Popołudnia na Miodowej 2Tekst

Z serii: Na Miodowej #2
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Zaraz zadzwonię po taksówkę i pojedziemy do domu.

– Nie! – protestuje. Nie cierpi odstępstw od codziennej rutyny, a brak rodzinnego środka transportu ze znajomym zapachem, ze znajomą fakturą siedzeń, znajomym fotelikiem jest właśnie takim odstępstwem. Przede wszystkim jest nią jednak brak ojca.

– Tata nie mógł dzisiaj po nas przyjechać, dlatego wrócimy do domu innym autkiem – tłumaczę.

Dalej, szepce coś w mojej głowie, karm ją kłamstwami. A co powiesz jutro?

Aby stłumić ten głos, sięgam po smartfona i wybieram numer jedynej w mieście korporacji taksówkarskiej. Dyspozytorka beznamiętnym głosem informuje mnie, że wszystkie samochody są zadysponowane. O tej porze? – dziwię się. Niemal mogę sobie wyobrazić, jak z obojętną miną wzrusza ramionami. Jakaś impreza. Zamówili auta na osiemnastą. Nie ma wolnego samochodu, chyba że chcę poczekać. Jaki adres? Nie zamierzam czekać. Rozłączam się i spoglądam z góry na kręcącą się Nelę. Pod powiekami czuję palące łzy.

– Zrobimy sobie spacerek – zapowiadam. Nela podnosi głowę, spogląda na mnie zdziwiona. W końcu rusza, lekko powłócząc nogami. Uświadamiam sobie, że w połowie drogi będę musiała wziąć ją na ręce i łzy na rzęsach pęcznieją. Powinnam zadzwonić do Tomka i wywrzeszczeć swoją złość, swoje obawy. Przypomnieć, że ma rodzinę, przede wszystkim córkę z potrzebami. Specjalnymi potrzebami. Tak wyszło. Zakręciliśmy butelką. Kołem fortuny. A ono wskazało inność naszego dziecka.

Na Klonową docieramy po czterdziestu minutach. Podrzucam drzemiącą Nelę na ręku i ciężko oddychając, wspinam się schodami na nasze piętro. Z trudem wsuwam klucze w dziurki, otwieram drzwi. Po omacku zrzucam ze stóp buty i zanoszę Nelę do łóżka. W ciemnościach rozbieram ją, okrywam kołdrą i całuję w skroń. Przez chwilę klęczę przy łóżeczku. Przez okno wpada do pokoju światło ulicznych latarni, kładzie się złocistą smugą na kołderce, tapecie w stokrotki i miarce wzrostu, z której uśmiecha się do mnie płomiennowłosa Arielka. Gładzę włosy mojej córeczki, przesuwam palcem po delikatnych muszelkach uszu, chudych ramionkach i wystających kosteczkach drobnych dłoni. Potem wychodzę, cicho zamykając za sobą drzwi.

Włączam lampkę przy lustrze. W jej nikłym świetle przemykam przez mieszkanie, szukając wzrokiem śladów bytności Tomka. Wszystko wydaje się być tak jak przed wyjściem do poradni. W zlewie kubek Neli. Uchylone okno, zza którego dobiegają odgłosy ulicy. Cichy szmer lodówki. Mdlący zapaszek dobywający się z szafki pod zlewem. Pewnie Australia się zepsuła, teraz jest nie tylko spalona, ale i śmierdząca.

Docieram do drugiego pokoju i siadam na brzegu narożnika. Palcami skubię frędzelki przy kocu, którym go nakryłam, żeby chronić tapicerkę przed zabrudzeniem. Patrzę na szafę. Jest niedomknięta, szczerzy się do mnie złowrogo ciemnością przepastnej szczeliny. W dzieciństwie uznałabym, że w jej wnętrzu kryje się potwór. Dwugłowy smok. Zombie w kolorze smarków. Dziś wiem, że istnieją gorsze strachy. I że jeśli podejdę i otworzę szafę na oścież, mogę je odsłonić. Wypuścić na wolność.

W końcu podnoszę się z siedziska, przecinam pokój i gwałtownie rozwieram drzwi.

Właściwie spodziewałam się, co ujrzę, a mimo to mrugam zaskoczona, jakby oślepiło mnie mocne światło.

