łóżka, odebrałam mu instrument i kazałam iść spać. W odwecie zabrał mi pantofel i tłukł nim zapamiętale o podłogę. O trzeciej obudził mnie łoskot. To nasz piesek otwierał drzwi do piwnicy. Nie mogłam sobie przypomnieć, czy zamknęłam je na klucz… nie zamknęłam. Przez jakiś czas kotłował się w ogródku, możliwe, że gonił koty. Potem z piwnicy, z worka z plastykiem, przyniósł pięciolitrową butlę po wodzie, obecnie zredukowaną do kształtu zdeformowanego naleśnika, ale robiącą wciąż wystarczająco dużo hałasu. Wśród kotów zapanowało krótkotrwałe poruszenie, ale szybko zorientowały się, że to tylko nasz obłąkany pies i zasnęły, wzdychając. Wstałam, odebrałam mu butelkę, nawarczałam i położyłam się z powrotem. Garet, pozbawiony zabawki, wskoczył na mnie zabłoconymi, zimnymi łapami i z głuchym jękiem uwalił się na mojej klatce piersiowej. Teraz ja wydałam jęk, dla odmiany bolesny, i z trudem wywalczyłam sobie trochę miejsca między zwierzętami.

Otworzyłam oczy przed szóstą i spojrzałam wprost na Gareta, który wisiał nade mną zmarszczony w głębokim namyśle. Zerwałam się w panice, zanim ten namysł czymś zaowocował. I tak musiałam wstać…

W kolejce do rejestracji stałam godzinę. Na szczęście tego dnia rejestrowano więcej niż piętnaście osób i babcia się załapała. W drodze powrotnej zrobiłam zakupy i było mi naprawdę ciężko. Z Garetem przezornie przywitałam się najpierw przez pręty furtki. Jeśli miałam nadzieję, że osłabi to jego zapał – myliłam się. Skupiona na tym, żeby szybko wcisnąć się przez szparę i natychmiast zamknąć furtkę na klucz, miałam niewielkie możliwości obrony. Garet w rozpędzie zahaczył mnie w palec pazurem, z bólu wypuściłam pięciolitrową butlę z wodą, na której natychmiast zakleszczył paszczę. Klnąc z furią, stałam w kałuży wody mineralnej, tuląc do piersi dwa woreczki mleka i opędzając się przed zbzikowanym kundlem zranioną ręką.

W progu potknęłam się o swoje spodnie od dresu zasupłane z ręcznikiem, dalej leżał stanik od bikini w takim stanie, że musiał zostać pochowany, a następnie ekshumowany co najmniej trzy razy. W kuchni na podłodze poniewierało się dziwnie płaskie pudełko z herbatą miętową, którą kupiłam poprzedniego dnia, a na stole, z wygryzioną okładką, moja ulubiona książka. Czytałam ją właśnie po raz n-ty i pierwotnie znajdowała się na półce nad łóżkiem. Skretyniały szkodnik uwalił się na plecach w fotelu przy stole i łypał radośnie, uśmiechnięty od jednego kłapciatego ucha do drugiego. Wykazałam mnóstwo hartu ducha i nie zadusiłam go.

W południe zjawił się nasz młody sąsiad, Paweł, z którym byłam umówiona pół roku temu. Miał naprawić wypadające drzwiczki od pieca c.o. oraz umocnić zamek przy furtce, a raczej to coś, do czego wchodzi języczek zamka, a co jest przymocowane do ściany. U nas zostało przymocowane do samego ocieplenia, toteż drżałam na myśl, że pewnego razu nie wytrzyma naporu tęsknoty opuszczonego Gareta i osamotniony kundel wraz ze swoją deprywacją emocjonalną zginą marnie pod pierwszym przejeżdżającym samochodem.

