Popołudnia na Miodowej 2Tekst

Z serii: Na Miodowej #2
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Grzesiowi, który w żadnym stopniu nie jest „Tomkiem”.

Milence, która czasami bywa „Nelą”.

Copyright © Joanna Szarańska, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadząca: Weronika Jacak

Marketing i promocja: Aleksandra Wolska

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Magdalena Wiśniowska

Skład i łamanie: Justyna Nowaczyk

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografia na okładce: © Maya Kruchancova | Adobe Stock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66553-85-9

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl


Mój mąż odchodzi w dniu, w którym Australia spala się na węgiel.

Gdy ja walczę ze skutkami katastrofy, on siedzi zgarbiony za stołem i obraca kubek to w tę, to w tamtą stronę, obojętny na wszelkie dramaty tego świata, obojętny na głęboką czerń dymiącej Australii i na ogłuszające wycie naszej córki, której właśnie wali się świat.

Jeszcze nie wiem, że spalona Australia to zaledwie wierzchołek góry lodowej, skromne preludium zwiastujące, że będzie tylko gorzej. Pewnie dlatego obrzucam męża pełnym wyrzutu spojrzeniem, równocześnie próbując zgarnąć w rozpostarte ramiona zapłakane dziecko. Nela wije się jak wąż, umyka przed moim dotykiem, kuli jak bity pies, jak ofiara przemocy, a ja uparcie nacieram na nią z roztrzęsionymi dłońmi i szaleńczo tłukącym się w piersi sercem. Nacieram mimo jej sprzeciwów i spazmatycznych szlochów, bo wiem, że jedynym sposobem na złagodzenie jej bólu jest zamknięcie w moich objęciach, delikatne kołysanie i zapewnienie, że nic się takiego nie stało. Świat się nie zawalił. Jeszcze nie.

– Australia! Australia! – wyje mi do ucha. Przytulam ją do siebie, czując, jak lepkie od dżemu truskawkowego paluszki zagłębiają się w moich włosach. Krzywię się odruchowo, gdy mocno się zaciskają i bezlitośnie ciągną pasmo nad skronią. Pochylam ku niej głowę, by złagodzić ból, nie przestając szeptać uspokajających słów, a za moimi plecami zwęglona Australia posykuje na patelni, wyrzucając z siebie strużki siwego dymu.

– Usmażymy inne placuszki…

– Nie! – sprzeciwia się Nela, a jej mała piąstka zachłannie zagarnia kolejne włosy. – Australia.

– A może serduszko? – próbuję wesołym tonem.

– Australia!

– Kwiatek?

– Nie!

Oddycham głęboko, równocześnie usiłując delikatnie wyswobodzić się ze zdecydowanego uścisku córki. Włosy, powoli, pasmo po paśmie, wysuwają się z dziecięcej rączki. Nela obrzuca mnie nieszczęśliwym, błękitnym spojrzeniem. Pociąga nosem. Jej szczupłe ramionka obciągnięte piżamką z wizerunkiem ulubionej księżniczki Disneya podskakują w spazmach, ale coraz rzadziej. Wiem, że zażegnaliśmy najgorsze. Teraz jeszcze…

Odsuwam się od małej z głośnym westchnieniem i wstaję, spoglądając z powątpiewaniem na dymiące resztki. Potem naciągam grubą rękawicę, sięgam po patelnię, niezgrabnym kopniakiem uchylam drzwiczki szafki pod zlewem i odsłaniam ukryty w niej kosz. Australia z cichym plaśnięciem ląduje wśród obierek od ziemniaków i skorupek jajek, a ja wstrzymuję oddech, bo pomimo regularnych porządków, cotygodniowego szorowania szorstką gąbką i płynem do mycia naczyń, szafka wydziela mdląco-zgniły zapaszek. Woń odpadków przeniknęła przez płytę wiórową, wbiła się ścianę i podłogę, osiadła na butelkach stojących w równym rządku detergentów. Zamykam szafkę z głośnym trzaśnięciem i myję patelnię.

Potem ujmuję chochelkę i delikatnie mieszam ciasto naleśnikowe, przy spodzie miski zrobiło się dziwnie kleiste, ciężkie. W końcu rozlewam na nagrzanej patelni bladożółty kleks i próbuję uformować z niego nowy kontynent. Australia jest jednak niesubordynowana. Rozlewa się na boki, tworząc kształt postaci z rozrzuconymi na boki ramionami. Trudno, myślę, powiem Neli, że to Australijczyk, może przejdzie. Jeśli nie, spróbuję kolejny raz. Będę tworzyć kontynenty jak Pan Bóg. Moje będą z ciasta naleśnikowego. Złociste. Lekko chrupiące po bokach.