Półki Tomka są puste. W miejscu, gdzie jeszcze wczoraj wisiały koszulki, swetry i kurtki, dyndają samotne wieszaki, obijając się o siebie z melodyjnym brzdękiem. Przesuwam po nich palcami, wprawiając w ruch, a one odpowiadają mi smutną melodią.

Wracam na narożnik i siadam, opierając łokcie o kolana. Nie zamknęłam drzwi szafy i wpatruję się w rozkołysane wieszaki. Tomek wrócił do domu po naszym wyjściu. Gdy jego córka walczyła o samodzielność, ucząc się zasad naprzemienności, spoglądania w oczy i innych rzeczy naturalnych dla dzieci neurotypowych, on zakradł się do mieszkania jak złodziej i zabrał swoje rzeczy. W tej chwili nie zastanawiam się, dokąd się udał, gdzie mieszka, co robi. Zastanawiam się jedynie, co do cholery sobie myśli.

Kiedyś, dawno dawno temu, pochylał się wzruszony nad łóżeczkiem swojej córki i deklarował zdławionym szeptem, że zrobi dla niej wszystko. Obejdzie naokoło świat. Podaruje gwiazdkę z nieba.

Nela nie potrzebuje jego heroicznych pielgrzymek.

Ma w nosie gwiazdkę z nieba.

Nela potrzebuje kochającego, troskliwego ojca.

Miała być dla niego całym światem.

A on właśnie ją opuszcza.


Nela urodziła się pewnego słonecznego grudniowego dnia. Do świąt pozostało kilka dobrych dni i w całym mieszkaniu pachniało piernikami przyniesionymi przez Barbarę, przez co ja – tocząca się po mieszkaniu jak ciężka kula do kręgli, kolebiąca się na boki jak kaczka – byłam ciągle głodna.

Wszystko wydarzyło się błyskawicznie. W jednej chwili stałam przy suszarce na bieliznę, składając wyprane ubrania, a w następnej poczułam dziwne ćmienie w dole brzucha. Moje serce zabiło mocniej, ale nie przerwałam wykonywanej czynności. Dalej składałam pranie, metodycznie, w równiutką kosteczkę, równocześnie popatrując przez ażurową firankę w intensywnie niebieskie niebo. Jaki cudowny odcień błękitu! – zachwycałam się w myślach. Nie mogłam się napatrzeć, pożerałam to niebo wzrokiem, wchłaniałam całą sobą.

Ćmienie w dole brzucha nie ustępowało. Pogładziłam się delikatnie po wypukłości pod swetrem. Już wiedziałam, że noszę pod sercem córeczkę. Ze stuprocentową pewnością zdradziło nam to USG w szesnastym tygodniu ciąży. Tomek oszalał ze szczęścia, Barbara się popłakała z radości, a Ignacy poruszył sumiastym wąsem, pod którym wykwitł powściągliwy uśmiech. Moja mama mocno mnie przytuliła, a ja… ja, tak, głupio się do tego przyznać, ale poczułam ulgę. Od pierwszego dnia, od momentu, gdy ujrzałam na plastikowej płytce dwie wyraziste krechy, wiedziałam, że to dziewczynka. Czułam to każdą komórką ciała, najmniejszym włoskiem na ciele. Przez te wszystkie tygodnie zwracałam się do rosnącego brzuszka jak do wymarzonej córki, więc kiedy lekarz położył mnie na kozetce i przytknął głowicę do brzucha, poczułam nagły obezwładniający strach, że urodzę syna. Że córeczki, z którą od pierwszych dni poczułam wyjątkową więź, nie ma i nigdy nie było. Że okaże się iluzją stworzoną przez zdominowany przez hormony umysł ciężarnej, a jej miejsce zajmie obcy chłopiec. To były brzydkie myśli, przecież stara prawda głosi, że najważniejsze, aby było zdrowe, nie bez powodu liczy się wszystkie paluszki, już na starcie pieczętuje dzieci według specjalnie stworzonej skali. Leżałam na kozetce, drżąc, bardziej z emocji i strachu niż zimna, i roztrząsałam, czy moja córka istnieje, czy nie. W efekcie gdy ginekolog potwierdził, że urodzę dziewczynkę, zalałam się łzami, wzbudzając niepokój w lekarzu i w obecnym przy badaniu Tomku.