 

Od tej chwili zaczął się sądny dzień. Paweł musiał podjechać ze sprzętem pod drzwi piwnicy, wskutek czego brama została otwarta, jednocześnie wymontował to coś ze ściany i z drugiej strony domu była niedomknięta furtka. Paweł co jakiś czas musiał się ze mną skontaktować, ja zaś musiałam zapanować nad szalejącym w domu niepoczytalnym psem, który kompletnie nie mógł zrozumieć, dlaczego nie wolno mu okazywać gorących uczuć nowemu wujkowi. Pies-pomyleniec usiłował wydostać się na zewnątrz przez piwnicę, przez drzwi wejściowe, przez drzwi balkonowe i przez okno. Dwukrotnie złapałam go tuż przy ulicy, byłam wściekła, rozdygotana i momentami robiło mi się słabo. Wreszcie zamknęłam świra w kuchni i poszłam do piwnicy szukać odpowiednio dużej nakrętki. W sekundę później pojawił się tam Garet. Wciąż jeszcze osłupiała, złapałam go za kark i zapędziłam do domu. Tu okazało się, że drzwi do kuchni nadal są zamknięte na klucz, a te od pokoju otwarte. Była tylko jedna możliwość – dokonał cudu i przelazł przez wysoką, długą i szeroką komodę. Jeden rzut oka na pokój uświadomił mi, że komody jednak nie pokonał, za to, wlazłszy na łóżko, przecisnął się przez wąską szparę pomiędzy komodą a dużym, stojącym lustrem, odsunąwszy uprzednio masywny stolik z telewizorem. Telewizor balansował na krawędzi stolika, a wazonik z różą ozdabiał podłogę. Zasłoniłam deską nieszczęsną szparę i tym razem zamknęłam potwora w pokoju. Zanim dotarłam do Pawła, pies już tam był i wcisnąwszy mu się w objęcia, lizał go po twarzy. Zawyłam z wściekłości i zapędziłam go do domu. Pokonał deskę i odsunąwszy telewizor, przedostał się tym razem przez kuchnię. Po drodze zdążył wstąpić do pokoju babci i wywlec jej rajstopy. Doniczka z zakupionym kilka dni temu bardzo oryginalnym kwiatkiem turlała się po podłodze. Obok, zasypany ziemią, ale cały, leżał pojemnik w kształcie gruszki, z masy perłowej i mosiądzu, w którym przechowujemy pazury zgubione przez Funiaczka. No dobra, wiem, nie jest to w pełni normalne, ale w obliczu tego, co robi Garet…

Kiedy wyszłam zamknąć bramę wjazdową za samochodem Pawła, pies zbliżał się właśnie do krawężnika, kompletnie lekceważąc pędzące ulicą samochody. Ależ ucieszył się na mój widok! Roztrzęsiona i wyczerpana do ostateczności, zabarykadowałam dom od środka. Furtka nadal nie funkcjonowała, bo Paweł nie zdążył i miał skończyć pracę następnego dnia.

W czwartek przytomnie założyłam Garetowi kolczatkę i smycz, zanim przyszedł Paweł. Teraz pies spokojnie mógł witać się z nim co piętnaście minut od nowa. Czochrając roześmiany pysk, Paweł powiedział, że początkowo miał wrażenie, że widzi swojego dawnego psa albo jego potomka. Mieli ponoć identycznego. Też z Krakowa. Zachowywał się tak samo. Nadpobudliwy, groźnie pomysłowy, niereformowalny, pełen miłości do całego świata i wszystkich ludzi. Notorycznie uciekał, trzy razy potrącił go samochód, szkód w domu narobił na kilka tysięcy i po kolejnej ojciec Pawła oddał go komuś na wieś. Jest to dowód na to, że Garetowa rasa istnieje i ma tak genetycznie.

Po południu furtka działała, a ja cieszyłam się myślą, że nie trzeba wymieniać pieca, wystarczy zamontować pompę wspomagającą obieg wody. Tak przynajmniej stwierdził Paweł, czyli fachowiec, po oględzinach naszej instalacji c.o., kiedy już oczy mu wróciły do właściwych rozmiarów. Zaofiarował się, że zrobi to od ręki, poza terminami. Piec wymieniałby dopiero wtedy, kiedy zacznie przeciekać, bo szkoda kosztów. A zbiornik kontrolny czy też wyrównawczy, który jakiś geniusz zamurował w ścianie łazienki na piętrze, też na razie by zostawił. Jeśli do tej pory jakimś cudem nie pękł, to może jeszcze wytrzyma. Moja radość trwała, dopóki do kuchni nie przyczłapała moja mama.

– On nie ma racji, ta pompa jest u nas niepotrzebna – zaczęła konwersacyjnym tonem.