Już nie pamiętam, kiedy rozpoczęliśmy tę zabawę. Jednego dnia toczyliśmy bitwę o każdy przełknięty kęs śniadania, obiadu czy kolacji, a następnego Nela pałaszowała naleśniki, aż jej się uszy trzęsły. Tajemnicą nagłego apetytu naszej córeczki okazała się stara zabawa z dzieciństwa. Jednak my nie spoglądaliśmy w niebo, wskazując, co przypomina dana chmurka, ale wbijaliśmy wzrok w powierzchnię patelni, w skwierczące na niej naleśniki, placki i racuchy, doszukując się znajomych kształtów. Im dziwniejsze one były, tym bardziej smakowały Neli.

Jak Australia. Wiem, że Australia byłaby hitem.

Ale Australii już nie ma.

Wystarczyła chwila poświęcona Neli, która zaczęła ciągnąć się za włosy, by Australia przepadła i wylądowała w koszu na odpadki, zwęglona, oblepiona obierkami z ziemniaków.

Teraz na patelni skwierczy Australijczyk. Przechylam głowę, by przyjrzeć mu się z innej perspektywy i rozbawiona stwierdzam, że w miejscu jego brzucha rośnie wielka bańka z ciasta. Wyobrażam sobie, jak pokażę ją Neli i zażartuję z wielkiego apetytu naleśnikowego człowieczka. I nagle słyszę za placami:

– Mam tego dość.

Zamieram w bezruchu, z dłonią kurczowo ściskającą drewnianą łopatkę. Nie reaguję. Całą uwagę koncentruję na brązowiejącym cieście. Liczy się tylko to, by wylądowało, apetycznie pachnące i chrupkie, na talerzu Neli. Reszta to iluzja. Niecierpliwie postukujący kubek na stole, szybki, urywany oddech Tomka, gwałtownie szamoczące się w mojej piersi serce. Resztą zajmę się później, gdy naleśnik zyska już nowy kształt, a Nela zaaprobuje śniadanie. Gdy odetchnę z ulgą, że znów się udało.

Jednak mój mąż nie ma zamiaru cierpliwie czekać, aż dopełnię śniadaniowego rytuału. Odsuwa kubek tak gwałtownie, że ten obija się z brzdękiem o miskę z konfiturami. Nela wyczuwa napięcie. Nie ma sobie w tym równych. Słyszę, że zaczyna kręcić się na swoim miejscu. Po chwili dobiega mnie ciche jęczenie przerywane cichym, skomlącym:

– Australia, Australia… – dopomina się.

– Zaraz, kochanie… – uspokajam.

– Słyszysz?! – Ostry głos mojego męża wpycha się pomiędzy nasze, mój łagodny, Neli cichy, proszący, na swój sposób niecierpliwy. Zagłusza nas. Zmusza, abyśmy zamilkły i wysłuchały, co ma do powiedzenia. A ja nie chcę. Nie chcę tego słuchać. Ani słyszeć. Jakaś cząstka mnie przeczuwa, że nie spodoba mi się, czego ma dość mój mąż. – Słyszysz, co mówię? Mam tego dosyć! To koniec!

W milczeniu przerzucam pana Australijczyka na drugą stronę i przyklepuję łopatką. Zupełnie jakbym chciała pokrzepiająco poklepać kogoś po ramieniu. Uspokój się. Będzie dobrze. Zaraz się upieczesz, a wtedy przełożę cię na porcelanowy talerzyk i udekoruję kleksem domowej konfitury z truskawek. A może wolisz śliwkowe powidła? Moja teściowa robi cudowne powidła z owoców węgierki rosnącej w ogrodzie za domem. Niebiańskie. Fantastyczne. Jeśli chcesz, posmaruję cię śliwkowymi powidłami. Rozsmaruję je ślicznie, pociągnę delikatnie łyżeczką, wyrównam przy bokach…

Moja rozmowa z naleśnikowym ludkiem rozwija się, a ja w efekcie parskam śmiechem. Tomek, który właśnie podchodzi z pustym kubkiem po kawie do zlewu, zamiera w bezruchu i spogląda na mnie z niedowierzaniem. Mierzy mnie spod nieładnie zmarszczonych brwi, a potem cedzi gniewnie:

– Dom wariatów!

Wychodzi do przedpokoju, a ja przerzucam naleśnik na przygotowany talerz i pytam Nelę, czy woli konfiturę, czy powidła. Potem smaruję placek słodką masą i kroję na dziesiątki małych kawałeczków, wsłuchując się w rumory dobiegające zza drzwi. Tomek miota się po przedpokoju, roztrącając na boki ustawione pod ścianą buty, wyszarpując szuflady, trzaskając drzwiczkami szafek.

