Popołudnia na Miodowej 2Tekst

Z serii: Na Miodowej #2
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zapada ciężkie, męczące milczenie. Każda z nas chciałaby coś powiedzieć, pocieszyć, ale żadna nie wie, z której strony wyciągnąć dłoń, dotknąć słowami. W końcu uśmiecham się lekko.

– A teraz tu jesteśmy – mówię.

Basia przeciera oczy wierzchem dłoni. Patrzę na jej spracowane ręce przerzucające stosy bielizny pościelowej, krótko przycięte paznokcie, poznaczoną żłobieniami i zmarszczkami skórę w kolorze orzecha włoskiego, odciski. Jakże silne są te dłonie, ile ciasta wymiętosiły, ile miłości w nie wgniotły, ilu ludziom podały chleb powszedni i desery świąteczne! Gdybym złapała te dłonie i wtuliła w nie nos, z pewnością wyczułabym zapach cynamonu, wanilii i skórki pomarańczowej, aromaty Basinej miłości wgryzione głęboko w skórę. Takie dłonie miała moja babka. Sękate dłonie starej kobiety, pracowite, w piątek zagniatające chleb, w sobotę ciasto, a w niedzielne przedpołudnie, przed sumą, smarowane glicerynowym kremem o zapachu cytryny. Szorstkie, a jednak delikatne, pieszczotliwe.

I Nela lubi dłonie Barbary, tak jak ja lubiłam dłonie mojej babki.

Otrząsam się z okruchów wspomnień, wracam do rzeczywistości. W dłoniach – zamiast słodkiego placka pieczonego na kuchennej blasze – znów trzymam bluzeczkę Neli. Barbara zerka na mnie znad sterty bielizny. Opróżniła już trzy górne półki, została najniższa, ułożone na niej równiutko, jak od linijki, wieże z poszewek i serwetek odcinają się od ciemnego wnętrza szafy jaskrawą bielą. Chcę zaprotestować, powstrzymać teściową przed dalszym opróżnianiem półek, te trzy, już ofiarowane, w zupełności nam wystarczą. Przecież zjawiłyśmy się na Miodowej tylko chwilowo. Ale uświadamiam sobie, że nie wiem, co oznacza to pojęcie w naszym przypadku, i milczę.

A Barbara wykorzystuje moje milczenie i wpatrując się we mnie w napięciu, wyrzuca z siebie szybkimi, urywanymi zdaniami:

– Chciałabym, żebyś wiedziała… Nie podoba mi się to, co zrobił mój syn. Nie pochwalam tego. Wściekłam się. Ignacy też. Tomek nas zawiódł. I całym sercem jesteśmy z tobą. Z wami. Do licha, chcę powiedzieć… że traktujemy cię jak córkę i że możesz na nas liczyć. Zawsze!

Powiedziawszy to, Barbara łapie w objęcia leżący na stole stos prześcieradeł i ręczników, po czym gwałtownie odwraca się do mnie plecami i rusza w kierunku wyjścia. Patrzę za nią osłupiała i nagle widzę, że jej ramiona zaczynają dziwacznie podskakiwać. Naręcze bielizny pościelowej wypada z rąk i z miękkim szelestem spływa na podłogę. Basia klęka wśród białych płacht i szlochając, zbiera je na kupkę.

Podbiegam i obejmuję ją od tyłu. Wtulam się ciałem w jej zaokrąglone plecy, twarz chowam we włosy, aż na policzku czuję chłód plastikowego grzebyka podtrzymującego koczek. Barbara płacze, jedną ręką przyciskając do brzucha pomięte tekstylia, drugą szukając mojej dłoni. Szepczę uspokajające słowa, prosząc, by tego nie robiła, tłumacząc, że nie warto.

– Jak on mógł? – pyta zrozpaczona. – Nie rozumiem. Jak mógł? Nie tak go wychowałam! Nie tak…

Tkwimy tak na podłodze, wśród rozrzuconych ręczników i prześcieradeł, kołyszemy się w tył i w przód, w tył i w przód, jedna szlochająca, rozsmarowująca gorące łzy na poszarzałych policzkach, druga szepcząca uspokajające słowa. Wsłuchuję się w cichnący szloch Barbary, przyciskam twarz do jej głowy i myślę, jak wiele osób skrzywdził swoją decyzją Tomek. Każde z nas cierpi inaczej i w inny sposób to okazuje, ale siła naszego bólu jest podobna. Barbara nie jest w stanie nad swoim zapanować, rozsadza ją, niszczy. A przecież, uświadamiam sobie z przerażeniem, nie zna jeszcze całej prawdy…


Nie lubię zasypiać w obcych miejscach. Cudze domy pachną i skrzypią po cudzemu, inaczej wpada światło przez rozchylone zasłony i inaczej mrok rozprasza się po kątach. Ciemne kształty mebli wyciągają w naszą stronę złowrogie ramiona, próbują nas zagarnąć, aż kulimy się pod przykryciem, podkurczając palce u stóp, mocno zaciskając powieki. Serce tłucze się jak wielki młot, uderza szybko, coraz szybciej, w oszalałym tempie pompuje krew, aż ta zaczyna pulsować pod skórą. Nic dziwnego, że sen nie chce nadejść.