Po raz ostatni spojrzałam w błękit za firanką i pogłaskałam brzuch.

– Będziesz moim szczęściem – szepnęłam. – Jesteś dziś wyjątkowo grzeczna. Śpisz?

Zazwyczaj mała energicznie fikała koziołki. Tego dnia była dziwnie spokojna. Może przeczuwała, że wkrótce przyjdzie jej zmierzyć się z najważniejszą podróżą życia? Sięgnęłam po koszyk z koszulami.

I wtedy to poczułam. Dziwną wilgoć między nogami. Zaskoczona spojrzałam w dół i zobaczyłam zacieki na spodniach. Uśmiechnęłam się. Nadszedł ten wyjątkowy dzień. Dzień, w którym miałam przytulić moją córeczkę!

Kolejne godziny przypominały kołowrotek kręcący się w zawrotnym tempie. Podróż do szpitala, postać mojego ginekologa nadchodzącego korytarzem, badania, zmiana odzieży na koszulę nocną, USG, KTG, sala porodowa, niezrozumiałe dla mnie komunikaty. Szaleństwo, z którego miałam wyjść jako nowa osoba. Matka.

I przebijające się przez ten zwariowany harmider coraz silniejsze bóle. Skurcze, które początkowo były łagodne, ale stopniowo przybierały na sile. Znosiłam je dzielnie, tłumiłam jęki, zagryzając wargi do krwi, w przekonaniu, że moja córka zasługuje na dzielną mamę, która wyda ją na świat bez słowa skargi. Potem jednak ból stał się nie do zniesienia, pod skórą zaciskało się żelazne imadło miażdżące moją macicę wraz z wtulonym w jej ścianki dzieckiem. Ostatkami świadomości dziękowałam sobie w duchu, że nie zgodziłam się na poród rodzinny. Tomek namawiał, ale widziałam obawę malującą się na jego twarzy. Kiedy pokręciłam głową, rzucając żartobliwie, że wolę załatwić to sama, odetchnął z ulgą. Teraz cieszyłam się, że nie widzi, w jakim stanie się znajduję, jak miotam pod nosem przekleństwa, o których znajomość nawet bym się nie podejrzewała, na przemian z modlitwą do Anioła Stróża.

Nela urodziła się o szesnastej dwadzieścia trzy. Wypełniła salę porodową cichym kwileniem podobnym do miauczenia kota, a ja pomimo bólu i potwornego zmęczenia oczekiwałam tego dźwięku jak niczego innego na świecie. Gdy przyniesiono i przyłożono mi ją do piersi, zatonęłam w błękicie dziecięcego spojrzenia. Ślepki mojej córeczki miały kolor nieba, którym tak zachwycałam się przed paroma godzinami. Ta intensywna barwa przeniknęła przez moje gałki oczne, spłynęła naczyniami krwionośnymi do łona i nasyciła dziecko. Niebieskie dziecko. Niebiańskie. Aniela. Nela.

Tę noc spędziłam bezsennie, wsłuchując się w delikatny ból, którego nie przytłumiły podane leki, i wpatrując się w kojec dosunięty do mojego łóżka oraz w pogrążone w śnie dziecko. Błądziłam wzrokiem po maleńkich paluszkach, wilgotnych usteczkach i twarzyczce, która wciąż była nieładnie zaczerwieniona i poznaczona fałdkami jak mordka mopsa. Czułam, jak wypełnia mnie miłość.

Moja córeczka.

Wymarzona, idealna, absolutnie cudowna. Jak anioł.

Nie tylko ja tak uważałam. Lekarze również. Pielęgniarki cmokały zachwycone.

 

Zdrowy maluszek. 10 punktów na 10. Silna dziewczynka. Śliczna dziewczynka.

W końcu przy mnie. Przy nas.

Następnego dnia pojawili się Tomek, Barbara, moja mama. Z uśmiechem przekazywałam im w ramiona becik z małą. Nela badała ich spojrzeniem, poruszała nosem jak królik. Po policzkach Tomka spływały łzy. Kiedy na mnie spojrzał, zauważyłam, że z jego oczu wylewa się szczęście.

– Jest cudowna – szeptał. – Boże, jest fantastyczna!

– Rozkoszna – dodała Basia, poprawiając rożek. Ona również spoglądała na maleńką z miłością. Tomek kręcił głową zdumiony.