– Tak się, kurwa, nie da żyć! Codziennie awantura! O byle co! O spalony naleśnik, o wizytę listonosza, o zgubioną lalkę. Że sukienka nie taka, że bajka sraka!

– Przestań! – podnoszę głos. Pobrzmiewają w nim histeryczne nuty i złoszczę się o to na siebie samą.

– Co: przestań? – Hałasy dobiegające z przedpokoju cichną. Tomek pojawia się w drzwiach. Jest czerwony na twarzy, ma szkliste, rozbiegane oczy. Nerwowo pociera podbródek. Zauważam, że przy porannym goleniu zaciął skórę i że pod dolną wargą utworzył się krwisty strup. – Może kłamię? Nie tak jest? Strach z domu wyjść, bo zaraz scena, że łeb puchnie! Kładzie się na chodniku, rzuca czapką, zdejmuje kalosze! Co to ma być?!

– Nieprawda! – Kręcę głową.

– A wczoraj? Co to było? Przy obcych? – krzyczy. – Rozpieściłaś ją jak dziadowski bicz!

– Dobrze wiesz, że to nie kwestia rozpieszczania! Nela nie jest niegrzeczna! Ma pewne trudności…

 

– Nazywaj rzeczy po imieniu – parska. – Zachowuje się jak niezrównoważona psychicznie! To rodzinne, co?

Przez krótki moment mam wrażenie, że ziemia osuwa mi się spod nóg i szybkim ruchem wczepiam się palcami w futrynę drzwi, aby nie upaść. W uszach tętni mi oszalała krew, przed oczami tańczą czerwone plamy, a do gardła podpełza strumień wypitej kawy. Boję się, że zwymiotuję na stojącego przede mną męża, desperacko przełykam ślinę, choć jakaś niewielka cząstka mnie ma ochotę to zrobić. Zasłużył sobie. Jak może być tak okrutny? Krzyczeć mi w twarz te wszystkie paskudne słowa? Za co mnie każe? Za co każe naszą córkę? Dlaczego nas opuszcza?

– Jak możesz… – zaczynam, ale Tomek gwałtownie wyrzuca przed siebie ramiona i milknę. Już sama nie wiem, czy jestem bardziej przerażona czy zdumiona. Powinnam coś powiedzieć, zaprotestować, wściec się, wyładować na nim złość i strach, ale w głowie mam kompletną pustkę. Chciałabym być odważniejsza. Jak moja teściowa. Jak Małgosia, którą Tomek tak podziwia. Jak matki z fundacji. Może wtedy podeszłabym i strzeliłabym go w gębę. Za te okrutne słowa. Za chęć odejścia, wycofania się rakiem z podkulonym ogonem. Za to, że nie potrafi zaakceptować własnej córki taką, jaką jest.

– Próbowałem – mówi, jakby czytając mi w myślach. – Do cholery, przecież próbowałem! Ale nie umiem tak!

Powoli kiwam głową. Jestem zbyt słaba na to, aby dać mu w pysk. Ale nie na to, by obrzucić go pogardliwym spojrzeniem. Zamierzam jeszcze dodać, że ja za to umiem. Matka zawsze potrafi. Ma siłę, ma cierpliwość, może mniej, niż by chciała, ale zawsze coś tam z siebie wykrzesze. Bo właśnie tego wymaga się od matki. Bo właśnie tego ona sama wymaga od siebie.

Tomek odwraca wzrok i ponownie skupia się na przetrząsaniu szafek. Przyglądam się temu pozornie obojętnie, choć wewnątrz mnie szaleje burza. Serce galopuje. Jeszcze chwila i wyskoczy z piersi. Zęby dzwonią o siebie, jakby dopadły mnie dreszcze. Równocześnie jest mi potwornie gorąco, mam ochotę zedrzeć z siebie bluzkę i cisnąć nią o podłogę.

Za moimi plecami Nela pobrzękuje talerzem, nucąc cichutko pod nosem. Jest w tej tylko jej znanej piosence jakiś głęboki smutek i nagle przed oczyma staje mi inna scena. Już nie jestem Klarą Kwiatkowską, żoną Tomka i mamą Anieli. Już nie mieszkam przy Klonowej 4. Staję się kilkuletnią, przestraszoną Klarcią, która kuca w kącie ciemnej sieni i rozbieganym wzrokiem wodzi między taszczącym walizkę ojcem i uczepiającą się jego kolan matką. Widzę, jak potężny mężczyzna z niesmakiem unosi nogę i próbuje strząsnąć z siebie desperacko przytrzymujące go dłonie. Tak jak strząsa się pająka. Albo przyklejone do obcasa gówno. Za tą przejmującą sceną podążają kolejne. Poszarzała na twarzy matka wychodząca każdego dnia o czwartej z minutami na zakładowy autobus. Chłód klucza przewieszonego przez szyję na kawałku tasiemki. Pierwsza komunia, pożyczona od sąsiadki przyciasna sukienka i samotność wśród dzieci otoczonych wianuszkami krewnych i przyjaciół. Matka w czarnej garsonce. Samotna wysepka na oceanie niewinnej bieli. Nela śpiewa coraz głośniej, a ja głośno przełykam ślinę. Nie chcę takiego życia dla mojej córeczki. Dlatego postępuję krok w kierunku Tomka i szepczę:

– Opamiętaj się. Pomyśl, co robisz. Jaką krzywdę wyrządzasz sobie i nam. Przede wszystkim Neli.

Nie patrzy na mnie. A wyraz jego twarzy staje się jeszcze bardziej zacięty. Podchodzę bliżej, delikatnie kładę dłoń w zgięciu łokcia, pieszczotliwie. Chcę w ten sposób zaznaczyć, że tu jestem. Pokazać, że czuję, że cierpię. I że go potrzebuję. Obie z Nelą bardzo go potrzebujemy.

Tomek odsuwa się z gniewnym syknięciem, a moja bezwładna ręka opada. Uświadamiam sobie, jak niewiele ta sytuacja różni się od sceny sprzed lat. Dzieli je czas, otaczają inne zapachy, padają inne słowa, ale schemat pozostaje ten sam. A ja dotarłam do ściany. Tak jak przed laty moja matka. Stałam się kawałkiem gówna, które ktoś strzepuje z siebie z irytacją i gniewem.

Odsuwam się.

– Porozmawiajmy – proszę jeszcze.

Tomek obrzuca mnie wściekłym spojrzeniem.

– Nie. – Potrząsa głową, sięgając do klamki w drzwiach wyjściowych. – Nie mam ochoty.

Wychodzi, trzaskając drzwiami, a ja znużona opieram się plecami o ścianę i tkwię tak dłuższą chwilę, z wzrokiem wbitym w nieruchomą klamkę. W kuchni Nela dociera do końca swojej smutnej piosenki i rozpoczyna kolejną. Jej głos wydaje się lekko przytłumiony. To wzbudza we mnie niepokój, zbieram więc siły i idę do swojej wyjątkowej córeczki.

Pod sufitem wciąż unoszą się smużki siwego dymu. Nela nadal siedzi na swoim miejscu za stołem. Zjadła już Australijczyka i teraz wyjada śliwkowe powidła. Gdy staję w progu, na moment podnosi wzrok znad miseczki, ale szybko traci zainteresowanie moją osobą. Ponownie nurkuje rączką w naczyniu. Wybiera przetwory czubkami palców, jak niedźwiadek z kreskówki, wsuwa palce do buzi i oblizuje je z cichym cmoknięciem. Potem pozbywa się lepkości, przesuwając ręką po blacie stołu, przodzie piżamki, włosach, a nawet ścianie. Słodycz śliwek z ogrodu mojej teściowej rozpełzła się po stole i ścianach, spłynęła na podłogę, pnie się po zasłonach. Napływają mi do oczu łzy. Myślę o czasie i energii, które będę musiała poświęcić, aby doprowadzić do porządku dziecko i otoczenie. Uświadamiam sobie, że jestem zmęczona. Bardzo zmęczona.

A potem przypominam sobie zaciętą minę Tomka i to, w jaki sposób powiedział, że ma dosyć. Nie mogę dać się bezsilności. Nie teraz. Nie w tej chwili.

Patrzę na Nelkę z apetytem zajadającą powidła, a ona spogląda na mnie. Mam wrażenie, że się uśmiecha, ale może to tylko grymas wymalowany śliwkowymi przetworami? Wyciągam do niej ramiona, a ona natychmiast porzuca miseczkę i wtula się we mnie, przekazując swą lepkość i słodycz. Niosę ją do łazienki i napełniam wannę ciepłą wodą z ulubionym płynem do kąpieli. Gdy Nela się pluszcze, głośno podśpiewując, ja porządkuję kuchnię, łowiąc odgłosy napływające z łazienki. Pochylam się nad koszem, by wyrzucić okruchy.

Australia spaliła się na węgiel.

Rozpadła się na drobne, poczerniałe kawałki.

Jak moje małżeństwo.


