Biografie odtajnioneTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Joanna Siedlecka

Biografie odtajnione

z archiwów literackich bezpieki

ISBN: 978-83-7785-839-4



Copyright © by Joanna Siedlecka, 2015

All rights reserved



Wyboru zdjęć opublikowanych w książce dokonała autorka.


Projekt typograficzny i łamanie: Grzegorz Kalisiak | Pracownia Liternictwa i Grafiki

PROJEKT OKŁADKI: www.designpartners.pl

ZDJĘCIE NA OKŁADCE: Lucjan Fogiel/EAST NEWS (lewe) Danuta B. Łomaczewska/EAST NEWS (prawe)

REDAKCJA: Marta Dobrecka


Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

OD AUTORKI

SEKS TO DLA KOMUNISTY SZKLANKA WODY

MIETKU, WPUŚĆ MNIE DO POLSKI

ZLECENIE NA GOMBROWICZA

REJS II

PRZYJDŹ Z WIERSZAMI

SCHEDA PO JERZUSIU

TON CHÉRE PAPA

ZMIAŻDŻYLI GO NA MIAZGĘ

PANIE OD ANDERSENA

PIĘCIORO DZIECI I COŚ

DOPAŚĆ OBIEKTA. PISARZE W OBIEKTYWIE BEZPIEKI

Indeks

Izabelce i Czarusiowi, moim wnukom,

aby zrozumieli kiedyś, czym był komunizm

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

OD AUTORKI

To nie jest książka glamour — lekka, łatwa i przyjemna. Nie może się podobać — ma przeszkadzać, poruszać, przerażać. Jest bowiem — po Obławie i Kryptonimie „Liryka” — moją trzecią już opowieścią o temacie wciąż nieprzerobionym, objętym ciężką zmową milczenia — represjach PRL-u wobec literatów, napisaną na podstawie wielu rozmów, głównie jednak odtajnionych oraz nieznanych wcześniej dokumentów komunistycznej policji politycznej, których mieliśmy nigdy nie poznać.

Tym razem o rozprawach z pisarzami z najwyższej półki, których książki są w każdym inteligenckim domu — między innymi Witoldem Gombrowiczem, Władysławem Broniewskim, Jerzym Andrzejewskim, Jerzym Zawieyskim, Anną Kamieńską, którym bezpieka, najsprawniejsze ramię totalitarnego państwa, rozwaliła, „rozpirzyła” nie tylko kariery, ale przede wszystkim życie prywatne, osobiste, rodzinne. Naraziła na bezmiar cierpień. Osłabiła psychicznie, podkopała zdrowie, przyśpieszając przedwczesną śmierć (Andrzejewski, Broniewski, Kamieńska). Odchodzili, nie dając z siebie wszystkiego.

Próbowała też dobierać się do nich poprzez ich rodziny, które rozbijano i rujnowano, werbując wśród nich konfidentów, jak w przypadku Andrzejewskiego, na którego donosił zamieszkały z nim pod jednym dachem jego zięć. Na poetkę Annę Kamieńską donosiła jej najbliższa przyjaciółka, również pisarka — komunizm miał niszczyć więzi międzyludzkie, przyjaźń, zaufanie, współpracę. W literackiej zonie wszyscy mieli się nawzajem bać i podejrzewać.

Przenikano również w cztery ściany domów, które były nafaszerowaną podsłuchami pułapką, pozwalającą wdzierać się głęboko w życie osobiste pisarzy, wykorzystywać ich seksualne orientacje, cynicznie nimi manipulując (Zawieyski, Andrzejewski).

Totalitarne państwo miało sprawczą moc pozbawienia pisarza właściwie wszystkiego, nie tylko druku, ale też własnej ojczyzny. Medialną nagonkę służb za stypendium w Berlinie Zachodnim Witold Gombrowicz przypłacił atakiem serca i astmy, a także przekreśleniem planów wizyty w tak niedalekiej od Berlina Polsce, spotkania z żyjącymi jeszcze wtedy braćmi. Alicję Lisiecką, krytyka i pisarkę, sponiewierano, choć przez pewien czas ten system współtworzyła, wpuszczając ją do kraju dopiero po latach starań, po wymuszonym, „wykorzystanym propagandowo” pokajaniu, a niepotrzebną już zapędzono do psychiatryka. Jakub Berman, stalinowski herszt od kultury, a zarazem bezpieki, siłą i bez żadnych lekarskich badań umieścił tam Władysława Broniewskiego, aby, jak się dopiero dziś okazało, uniemożliwić mu zemstę na prominentnych winowajcach samobójstwa jego córki.