– Nie wiedziałem, że można tak kogoś kochać…

Później wielokrotnie odtwarzałam w głowie te słowa jak ulubioną piosenkę na MP3. Dzień narodzin Neli był najszczęśliwszym w moim życiu, przebił ślub, wesele, chwilę, gdy naniosłam na plastikową płytkę kroplę moczu i z rosnącym podnieceniem śledziłam, jak z niebytu, ze śnieżnej bieli, wyłaniają się dwie czerwone kreski. Czułam się… tak, nie wahałam się użyć tych słów. Czułam się spełniona!

I tylko krótka wymiana zdań z matką na moment zburzyła mi ten idealny obraz szczęścia. Splamiła czernią błękit Nelowego istnienia.

Zauważyłam, że mama w milczeniu wpatruje się we wnuczkę. Liczy paluszki? – przemknęło mi przez myśl. Czy ona właśnie liczy te cholerne paluszki? Doszukuje się w mojej córce jakichś nieprawidłowości? Kalectwa? Mama najwyraźniej wyczuła jakieś dziwne wibracje między nami, bo podniosła wzrok i spojrzała mi w oczy.

– Ma takie skośne oczka… Wszystko w porządku, prawda? Lekarze nie wspominali, że coś ich niepokoi? – zapytała cicho.

– Co? – odparłam i natychmiast zganiłam się w duchu za to, że mój głos zabrzmiał tak szorstko. Mama westchnęła głośno, pokręciła głową i znów utkwiła wzrok w leżącej w kojcu Neli.

– Przecież wiesz… – szepnęła i wygładziła kocyk.

Poczułam lodowate zimno przenikające całe ciało. Owszem, wiedziałam. Pamiętałam, choć nikt tej pamięci we mnie nie pielęgnował. W naszej rodzinie nie rozmawiało się o mojej małej siostrzyczce, która urodziła się z zespołem Downa i z ciężką wadą serca. Siostrzyczce, która zmarła po kilku miesiącach, nie zaznawszy brzdęku grzechotki, smaku tartej marchewki. Która prawdopodobnie nigdy nie widziała błękitu nieba, bo wciąż przebywała na szpitalnym oddziale i nigdy nie została utulona do snu w przygotowanym dla niej łóżeczku. Owszem, kilka razy do roku odwiedzałyśmy jej małą mogiłkę z pomalowanym na biało krzyżem, z wianuszkiem plastikowych stokrotek. I tyle. Dziecko umarło. Nieszczęście. Zdarza się, oj, zdarza. I dopiero teraz moja matka wylała na mnie swój niepokój. Bo rodzina, bo geny, bo takie nieszczęście w przeszłości…

– Mamo, Nelcia jest zdrowa. Dostała dziesięć punktów na dziesięć w skali Apgar. Nie ma zespołu Downa.

– Na pewno?

– Na pewno. – Ponad słodko drzemiącym niemowlęciem wymieniłyśmy ostrożne uśmiechy. – Jest zdrowa.

– Jest taka maleńka, krucha… – wyszeptała mama i z czułością dotknęła palcem skroni dziecka. – Ty byłaś większa, kawał baby, jak to stwierdzili na porodówce. I płuca miałaś, mówili, dobrze rozwinięte. Głośno krzyczałaś, wykrzywiałaś buzię i kręciłaś główką, szukając piersi, mleka. Twój ojciec… – Mama zawahała się, przełknęła głośno ślinę. – Bał się wziąć ciebie na ręce. Ciągle powtarzał, że upuści albo zmiażdży. To dobrze, że Tomek nie boi się naszego aniołka. Będzie ci pomagał. Będzie dobrym tatą.

– Tak. – Uśmiechnęłam się, myśląc, jaką jestem szczęściarą. Rodzicielstwo to coś dla dwojga. Wspólny projekt. Księga do zapisania, w której znajdzie się miejsce dla więcej niż jednego autora.

Na myśl o tym, że zapiszę ją razem z Tomkiem, poczułam łzy wzruszenia. Przesunęłam kłykciami pod dolną powieką, aby je strącić. Mama przyglądała mi się zatroskana.

– Głupie hormony! – prychnęłam i obie parsknęłyśmy śmiechem.

Nela poruszyła usteczkami. Czy niemowlęta miewają sny? Jeśli tak, właśnie śniła, że ssie ciepłą pierś mamy.