Za moimi plecami Nela niespokojnie kręci się na posłaniu, to rozrzucając na boki ręce i nogi, to podciągając kolana pod brodę. Na plecach czuję kolejne bolesne kopniaki. Gdzieś za drzwiami głośno tyka zegar. To pewnie ten duży, stojący w korytarzu. Tomek wyznał mi kiedyś, że dzieciństwie panicznie się go bał i przechodząc obok niego w drodze do łazienki, zawsze kurczowo zaciskał powieki. Pewnego dnia po omacku wszedł właśnie w zegar, nabił sobie guza i dostał ataku paniki, ponieważ myślał, że zegar go schwytał.

Dziecięca wyobraźnia jest jak tajemna kraina. Niezbadana. Nieskończona. Cudowna i straszna równocześnie.

Przekręcam się na plecy, potem na prawy bok i spoglądam na pogrążoną w śnie Nelę. Nie po raz pierwszy się zastanawiam, co dzieje się w jej głowie. Czy jej atypowy umysł pozwala śnić inne sny? Sprawia, że kolory są piękniejsze, dźwięki czystsze, zapachy bardziej wyraziste? O czym myśli Nela, otwierając oczy łaskotane pierwszymi promieniami słońca? Czy czuje się samotna, gdy inne dzieci w parku zbijają się w kupki nad piaskowymi fortecami lub z piskiem rozbiegają się po placu zabaw, aby dopełnić rytuał berka lub chowanego? Czy boli ją, że jest dla nich niewidzialna? Że śmieją się z jej dziwacznych ruchów i niesionych niesfornym językiem echolalii? Chciałabym wierzyć, że jest jej to obojętne, że to tylko serce matki pęka na pół za każdym razem, gdy dochodzi do takiej sytuacji.

Zalewa mnie fala tak gorącej miłości, że mam ochotę złapać ją w ramiona i mocno przycisnąć do siebie. Przez sen twarz Neli wydaje się tak dziecięco niewinna i szczęśliwa, jak powinno być.

Ale czy rzeczywiście…?

Mała porusza się niespokojnie. Kwili. Drobna piąstka sunie po poduszce, kciuk wciska się do ust. Z gardła dobywa się urywane łkanie.

Czuję, jak moje serce znowu przyspiesza. Bije głośniej od złowrogiego zegara zza drzwi.

Przysuwam się do małej, delikatnie ją podnoszę i kładę jasną główkę na swojej piersi. Gładzę włosy na skroni, lekko, leciusieńko. Pozwalam, by poczuła moje ciepło, mój dotyk, by do pogrążonego w śnie umysłu – a może serca? – dotarło, że nie jest sama. Że przy niej jestem. Zawsze będę. Aby chronić, bronić, uczyć. Kochać.

Czuję łzy napierające na powieki, więc szybko mrugam, aby je odgonić. Nie pora na słabość. To czas działania. Muszę przeorganizować nasz świat: mój i Neli. A przy okazji, zupełnie z przypadku również ten należący do Barbary i Ignacego. Z rzeczami, które dotychczas ogarnialiśmy we dwoje, teraz muszę zmierzyć się sama. Z terapią i opieką nad Nelą. Z pracą i zapewnieniem nam bytu. Z wizytami lekarskimi, zakupami, wydarciem z pełnego obowiązków dnia bezcennej chwili oddechu. Z odpędzeniem koszmarów mojej małej dziewczynki…

I to właśnie czynię do rana.

Czuwam, gładząc miękkie włosy Neli, ogrzewając się ciepłem jej skroni.

Nela śpi spokojnie. Kciuk wysunął się z buzi, usteczka rozciągnął delikatny uśmiech. Jest bezpieczna. Jest przy mnie.

A ja przy niej.


– Nigdy cię nie ma – mówiłam z żalem do Tomka.

Nie, nie z wyrzutami. Jak mogłabym mu je robić, skoro to z myślą o nas rozwijał swoją firmę, wciąż znikał, zabiegając o nowe zlecenia lub szukając kursów, dzięki którym mógłby podnosić kwalifikacje i rozwijać profil działalności? Mój mąż walczył o lepszy byt dla naszej trójki, więc nie mogłam mieć o to pretensji.