Po co nam ta mroczna wiedza?

Prawda dokumentów odkłamuje wiele fałszów, choćby wizerunek kanonizowanego niemal Zawieyskiego, mechanizmy wielu karier (Marek Piwowski, Krystyna Siesicka), promocji jednych, eliminowania drugich. Pozwala zajrzeć za kurtynę naszego życia literackiego i kulturalnego, którego nie sposób zrozumieć bez wciąż mało znanej roli tajnych służb. Nie tylko je kontrolowały i penetrowały, ale wpływały także na losy pisarzy oraz — o czym świadczy casus Miazgi Andrzejewskiego i Dzienników Zawieyskiego, na losy, a nawet zawartość ich książek. Na „obróbkę” zbiorowej świadomości, „pierekowkę dusz”, zwłaszcza młodych, literaturę dla nich powierzając wyjątkowo licznym na tym odcinku tajnym współpracownikom, między innymi Zbigniewowi Nienackiemu, Aleksandrowi Minkowskiemu, Krystynie Siesickiej, Marcie Tomaszewskiej.

To, co powinno być przedmiotem fundamentalnej debaty, zostało jednak wyparte ze społecznej świadomości. Co więcej, nie tylko nie zdobyliśmy się na rozrachunek z totalitarną przeszłością, ale doszło u nas do procesu wręcz odwrotnego — socnostalgii, oswajania PRL-u, sprowadzanego do gagów z Misia, relatywizujących komunistyczne zbrodnie i represje, między innymi na literatach, a w ich osobach na naszej literaturze.

Dlatego też to właśnie ona, zwłaszcza literatura faktu, zamiast z tych obszarów rejterować, powinna dokonywać obrachunków z komunizmem i bez znieczulenia opowiadać, co robił ze swoimi pisarzami, jak podkuwał ich, ujeżdżał, wykrwawiał. Jak było wtedy naprawdę. To nawet ważniejsze od tego, czy ktoś został skazany, czy nie — wyroki historii literatury są groźniejsze od sądowych.

Zgodna z prawdą pamięć o komunizmie to jedyny już chyba sposób zadośćuczynienia tym, których niszczono.

Niepamięć jest formą śmierci.


SEKS TO DLA KOMUNISTY SZKLANKA WODY

Córko moja nieżywa,

o! brzozo!

pieśni nić niegodziwa

chce mnie spętać trumiennie

i — zatruta — być we mnie,

o! brzozo!

Władysław Broniewski, Brzoza — z cyklu Anka

Sporo było ostatnio o Broniewskim, nikomu jednak nie udało się wyjaśnić zagadki samobójczej śmierci perły jego życia, ukochanej córki Anki. Ale jak się okazało, niebezpodstawnie — była to wielka, rodzinna tajemnica, skrywana również przez samego poetę, zmuszonego do milczenia brutalnym uwięzieniem go w psychuszce.

W jeszcze większym stopniu była to tajemnica partyjna. Oficjalnie dyktatury, a już zwłaszcza stalinowska, były pruderyjne i zamiatały pod dywan seksualne afery swoich prominentnych towarzyszy. Nieoficjalnie nic oczywiście przeciw nim nie miały, pod warunkiem, że działy się po cichu. A nie, tak jak w tym wypadku, w organizacji partyjnej literatów, i kończyły głośnym samobójstwem córki znanego poety, skandalem, który trzeba było szybko tuszować, bo jego winowajcami były dwie flagowe wtedy figury, laureaci nagród państwowych — matka Anki, Janina Broniewska, przyjaciółka Wandy Wasilewskiej, sekretarz organizacji partyjnej Związku Literatów, oraz jej zastępca na tym stanowisku, kochanek Anki, Bohdan Czeszko, pokazowy żołnierz GL-AL, lansowany na czołowego, młodego pisarza Polski Ludowej.

* * *

24-letnią Ankę znaleziono martwą w jej mieszkaniu na MDM-ie, w którym ulatniał się gaz, a mimo upału okna były szczelnie zamknięte. Stało się to 1 września 1954 roku, już po śmierci Stalina, nadal jednak trwały represje. W Związku Sowieckim rozprawiono się krwawo z Berią, a u nas aresztowano prymasa Wyszyńskiego i marszałka Ludowego Wojska Polskiego, Rolę-Żymierskiego, sfingowano też proces biskupa Kaczmarka. Wolna Europa zaczęła nadawać rewelacje Józefa Światły, zbiegłego na Zachód wysokiego funkcjonariusza bezpieki, który ujawniał tajemnice swego resortu.