– Co ty mówisz? Wreszcie wszystkie kaloryfery będą ciepłe! W domu przestanie być tak śmiertelnie zimno, palenie będzie bardziej efektywne!

– U nas i tak ten piec grzeje jak szalony. Zaraz woda gotuje się w kaloryferach. Potrzebujemy czegoś, co spowolniłoby grzanie – oznajmiła z niezachwianą pewnością siebie.

– Ale przecież nie chodzi o to, żeby piec ogrzewał sam siebie! W domu jest dwanaście stopni, kaloryfery w kuchni i na piętrze w tym pionie nie grzeją, tak samo w łazience, a reszta, z wyjątkiem tego w twoim pokoju, jest ciepła tylko górą! Nic dziwnego, że woda się gotuje, jeśli ma do dyspozycji tylko dwa grzejniki!

– Ja lepiej wiem, jak nasz piec się zachowuje. Nie ma potrzeby wpędzać się w koszty przez jakąś pompę.

– Ale przecież oszczędzasz cztery tysiące!

– On się nie zna. Jakby się udało jakoś spowolnić…

– Dobrze. Koniec tematu.

– Z tobą w ogóle nie można porozmawiać! Zaraz się wściekasz! – zirytowała się.

– Powiedziałam – dość na ten temat. Przekonałaś mnie. Mamy wspaniałą instalację, wszystko działa ze stuprocentową wydajnością. W zimie będziemy otwierać okna, żeby się nie usmażyć – dygocząc ze złości, pobiegłam do ogródka. Byłam zbyt wściekła, żeby wytrzymać na ławce. Wytypowałam suche drzewka do wykopania i mój wzrok padł na Gareta bawiącego się obok grządki truskawek. Wykopał już spory grobowiec i właśnie usiłował w nim pochować wełnianą poduszkę.

Wieczorem zniosłam z góry Wielką Szarą Kocicę, przez pół drogi przyczepioną do świeżo wypranego dywanika z łazienki, na którym spała. Gdy wypuściła dywanik z pazurów, wyrzuciłam ją do piwnicy. Dałam czwartą kolację kotom i pierwszą Garetowi, odczepiłam Kolesia od garnka z mlekiem, odebrałam Garetowi rajstopy babci i ukradkiem podrzuciłam jej do pokoju, rozbiłam trzy szklanki, pozmiatałam szkło i poszłam spać. Tym razem Garyś ułożył się bez protestów na swoim fotelu i ledwie zasnął, zaczął chrapać tak donośnie, że oblegające mnie koty co chwilę podnosiły głowy. Pół nocy przecmokałam i przegwizdałam. Bez skutku. Garet poprawiał się z udręczonym stękaniem i zaczynał z nową siłą. Uspokoił się dopiero nad ranem, kiedy wepchnął się na piątego do mojego łóżka.

30.10.2006, poniedziałek

Piątek jeszcze był cudny. Mnóstwo liści opadło z drzew i od ziemi bił ciepły blask, a za każdym samochodem unosił się wirujący złoty welon. Powietrze pachniało odurzająco dymem z ognisk i więdnącą roślinnością. Szłam powoli, bo uginałam się pod lawiną zakupów. Musiałam odnowić zapasy mięsa dla Gareta, a przy okazji kupiłam parę innych ciężkich rzeczy. Cały teren wokół domu, wzdłuż obu ulic, usiany był stosami śmieci. W większości były to kolorowe strzępy podobizn lokalnych polityków. Walka zaczęła się parę tygodni przed wyborami. Właściwie mogłam zrozumieć te niszczycielskie zapędy, bo w naszej dzielnicy rozklejono oblicza rzadkiej urody, a bijąca z nich szczerość i dobrotliwość każdego przyprawiłyby o krwiożercze skłonności. Ale dlaczego te szczątki muszą zdobić nasz dom?

– Jeśli zobaczę, że ktoś przykleja plakat na słupie przy naszym ogrodzeniu, to sama go zedrę i wepchnę mu do gardła! – piekliła się Kaja.

Kiedy zaczęłam obierać ze skóry doczesną powłokę indyka, zleciał się cały zwierzyniec z wyjątkiem Kolesia, który zażywał na moim łóżku zasłużonego wypoczynku po wyczerpująco przespanej nocy. Na czele stał Garet z płonącym chciwością wzrokiem. – Oszalałeś? Przecież to jest obrzydliwe. Nie będziesz jadł skór. Dla ciebie będzie mięsko po upieczeniu. Garet jednak miał na ten temat własne zdanie. Wepchnął się pomiędzy Gacię i Marchew i porywał im sprzed nosa rzucane przeze mnie okrawki.