Jednak odczuwałam żal. Nigdy nie było go w domu. Nie widywał Neli. W tygodniu wracał późno, gdy mała, wykąpana, otulona miękkim pajacykiem, spała słodko w swoim łóżeczku. W weekendy, owszem, przebywał w tych samych czterech ścianach mieszkania, ale szukał od nas wytchnienia. Przytulał Nelę, łaskotał ją, raz czy drugi układał wieżę z kolorowych klocków, po czym zapadał się w miękkie poduchy narożnika, a jego powieki same opadały. Jeśli Nela robiła wokół siebie za dużo hałasu, wychodził do drugiego pokoju, zwijał w kłębek na dywanie, podkładając pod głowę małą poduszkę i spał. Ciągle spał.

– Przepraszam – bąkał z przepraszającym uśmiechem. – Jestem cholernie zmęczony. Po prostu wypompowany. Ale to się zmieni, uwierz. Zmieni się, gdy staniemy na nogi. Kiedyś firma zacznie lepiej prosperować i złapiemy jakieś większe zlecenie. Długoterminowe.

Kiwałam głową ze zrozumieniem, ale jedno słowo uwierało mnie jak kamyczek w bucie. Bo czas płynął, Nela rosła jak na drożdżach i wiedziałam, że pewnych rzeczy nie uda się nadrobić „kiedyś”. Nie można wcisnąć guziczka na pilocie i zatrzymać jednej sfery życia, gdy druga pędzi jak szalona. Mój mąż tracił najpiękniejsze chwile z życia córki: pierwszy uśmiech, pierwszą zupkę, przebicie się pierwszego ząbka, moment, kiedy niepewna rączka po raz pierwszy postawiła chwiejną wieżę z miękkich klocków. Wzdychał, wyrażał żal, że omijają go tak ważne wydarzenia z jej życia, jednak zaraz machał ręką z uśmiechem, mówiąc, że nadrobią w przyszłości. A ja wiedziałam, że tego się nie da nadrobić. To minęło i nie wróci.

A przecież ja też pragnęłam mieć przy sobie męża. Sporadyczny seks – o ile Tomek nie zasnął, zanim zjawiłam się w łóżku – nie był w stanie zaspokoić mojej potrzeby bliskości. Łaknęłam rozmowy, ciężaru męskiego ramienia na karku podczas wieczornego oglądania telewizji, wspólnego przygotowywania kolacji, śmiechu, czułości. Potrzebowałam podzielić się z kimś radościami i smutkami mijającego dnia, opowiedzieć o tym, co miłego mnie spotkało, zwierzyć ze zmartwień. Niestety, nie miałam komu.

 

A niepokoiło mnie wiele kwestii, nie tylko związanych z naszym małżeństwem. Coraz bardziej martwiłam się o Nelę, o jej rozwój. To Barbara zwróciła moją uwagę na szczegół, który mnie kompletnie umknął w codziennej rutynie.

– Wygląda na to, że rośnie nam nieśmiała panienka – zauważyła pewnego dnia ze śmiechem.

– Naprawdę? – Zdziwiłam się. Barbara opierała się łokciami o krzesło i spoglądała z góry na siedzącą na dywanie Nelę. Mała w skupieniu wciskała kolorowe klocki w otwory sortera. Fioletowa gwiazdka, czerwone koło, zielony trójkąt, żółty kwadrat. Kiedy wszystkie kształty wylądowały w pękatym garnuszku, Nela wytrząsała je na podłogę i zaczynała zabawę od nowa. Fioletowa gwiazdka, czerwone koło i tak dalej. Zawsze w ten sam, uporządkowany sposób. Zajęcie to sprawiało jej mnóstwo radości. Złościła się, gdy zabierałam sorter, tłumacząc, że pora na zupkę albo popołudniową drzemkę.

Spojrzałam na córkę z powątpiewaniem. Była pogodnym dzieckiem, które nie szczędziło nam uśmiechów i radosnego szczebiotu. Uwielbiała śpiewać, w mig łapała wszelkie piosenki, szczególnie te rymowane. Nigdy nie przyszłoby mi na myśl, by określić ją jako nieśmiałą.

– Nie zauważyłaś? – Barbara nie odrywała wzroku od Nelci. – Zawsze ucieka wzrokiem. Nigdy nie patrzy nam w oczy.

Poczułam lodowaty dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. W słowach Barbary nie było nic złego czy strasznego, a jednak spowodowały jakieś niedobre skojarzenie. Pamięć podsunęła mi strzępki dawno zasłyszanej rozmowy albo artykułu przeczytanego w jakimś czasopiśmie. Coś o dzieciach, które unikają kontaktu wzrokowego, dzieciach zaburzonych, czasem niepełnosprawnych intelektualnie. A może się myliłam?

Pozornie tamta rozmowa niewiele zmieniła. A jednak coraz częściej przyłapywałam się na tym, że obserwuję córkę i wnikliwie analizuję jej zachowania. Czy nie za długo wpatruje się w jeden punkt? Dlaczego wszystko, co brązowe wywołuje w niej taką złość? Czemu czasem nie reaguje, gdy ją wołam?