Matka Tomka lubi przytaczać romantyczną historię naszej miłości. Opowiada, jak poznaliśmy się na podwójnej randce, na której towarzyszyliśmy parze naszych przyjaciół, i jak tamta dwójka się zmyła, a my zostaliśmy, zakochani od pierwszego wejrzenia. Nie chcę pozbawiać jej tej przyjemności, a tym bardziej złudzeń, ale nasza historia nigdy nie była słodka jak lukier na weselnym torcie, który zrobiła.

Prawdą było, że zjawiłam się na tym spotkaniu przez koleżankę, która nie miała śmiałości spotkać się sam na sam z przystojnym kolegą z politechniki. Chłopak okazał się tak chorobliwie nieśmiały, że do tej pory się zastanawiam, jakim cudem umówili to spotkanie. Przez cały czas wlepiał wzrok w czubki butów, pytany odpowiadał monosylabami i od czasu do czasu posyłał Tomkowi tak nieszczęśliwe spojrzenie, jakby chciał prosić, by ten w ramach koleżeńskiej przysługi obskakiwał nas obie. W końcu koleżanka skapitulowała. Rozłożyła ręce i stwierdziła, że wraca do domu. Nigdy nie zapomnę ulgi odmalowującej się na twarzy tamtego chłopaka. Najpierw wyszła ona, zaraz po niej on, w końcu zza stołu podniosłam się i ja. Tomek obrzucił mnie zdumionym spojrzeniem.

– Może jeszcze zostaniesz…? – zaproponował.

Wahałam się. Zjawiłam się w tej kawiarni tylko przez wzgląd na koleżankę. W domu mama czekała na mnie z kolacją, miałam też zaczętą ciekawą powieść i szczerze mówiąc, wieczór spędzony na jej lekturze wydawał mi się bardziej kuszący niż w towarzystwie nieznajomego. Zerknęłam na zegarek. Autobus powrotny odjeżdżał dopiero za dwadzieścia minut, mogłam ten czas spędzić w przytulnym wnętrzu kawiarni. Uznałam to za lepszą perspektywę od wystawania pod wiatą przystankową i narażania się na zaczepki podchmielonych wyrostków.

– A porozmawiasz ze mną? – zakpiłam. – A może macie na politechnice samych milczków?

– Wiele można o mnie powiedzieć, ale na pewno nie to, że jestem milczkiem – obruszył się mój towarzysz. – Usiądź, dopij kawę, przekonasz się.

Usiadłam więc, sięgnęłam po szklankę z niedopitą latte i bawiłam się łyżeczką, dyskretnie obserwując mężczyznę po drugiej stronie stolika. On również mi się przyglądał, z tym że nie bawił się w żadne niuanse i czynił to otwarcie, bez skrępowania. W pewnej chwili pochylił się nad blatem i nim zdążyłam zareagować, złapał w dwa palce skręcone pasmo moich włosów. Potarł je, jakby rozsypywał szczyptę soli i mruknął.

– Ładne. Są naturalne, prawda?

Przytaknęłam niepewnie, nie wiedząc, jak zareagować na ten nieoczekiwany i dość osobliwy komplement, a on jak gdyby nigdy nic, wypuścił pukiel z palców, rozparł się w krześle i spoglądając na mnie z zainteresowaniem, zapytał:

– Czym się zajmujesz?

Opowiedziałam mu. Zgodnie z prawdą przyznałam, że pracuję w osiedlowym supermarkecie, ale po chwili wahania dodałam, że pragnę czegoś więcej. Chciałam studiować. Może filologię polską. Może coś związanego z dziennikarstwem i naukami społecznymi. Nie wiem dlaczego, ale tamtego dnia w kawiarni zdobyłam się wobec kompletnie obcego faceta na szczerość, której odmawiałam samej sobie. I przyznałam, że po maturze nie podjęłam studiów, ponieważ moja matka uważała, że to strata czasu i pieniędzy. Że powinnam zdobyć konkretny zawód, który zapewni mi chleb. Nie sprzeciwiłam się jej. Miała przecież tylko mnie.

– Te matki… – Tomek pokręcił głową. – Twoja uważa studia za stratę czasu. Moja uparła się, że muszę zdobyć wyższe wykształcenie, choć nauka nigdy nie przychodziła mi łatwo. Zgodziłem się dla świętego spokoju, ale… – urwał i machnął ręką.

– Co chciałbyś robić? – zainteresowałam się.

– Chciałbym otworzyć coś własnego. To dobry moment. Specjaliści wyjeżdżają do pracy za granicę. Do Anglii, Szwecji, Francji. A u nas brakuje tego Kowalskiego z młotkiem, nie ma kto przybić gwoździa, wymienić rury pod zlewem, rozumiesz?

– Chcesz być Kowalskim z młotkiem? – Uśmiechnęłam się.