 

To właśnie w 1954 roku uciekł na Zachód wybitny kompozytor Andrzej Panufnik. Nadal żywe były echa niewyjaśnionego samobójstwa Tadeusza Borowskiego, śmiertelnego samochodowego wypadku Ksawerego Pruszyńskiego.

Nic więc dziwnego, że mało kto wierzył w oficjalną wersję śmierci Anki, czyli zatrucie się gazem. Tym bardziej że Janina Broniewska nie zgodziła się na sekcję zwłok, a wszczętemu w sprawie śledztwu szybko ukręcono łeb, niczego zresztą nie wykazało.

Podejrzewano nawet, że Ankę zamordowano i upozorowano samobójstwo, aby złamać nieujarzmionego do końca, nieobliczalnego Broniewskiego, który z groźnego wilczura miał stać się grzecznym, pokojowym pieskiem. Mijały jednak lata, otwierały się archiwa i nie było na to żadnych dowodów. Ale czas otwiera również świadków — zaczynają mówić o sprawach, które wcześniej były tabu, choć pogłoski o nich krążyły w Związku Literatów od dawna, lecz dopiero dziś, gdy znamy już wiele nowych faktów, można je uznać za prawdopodobne.

Otóż stało się to wkrótce po tym, gdy do zakochanej Anki dotarła bulwersująca wiadomość, że Bohdan Czeszko, dla którego zamierzała się rozwieść, przez cały czas ich romansu żył również z jej własną matką. Zdeprawowaną komunizmem, „wyzwoloną” przeciwniczką tradycyjnej moralności Janiną Broniewską, idolką bolszewickiej emancypantki Saszy Kołłontaj, lansującej hasło, że seks to dla komunisty szklanka wody, nic więcej.

Czy to rzeczywiście prawda i jak mogło do tego dojść?

Zwolenniczka wolnej miłości

Panna Janina Kunig nie paliła się wcale, żeby zostać żoną Władysława Broniewskiego, małżeństwo z nim było bowiem — jak przyznawała w swoich wspomnieniach — „skandalicznym mezaliansem”1. Pochodziła z prowincjonalnego Kalisza, z ubogiej i prostej rodziny — jej matka była położną, ojczym introligatorem, brat i ojciec — ślusarzami.

Choć trzęsła później Związkiem Literatów, w ankietach personalnych w rubryce „wykształcenie” pisała „średnie” — skończyła tylko siedem klas oraz trzyletnią zawodową szkołę zdobniczą, maturę miała „seminarialną”, zrobioną na kursach nauczycielskich. Uprawniającą do nauczania wyłącznie w szkołach powszechnych, gdzie pracowała jako pani od lekceważonych rysunków, z trudem zdobywając posady ze względu na swoje komunistyczne poglądy. Nie była wprawdzie członkiem KPP, komunizowała jednak od zawsze, już w rodzinnym Kaliszu przyjaźniła się z Inką Koszutską, krewną Wery Koszutskiej-Kostrzewy. Czytała głównie Kapitał Marksa, Majakowskiego i „Robotnika”.

Broniewski natomiast był wprawdzie rewolucyjnym poetą, ale jak sam mówił, z rodziny „białogwardyjskiej”, szlacheckiej. O tradycjach niepodległościowo-patriotycznych, głęboko religijnej. Studiował filozofię. Był legunem — oficerem Legionów Piłsudskiego, „Orlikiem” — najmłodszym kapitanem Wojska Polskiego, uczestnikiem wojny z bolszewikami w roku 1920, za którą otrzymał Order Virtuti Militari i czterokrotnie Krzyż Walecznych.

Jaśka Kunig kochała się wtedy w komuniście Antku Bormanie i z powodu braku jej wzajemności „Orlik” Broniewski próbował nawet do siebie strzelać, pił z rozpaczy, zasypywał ją kwiatami i wierszami:

„Ten walet schnie z miłości, a ty go dręczysz wzgardą / Dwa serca wyrwał z piersi i przekuł halabardą.

Szaleńczo się w niej zakochał: była piękną, szczupłą blondynką i — co dla młodego mężczyzny najważniejsze — pełną temperamentu, bezpruderyjną, seksualnie wyzwoloną. Jak wynika z ich korespondencji, ona pierwsza wskoczyła mu do łóżka. Żyli ze sobą na kocią łapę, razem zamieszkali, głęboko to oczywiście ukrywając — nauczyciele musieli świecić przykładem i gdyby się wydało, pożegnałaby się z zawodem, a na to pozwolić sobie nie mogła nie tylko ze względów materialnych. Chciała uczyć, żeby rozwalać panujące w szkolnictwie wrogie jej ideały „Boga, honoru i ojczyzny”.