Jak bumerang powróciła do mnie rozmowa z matką, na porodówce, i jej pytanie, czy Nela na pewno jest zdrowa. Niewypowiedziane, stłumione, przytrzymane za zębami obawy, czy mała nie została obarczona tym potwornym schorzeniem, które przed laty odebrało nam moją małą siostrzyczkę. Nela nie miała zespołu Downa, to wiedziałam ze stuprocentową pewnością, jednak teraz zakiełkował we mnie strach, czy nie jest to coś innego. Co? Nie wiedziałam. Ale ta mikroskopijna drobinka niepokoju zaczęła we mnie pęcznieć. Pęczniała i rosła. Momentami pękała, a wtedy potrząsałam głową myślałam: Cóż to za czarnowidztwo! Moja córka jest zdrowa! Świetnie się rozwija! Zna wszystkie kolory! Śpiewa „Wszedł kotek na płotek” bez zająknięcia, całą zwrotkę! Czy gdyby było z nią coś nie tak, potrafiłaby to wszystko?

A jednak niepokój mnie nie opuszczał.

– Mamo – zagadnęłam pewnego dnia, kiedy podczas przedpołudniowej przechadzki zawędrowałyśmy do mieszkania mojej matki. – Nie wydaje ci się, że z Nelą jest coś nie tak?

Nie pierwszy raz formułowałam to pytanie, zawsze jednak pozostawało ono w mojej głowie. Teraz się odważyłam i wypuściłam je na zewnątrz. Uwolniłam je. Poczułam wielką ulgę, a równocześnie potworny strach. Wstrzymałam oddech, oczekując na odpowiedź. Matka zmarszczyła brwi i spojrzała, najpierw czule na ulokowaną na jej kolanach Nelę, później z dezaprobatą na mnie.

– Co też ci chodzi po tej głowie? – prychnęła, kręcąc głową.

– Nie wiem – przyznałam. – Myślisz, że rozwija się prawidłowo?

– Kochanie, każde dziecko rozwija się w swoim tempie. Mam nadzieję, że nie wpadłaś na idiotyczny pomysł porównywania Anielki z dziećmi koleżanek?

– Nie – zaprzeczyłam. – Nie porównuję jej z nikim. Po prostu wiem, że są jakieś tam widełki, w których dziecko powinno się zmieścić… I czasami się zastanawiam, czy Nela… – Nagle opadłam z sił, poczułam ogromne zmęczenie. Przyjrzałam się mamie. Zauważyłam, że przybyło jej siwych nitek we włosach. – Po prostu pomyślałam, że powinna już mówić – rzuciłam na koniec.

– Przecież mówi. – Mama zmarszczyła brwi.

– Wymawia pojedyncze słowa, dużo śpiewa, ale zdania jakoś jej się nie kleją…

– Spokojnie, potrzebuje więcej czasu. Znam dzieci, które zaczęły mówić późno, a teraz nawijają jak katarynki i ciężko je przegadać. Zresztą, jeśli coś cię niepokoi, zawsze możesz zwrócić się do specjalisty.

– Do specjalisty?

– Do logopedy – uściśliła mama, wskazując przy tym kciukiem sufit. – Sąsiadka z góry chodzi do logopedy ze swoim przedszkolaczkiem. Mały się jąka. Jeśli chcesz, poproszę ją o numer telefonu do gabinetu.

– Ale Nela się nie jąka – zaprotestowałam słabo.

– Nie znam się na logopedach – przyznała mama – ale myślę, że logopeda zajmuje się czymś więcej niż jąkaniem. Pomaga przy różnych problemach z mową. Może Nela ma jakąś… wadę?

– Wadę? – Serce w mojej piersi zabiło mocniej.

– No wiesz, coś tutaj źle zbudowane? – Mama wskazała język. – Nie wiem, nie znam się. Ale skoro się niepokoisz, idź z małą na wizytę i wszystkiego się dowiesz. Załatwię ci ten numer.

– Dziękuję. – Uśmiechnęłam się z wdzięcznością.

Tamtego wieczoru potwornie pokłóciłam się z Tomkiem. To była nasza pierwsza poważna kłótnia. Owszem, zdarzały nam się drobne utarczki i nieporozumienia, ale zawsze szybko dochodziliśmy do porozumienia. Tym razem miotaliśmy się wściekli po całym mieszkaniu, tłumiąc wrzaski ze względu na śpiącą Nelę i sąsiadów zza ściany. Tomkowi nie przypadł do gustu pomysł konsultacji u specjalisty.

– Czy ty siebie słyszysz?! – Złościł się. – Ona ma niewiele ponad dwa lata! Dwa lata!