Była bezpieczna. Była nasza.

Aniela ze skrawkiem nieba ukrytym pod cieniutką jak bibułka powieką.


W dniu pogrzebu Wandy Celińskiej zjawiamy się na Miodowej z samego rana. Kiedy Barbara zauważa taksówkę parkującą przed wejściem do piekarni, wybiega na zewnątrz z szeroko rozrzuconymi ramionami. Czarna sukienka powiewa za nią jak skrzydła kruka, siwiejące włosy tym razem karnie trzymają się koczka. Basia kręci głową z dezaprobatą, gdy płacę taksiarzowi, a ja upominam się w duchu, by następnym razem poprosić, aby zatrzymał się dwie ulice wcześniej.

– Co się dzieje z Tomkiem? – Teściowa marszczy brwi. – Nie widziałam go od kilku dni!

Mówiąc to, nie patrzy na nas. Spogląda za płot z żelaznych, zakończonych ostrymi szpikulcami sztachet. Patrzy w kierunku zamkniętych drzwi księgarni i staromodnego szyldu kołyszącego się nad werandą z białych desek. Przez jej twarz przemyka skurcz bólu, blask oczu blednie. Może właśnie uświadomiła sobie, że jej najlepsza przyjaciółka już nigdy nie stanie w tych drzwiach, nie przejdzie starannie zagrabioną ścieżką? Biorę solidny wdech, zaciągam się wonią rozpaczy Barbary. Od kilku dni nabieram odwagi, aby wyznać jej prawdę. Patrząc na jej popielatą twarz, wiem, że dziś też tego nie zrobię. Nie mogłabym. Nie umiem.

– Aaa, wiesz, jaki jest Tomek… – Macham więc dłonią z lekceważącym prychnięciem. Stojąca obok Nela obrzuca mnie czujnym spojrzeniem. Kręci się, lewą stópkę usiłuje postawić na prawej, białe rajstopki, które założyłam jej rano, znaczą już ciemne ślady. Odrywam wzrok od tych plam i uśmiecham się uspokajająco do teściowej. – Ma mnóstwo pracy, napięte terminy i … chyba nie lubi pogrzebów.

Barbara kiwa głową.

– Gdy był mały, musieliśmy zabrać go ze sobą na pogrzeb babki. Szybko tego pożałowałam, ale to było z dala od domu, nie dało się go, ot tak, odstawić z powrotem. Tam, wiesz, otwarta trumna, duszący zapach świec i te wszystkie zdrowaśki klepane jednostajnie jedna po drugiej… Ponad miesiąc zrywał się z łóżka zlany potem, bo śniły mu się koszmary. I straszył nimi Małgosię. Wanda była wściekła. – Wspomnienie zmarłej przyjaciółki sprawia, że między brwiami Basi zaznacza się głęboka zmarszczka. A może się mylę? Może Barbara nie dała wiary moim słowom i przeczuwa, że coś jest nie tak? Matki posługują się jakimś siódmym zmysłem. Są jak zwierzęta, czujne, ostrożne, widzą to, czego nie widać na powierzchni.

Barbara zagarnia nas ramieniem, popycha w kierunku piekarni. Przystaję w progu zaskoczona zmianami. Wszystkie stoliki zostały zsunięte na środek, siedziska z palet odsunięto pod ścianę. W drzwiach prowadzących na zaplecze pojawia się stękający Ignacy, pod pachami niesie cztery krzesła, po dwa przytulone do siebie oparciami stołki pod każdą. Nie może się zmieścić, jest za ciasno, złości się. Barbara spieszy mu z pomocą, sztorcując, że się przemęcza, że nie bierze pojedynczo. A ja pospiesznie rozbieram Nelę z płaszczyka i szukam wzrokiem miejsca, w którym najlepiej będzie małą ulokować. W końcu sadzam ją na siedzisku pod oknem, na kolanach kładę bajkę o księżniczkach, po czym sama zakasuję rękawy.

– Musimy uhonorować naszą przyjaciółkę i sąsiadkę piękną stypą – odpowiada na niewypowiedziane pytanie Barbara. Przystaje przy ciągu stołów i przygląda im się z namysłem. – Przyniosę obrusy.

