Popołudnia na Miodowej 2Tekst

Z serii: Na Miodowej #2
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pogrzeb, który my z Nelcią przeczekujemy w piekarni, spotkanie z sąsiadami, wspomnienia świętej pamięci Wandy i nadchodzi wieczór. Całe popołudnie stoję za ladą, wsparta łokciami o wypolerowany kontuar, choć Barbara ruchem brody przywołuje mnie do siebie i zachęca do zajęcia krzesła obok. Za każdym razem potrząsam głową przecząco i spuszczam wzrok. Wiem, do czego dąży moja teściowa, chce, żebym jej tam, między tymi wszystkimi tartinkami i salaterkami, wyznała, co się stało. A ja nie mogę, nie w ten sposób. Więc za każdym razem udaję, że jestem czymś zajęta. Parzę kolejne kawy i herbaty, kącikiem oka łowię talerze i półmiski, pilnując, czy czegoś nie brakuje. Piekarnia jest pełna sąsiadów i znajomych, ale ja obserwuję tylko dwie kobiety: Małgosię i Różę Pytlak.

W końcu obie wychodzą.

Barbara wybiega za sąsiadką, obejmuje ramieniem i coś szepcze. Potem wraca do piekarni i nasze oczy spotykają się nad stołem z biesiadującymi sąsiadami. „Musimy porozmawiać” – mówi jej wzrok, a ja jakby w odpowiedzi, wykonuję mechaniczne skinienie głową. W tej samej chwili z zaplecza wchodzi Ignacy. Na ręku trzyma Nelę. Mała pociera zaspane oczka, jej buzia wykrzywia się w podkówkę. Rozkładam więc zachęcająco ramiona i przejmuję słodki ciężar, jasna główka wtula się w mój bark, drobne ramionko oplata szyję, paluszki szukają kosmyka, w który mogłyby się bezpiecznie otulić. Z osobliwej plątaniny naszych głów, ramion i włosów dobiega zadowolony odgłos ssania kciuka. Nela znalazła swoją przystań, teraz się wycisza. Nie muszę patrzeć w jej twarz, aby wiedzieć, że jej powieki powoli opadają, na usteczkach gości błogi uśmiech. Odgrywamy ten scenariusz na tyle często, że perfekcyjnie opanowałyśmy nasze role.

– Mała jest zmęczona – mówi Tomek. Mój mąż wszedł do piekarni za Ignacym i Nelą, a teraz wypowiada swoją stałą kwestię. Tak, to jego kwestia. Mała jest zmęczona. Dlatego zachowuje się tak, jak się zachowuje. Dlatego trzeba odwieźć ją do domu. Odstawić Klarę i Nelę tam, gdzie jej wrzaski nie będą takie kłopotliwe…

Spoglądam na niego z zainteresowaniem i zastanawiam się, co robił w ogrodzie. Bawił się z Nelą, od której potrzebuje odpocząć? A może przyglądał się jedynie, jak mała zbiera z dziadkiem orzechy? Czy zamierza pełnić rolę tatusia dochodzącego? Dwie godzinki co drugi dzień, sześć w weekend? Wspólny wypad na plac zabaw? Do pierwszej histerii spowodowanej zbyt głośnym zgrzytem obracanej karuzeli?

– Odwiozę was – mówi Tomek i wyciąga w moją stronę teczkę z księżniczkami. Podróżny neseser Neli, w którym nasza córka nosi kredki, swoją ulubioną lalkę, a także – ostatni hit – malowanki kupione u Małgosi. Malowanki zabazgrane od początku do końca, z plątaniną kolorowych kresek układających się w wielobarwne tornada. Albo motki włóczki rozplątane przez niesfornego kociaka. Odruchowo zaciskam palce na rączce tej teczki, ale wtedy zjawia się Barbara i odbiera mi ją. Wypełnia sobą całe przejście.

– Co znaczy: „odwiozę was”? – pyta, świdrując Tomka wzrokiem. Milczę. To pytanie zostało skierowane do mojego męża, on więc powinien na nie odpowiedzieć. Tomek wzrusza ramionami. Ruchem brody wskazuje stoliki na środku piekarni, za plecami Barbary.

– Przecież tu wrócę, prawda? Ktoś musi to poustawiać na miejscu. Chyba nie chcesz, żeby tata…

– Nie kręć. – Barbara wzdycha. – Masz mnie za głupią? Co się stało? – Przenosi wzrok i pytanie na mnie.

Z jej oczu wyziera troska, więc machinalnie uśmiecham się uspokajająco. Mój mąż się rozluźnia. Myśli, że gramy w jednej drużynie. Do jednej bramki. A przecież tak nie jest. Byliśmy drużyną, mieliśmy wspólny cel: jak najlepiej wychować Nelę, zapewnić jej wszystko, co najlepsze. Ale Tomek odszedł. Zafundował sobie pieprzony transfer, nie licząc się z żoną oraz córką.