– Ma dwa i pół roku! Dzieci w tym wieku mówią już zdaniami! A Nela wymawia pojedyncze słowa, do tego… – urwałam, bo mnie samą przerażało to, co zamierzałam wykrzyczeć. Że Nela, owszem, zna wiele słów, pięknie i wyraźnie je wypowiada, ale często rzuca nimi na oślep, bez ładu i składu. Bez sensu, kontekstu.

– Nie szukaj problemów tam, gdzie ich nie ma! – Tomek ostrzegawczo uniósł palec w górę.

– Nie szukam! – zawyłam sfrustrowana. – Martwię się o naszą córkę!

– Więc przestań. Z naszą córką wszystko jest w jak najlepszym porządku. Nie rób z niej upośledzonej! – warknął.

– A gdyby nią była…? – szepnęłam. Na moich policzkach nagle pojawiły się łzy, bez ostrzeżenia spłynęły krzywizną wzdłuż nosa, szybkie i bardzo gorące. Otarłam je niecierpliwym ruchem.

– Ale nie jest! – odparł stanowczo. – Czy ty masz za dużo wolnego czasu, co? Doszukujesz się czegoś, czego nie ma. To z nudów!

– Bo przy dziecku to akurat jest czas na nudę! – prychnęłam rozzłoszczona. Obrzuciłam męża niechętnym spojrzeniem. Nagle zapragnęłam wygarnąć mu wszystko: że wiecznie przebywa poza domem, więc nie ma pojęcia, jak wygląda mój dzień. Że nie wie, na czym polega opieka nad Nelą, nie dostrzega w jej rozwoju żadnych nieprawidłowości, bo najzwyczajniej w świecie nie widzi, jak mała się zachowuje. To raniło, podobnie jak raniły jego słowa. Ale znacznie boleśniejsza była jego obojętność. Powinien się zmartwić, spojrzeć z niepokojem w kierunku drzwi pokoju Neli, a potem objąć mnie i przytulić. Powiedzieć: masz rację, nie wolno nam tego zbagatelizować! Jak najszybciej umów nas na wizytę.

Mój Boże, jak marzyłam, by tak powiedział! By objął mnie w pocieszającym geście i pocałował w skroń! Zamiast tego wykrzykiwał te wszystkie okrutne słowa, zarzucał, że jestem przewrażliwioną histeryczką, która wyszukuje dziecku choroby! W końcu trzasnął drzwiami i wyszedł z mieszkania, wykrzykując, że nie da ani grosza na latanie z dzieckiem po konowałach.

– Daj Neli spokój! – syknął jeszcze z progu. – Nic dziwnego, że nie chce jej się gadać, jeśli wciąż nad nią wisisz i próbujesz z niej wycisnąć każde słowo jak cytrynę! To chore!

Trzasnęły drzwi mieszkania, chwilę później drugie, od klatki schodowej. Przez krótki moment wsłuchiwałam się w ciszę rozlewającą się po mieszkaniu. Nagle poczułam przenikliwe zimno, zupełnie jakbym stała przy uchylonym oknie. Ciasno objęłam się ramionami i wróciłam do kuchni. Usiadłam przy stole, spojrzałam na laptopa. Zawahałam się, ale w końcu przysunęłam urządzenie i uruchomiłam je. Czekając, na załadowanie systemu, spoglądałam w okno. Moje kolana nerwowo podrygiwały, uczucie chłodu nie mijało.

Położyłam palce na klawiaturze.

A potem szybko, jakby bojąc się własnej niepewności, zwątpienia, bojąc się strachu i tchórzostwa – zaczęłam wpisywać w wyszukiwarkę Google kolejne hasła.

Dziecko mało mówi.

Dziecko unika kontaktu wzrokowego.

Dziecko i powtarzalne czynności.

Dziecko przywiązuje się do dziwnych przedmiotów.

Dziecko, dziecko, dziecko.

Dziecko.

A potem zaczęłam klikać w kolejne okna i artykuły.

Gdy kilka godzin później oderwałam się od laptopa – zziębnięta, zdrętwiała i przerażona, już wiedziałam. Neli nie obejrzał żaden specjalista, nie padła żadna diagnoza, ale ja wiedziałam. Czułam.


Budzę się późno. Zegarek leżący na nakastliku stojącym obok wersalki wskazuje siódmą piętnaście.

Miejsce Neli jest puste, odrzucona kołdra zamieniła się w ciemną, złowrogą jaskinię, gardziel, przez którą wpływa chłodne powietrze i owiewa mi nogi. Zrywam się do pozycji siedzącej, moje serce znów galopuje. Serce matki to chyba najszybszy koń świata, wciąż pędzi, przyspiesza, skacze, pokonuje pojawiające się przeszkody. Szukam wzrokiem córki i kiedy ją dostrzegam, klęczącą obok szafy, kołyszącą ciałem w rytm nuconej piosenki, oddycham z ulgą. Stukot plastikowych rąk i nóg podpowiada mi, że Nela bawi się lalkami. Kopciuszek i książę, spleceni w uścisku, wykonują taniec. Jeszcze chwila i zegar wybije umówioną godzinę. Kopciuszek ucieknie z balu, gubiąc po drodze kryształowy pantofelek.