– Co mam robić? – pytam niepewnie. Nigdy nie organizowałam stypy. Po pogrzebie mamy wróciłam do mieszkania, położyłam się na wersalce, obejmując ramionami kolana i długie godziny patrzyłam w ścianę, wspominając minione lata. W tym czasie Nelą zajmowali się Tomek i Barbara. Każdy przeżywa żałobę tak, jak umie.

– Na zapleczu jest ciasto. Pokroisz je i podasz, gdy nakryję stół? Zaraz powinien zjawić się samochód z cateringu. Zamówiłam trochę przekąsek, jakieś sałatki, kanapki. Ale to położymy na stół w ostatniej chwili, żeby się nie zepsuło.

– A do ciast zlecą się owady – wtrąca rzeczowo Ignacy, przystając i ocierając czoło chustką.

– Racja. – Basia kiwa głową i przenosi zatroskany wzrok na męża. – Odsapnij trochę, Ignacy. Tchu nie złapiesz, jeśli będziesz tak biegał. Może Tomek… nie, Tomek nam nie pomoże, bo na razie go nie ma. Damy radę.

To „na razie” Barbary działa jak taran, którym ktoś uderzył w moją pierś. Na ułamek sekundy przymykam powieki, zapominam o oddychaniu. Gdy otwieram oczy, stwierdzam, że Ignacy wpatruje się w moją twarz przenikliwie, porusza przy tym wąsem. Nie wytrzymuję tego wzroku, spuszczam oczy i udaję, że zajmuje mnie wygładzanie śnieżnobiałej płachty obrusu, który Barbara właśnie rozścieliła na stolikach. Ignacy wzdycha.

– Pójdę do mojej dziewczynki. Może przeczyta mi jakąś bajkę o księżniczkach?

– Dobry pomysł – kwituje Basia. – Odpocznij chwilę, my tu damy radę. Klarciu? Przygotujesz sztućce?

Słowa Barbary przerywa cichutkie pukanie do drzwi. Zaskoczone odwracamy się w kierunku wejścia. Na schodach prowadzących do piekarni stoją dwie kobiety. Jedna prowadzi po sąsiedzku kwiaciarnię, druga, starająca się ukryć w cieniu swojej towarzyszki, również wydaje się znajoma, ale nie potrafię przypisać do twarzy nazwiska.

– To Róża Pytlak. – Barbara wzdycha. – Matka tego, wiesz, Janusza…

Nie mam pojęcia, dlaczego Basia wzdycha, lubi wszystkich sąsiadów, o wszystkich wypowiada się z szacunkiem i sympatią. Nie wiem też, czemu kobieta, którą właśnie wpuściła do środka, zachowuje się jak zaszczute zwierzątko.

Na przód wysuwa się właścicielka kwiaciarni. To ciemnowłosa kobieta w średnim wieku, z wiklinowym koszykiem przewieszonym przez ramię. Ma na sobie długą, granatową spódnicę i pikowany płaszczyk.

– Pomyślałyśmy, że pomożemy przy stypie, pani Basiu. Przyniosłam trochę kwiatów do udekorowania stołu, a Róża przygotowała coś do jedzenia – mówi.

Patrzę, jak Róża Pytlak sztywno wysuwa przed siebie ramiona, duże dłonie o krótko przyciętych, czystych paznokciach obejmują pękatą miskę przykrytą kołderką srebrzystej folii aluminiowej. Przy każdym ruchu Róży folia szeleści. Basia unosi ją ostrożnie i z uznaniem cmoka nad skąpaną w majonezie sałatką. Klaszcze w dłonie, jakby gromadziła wiktuały na szkolny piknik, a nie zastawiała stół, przy którym za parę godzin usiądą pogrążeni w smutku żałobnicy.

Pracujemy ramię w ramię, cztery kobiety, w różnym wieku, z karkami przygniecionymi przez rozmaite doświadczenia. Barbara układa nakrycia: literatki, talerzyki deserowe i kieliszki odnajdują swoje miejsce. Właścicielka kwiaciarni – Justyna – krąży wokół stołu, przypatrując się mu spod zmarszczonych brwi to z daleka to z bliska i wtykając między szklanki i dzbanki maleńkie bukieciki z margerytek i jakichś ślicznych kwiatków, których nazwy nie znam. Róża Pytlak pyta, czy pomyć jakieś naczynia. Basia wzdycha cicho, ale kiwa głową. Wymienia z Justyną spojrzenia, których znaczenia nie rozumiem. Pochylam głowę nad walizką z odświętnymi sztućcami Kwiatkowskich. Do moich uszu dociera głos Ignacego, który czyta Neli bajkę o Roszpunce. Szmer opowieści miesza się z cichym dźwiękiem polerowanego srebra. Wszystko lśni nienagannym blaskiem. Ale i tak pieszczotliwie przesuwam po sztućcach miękką ściereczką. Tak trzeba.