Moja teściowa najwyraźniej myśli o tym samym, bo pochmurnieje. Przełyka głośno ślinę, jej wzrok staje się nerwowy, rozbiegany. Wodzi nim od Tomka do mnie i z powrotem. Gdzieś za jej placami, któryś z sąsiadów prosi współbiesiadników o podanie miseczki z kiszonymi ogórkami. „Nie ma już ogórków”, słyszę.

– Nigdy nie byłam matką ani teściową, która się wtrąca – mówi cichym głosem Basia. – Ale widzę, że dzieje się coś niedobrego. Chcę wiedzieć co.

– Wyjeżdżam – rzuca nagle Tomek. Jest to tak zaskakujące, że aż się wzdragam.

Barbara marszczy brwi.

– Dokąd?

– Za granicę – odpowiada wymijająco.

– I o to się kłócicie? – dziwi się Barbara. – Skąd ta decyzja? Co z Klarą i Nelą?

– Mamo, wszystko ci powiemy w swoim czasie.

– Nie – sprzeciwia się Barbara. Kieruje wzrok na mnie. – Wy też wyjeżdżacie?

Mam ochotę przyznać, że pierwszy raz słyszę o jakimś wyjeździe, ale jedynie kręcę głową. Obie z Barbarą patrzymy na Tomka. Ona czeka na wyjaśnienia, ja się zastanawiam, co on znowu kombinuje.

– Jesteś… – Tomek wzdycha i przewraca oczami. – W porządku, już mówię. Chcę wyjechać na jakiś czas z kraju, popracować w firmie znajomego, który realizuje duże projekty. U nas, sama wiesz, jest coraz gorzej. Najlepsze zlecenia wyłapują wielkie firmy, te, które stać na to, żeby spuścić w przetargu. Maluczkim zostają drobne zlecenia, a ludzie biją się o każdą złotówkę. Wkrótce będziemy im dopłacać za to, że pomachamy młotkiem w ich domu. – Złości się. Barbara milczy. Czeka. Nie interesuje jej firma Tomka ani zlecenia, duże czy małe. Chce wiedzieć, co dzieje się z jej rodziną. Tomek waha się, obrzuca mnie krótkim spojrzeniem. – Klara i Nela nie jadą. Nela jest za mała, żeby się z nią tułać. Poza tym dobrze wiesz, że chodzi tutaj do logopedy i… na zajęcia w poradni. Taka zmiana nie byłaby dla niej dobra.

Mam ochotę parsknąć śmiechem. Mąż, który kilka dni temu cichaczem wyprowadził się z domu, fundując tym samym naszej córce najprawdziwszą rewolucję, teraz martwi się, co jest dla niej dobre.

– Rozstajemy się na jakiś czas – słyszę i zaskoczona stwierdzam, że to moje słowa. Powiedziałam to! Wyznałam. Barbara chwieje się na nogach, ale szybko dochodzi do siebie. Prostuje się, obrzuca zagadkowym spojrzeniem mnie, potem Tomka. Kręci głową.

– Na jakiś czas? – Jej głos drży.

– Mamo, może Klara mogłaby tu zamieszkać? – Tomek raptownie zmienia temat. – Może potrzebować pomocy, gdy mnie nie będzie. Na Miodowej byłoby jej wygodniej, bliżej do pracy. Nawet poradnia jest bliżej – tłumaczy. Basia kiwa głową. Nie patrzy na mnie. Spogląda na Ignacego. Ojciec Tomka milczy. Nie odezwał się ani słowem, odkąd przekazał mi zmęczoną Nelę. Przypominam sobie o ciężarze córeczki w ramionach, a on, ten ciężar, w momencie pęcznieje. Nela zasnęła. Zrobiła się wiotka. Moje mięśnie przypominają napięte postronki, pulsują bólem. Tomek wyciąga ręce i z ulgą przekazuję mu małą. Za plecami Barbary od stołu podnoszą się kolejni uczestnicy stypy.

– Możecie tu mieszkać, jak długo zechcecie… – Głos Barbary się łamie. – Tylko że ja nie rozumiem… Dlaczego? Dlaczego wyjeżdżasz? Zostawiasz Klarę? I swoją córkę? Bo to ty, prawda? Ty zdecydowałeś? Rozpoznaję w oczach Klary ten ból! – Słowa teściowej brzmią tajemniczo. Dotykam jej dłoni.

– Porozmawiamy jutro, dobrze? Powinnam położyć Nelę do łóżka.

– Ale… – próbuje protestować, więc kręcę głową.

– Basiu. Bez względu na to, czy porozmawiamy o tym dzisiaj, czy jutro, nic się nie zmieni. A Nela jest zmęczona.