Do pokoju zagląda Barbara. Pociera znacząco ramiona.

– Oszaleć można z tą pogodą! Wczoraj osiemnaście, a dzisiaj ledwie trzy! Ignacy uruchomi centralne ogrzewanie, żeby Nela nam nie zmarzła. Jeszcze brakuje, żeby się pochorowała! – Basia trajkocze, a Nela wodzi za nią wzrokiem. Po chwili wraca do zabawy, ale wyczuwa, że ją obserwujemy, podnosi głowę, czujnie rozgląda się na boki, po czym odkłada lalki na dywan i myk, wskakuje pod kołdrę. Przytula się do mojego boku, kciuk wsuwa w buzię, a stopy opiera o moje uda, szukając ciepła.

Z trudem powstrzymuję się przed krzykiem. Są lodowate!

– Szukasz grzejniczka? – Łaskoczę ją pod pachą. Nela zwija się w kłębek, wypuszcza kciuka spomiędzy warg, wybucha śmiechem. – Zabieraj Pana Wyciumkanego i to już! Niedługo wyssiesz go do końca i zamiast palca zostanie ci taka mała kuleczka, jak przy lizaku! – droczę się z nią. Nela wyje z uciechy, majta głową na wszystkie strony, jasne kosmyki uderzają mnie po policzku, zimne stopy odrzucają kołdrę. Barbara przygląda nam się z uśmiechem.

– Jak się spało?

– Dobrze – kłamię gładko. Zresztą, może to wcale nie jest kłamstwo? Na Miodowej czuję się dobrze, zawsze tak się czułam, od pierwszej wizyty. I jestem przekonana, że gdyby nie nocne niepokoje Neli, gdyby nie czarne myśli, które atakują moją głowę, bez względu na to, gdzie jestem, spałabym dobrze.

Moja odpowiedź sprawia Barbarze przyjemność. Opuszczając stopy na podłogę i szurając nimi w poszukiwaniu kapci, przyglądam się teściowej i widzę, jak jej twarz rozjaśnia lekki uśmiech, jak delikatnie wygładzają się zmarszczki wokół ust. Basia podchodzi do łóżka, pochyla się nad posłaniem, owiewając nas zapachem upieczonego ciasta i składa na czole Neli pocałunek.

– Na kuchennym stole zostawiłam wam kilka świeżych rogalików – mówi, prostując się. – Zjedzcie porządne śniadanie. Wracam do piekarni.

– Przyjdziemy tam niedługo – obiecuję.

– Nie musicie. – Barbara potrząsa głową. – Przeprowadzka na pewno była dla was bardzo męcząca. Powinnyście odpocząć.

– Przede wszystkim powinnyśmy zająć czymś myśli – ripostuję, mając na myśli głównie siebie.

– No, to jak tam chcesz, córciu. – Ulega w końcu. Kiwa głową, uśmiecha się do Neli i wychodzi.

Oglądam się na rozciągniętą w pościeli córeczkę. Nela znów ssie kciuka, przyglądając mi się wielkimi błękitnymi oczami. Czasem, gdy na nią patrzę, taką słodką i niewinną, moje wnętrzności skręca niewyobrażalny ból. Nie jest fizyczny. To ból duszy, która nie umie poradzić sobie z lękiem i poczuciem niesprawiedliwości. Ten ból jest następstwem świadomości, że znajdujemy się wewnątrz pieprzonego koła dla chomików. I że nie ma z niego wyjścia. Musimy po prostu nauczyć się w nim biegać.

 

– To co, kochanie? Wstajemy? – zagaduję wesoło. – Ubieramy się? I idziemy na pyszne śniadanko?

– Tak – zgadza się mała.

– Dzisiaj na dworze jest chłodno. Trzeba cieplej się ubrać. Przygotuję ci bluzkę i legginsy.

– Nie! Sukienka! – Głowa Neli nerwowo podskakuje na poduszce. Przygryzam wargę. Przeczuwam, że ten dzień nie potoczy się tak spokojnie, jak się rozpoczął. Uchylam skrzydło drzwi w dużej, ciężkiej szafie. Spojrzeniem przeszukuję półki, ułożone w kostki ubranka Neli. Moje kostki nie są tak staranne jak Barbary. Tu i ówdzie wystaje z nich kawałek rękawa lub kołnierzyk. Sięgam po słonecznie żółte legginsy, rozkładam je jednym strzepnięciem i demonstruję małej modnisi. Z przodu, tuż pod prawym kolanem, zbite w ciasną grupkę księżniczki Disneya prezentują w szerokich uśmiechach olśniewające zęby. Nela nieruchomieje na poduszce. Bije się z myślami.