Pracujemy, dopóki czujne oko Barbary nie oceni efektu i nie uzna, że lepiej być nie może. Justyna zabiera swój koszyk, zarzuca płaszcz, z zaplecza wyłania się Róża. Kiedy mnie mija, przez jej twarz przemyka cień uśmiechu. Sąsiadki wychodzą, a Barbara obejmuje mnie i całuje w policzek. Zaciągam się jej zapachem, słodkim, domowym.

– Już czas – zwraca się do Ignacego. – Chodźmy się przebrać.

Potem spogląda na mnie.

– Gdy wrócimy z cmentarza, postawimy na stole jedzenie. Przyjdą sąsiedzi. Małgosia. Zadzwonisz po Tomka? Powinien tu być, tyle lat się z Małgosią przyjaźnili.

– Zadzwonię – obiecuję.

Barbara i Ignacy znikają w głębi budynku. Piekarnia pogrąża się w ciszy. Jedynie kartki Nelcinej książeczki przewracają się z cichym szelestem. Podchodzę do przeszklonych drzwi i spoglądam na ulicę. Miodowa jest dzisiaj wyjątkowo cicha. Zawsze jest spokojna, sielska, ale tego dnia nad ulicą unosi się jakaś niezwykła atmosfera. Nawet drzewa kołyszą się na boki w subtelny, opanowany sposób. Zupełnie jakby chciały oddać cześć właścicielce księgarni, którą tego dnia przyjdzie nam pożegnać.


Numer Tomka wybieram dopiero, kiedy upewniam się, że Barbara i Ignacy zniknęli na górze. Siadam na jednym z paletowych siedzisk, ponieważ boję się, że podczas rozmowy nogi odmówią mi posłuszeństwa i upadnę. Gdy w głośniku rozlega się długi, przerywany sygnał, moje dłonie oblepia warstewka potu. Serce uderza mocniej. Uświadamiam sobie, że nie wiem, co powiedzieć, jak przywitać własnego męża.

 

Męża albo obcego człowieka, którym się stał. Człowieka, którego nie znam. O którym nie wiem nic.

Nie wiem, na przykład, gdzie się podziewa, gdzie mieszka. Koczuje w mieszkaniu, które remontuje na zlecenie klientów mieszkających za granicą? A może na kanapie u jakiegoś usłużnego kumpla? A może po prostu zamieszkał z jakąś kobietą?

Przeszywa mnie bolesny skurcz żołądka, niespokojnie oglądam się na Nelę. Mała pochyla głowę nad książeczką tak nisko, że jasne kosmyki zamiatają kolorowe strony. Powinnam przywołać ją do porządku, wtrącić coś o psuciu wzroku, ale w tej samej chwili Tomek odbiera telefon.

– Zaraz będę w piekarni – mówi i rozłącza się.

Odsuwam telefon od ucha. Dygocę. Nela zsuwa się z palety, podchodzi i kładzie książeczkę na moich kolanach. Na krótką chwilę nasze spojrzenia się spotykają, a potem skrawek błękitu umyka gdzieś w bok.

– Mama czyta – oświadcza stanowczo.

Zaciskam palce na książce z bajkami, znacząc strony wilgotnymi śladami. Początkowo drżę, ale po chwili uspokajam się na tyle, by czytać bez zająknięcia, próbuję nawet modulować głos, bo moja córka to uwielbia. A ja uwielbiam robić i dawać jej to, co sprawia jej radość. Taka nasza wspólnota uwielbienia.