Wzrok Basi mięknie, oczy stają się dziwnie szkliste, mam wrażenie, że jeszcze chwila i teściowa wybuchnie płaczem. To dla niej bardzo trudny okres. Czas, gdy policzki nie schną od przelewanych łez, a w gardle wciąż zbiera się szloch. Czas, kiedy naprawdę niewiele trzeba, by sprowokować eksplozję rozpaczy, pozwolić emocjom wziąć górę. Barbara podchodzi do Tomka, spogląda mu w oczy, a później wspina się na palce i całuje jasne włosy Nelci. Potem odwraca się na pięcie i wychodzi na zaplecze.

W drodze na Klonową milczymy. Nela posapuje przez sen w foteliku na tylnym siedzeniu. Kiedy odwracam się do niej, dostrzegam cieniutką strużkę śliny moczącą kołnierz płaszczyka. Śpi tak słodko, z ciemnymi rzęsami rzucającymi długie cienie na zaróżowione policzki. Czuję taki przypływ miłości, że aż boli mnie w piersi. Przymykam oczy i spod lewej powieki wypływa samotna łza. Moja mama zawsze mówiła, że łza wypływająca z lewego oka toczy się prosto z serca. Tomek nic nie dostrzega. Kurczowo ściska kierownicę, z natężeniem wpatruje się w ciemną wstążkę jezdni rozświetloną jasnymi smugami reflektorów.

Parkuje pod blokiem, wyciąga Nelę z fotelika i zanosi ją na górę. Kładzie w ubraniu na łóżku, całuje i wychodzi do przedpokoju. Klękam przy posłaniu, powoli zdejmuję czapeczkę, odpinam guzik po guziku, delikatnie unoszę ramiona, zsuwam okrycie. Dobiegające z przedpokoju odgłosy podpowiadają mi, że Tomek nie opuścił mieszkania. Wychodzę do niego dopiero, gdy rozbieram Nelę i nakrywam ją kołdrą.

– Naprawdę wyjeżdżasz?

– Tak.

– A firma?

– Już zgłosiłem, że zawieszam działalność.

– Zgłosiłeś… – urywam zaskoczona. Dociera do mnie, że mój mąż musiał to planować od jakiegoś czasu. Przygotowywać się. Działać. Rozmawiać z ludźmi. Myślał o tym, gdy smażyłam naleśniki i jajka na śniadanie. Gdy podawałam mu kawę. Gdy kochałam się z nim późnym wieczorem. To boli. Boli coraz bardziej.

– Chcę spróbować czegoś nowego – tłumaczy.

– I o to chodziło? – Krzywię się. – Żeby spróbować czegoś nowego? Co smakuje inaczej? A może to nie tak… – Kiwam domyślnie głową. – Może wyjeżdżasz, aby zamaskować to, co się tutaj dzieje? Niech ludzie myślą, że wypruwasz sobie żyły za granicą. Wtedy nikt nie zapyta, dlaczego nie ma cię przy córce, prawda? Nawet matce chciałeś zamydlić oczy. Nie zamierzałeś się przyznać, że wyprowadziłeś się z domu. Ale ona cię przejrzała…

 

– Myślisz, że wszystko jest czarne albo białe, co? – Obrzuca mnie niechętnym spojrzeniem.

– Nie. – Kręcę ze smutkiem głową. – W naszym domu wszystko jest niebieskie. Ale ty nie chcesz tego do siebie dopuścić i uciekasz. Bierzesz nogi za pas. Myślisz, że tam, w obcym kraju, w obcych czterech ścianach, w cudzym łóżku, nie będziesz o tym myślał? Liczysz, że zapomnisz o tym, że mamy niepełnosprawną córkę?

– Przestań! – syczy. – Nie zamierzam zapominać o Neli. Po prostu chcę to ułożyć… inaczej. Złapać oddech i…

– I wrócić? – pytam cicho. Tomek nie odpowiada. Unosi rękę, jakby witał albo żegnał spotkanego na ulicy znajomego i wychodzi. Drzwi stukają głucho w futrynę, szczęka podskakująca klamka. Wracam do pokoju Neli. W ubraniu kładę się na jej łóżku i przyciskam swoje ciało – nagle lodowate i zdrętwiałe, jakby martwe – do jej – ciepłego, miękkiego, pachnącego śliwkami i truskawkowym szamponem.

Obejmuję się ramionami i wbijam wzrok w okno. Uświadamiam sobie, jak wiele się zmieni. Wszystko. Nie, to takie ogólnikowe stwierdzenie. Mówimy, że wszystko się zmieni, ale to gówno prawda. Nie wszystko, bo są rzeczy, które nie mają prawa się zmienić. Nie będzie Tomka. Ale nadal będziemy my. Nie będzie męskiego ramienia. Ale nadal będzie terapia. Walka o przyszłość Neli. Nie będzie Klonowej. Będzie za to Miodowa. Piekarnia, księgarnia za płotem i dziadkowie na wyciągnięcie ręki.