„Warszawscy kołtuni i dewoci”, narzekała, nie chcieli też wynajmować pokojów parom „bez papierka”. Tak więc choć była zwolenniczką wolnych związków, zgodziła się w końcu na małżeństwo. I to głównie z jej inicjatywy, wzorem jej przyjaciółki Dziuńki Wasilewskiej i Mańka Bogatki, nie wzięli katolickiego ślubu kościelnego, tylko protestancki — wymagał najmniej formalności. I tak jak sobie zażyczyła — był wyjątkowo cichy i skromny, w zakrystii, a nie przed ołtarzem, bez organów, dywanu i białej sukni, według niej — symbolu marzeń domowych kwoczek.

Obyczajową swobodę panny Kunig potwierdzała najlepiej jej narzeczeńska jeszcze korespondencja z Broniewskim. Nie miała nic przeciw jego romansowi z niejaką Wandą z Krakowa, „która go uwiodła i zaszła z nim w ciążę. Nie zamierzała też, tak jak żądał, pojechać do Poronina i zlikwidować tego, co wiesz”, pisał bez żenady

do swojej narzeczonej. Ona również to Wandzie radziła, w końcu więc Wanda do Poronina pojechała2.

Dziuńka i Żańcia

Ale gdy szybko „prysły zmysły”, Broniewski miał swojej żony szczerze dosyć, coraz bardziej się od siebie oddalali. Drażniły ją „Wiadomości Literackie”, gdzie sekretarzował, które za głośno łkały po śmierci nienawistnego dla niej Piłsudskiego. Snobistyczno-burżujskie towarzystwo męża z „Ziemiańskiej”, zwłaszcza wojskowych — Wieniawy, Lepeckiego i innych przedstawicieli „wrogiej” sanacji. Gdy dosiadali się do ich stolika, przesiadała się natychmiast do drugiego, udając, że na kogoś czeka. Nie mogła też, jak jej mąż, balować w kawiarniach do północy — rano musiała przecież biec do szkoły.

Lirycznego, uczuciowego Broniewskiego raziła natomiast zasadniczość, pryncypialność i fanatyczne wręcz zaangażowanie żony w komunistyczną robotę, za którą była nawet aresztowana — KPP uważano bowiem za sowiecką agenturę. Działała razem ze swoją przyjaciółką, Wandą Wasilewską. Dziuńka i Żańcia, jak o sobie mówiły, stały się nierozłączne. Premier Sławoj-Składkowski nazywał je „dwiema wściekłymi babami”3. W 1937 roku zorganizowały strajk nauczycielski, który zakończył się dla Broniewskiej wilczym biletem, pozbawieniem prawa nauczania. Wydawała wtedy z Dziuńką komunizujący „Płomyk”, oskarżany o kryptokomunizm. Numer z roku 1936 o szczęśliwym życiu sowieckich dzieci wycofano ze sprzedaży.

„Należy wystrzegać się zbyt pochopnych oskarżeń, ale związek z Rosją już był wtedy widoczny i ścisły u obu” — pisał w Moim wieku Aleksander Wat.

Zastępca Bristigerowej

Bardzo szybko Broniewski zaczął Jaśkę zdradzać, przede wszystkim z Ireną Helman, z którą jednak zerwał. Nie chciał rozwodu ze względu na ubóstwianą Ankę, nie wyobrażał sobie, aby mógł być tatusiem tylko na przychodne. Podjął próbę pojednania z żoną, czego efektem stała się jej kolejna, przerwana przez nią ciąża. I to Jaśka pierwsza się wyprowadziła, zabierając ze sobą dziewięcioletnią wówczas Ankę, występując o separację. Formalnie rozwiedli się wiele lat później, w 1946 roku.

Nie ukrywała, że ma już innego — Romualda Gadomskiego, komunistę, członka KPP, wielokrotnego więźnia „okrutnej sanacji”. W PRL-u — wysokiego funkcjonariusza Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, wicedyrektora Departamentu V, zastępcę sławetnej Julii Bristigerowej, a potem Departamentu II — wywiadu. Jednym z jego podwładnych był Marcel Reich-Ranicki, szef sekcji angielskiej.