– A, rób, co chcesz. Koleś! Koleś, wstawaj, może coś przekąsisz?

– Nie wołaj go! Chcesz go zabić? – zdenerwowała się Kaja. – Jak zdechnie z otłuszczenia, to sama będziesz kopać dołek!

– Żartujesz chyba! Do takiego dołka to trzeba będzie kogoś wynająć. Chyba że Garet pomoże. Koleś!

– Ale z ciebie wstrętna baba!

Koleś nie dał się skusić, a może nie słyszał, śniąc o następnym posiłku. Za to Garet postawił sobie za punkt honoru zeżreć indyka na surowo. Co wcale nie przeszkodziło mu w pół godziny później pochłonąć trzech talerzy pierogów leniwych. Zdołał jeszcze spróbować trochę pieczonego mięsa, ale odstąpił je Perle, która wpadła się pożywić po wielogodzinnej włóczędze i jak po sznurku trafiła do jego miski.

Po obiedzie wyszliśmy na słońce. Garet prezentował pełny zespół nadpobudliwości, ja drzemałam skurczona na ławce, a Kaja, siedząca obok, robiła nam prasówkę. Kolejny artykuł o teorii ewolucji w tym samym tygodniu okazał się ponad moje siły.

– Jezu, jaki wstyd! – jęknęłam. – Przestań! Jakby mało było kompromitacji, na jaką ustawicznie naraża nas rząd, to jeszcze zaktywizowali się panowie G.

– Ale posłuchaj, to jest naprawdę dobre! „Koledzy z instytutu śmiali się, że Bóg mnie stworzył razem z dinozaurami – mówi prof. Adam Proń, obecnie pracujący w Grenoble”…

– Ze smokiem wawelskim, którego doskonale pamiętają najstarsi Polacy… To są ci sami, którzy pamiętają krasnoludki. A krasnoludki uległy mutacjom, które, jak słusznie twierdzi profesor Giertych, są bez wyjątku szkodliwe. Więc tak rosły, rosły i rosły, aż przerosły normalnych ludzi i stąd wywodzi się sławny ostatnio ród… Założę się, że cały cywilizowany świat pęka ze śmiechu! Chyba już z dwojga złego wolę, żeby nas uważali za pijaków niż za kretynów.

– A czytałaś o pomyśle utworzenia tych szkół specjalnych dla trudnej młodzieży? Przecież taki człowiek byłby naznaczony na całe życie. Na przykład ta dziewczyna, która…

– Wiem, czytałam, teraz pracuje z trudną młodzieżą. To nie jest sposób na zwalczanie przestępczości. Ja proponuję stworzenie także szkół specjalnych dla wyjątkowych szkarad. Całe rodziny by się tam znalazły… Jakby je odizolować wystarczająco wcześnie, to społeczeństwo by na tym skorzystało…

Garet do reszty stracił cierpliwość i nerwowym szczeknięciem włączył się do dyskusji. Wzrok miał bystry, a odwinięte wargi zdawały się formułować słowa. Jeszcze chwila, a obali jakąś teorię… Ale nie, rozmyślił się i złapał mnie za rękaw.

– A idźże, ty brakujące ogniwo ewolucji!

Wieczorem poczuł przypływ energii. Właśnie przeglądałam w przygnębieniu program telewizyjny.

– Nie do wiary, po prostu nic nie ma! To znaczy nie, jest Most na rzece Kwai, jakie szczęście, kawał czasu, był dopiero tydzień temu!

– Rzeczywiście – przypomniała sobie Kaja. – A gdzie jest teraz?