– Chcę mieć firmę, która zatrudnia Kowalskich i daje im młotki. Chcę zarabiać dobre pieniądze.

– A czym zajmuje się twoja mama?

– Moi staruszkowie prowadzą rodzinną piekarnię. Na Miodowej. Wiesz, gdzie to jest?

– Mniej więcej – przyznałam. – Na obrzeżach miasta, prawda? Ale skoro rodzice prowadzą swój biznes, powinni zrozumieć, że ty również chcesz otworzyć własny…

– Jestem jedynakiem – wyjaśnił. W jego głosie pojawiła się ledwie wyczuwalna nuta goryczy. – Myślę, że tak naprawdę te studia to tylko przykrywka. W rzeczywistości już dawno zdecydowano, że przejmę piekarnię. Tylko że ja tego nie zrobię – zaznaczył i jego głos stwardniał.

Zamilkliśmy. Spojrzałam na zegarek i z przerażeniem odkryłam, że mój autobus odjechał. Tomek uniósł się zza stolika i sięgnął po kurtkę przewieszoną przez oparcie krzesła.

– Odwiozę cię – zaproponował. A potem, jakby po chwili wahania, dodał: – Dziękuję. Już dawno z nikim tak szczerze nie rozmawiałem. Właściwie od dobrych kilku lat.

– Nie ma sprawy – odparłam.

– No i chyba nie była to najgorsza randka na świecie, co? – Wybuchnął śmiechem. Pomyślałam o koleżance oraz jej nieśmiałym absztyfikancie i skrzywiłam się.

– Dla nas nie – stwierdziłam.

– A może… – zawahał się i zerknął na mnie nieśmiało, przeczesując palcami jasną czuprynę. – Masz ochotę na kręgle?

– Czemu nie? – Wzruszyłam ramionami.

Bawiliśmy się świetnie, a potem Tomek odwiózł mnie do domu, pożegnaliśmy się przyjaźnie i jeśli chodzi o mnie, to właśnie w tym miejscu nastąpiłby koniec tej historii. Moje życie – choć do bólu proste, momentami nawet jałowe – nie pozostawiało miejsca na mężczyzn, randki, związki. Owszem, zdarzyło się kilka nic nieznaczących epizodów, które przyniosły mi jedynie rozczarowanie i przykre poczucie, że mężczyzna nie tyle pochodzi z Marsa, co na Marsa powinien zostać wyekspediowany. Na więcej nie miałam ochoty.

Jednak Tomek był uparty.

Dzwonił, przyjeżdżał pod sklep, w którym pracowałam, czasami czatował w samochodzie pod blokiem, w którym mieszkałam z matką, i wyskakiwał zza kierownicy z bukiecikiem polnych kwiatów w garści jak pajacyk z pudełka. Początkowo wzbudzało to we mnie irytację, czułam, że mnie osacza, że żąda ode mnie czegoś, czego nie chcę i nie zamierzam mu dać. Potem nadeszła kolej na rozbawienie, a na koniec jego uparte zainteresowanie zaczęło mi schlebiać. I wbrew sobie szukałam oczami samochodu zaparkowanego przy krawężniku albo lustrowałam kolejkę przy kasie w poszukiwaniu znajomej sylwetki.

 

– To dobry chłopak – mówiła matka, uważnie sondując mnie wzrokiem.

W odpowiedzi wzdychałam.

– Wiem, mamo. Mówiłam ci jednak, że nie chcę…

– Chcesz, chcesz! – przerwała mi pewnego dnia. Na jej ustach wykwitł dziwny uśmieszek. – Chcesz, tylko boisz się do tego przyznać…

Owszem, bałam się, ale nie tego, o czym myślała moja matka. Nie obawiałam się stabilizacji, długotrwałego związku i jego kolejnych etapów, takich jak zaręczyny, ślub, dziecko, wspólna kuchnia i półka w łazience. Obawiałam się tego, że te wszystkie ładne elementy obrazka zatytułowanego „Małżeństwo” pewnego dnia znikną. Rozpłyną się w powietrzu, bo ktoś uzna, że nie są mu już potrzebne i strzepnie je z siebie jak podróżny kurz. Obraz ojca opuszczającego dom z jedną walizką nie był nawet w połowie tak przykry jak wspomnienie matki skulonej na zimnej posadzce sieni i szlochającej w podciągnięte pod brodę kolana. Nie chciałam skończyć w tej samej pozycji.

Powiedziałam to Tomkowi. Wysłuchał mnie, pokiwał głową ze zrozumieniem, a potem lekko ścisnął moją dłoń.

– Nie możesz zakładać, że z nami będzie podobnie jak z twoimi rodzicami.