Czuję, jak w mojej piersi coś boleśnie pęcznieje, rośnie, aż wypełnia sobą przełyk i usta. W ostatniej chwili odsuwam się od Neli i przechylam ciało nad krawędzią łóżka, by wyrzucić z siebie strumień wymiocin. Targana torsjami wpatruję się w tę żałosną kałużę wsiąkającą w dywanik i zaczynam szlochać. Porywa mnie rozpacz, nie umiem wyhamować, wgryzam więc zęby w przedramię, by nie obudzić śpiącej córki.


Zmiany.

Czy zawsze się ich boimy? Tych związanych z narodzinami Neli nie mogłam się doczekać. W ostatnich miesiącach ciąży często kładłam się na plecach i delikatnie masowałam brzuszek, mówiąc:

– Wychodź już, mała! Chodź do mamusi! Zawiążemy babski team, a ja w końcu nie będę taka samotna…

Mówiłam prawdę. Zajęty pracą u Muszyńskiego, a następnie rozkręcaniem własnej firmy Tomek praktycznie nie bywał w domu. Wychodził bladym świtem, budząc mnie pocałunkiem i dotykiem ciepłej dłoni na wypukłości brzucha. Wracał późnym popołudniem, częściej wczesnym wieczorem, całował, gładził i wskakiwał pod prysznic. Czasami zasypiał na kanapie w oczekiwaniu na skwierczące na patelni kotlety, czasem zaraz po odniesieniu talerza do zlewu. Wieczory spędzałam więc, siedząc i patrząc, jak śpi, jak z każdym chrapnięciem ulatuje z niego zmęczenie.

W tym czasie hormony jak różki podstępnego diablika kłuły i podszeptywały: tupnij nogą, krzyknij, sprzeciw się! Nie tak powinno wyglądać małżeństwo. Na szczęście potrafiłam te podszepty tłumić, tłumaczyć sobie, że to przecież z myślą o nas, o naszej nienarodzonej córeczce, żeby później było nam lepiej.

I w końcu Nela była z nami.

Przywieźliśmy ją na Klonową dwa dni przed Wigilią. Maszerowaliśmy w radosnym pochodzie: na przodzie Tomek niosący nosidełko z małą, zaraz za nim ja, posapująca jak lokomotywa nad ciepłym akrylowym kominem, dalej zarumieniona z emocji Barbara i na końcu, zamykając pochód, moja mama, z nieodgadnionym wyrazem twarzy i dziwnie zmarszczonym czołem. Karawana czterech królów, z dzieciątkiem w wyściełanym nosidełku w kratkę.

Wnieśliśmy Nelę do większego pokoju. Rozejrzałam się oszołomiona. Miałam osobliwe wrażenie, że trafiłam w miejsce, którego nie znałam. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że w kącie pojawiła się choinka. Zawieszone na wiotkich, świerkowych gałązkach światełka migotały jaskrawymi kolorami. Ponad główką Neli uśmiechnęłam się do Tomka. Tak bardzo cieszyłam się, że nareszcie jesteśmy w domu!

Barbara i moja mama wymieniły spojrzenia.

– Będziemy się zbierać – oświadczyła ta pierwsza. Zaskoczona oderwałam wzrok od suwaka w maleńkim kombinezonie Nelci i powiodłam nim po naszych matkach.

– Nie napijecie się herbaty? Kawy? – Zdziwiłam się.

– Nie, nie. – Mama potrząsnęła głową. – Anielka jest zmęczona, Ty również. Potrzebujecie odpoczynku, spokoju, a nie gości!

Próbowałam zaprotestować, ale Barbara pochyliła się z uśmiechem, pocałowała mnie w czoło, pogładziła palcem puszek na głowie Neli i powiedziała:

– Teraz cieszcie się sobą. Zadzwonimy jutro.

Patrzyłam, jak wychodzą, jak kotłują się w przedpokoju, parskają śmiechem, bo miały podobne botki i pomyliły je: Barbara włożyła dwa prawe, a moja mama stała z głupawą miną i dwoma lewymi butami w rękach. Spoglądałam na nie, myśląc, jak to dobrze, że nasze matki są takie mądre, doświadczone życiem i tym, co ono oferuje, że lepiej od nas wiedzą, że chcemy teraz być sami, z naszą małą córeczką. Że chcemy włożyć ją do łóżeczka, otulić miękką kołderką i opierając splecione dłonie na barierce, po prostu na nią patrzeć. Sycić oczy widokiem jasnego puchu na główce, błękitnych ślepek i wydatnych usteczek, które od czasu do czasu poruszają się, jakby szukały pożywienia. Pozwolić, by nasze klatki piersiowe rozsadzało szczęście, by pęczniały w nich miłość i duma. Bo właśnie tym była ta chwila: szczęściem, miłością oraz dumą.