– Wciąż w tym samym miejscu – warknęłam, wydzierając Garetowi pantofel z zębów. Odczepił się tylko po to, żeby otworzyć wszystkie drzwi. Ostatecznie skorzystał z tych do piwnicy. Przyniósł sobie z ogródka ubłoconą poduszkę. Kiedy zamordował ją już na śmierć, a my zdążyłyśmy pozamykać drzwi, otworzył wszystkie ponownie i tym razem przytruchtał z piłeczką tenisową. Można ją było poznać tylko po wielkości, bo była całkiem łysa, a łysina miała kolor ziemi. Piłeczka zaraz wturlała się pod moje łóżko. Garet obejrzał się na nas, a nie widząc żadnych przejawów dobrej woli, przewrócił oczami, westchnął i zaczął wciskać się jej śladem. Nogi mu się rozjechały i ostatecznie dokonał dzieła, leżąc na boku.

– Zanosi się na spokojny wieczór – zagadnęłam pogodnie, bo pies utknął pod łóżkiem i wyglądało na to, że już tam zostanie. Prawie się odprężyłam, gdy spod łóżka wydobył się gorączkowy chrobot. Za chwilę pojawił się czarny pysk zaciśnięty na odrażającej piłce. Za nim wychynęła reszta głowy z dramatycznie wybałuszonymi oczami.

– Przygotuj muskuły – uprzedziłam Kaję. – Trzeba będzie podnieść łóżko, bo się oskalpuje.

– O Boże, oczy mu wypadną!

– To mu włożysz z powrotem. Nawet nie zauważy…

Garet, sapiąc w desperacji i żłobiąc pazurami rowki w deskach, wyczołgiwał się na zewnątrz. Uparty jest jak szatan, więc w końcu mu się to udało. W nagrodę podzieliłam się z nim kanapką z pleśniowym serem. Zjadł ze smakiem.

– Widzisz? Pies wie, co dobre…

– Fuj, obrzydliwi jesteście obydwoje!

Poprawił sobie muesli z miodem, ze dwadzieścia razy otworzył wszystkie drzwi, opędzlował kotom chrupki, wrzucił mi podstępnie do łóżka zmemłaną kość, przyniósł z łazienki mój polar i podścieliwszy go na fotelu, ułożył się do snu. O północy chrapał, aż szyby w oknach drżały.

Dziś byłam na ostatnim szkoleniu w Krakowie. Ćwiczyliśmy rozliczanie wniosków unijnych. Towarzyszyły temu chóralne jęki i pełne udręki westchnienia. Ci, którzy nie spali, narzekali, że to najgorsze zajęcia. Kompletnie nie mogłam zrozumieć, dlaczego. Wszystko wydawało mi się jasne i oczywiste, a liczne zadawane pytania kompletnie idiotyczne.

– Ty to już skończyłaś? Wszystko? – zdziwiła się Dorota, patrząc na mnie załzawionymi z otępienia oczami. – Widzisz, odkryłaś swoje powołanie! Ty nie jesteś artystką, tylko księgową!

 

Wzdrygnęłam się nerwowo. Co jakiś czas uaktywnia mi się rodzinny gen ekonomistów, ale jest to tak obce mojej duszy, że wypieram z całych sił. Zdołałam nawet wszystkim wmówić, że mam rodzaj dysleksji arytmetycznej. I sama w to mocno wierzę. Księgowa, też coś.

Popołudnie wciąż było pogodne. Opadłe liście pachniały gorzkawo-słodko, klony jarzyły się wszystkimi odcieniami żółci. Olgerda jak zwykle nie poznałam, ale przez tyle lat już się do tego przyzwyczaił. Wie, że mój umysł rzadko przebywa w tym samym miejscu, co ciało. Swego czasu bawiliśmy się świetnie w tej samej redakcji. Z wykształcenia historyk, jest nie tylko dziennikarzem, ale pisarzem, poetą i budzącym powszechny strach błyskotliwym złośliwcem tępiącym bezlitośnie głupotę, chamstwo i hipokryzję. Nietypowe imię nosił dzięki pomyłce średnio trzeźwego urzędnika, której to pomyłki ojciec, ogłupiały ze szczęścia po narodzinach potomka, nie zauważył. Teraz Olgerd holował do domu siedmioletnią córkę i kilkunastomiesięcznego synka. Tymon dreptał, zataczając się, jak po długotrwałym nadużyciu. Co parę metrów przewracał się, pozwalał podnieść i otrzepać starszej o kilka lat Martynie, po czym, nie zmieniając pogodnego wyrazu twarzy, niezrażony ruszał ku kolejnemu upadkowi. Wańka-wstańka. Olgerd pochwalił się, że synek wypowiedział już pierwsze słowo. – Daj!