– Nie zakładam. – Potrząsnęłam głową. – Po prostu…

Zabrakło mi słów. Jak miałam mu wytłumaczyć, że lęk, który mi towarzyszy, rodzi się gdzieś głęboko we mnie? Że kiedy się spotykamy, spędzamy razem czas, wymieniamy pocałunki w deszczu czy kochamy się na wąskim tapczanie w moim pokoju, jest cudownie, ale wystarczy, że wyobraźnia sięgnie dalej, podsunie obraz wspólnej przyszłości, za gardło natychmiast łapie mnie panika. I wizję szczęśliwej pary wypiera inna: samotna, zrozpaczona kobieta skulona na podłodze, porzucona wraz z córką, wymieniona na nowszy model, tak jak wymienia się kanapę w salonie albo zimowe buty.

– Po prostu cię kocham! – dopowiedział Tomek. – Chciałbym, żebyśmy się pobrali. I wiesz co? Po ślubie mogłabyś studiować.

– To oświadczyny? – Uniosłam brwi. – Jeśli tak, wybrałeś ciekawy pierścionek zaręczynowy!

– I co odpowiesz?

– Nie wiem. Jak ty sobie to wyobrażasz? Studenckie małżeństwo? Będą nas utrzymywać mamusie? – Śmiałam się.

Tomek z powagą pokręcił głową.

– Rozmawiałem z matką. Rzucam studia. W pierwszej chwili zaprotestowała, ale wyjaśniłem jej, że nie tędy droga, i zaakceptowała to. Uruchomię firmę. Ale zanim zajmę się własnym biznesem, zatrudnię się w firmie budowlanej. Chcę tę robotę poznać od podszewki. Już rozmawiałem z takim jednym gościem, nazywa się Muszyński. Inwestuje w deweloperkę.

– Mówisz poważnie? – Myślałam, że żartuje, ale podekscytowanie na jego twarzy świadczyło o czymś innym. W powieści jednej z moich ulubionych autorek wyczytałam, że marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia. Tomek właśnie zaczął to robić.

– To zależy. – Nagle porwał mnie w ramiona i okręcił dookoła siebie. Gdy ponownie stanęłam na nogach, poczułam zawroty głowy. – Zależy, co odpowiesz. Czy zostaniesz moją żoną?

– Tak, do diabła, tak! Zostanę!

Chwila, w której Tomek oświadczył, że porzuca studia, i poprosił mnie o rękę, była magiczna. Inna. Po raz pierwszy od wielu miesięcy nie prześladowała mnie wizja ojca porzucającego matkę. Oczyma wyobraźni widziałam tylko biel sukni ślubnej i jasne kolory wspólnego życia. Kiedy powiedziałam mamie, że planujemy małżeństwo, pokiwała głową z zadowoleniem.

– Będziesz szczęśliwa – zawyrokowała. Przytuliłam się do niej, kładąc głowę na kościstych kolanach. Spracowaną dłonią gładziła moją skroń.

– Będę – szepnęłam.


W poniedziałkowe popołudnia Nela ma zajęcia z psychologiem w poradni w centrum miasteczka. Idziemy tam pieszo, przez park. Mała z piskiem buszuje w złocistych liściach zaścielających alejki, a ja wystawiam twarz w kierunku promieni słońca przesączających się przez gęste korony drzew i cieszę oczy cudownymi kolorami jesieni. Ta tegoroczna nas rozpieszcza, jest ciepła, złocista, skłania do przechadzek i spędzania czasu na świeżym powietrzu. Wciągam w nozdrza zapach liści, upajam się nim. To na moment rozprasza mrok poranka, sprawia, że zapominam o okrutnych słowach Tomka, przegania niepokój ściskający za gardło.

Z naprzeciwka nadchodzi trzyosobowa rodzinka. Jasnowłosa mama ma na sobie błękitny trencz i szpilki, tata nasunął na nos ciemne okulary, między nimi podskakuje mała blondyneczka. Kiedy nas mijają, mała rozdziawia buzię w szerokim uśmiechu, demonstrując brak górnych jedynek i zaśmiewa się, odrzucając głowę do tyłu. Paluszki jej pulchnej rączki wtulają się w opiekuńcze dłonie dorosłych. Rodzice pochylają się ku niej z uśmiechem. Na ten widok moje serce przeszywa ból. Nerwowo skaczę wzrokiem po pniach, szukając między drzewami córki. Obraz tej obcej rodziny zakotwiczył w mojej głowie, wbił się pod powiekę jak ziarenko piasku, drażni. Prowokuje pierwszą łzę, potem kolejną. Dostrzegam nadbiegającą Nelę i szybko ocieram policzki wierzchem dłoni. Kąciki moich ust wędrują w górę, ale pierś pozostaje ciężka. Jakby przygniatał ją wielki głaz.