Trzy godziny później o dumie nie było już mowy. Zbliżała się pora pierwszej kąpieli. Plastikowa wanienka dla niemowląt czekała na kuchennym stole, mięciutkie ręczniki ogrzewały się na kaloryferze, a moje paznokcie znikały między zębami, aż w końcu stały się tak krótkie, że wyjrzała spod nich zaczerwieniona, obolała skóra. Nie wiem, skąd wzięło się we mnie przeświadczenie, że zrobię małej krzywdę. Czułam, jak powoli osacza mnie niepokój, początkowo subtelnie, podpłynął do mnie jak pasemko mgły. Później dołączyły do niego czarne myśli, dziwne wyobrażenia i kiedy nadeszła pora kąpieli, na nogach jak z waty poszłam po Nelę i rozebrałam ją. Kiedy wsuwałam jej maleńkie ciałko do ciepłej wody, wprost zalewała mnie błękitem spojrzenia. A moje dłonie drżały, dygotałam na całym ciele, serce biło jak oszalałe, miałam wrażenie, że wyskoczy z piersi. Stojący u wezgłowia wanienki Tomek spojrzał na mnie zaskoczony.

– Co się dzieje, kochanie?

– Nie mogę. – Rozpłakałam się. – Nie umiem.

– Oczywiście, że umiesz!

– Boję się. Jezu, tak bardzo się boję… Spójrz, jest taka maleńka! A jeśli mi się wyślizgnie? A jeśli woda jest za ciepła? Albo za zimna? Przeziębimy ją! – Chlipałam rozpaczliwie. Tomek powoli obszedł stół i stanął u mojego boku. Wyciągnął swoje duże dłonie, dłonie pracownika budowlanego, poznaczone skaleczeniami, otarciami i odciskami, poszarzałe od cementu czy innego diabelstwa. Ile by nie szorował po przyjściu do domu, ta dziwna barwa popiołu zostawała, wgryzła się w skórę, by dawać świadectwo, jak ciężko na co dzień pracuje.

– Klarciu, spokojnie – wyszeptał. – To tylko panika. Damy sobie z nią radę.

– Tak myślisz? – Pociągnęłam nosem. – Może lepiej zadzwoń po twoją mamę. Albo po moją, ma bliżej…

– Nie. – Tomek pokręcił głową. – Damy sobie radę. Cokolwiek się wydarzy, damy sobie świetnie radę. Oprzyj jej plecki o moją dłoń, o tak, właśnie. A teraz delikatnie przemywaj szmatką. Spójrz, ona jest zachwycona.

Odetchnęłam głęboko i spojrzałam w twarzyczkę naszej córki. Tomek miał rację, Nela wpatrywała się w nas tak, jakbyśmy byli jedynymi ludźmi na ziemi i w pewnym sensie tak właśnie było. Dla Nelci byliśmy całym światem. Ufała nam. Wierzyła w nas. Pozostawało nam podążać za tą ufnością i uczynić wszystko, aby jej nie zawieść.

Uniosłam przygotowany wcześniej gałganek z miękkiej flaneli, zanurzyłam go w wodzie, a następnie delikatnie przesunęłam po skórze dziecka. Obmyłam każdą fałdkę, każdy paluszek i mikroskopijny paznokietek. Pozwalałam, by ciepłe strumyki wody obmywały ciało naszej córeczki. Nagle przy moim boku zmaterializował się Tomek. Z zakłopotaną miną obracał pampersa na wszystkie strony.

– Nie dołączają do tego instrukcji? – Stropił się.

– Poszukaj w internecie – poradziłam i ponownie pochyliłam się nad Nelą. Gdy podniosłam głowę i ujrzałam Tomka przed ekranem laptopa, przewijającego z poważną miną strony internetowe, nie mogłam się opanować i parsknęłam śmiechem. Wyglądał rozczulająco, z potarganą grzywką i naburmuszonym spojrzeniem niesfornego chłopca, gdy tak skubał dolną wargę i szukał instruktażu, jak założyć córce pieluszkę jednorazową.

– Śmiej się, śmiej – burknął obrażony.

– Wcale się nie śmieję – szepnęłam i skinęłam na niego ręką. – Chodź tutaj. Jak to mówiłeś? Damy sobie radę? Zrobimy to razem. Wszystkiego nauczymy się wspólnie.

Stuknęła zamykana klapa laptopa, zaszurały kroki na dywanie. Tomek pojawił się u mojego boku. Uśmiechał się. Wspólnie wkraczaliśmy w przygodę zwaną rodzicielstwem. Przerażeni? Trochę. Stremowani? Owszem. Szczęśliwi? Ogromnie. Pełni wiary, nadziei i miłości. Pewni siebie i naszej małej wspólnoty.

A Nela leżała w kokonie z białego ręcznika, cicha i spokojna. Zalewając nas błękitem swojego spojrzenia i rozczulając swą ufnością.


Kilka dni po pogrzebie przeprowadzamy się na Miodową.