– No proszę, osobowość nowoczesna! – ucieszyłam się.

– A ty? Ze szkolenia? Menedżer funduszy unijnych? – Olgerd spojrzał na mnie ze zgrozą. – Po co ci to?

– Wiesz, system kształcenia ustawicznego – wymamrotałam zawstydzona.

– A, tak, ty należysz do tych, co to ciągle się uczą…

– I nic z tego nie mają.

– Właśnie to miałem powiedzieć.

Tymon, wsadzony do wózka, popadł w głębokie zamyślenie. Żując własne wargi i patrząc spod daszka czapki chmurnym, nieruchomym wzrokiem, rozwiązywał ważkie problemy egzystencjalne.

Pożegnaliśmy się. Olgerd zapewnił, że jeśli usłyszy o jakiejś sensownej pracy, da mi znać. Wyraźnie wypogodniał, kiedy okazało się, że za pół etatu dostaje więcej niż ja za cały. A za drugie pół, mało absorbujące, o wiele, wiele więcej.

Przed drzwiami wejściowymi złapałam się za klatkę piersiową. Aaaaaa!!! Jeśli to nie omamy wzrokowe, to mam zawał. Z ziemi spoglądała na mnie urodziwa, choć chmurna twarz. Mimo iż nikt by się tego teraz nie domyślił, niespełna trzydzieści lat temu należała do mnie. Teraz, patrząc morderczym wzrokiem, leżała u moich stóp przyklejona do czegoś, co po dłuższych, drżących oględzinach rozpoznałam jako mocno sponiewieraną, wewnętrzną stronę okładki swojej legitymacji ubezpieczeniowej. Legitymacji, która będzie mi potrzebna we wtorek rano.

Podniosłam amputowany kawałek dokumentu i ciężkim krokiem weszłam do domu. Garet wyskoczył, tryskając radością, z wełnianą poduszką w zębach. Jednak to, co ze mnie emanowało, ostudziło jego zapał. Przytomnie wycofał się na bezpieczne pozycje. Poduszki z pyska nie wypuścił, pewnie na wszelki wypadek wolał mieć jakiś bufor.

– Czy wiesz, co to jest? – zapytałam ponuro Kaję, która z niewyraźną miną wpatrywała się w dowód rzeczowy.

– Twoja legitymacja?… – Wykrzywiła się, jakby bolały ją zęby.

– Bingo. Moja sędziwa, wierna legitymacja, a raczej to, co z niej zostało.

– W ogródku znalazłam szczątki i tak mi się wydawało, że to będzie coś takiego. Przyniosłam je… Ale skąd ta okładka wzięła się przed domem?

– Z tej złośliwej, wrednej, czarnej mordy. I co ja teraz zrobię? Ten potwór niszczy wszystko. Teraz zabrał się za niszczenie mojego życia! Mam tego dość.

– Spróbuję to posklejać – powiedziała uspokajająco Kaja, z mocno powątpiewającym wyrazem twarzy. Stosik zabrudzonych ziemią skrawków nadawał się akurat do zrobienia kolażu. Dla masochisty.

Nie wiadomo kiedy czarny potomek wszystkich szatanów poszatkował legitymację. Ukradł ją z koszyka stojącego na parapecie w kuchni, gdzie chyba dofrunął. Został sam w domu przez mniej więcej godzinę, kiedy przyjechał Marek i zawiózł babcię i Kaję na cmentarz. Garet był dosyć zajęty, bo robił remanent w ubraniach, przesunął stolik, zrzucił telewizor i rozbił nową doniczkę mojego ulubionego kwiatka, który wygląda jak sitowie powykręcane przez artretyzm. Telewizor padł na twarz, ale jakimś cudem na razie działa. Mamy tylko ubytek obrazu z lewej strony ekranu, gdzie pojawiła się plama w kolorze wiosennej zieleni.

Do wieczora pies schodził mi z drogi. Ignorowałam go z kamienną konsekwencją. Kaja zajęta była robótkami ręcznymi. Czyściła i kleiła coś, co przypominało wydzieranki zrobione przez liczną grupę wyjątkowo niechlujnych przedszkolaków. Ilekroć na nią spojrzałam, robiło mi się ciężko na duszy i na żołądku. Najwyraźniej są położone blisko siebie. Za to przestępstwo Garet powinien dostać dożywocie u „maluchów”, w przedszkolu, które dziesięć razy dziennie mijają pielgrzymki. To jedyne, czego śmiertelnie się boi.