Na schodach dudnią kroki, drzwi piekarni otwierają się z cichym skrzypnięciem. Moje serce galopuje, ale nie przerywam lektury. Tomek podchodzi, staje nad nami, słyszę jego oddech, czuję zapach wody po goleniu. Kątem oka łowię, jak Nela obdarza go najszczerszym spośród wszystkich uśmiechów, uśmiechem dziecka. On się pochyla, bierze ją w ramiona, przytula, całuje w policzek. Czuję dławienie w gardle i chrząkam, by pozbyć się tej nieprzyjemnej guli. Równocześnie w mojej głowie rodzi się i pęcznieje myśl. Nadzieja. Może to nie tak. Może zmienił zdanie. Potrzebował tylko kilku dni oddechu. Któż z nas nie potrzebuje, prawda?

– Cześć – mówi Tomek i w końcu odrywam wzrok od żółciutkiej jak słonecznik sukienki księżniczki Disneya. Patrzę na mojego męża, widzę, że ma na sobie garnitur i uświadamiam sobie, że w naszej wspólnej szafie nie ma ani jednej sztuki jego odzieży. Zabrał wszystko, nawet garnitur. Wiedział, że będzie go potrzebował, bo ktoś, może Barbara, a może Małgosia, powiadomił go o śmierci Wandy. Mój mąż nie żartował, nie potrzebował krótkiego oddechu, odszedł na serio.

– Cześć – odpowiadam. – Jak się masz?

– Nie najlepiej.

– Wyobraź sobie, że nie tylko ty…

– Wszyscy jesteśmy roztrzęsieni śmiercią Wandy. Mama…

Ogarnia mnie złość. O nie! Złość to mało powiedziane. Osacza mnie wściekłość. Furia. Mam ochotę wstać i wymierzyć Tomkowi cios kantem książki. Z pewnością by zabolało, może nawet polałaby się krew.

– Naprawdę uważasz, że na moje samopoczucie bardziej wpływa śmierć sąsiadki, której praktycznie nie znałam, niż odejście męża?! Ojca mojej córki? Do cholery…

– Uspokój się. – Tomek kręci głową zirytowany. – To nie czas i nie miejsce.

– A kiedy? Gdzie? Proszę, wskaż mi, kiedy i gdzie porozmawiamy, skoro uciekłeś z naszego wspólnego mieszkania z podwiniętym ogonem. Z wypchanymi walizkami i tym cholernym garniturem!

– Nela. – Tomek wskazuje ruchem głowy naszą córeczkę. Mała unosi jasnowłosą główkę i spogląda, najpierw na niego, a potem na mnie. Bada nas błękitnymi ślepkami, marszczy nos, jakby chciała się rozpłakać, ale brakowało jej iskry zapalnej do wybuchu. Posłusznie tłumię wściekłe okrzyki, ale gromię przy tym Tomka spojrzeniem.

– Naprawdę? Teraz przejmujesz się Nelą? A nie pomyślałeś, jaki wpływ miała na nią ta zmiana? – pytam opanowanym tonem. – Nie, nie pomyślałeś. Bo dla ciebie to wciąż jest kwestia grzeczności. Nie zauważasz, że nasza córka ma poważne problemy rozwojowe, które mogą zaważyć na przyszłości. Samodzielności. Na całym jej życiu. Ale wiesz, co ci powiem? Ona ma problemy, ale ty też je masz. Masz problemy z jej problemami i ze samym sobą!

Po tych słowach wstaję, mijam stoły oczekujące na żałobników i znikam za kontuarem. Przetrząsam szafki w poszukiwaniu kawy, dosypuję świeżych ziaren do pojemnika w ekspresie, uzupełniam wodę. Układam filiżanki na podgrzewaczu. Te dobrze znane czynności, które wykonuję niemal każdego dnia, pozwalają mi się uspokoić. Nie patrzę na Tomka ani na Nelę, która szarpie ojca za klapę przy kieszeni marynarki i nakazuje „Tata czyta, tata czyta”. Wycieram kontuar, przestawiam z miejsca w miejsce jakieś drobiazgi pod ladą. Kiedy w końcu podnoszę wzrok, widzę nie Tomka, nie Nelę, ale Basię. Moja teściowa stoi w drzwiach prowadzących na zaplecze i wpatruje się we mnie z napięciem. Jej usta poruszają się, choć spomiędzy poszarzałych warg nie wymyka się ani jedno słowo.

Prostuję się z głośnym westchnięciem.

Ja również nie umiem wydusić z siebie słowa.

I milczymy tak, obie przerażone, smutne.