Wiem, że to dobre rozwiązanie, bo ułatwi opiekę nad Nelą, ale i tak nie potrafię się cieszyć. Siadam na spakowanej torbie pośrodku dużego pokoju, wodzę wzrokiem po znajomych sprzętach i czuję gorycz. To puste mieszkanie, z pomalowanymi na brzoskwiniowo ścianami, wielką szafą z przesuwnymi drzwiami i rzędem kolorowych storczyków na parapecie już na zawsze pozostanie symbolem fiaska. Klęski mojego małżeństwa.

Neli udziela się niepokój. Przeczuwa rewolucję, od rana ssie kciuk i słania się bez celu po mieszkaniu, z dziwacznie przekrzywioną na bok głową. Wyznaczam jej zadanie: ma spakować swoje ulubione zabawki i książeczki, abyśmy mogły zabrać je do domu dziadków. Początkowo się sprzeciwia, ale w końcu kuca przy regale i sięga po lalkę Roszpunkę. Obserwuję ją przez chwilę, a potem przypominam sobie o podręcznej kosmetyczce w łazience i wychodzę. Gdy wracam po kilku minutach, regał jest pusty, ale torba również. Zabawki zaściełają dywan, jasna główka Neli ledwie spośród nich wystaje. Kciuk wrócił na swoje miejsce.

Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać.

Wybieram to pierwsze.

– Nie tak – mówię łagodnie, przyklękając przy córeczce. Biorę do ręki Roszpunkę, przygładzam jej włosy i wsuwam do torby. Nela podrywa się z kucek, dopada do ulubionej zabawki i gwałtownie wyszarpuje ją ze środka.

– Nie, nie damy?

– Nikomu jej nie damy – tłumaczę cierpliwie. Odbieram Neli Roszpunkę i na powrót umieszczam w torbie. – Tutaj – wskazuję torbę – włożymy zabawki, które chcesz zabrać ze sobą do domu babci Basi. Żeby się nimi bawić. U babci nie ma zabawek, pamiętasz? Tutaj – wyciągam ramię, aby dotknąć regału, przy okazji odkrywam, że przydałaby mu się wilgotna ściereczka – poukładamy zabawki, które chcesz zostawić w swoim pokoju. W tym mieszkaniu. Będą tutaj na ciebie czekać.

Nela słucha z uchylonymi z przejęciami ustami, kciuk wyślizguje się i spoczywa teraz na kolanach, czerwony, pomarszczony i wilgotny. Zachęcająco biorę do ręki puzzle. Wiem, że Nela za nimi nie przepada. Kładę je na regał. Pal licho ściereczkę. Mamy ważniejsze rzeczy na głowie. Spoglądam z uśmiechem na córkę. Jestem przekonana, że zaakceptuje moje działanie, na palcach jednej ręki mogę zliczyć razy, gdy sięgała po tę układankę. Ale Nela rzuca się na półkę z furią, ściąga z niej puzzle i niezdarnie upycha w torbie. Roszpunka dostaje w oko ostrym kantem pudełka, a potem wbija się w dno torby, wznosząc w sufit zgrabną nogę.

– Nie zostawimy? – krzyczy Nela. – Nie zostawimy?

– Dobrze. – Wzdycham. – Skoro chcesz zabrać puzzle, co zostawimy na półce? Misia? – Macham przed oczami Neli jakąś dziwną przytulanką. Mam wrażenie, że pierwszy raz widzę ją na oczy.

– Nie!

– Barbie?

– Nie!

– Domino?

– Nie!

Domino ląduje w torbie. Podobnie dwie lalki przypominające Barbie, zestaw lekarski i góra pluszaków. Torba jest już wypchana do granic możliwości, a na dywanie wciąż zalega sterta zabawek. Kątem oka łowię regał z książkami, na którym leżą także gry planszowe. Czuję, jak ogarnia mnie zmęczenie.

 

– Nie możemy zabrać wszystkiego – mówię, starając się, by mój głos brzmiał przyjaźnie i stanowczo zarazem. – W domu babci nie ma aż tyle miejsca. A ty i tak się tym nie bawisz! Zabierzmy tylko to, co naprawdę lubisz. Resztę poukładamy, o tutaj! – Zaczynam układać maskotki na regale. Nela podbiega i tuli je do piersi.

– Nie! Bawisz! To Neli, Neli! – W jej głosie pobrzmiewa autentyczna rozpacz. Wiedziałam, że nie będzie łatwo. Przywiązanie do przedmiotów, nawet kamieni, gałązek, liści, które dla kogoś innego są śmieciami, to jedna z cech charakterystycznych dzieci atypowych. Dla mojej córeczki ta dziwaczna zbieranina zabawek wydaje się być całym światem. Światem, z którym nie chce się rozstawać.

Aby oderwać uwagę małej od pluszaków i lalek, wskazuję regał z książkami. Nela rusza w jego kierunku z ociąganiem. Szybko podnoszę z dywanu zabawki i byle jak upycham je na regale. Nagle wpadam na pomysł. Z uśmiechem, na kolanach, przemieszczam się pod półeczkę z książkami, gdzie Nela stoi zniechęcona i rozdrażniona. Wskazuję jej zbiór książeczek o milutkiej kici.