W nocy też byliśmy w separacji. O trzeciej rano w milczeniu wypuściłam go przez piwnicę do ogrodu. Wrócił mniej więcej po godzinie, kiedy już zamierzałam wyruszyć na poszukiwania. Mokry i ubłocony. Wskoczył na fotel i stanął na głowie, rozpoczynając wycieranie. Zanim wróciłam z łazienki, musiał dojść do wniosku, że lepiej wytrze się o moją pościel, bo zastałam łóżko w takim stanie, jakby dwa słonie tańczyły w nim twista, kręcąc każdą nogą w innym kierunku. Pies głośno chrapał w fotelu. Rzuciłam mu mordercze spojrzenie i zauważyłam domykającą się pospiesznie ćwiartkę oka.

Wróciłam do łóżka. W tym momencie obudziła się Perła i włączyła sygnał dźwiękowy. Latała po całym domu i miauczała, a Garet za nią. Kiedy już wprawił się w stan histerycznego podniecenia, zaczął tubalnie szczekać na swoje omamy słuchowe. W tych sprzyjających warunkach zdołałam się na chwilę zdrzemnąć, ale obudziła mnie babcia, twierdząc, że telefon nie działa, bo kabel jest odłączony, a ona musi zadzwonić do Marka, czy nie znalazł w samochodzie jej zapasowych okularów. Bo jeśli nie, to wypadły jej z torby na cmentarzu. I przepadły. Ale na wszelki wypadek Kaja będzie musiała pójść sprawdzić, bo być może Ali Baba i czterdziestu rozbójników jeszcze nie zrabowali tak cennego przedmiotu. Wylazłam z łóżka, podłączyłam telefon i wykręciłam numer. Marek obiecał Irenie, że jeśli znajdzie okulary, to oddzwoni. Już nie było warto kłaść się z powrotem. Tym bardziej, że czekało mnie solidne sprzątanie, a poza tym narastał we mnie niepokój, wymagający terapii jakimś, choćby drobnym, przemeblowaniem.

Zaczęłam od spokojnego rozruchu ćwiczeniami. Potomek Belzebuba radośnie skoczył do rękawów polaru, ale zderzył się z moim paskudnym wzrokiem i zawrócił na fotel. Leżał tam przez chwilę, mrugając uspokajająco, a kiedy uznał, że pokajał się już należycie, jednym susem dopadł mojej skarpetki, nie zważając na obecność stopy w środku. Warknęłam krwiożerczo i wygięłam się w koci grzbiet. Zanim zdążyłam opaść na futrzak, Garet już tam leżał. Tylko mu spode mnie ogon wystawał.

Postanowiłam wynieść duży, drewniany stół z kuchni do spiżarni, a do kuchni znieść ze strychu okrągły, na którym – jak zapowiedziałam – będą stały tylko kwiaty. Założyłam, że na mniejszy, mniej stabilny mebel, Garet nie będzie właził.

Babcia złorzeczyła, Kaja modliła się o telefon od Marka, bo nie chciało jej się iść na cmentarz i grzebać w liściach w poszukiwaniu okularów. Tym bardziej że pogoda chwilowo się załamała. Garet osłabł powalony niżem i zamaskował się na czarnym futrzaku w kuchni.

Zaopatrzona w worki na śmieci oraz wiadro z zabójczym koktajlem dezynfekcyjnym własnego pomysłu, sprzątałam spiżarnię. Właśnie rozbrajałam zapomniane zapasy babci, które przypominały składowisko odpadów toksycznych. Zdjęłam szmacianą torbę na zakupy z gniazda porośniętych pleśnią obiektów, pierwotnie zapewne jabłek, kiedy w tejże torbie coś zagrzechotało. Pomacałam ostrożnie, a ponieważ nie ruszało się, zajrzałam. Futerał z zapasowymi okularami babci! Eureka! Nabiłam sobie punktów na cały dzień. Irena, uszczęśliwiona, zajęła się cudem odzyskanymi okularami, Kaja kontynuowała modły, tym razem dziękczynne.