– Idziemy do poradni – zapowiadam. – Ciocia Iza czeka na ciebie na zajęciach, tak? Dzisiaj macie układać historyjki?

Nela uśmiecha się w odpowiedzi.

– Tak – potwierdza z entuzjazmem. Lubi spotkania z psychologiem i logopedą. Zajęcia wciąż są dla niej przygodą, nie przykrym obowiązkiem, drzwi gabinetu z kolei to wejście do magicznego sezamu pełnego nowych zabawek i różnych atrakcji. Wychodzi stamtąd uśmiechnięta, z roziskrzonym wzrokiem, a ja – czekająca na twardym, niewygodnym krześle za ścianą – cieszę się razem z nią. I odczuwam ulgę. Bo skoro terapia idzie zgodnie z planem, pojawią się efekty. Moja córka będzie się rozwijać, ścigać rówieśników w tych nierównych zawodach.

Ujmuję ją za łapkę i ruszamy ku drzwiom poradni. Wdrapujemy się na czwarte piętro kamienicy. Schody pod naszymi stopami skrzypią w głośnej skardze, korytarz, w którym mieszczą się gabinety poradni pedagogiczno-psychologicznej, jest mroczny i czuć w nim wilgoć. Początkowo wzdrygałam się za każdym razem, gdy wkraczałam w tę krainę chłodu, teraz już przywykłam, a nawet to lubię. Jawi mi się jako coś swojskiego, niemal słodkiego. To przecież miejsce, w którym mojej kochanej córeczce ofiarowano pomoc.

Na krzesłach ustawionych pod drzwiami do pokojów siedzą matki. Przed każdym gabinetem. Nieodłączne towarzyszki terapii. Z telefonem w ręku, książką na kolanach, szeleszczące stronami kolorowych miesięczników, czasem przeglądające siatki z zakupami, cieszące oczy upolowaną na wyprzedaży bluzką albo rajstopkami za parę złotych. Gdy wchodzimy, kierują na nas spojrzenia, te zmęczone wieloletnim tułaniem się między ośrodkami, szkołami i poradniami i te świeże, błyszczące nadzieją, że diagnoza to pomyłka, a jeśli nawet nie, to dobrze, że taka wczesna, bo można jeszcze coś zdziałać. Lustrują mnie, lustrują niezdarnie zrzucającą buciki Nelkę, wymieniamy blade uśmiechy, kiwamy głowami. Znamy się. Powtarzamy ten spektakl w regularnych odstępach czasu. W każdy poniedziałek o czternastej. Za moment nastąpi drugi akt. Drzwi gabinetu otworzą się i w progu staną dzieci, a za ich plecami terapeuci. Dziś umiem przetrwać tę chwilę z kamienną twarzą, jednak pierwszy raz był jak zimny prysznic. Bo dzieci wychodzące z gabinetów są różne. Mają zdeformowane twarze i kończyny, wykonują niekontrolowane ruchy i wyrzucają z siebie przedziwne piski. Czasem wpatrują się natarczywie w twoją twarz i nie wiesz, jak się zachować. Spuścić wzrok, by nikt nie zarzucił, że się gapisz? Uśmiechnąć się? Przemówić? Dzieci będą ściskać w spoconych łapkach rysunki, czasem jakieś drobne zabawki, z którymi nie chcą się rozstać, matki podniosą się z krzeseł, by przejąć swoje pociechy i zamienić kilka słów, dowiedzieć się, jak przebiegły zajęcia. W zależności od tego, co usłyszą, ich twarze rozjaśnią się w uśmiechu lub skurczą się w niepokoju i smutku. Później wyjdą. Miejsca na kolorowych dywanach w gabinetach zajmą kolejne dzieci, na korytarzu zasiądą inne matki, wpasują przygarbione plecy w oparcie krzesła, sięgną do torebki po smartfona, książkę, krzyżówkę w miękkiej okładce. Będą tak tkwić skulone, od czasu do czasu podnosząc wzrok na jasne drzwi, usiłując wyłowić uchem choć jeden dźwięk dobiegający z gabinetu.

Drzwi, przed którymi siedzę, otwierają się z cichym skrzypnięciem i w progu staje terapeutka. Nela gwałtownie podrywa się z posadzki i podbiega do niej w podskokach. Nie poświęca pani Izie więcej uwagi niż to konieczne, niecierpliwie zerka za to do gabinetu.

– Dzień dobry, Nelciu! – Psycholożka kuca przy mojej córeczce i usiłuje pochwycić jej wzrok. – Dzień dobry! Przywitasz się ze mną?