– Do domu babci zabierzemy wszystkie książeczki o kici – obiecuję. – Jakie kolory?

Buzię Nelki rozjaśnia szeroki uśmiech. To jedna z jej ulubionych zabaw.

– Robić tęczę! – krzyczy z entuzjazmem i sięga na półkę. Po chwili układa stosik cieniutkich książeczek, wykrzykując przy tym kolory. – Żółty! Zielony! Niebieski! Granatowy! Fioletowy! Różowy! Pomarańczowy! Nie! Liliowy! Pomarańczowy! – wymienia wszystkie kolory okładek, kupka z książeczkami rośnie, a ja powoli się rozluźniam. Kiedy Nela kończy, pokazuję jej pięć palców.

– Do tego zabierzemy pięć bajek! Ulubionych!

– Pięć! – powtarza ucieszona i spogląda na regał spod jasnych brwi. Nosek usiany piegami, marszczy się z wysiłku i skupienia. – Liczymy!

– Zaczynaj!

– Po angielsku! – krzyczy Nela.

– Dobrze.

– Nie! – sprzeciwia się nagle. – Po włosku!

– Może być po włosku, ale wiesz, że ja włoskiego nie znam!

– Uno, due… – zaczyna Nela, wskazując paluszkiem wybrane bajki. Nie mam pojęcia, czy naprawdę są ulubione. Poza serią o rezolutnej małej kotce moja córeczka poświęca wszystkim książkom tyle samo uwagi. Wyjątkiem jest jedynie bajka o księżniczkach Disneya, którą dostała w prezencie od Barbary. Z nią Nela się nie rozstaje, zawsze nosi ją w neseserku. Strony są już zniszczone, przybrudzone, w niektórych miejscach naderwane. Ale to ukochana książka i nie wolno mi nawet pomyśleć, by zastąpić ją inną. – One, two, three…Wybrane książki lądują na samym wierzchu torby, z trudem zasuwam suwak, po czym prostuję się, by rozciągnąć kręgosłup. Nela krąży po pokoju zadowolona. Wymienianie kolorów i liczenie wybranych książeczek, najpierw po włosku, później po angielsku, wprawiło ją w doskonały nastrój. Uwielbia powtarzalne czynności, uwielbia to, w czym jest dobra. Ale bądźmy uczciwi – któż z nas tego nie lubi?

Fascynacja językami obcymi przyszła niedawno, całkiem przypadkowo, gdy Tomek natrafił na kablówce na jakiś program telewizyjny dla dzieci nadawany po angielsku. Nela nie przesiaduje przed telewizorem, uważam, że ma na to jeszcze czas, ale wtedy nie pozwoliła oderwać się od ekranu. Tupała nogami, złościła się, aż w końcu ustąpiłam. Od tamtej pory uwielbia angielskie słówka. Jak na tak mało komunikatywne dziecko, zadziwiająco często staje przede mną i rzuca nazwy różnych przedmiotów, oczekując ich obcojęzycznych odpowiedników. W większości przypadków muszę wspomagać się słowniczkiem w telefonie.

– Jesteś gotowa? – pytam. – Zaraz przyjedzie pan Leon i zawiezie nas na Miodową, do babci i dziadka. Cieszysz się?

Nela pochmurnieje. Uwielbia dom i piekarnię przy Miodowej, uwielbia ogród na tyłach budynku, gdzie może biegać, huśtać się na huśtawce, którą dziadek przywiązał do konara starej jabłoni, przesypywać piasek w piaskownicy lub po prostu skakać po placyku z kostki brukowej. Ubóstwia rodziców Tomka. Ale nie podobają jej się zmiany, które zachodzą. A ja jej właśnie o nich przypomniałam. W momencie staje się niespokojna, drażliwa. Nie tylko dzisiaj, przy pakowaniu torby z ubrankami, zabawek oraz książek. Od kilku dni budzi się w nocy, kwiląc przez sen. Wiem, bo śpię z nią, skulona na brzegu wąskiego łóżka.

Wzrok Neli błądzi po pokoju. Pada na parkiet pod naszymi stopami.

– Dywan? – rzuca pytająco.

– Pobrudził się. Musiałam go wyrzucić.

– Wyprać?

– Nie. – Potrząsam głową. – Bardzo nieładnie pachniał. A fuj!

Nela parska śmiechem, odrzuca głowę do tyłu. Lubi żartować z brzydkich zapachów. Teraz też marszczy nos.

– Jesteś gotowa? – pytam, podając jej rękę.

– Nie! – zaprzecza. Potrząsa głową ze złością i podbiega do regału. Strąca wszystkie zabawki, które na nim poukładałam. Zrzuca je na dywan, a potem, nurkując wśród pluszaków i lalek, klocków i układanek, rozsuwa zamek i zaczyna upychać w torbie. Nie mieszczą się, więc wpada w rozdrażnienie. Widzę łzy zbierające się na dolnej powiece. Słyszę ciche kwilenie. Wzdycham i klękam przy torbie. Uspokajająco gładzę rączkę zaciskającą się na uchu sfatygowanego misia.