– Superciepłe legginsy dla superksiężniczki! Może być? – proponuję.

– Taaak! – Nela entuzjastycznie podskakuje na wersalce. W ułamku sekundy przemieszcza się na brzeg posłania i zdziera z siebie spodnie od piżamy. Wyciąga dłoń po legginsy. Powstrzymuję ją i pytam, czy o czymś nie zapomniała. – Majtusie! Skarpetki! – wyrzuca z siebie radosne okrzyki, przy każdym podskakując na posłaniu jak gumowa piłka. Wersalka, nieprzywykła do takich ekscesów, wydaje z siebie głośne jęki.

Nela naciąga na siebie bieliznę, potem legginsy, uśmiecha się przy tym zadowolona. Chwalę ją, że pięknie to zrobiła i że pamiętała, w jakiej kolejności należy włożyć poszczególne części garderoby. Chwalę, choć wiem, że jutro znów będę musiała przypomnieć o konieczności włożenia majtek i skarpet, ponownie zademonstruję, że metka ma być z tyłu, a szew od środka. Choć to ostatnie nie jest regułą. Niektóre ubrania mają tak mocne i szorstkie szwy, że Nela musi nosić je na lewą stronę. Inaczej gryzą, doprowadzają do szaleństwa, uporczywego drapania skóry do krwi, do zdzierania z siebie ubrania, gdziekolwiek się znajdujemy. Na placu zabaw, na ulicy, w przychodni zdrowia…

Zadowolona Nela zrywa się z wersalki i pędzi do szafy. Zanim zdążę zareagować, łapie za brzeg sukienki i wyciąga ją z półki. Kiedy chcę jej ją odebrać i zastąpić cieplejszą bluzą, wpada w złość.

– Sukienka! Sukienka! – płacze.

– Ustaliłyśmy, że jest zimno, że dzisiaj chodzimy w superlegginsach dla księżniczek!

– Ale sukienka! – broni swojego zdania. Mogłabym ustąpić. Co to komu przeszkadza, że pięciolatka ma na sobie legginsy i sukienkę? Ale pani Iza radzi, by próbować delikatnie przełamywać schematy, które tworzy dla siebie Nela. Takie jak codzienne paradowanie w sukience. Jak nazywanie naleśników kontynentami. Tak, bo zdarza się, że, szukając koła ratunkowego, sami pakujemy nasze dzieci w schematy, podajemy im je na tacy. Po prostu czasami nie ma wyjścia, bo coś się sprawdza, ratuje nam skórę w danym momencie.

I dobija w innym.

Pieprzony kołowrotek dla chomika.

– Dzisiaj do legginsów dobierzemy superbluzkę… możesz wybrać ją sama! – oferuję. Nela pakuje palec do ust. Spogląda na mnie z ukosa. Potem podbiega do szafy, zgarnia kostkę ubrań na dywan i z kotłowaniny kolorowych bluzek wyciąga śnieżnobiały sweterek z reniferem. To prezent od Tomka. Wypatrzył go w jakiejś dziecięcej sieciówce i przyniósł do domu, pękając ze śmiechu. W miejscu nosa tkwi wielki czerwony pompon.

Nie wiem, jakim cudem go spakowałam, ale teraz klnę pod nosem. Jednak harda mina Neli jasno sygnalizuje koniec garderobianych negocjacji. Gdy ubieram się, ścielę wersalkę i upycham w szafie rozrzucone ciuchy, moja córka paraduje po pokoju w żółtych legginsach z księżniczkami Disneya i świątecznym swetrze.

– Idziemy na śniadanko – mówię, kiedy wszystkie ubrania znikają z dywanu. Nela pochyla się i zgarnia z podłogi lalkę Roszpunkę. Zabawkę wsuwa pod pachę, a kciuka do ust. Wyjmuje go tylko na chwilę, aby mnie poprawić.

– Śniadanie – rzuca zaczepnie.

– To to samo.

– Nie. Śnia-da-nie! – Zaciska gniewnie drobne, mleczne zęby.

– Śniadanie – powtarzam posłusznie. – Co chcesz na śniadanie? – zagaduję. Supeł w moim brzuchu gniecie. Nawet nie umiem powiedzieć, kiedy się pojawił. A może po prostu tak jestem do niego przyzwyczajona, że go już czasami nie zauważam?

– Śniadanko – odpowiada Nela i zalewa się łzami. – Śniadanko! Śniadanko! – Bębni drobnymi piąstkami w futrynę. Pospiesznie chwytam te dłonie i zamykam we własnych. Dmucham na nie, wydaję śmieszne odgłosy. Wszystko, byle tylko się nie nakręciła, by nie zrobiła sobie krzywdy.