– Poczekaj – mówię – wezmę reklamówkę.

Gdy parę minut później pod blok podjeżdża zadysponowany przez Barbarę Leon Brodzki, wychodzimy do niego obładowane jak kupiecka karawana. Zadowolona Nela niesie swój neseser, a ja przez ramię przewiesiłam dwie torby, ręce omdlewają od ciężaru taszczonych toreb i reklamówek. Potykam się na chodniku, ale zagryzam zęby i mocniej zaciskam palce na uchwytach siatek.

Na Miodową jadą z nami prawie wszystkie zabawki i książki Neli. Na palcach dwóch rąk mogłabym policzyć to, co zostało w jej dawnym pokoiku.


Barbara chce przydzielić nam dwa pokoje, ale kręcę głową ze zrezygnowanym uśmiechem. Nie potrzebujemy tak wiele, dość szeroka wersalka w jasnym, słonecznym pokoju gościnnym w zupełności wystarczy.

– Odkąd Tomek odszedł… wyjechał, śpię z Nelą. Ona to przeżywa, po swojemu, po dziecięcemu. To dla niej wielka zmiana. Tata był, a teraz nagle znikł. Nikt jej nie wytłumaczył, że wyjechał za granicę, aby… – waham się. Nie wiem, czy wtrącić z ironią w głosie, że Tomek chciał spróbować czegoś nowego. Za każdym razem, gdy wspominam o jego odejściu, przez twarz Basi przemyka skurcz zażenowania. Zupełnie jakby się wstydziła, że wychowała mężczyznę, który porzucił swoją rodzinę. Nie chcę niepotrzebnie sprawiać jej przykrości, więc gryzę się w język. Barbara wyjmuje stos ręczników z wielkiej szafy w rogu i spogląda na mnie pytająco.

– Nie tłumaczyłaś jej…?

Wzruszam ramionami i pochylam się nad torbą, udając, że zajmuje mnie wypakowywanie przywiezionych rzeczy. Tak jak powiedziałam: nie chcę sprawiać jej przykrości, a jeśli powiem, że za każdym razem, gdy wspominam o Tomku, kiedy próbuję zacząć rozmowę na temat jego nieobecności, Nela zatyka rączkami uszy i buczy jak syrena fabryczna, właśnie to uczynię. Mam nadzieję, że małej wkrótce to minie. Tak bywa w naszym domu. Niektóre rzeczy mijają, inne zostają z nami na dłużej.

– Cieszę się, że tu jesteście – rzuca po chwili milczenia Barbara. Jej głos jest zdławiony, napęczniały niewylanymi łzami. Jestem pewna, że nie tylko Nela kiepsko sypia w ostatnim czasie. Matka Tomka sprawia wrażenie nagle postarzałej. Śmierć Wandy, a następnie informacja o wyjeździe syna wyżłobiły na jej twarzy nowe zmarszczki, a stare pogłębiły. Pod oczami pojawiły się śliwkowe cienie. – Ten dom na długo zastygł w ciszy.

– Tak, wiem.

– Lubię dziecięcy rwetes.

– Przy Neli masz go jak w banku.

– Kiedy dowiedziałam się, że planujecie ślub, miałam nadzieję, że zamieszkacie z nami. Wiesz, że są tutaj niezależne mieszkania? – Spogląda na mnie badawczo. Kiwam głową. Kamienica Kwiatkowskich ma cztery kondygnacje. Na parterze znajduje się piekarnia, pierwsze piętro zamieszkują Ignacy i Barbara, a na drugie i trzecie składają się dwa mieszkanka. Wynajmują je jacyś ludzie, jednak nigdy się nie zagłębiałam w to, kim są.

– Ale nigdy o tym nie wspomniałaś – dziwię się.

Barbara wzrusza ramionami, przerzucając stertę śnieżnobiałych prześcieradeł na kolejną kupkę.

– Wiedziałam, że Tomek nie zechce. – Wzdycha ciężko. – Byłam przekonana, że zapewniliśmy mu kochający dom, że czuł się tu bezpiecznie, ale zawsze dążył do niezależności. Wcześniej niż koledzy zaczął nalegać na wakacje poza domem, obozy, kolonie, potem, na studiach, namawiał, by wynająć mu mieszkanie, ale Ignacy się nie zgodził, bo to znowu nie tak daleko, żeby sobie nie poradził z dojazdami! Ciągle tylko z dala od nas, z dala od domu. Nie wiem, nie wiem, gdzie popełniliśmy błąd – mówi płaczliwym tonem i wiem, że ma na myśli coś więcej niż miejsce, w którym zamieszkaliśmy po ślubie.