– Ciii! – Klękam i przygarniam ją do siebie. – Przytul się do mamy! Mocno! Mocniej! Pozbądź się tej złości, maleńka! Po co ci ona? Jesteś głodna?

Nela chlipie w kołnierzyk mojej bluzki. Drobnymi ramionkami mocno oplata szyję. Może zostaną na niej siniaki, nie dbam o to. W tej chwili chcę dać mojej córce poczucie bezpieczeństwa. I po chwili mała się rozluźnia. Mówi, że tak. Jest głodna.

– To co? – pytam pozornie wesołym tonem, choć oczy szczypią mnie od łez. – Jajko? Tost z miodem? Serek?

– Jajko!

– Jajko na śniadanko dla superksiężniczki! – skanduję.

Nela sztywnieje. Wysuwa do przodu drżący podbródek.

– Śniadanie! – Chlipie. Czuję, jak ściany kołowrotka napierają na mnie, zabierają powietrze, oddech. W końcu jednak udaje mi się rozluźnić ściśnięte płuca. Łapię Nelę za rączkę, ściskam. Wskazuję schody. Udaję, że nie słyszę, jak powtarza. Jak mantrę. Śniadanie, nie śniadanko. Śniadanie, nie śniadanko. Śniadanie, nie śniadanko.

– Idziemy ugotować jajko – mówię głośno i wyraźnie, by przyciągnąć uwagę Neli.

Sama nie wiem, czy zagłuszam ją, czy siebie.


Po śniadaniu pakujemy neseser Neli; zapełniamy go kartkami czystego papieru, kredkami, flamastrami, strugaczkami i gumkami do mazania. Na koniec upychamy w nim bajkę o księżniczkach. Nela wsuwa lalkę pod pachę, kciuk do buzi, palcami prawej ręki szuka mojej dłoni. Schodzimy do piekarni.

Piekarnia przy Miodowej jest miejscem radosnym, pełnym życia. Z rana przewija się przez nią tabun okolicznych mieszkańców polujących na świeże pieczywo. Nieco później przychodzą pracownicy pobliskich firm, kupują kanapki pakowane w celofan, sałatki z kurczakiem czy tuńczykiem albo słodkie rogaliki. Podaję im kawę na wynos w tekturowych kubkach albo przelewam porcję kofeiny do przyniesionych kubków termicznych i silikonowych. Jeszcze później zjawiają się ci, którzy w piekarni chcą posiedzieć chwilę lub dwie, napić się kawy, zjeść kawałek domowego ciasta, pogapić się na innych klientów, poplotkować z przyjaciółką albo zamienić kilka słów z przypadkowo spotkaną sąsiadką i omówić wszystkie klepsydry wywieszone na tablicy ogłoszeniowej przed kościołem. Piekarnia żyje, pulsuje w rytm kroków i oddechów odwiedzających ją klientów.

Lubię tu przychodzić. Praca u Ignacego i Barbary, choć bardziej przypomina dorywcze zajęcie niż etat, daje mi mnóstwo radości. Może to kwestia atmosfery, ciepło emanuje tu ze ścian, zasłanych gazetami parapetów, bukietów kwiatów w słoikach po dżemie. I Nela dobrze się tu czuje. Zaadoptowała dla swoich potrzeb nieduży stolik pod oknem i teraz to jej stałe miejsce. Nawet tak się mówi: stolik Neli. A ona uśmiecha się, dumna, że w piekarni dziadków ma coś własnego, osobistego i to od razu cały stolik! Biały blat znaczą dziesiątki ledwie dostrzegalnych kolorowych kreseczek, nakreślonych przez niepokorne kredki ześlizgujące się ze stron kolorowanek i zeszytów. Są jak podpis, pieczątka.

Dzisiaj przy tym stoliku siedzi inna dziewczynka. Nela, która w drzwiach odważnie uwolniła moją dłoń i puściła się biegiem przez piekarnię, przyciskając do piersi teczkę z ukochanymi skarbami, staje na ten widok jak wryta. Tkwi tak, sztywno wyprostowana, z wybałuszonymi błękitnymi oczyma, dopóki nie podchodzę i uspokajająco nie kładę ręki na jej ramieniu. Pochylam się do jej ucha.

– Usiądziemy na razie przy innym stoliku – szepczę.

Nela nie porusza się. Nadal uporczywie wpatruje się w dziewczynkę. Boję się, że urządzi tej małej awanturę. Wrzaskiem spróbuje przepędzić intruza, który podstępnie wdarł się na jej poznaczone kredkami terytorium. Ale moja córka milczy, a nieznajoma dziewczynka odwraca ku niej zaciekawioną buzię i rozdziawia usta w przyjaznym uśmiechu. Na nosie ma smugę czekoladowego kremu z rogalika, w garści ściska pozostałości słodkiego wypieku.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?