Miała z Gadomskim syna Stasia, zwanego Pstrasiem, przyrodniego brata Anki, mimo to nie chciała ślubu, żyła wreszcie w wymarzonym wolnym związku. Lubiła udawać, że mimo rozstań, zarówno z Broniewskim, jak i ze swoimi późniejszymi partnerami pozostawała w przyjaźni. Gdy właściciel willi na Żoliborzu, gdzie zamieszkała z Gadomskim, poszukiwał lokatora, namówiła na to Broniewskiego. Zgodził się tylko dla Anki, nie chciał, aby pozostawała pod wyłącznym wpływem matki. Wprowadził się więc na parter willi razem ze swoimi Marysiami — drugą żoną Marią Zarębińską oraz jej córeczką Majką, nie zważając na komentarze, że to kołchoz, komuna.

Autorka sławetnej „kuricy”

Utrzymywał też kontakt z córką podczas ich wojennej rozłąki. Zachowały się jego liczne listy do „kochanego Anczydła”, świadectwo troski o jej rozwój i warunki życiowe.

Poprawiał językowe błędy („Zwracam ci uwagę, że nie pisze się dzisiej, ale dzisiaj”). Wysyłał swoje patriotyczne wiersze, wydawane tomiki, a także polskie pisma i książki. „Czy dostałaś paczkę, w której było Ogniem i mieczem, koszule, mydło i woda lawendowa?”, pisał4.

Było to dla Anki bardzo ważne. Okupację spędziła z indoktrynującą ją matką, która po 17 września 1939 roku, po sowieckiej inwazji, nożu wbitym nam w plecy, razem z córką i Gadomskim, z własnej i nieprzymuszonej woli, wzorem wielu komunistów, pognała do „naszych wyzwolicieli”, do ojczyzny światowego proletariatu. W roku 1940 w sowieckim już Białymstoku została komisarką od oświaty i urodziła Gadomskiemu syna Stasia. A w rocznicę „wyzwolenia” Polski, razem z Putramentem, Ważykiem, Szemplińską -Sobolewską, wstąpiła do sowieckiego Związku Pisarzy Ukrainy. Została sow-pisem, sowieckim pracownikiem pióra.

Dzięki swojej wszechpotężnej przyjaciółce, Dziuńce Wasilewskiej, awansowała na porucznicę, politruczkę i korespondentkę utworzonej przez Stalina „polskiej” Dywizji, podległej Armii Czerwonej. Przechwalała się później w swoich książkach, że przeszła z nią cały szlak bojowy, od 1943 do 1945 roku; do „wyzwolonego” już Lublina. Choć tak naprawdę, jak mówił Daniel Bargiełowski, znawca tematu, do obozu w Sielcach i na front dolatywała tylko kukuruźnikiem razem z Wasilewską. Na stałe mieszkała w Moskwie, w siedzibie Związku Patriotów Polskich, gdzie była też „zaprowiantowana”.


Władysław Broniewski z Anką w Kujbyszewie, 1941 rok. Mimo rozwodu z jej matką, wojny, nigdy nie stracił kontaktu z Anką. „Moja córka… Ach! żadnej kochance / nie mówiłem tak siebie do dna / jak Ance”// fot. Z. Urbaniak/reprodukcja Andrzej Szypowski/EAST NEWS

To politruczka Broniewska na zlecenie Dziuńki była autorką sławetnej „kuricy” — wzoru orzełka na czapkach „polskiej” Dywizji, bez korony i tarczy Amazonek.

„Ale nawet gdyby polskiemu orłu wyrwała z dupy wszystkie pióra, i tak na czerwono go nie przerobi”, komentował Władysław Broniewski.

„Klozetowi mężykowie stanu”

O fanatycznym komunizmie Broniewskiej świadczą najlepiej jej wspomnienia z tego okresu spisane w Notatniku korespondenta wojennego, prosowieckiej agitce, komicznej wręcz w swojej obrzydliwości. Pełnej żarliwych peanów na cześć sowieckiej potęgi — kołchozów, sowchozów, strojbatalionów, a przede wszystkim — naszych „sojuźników”, czyli idących jak burza bojców Krasnoj Armii. Zachwycała się wręcz Sokorskim, Putramentem, Ważykiem — swoimi kompanami z 1. Dywizji, „patriotami” z utworzonego przez Dziuńkę Związku Patriotów i „Nowych Widnokręgów” oraz „Wolnej Polski” — polskojęzycznych, kolaboranckich gadzinówek.

Brutalnych słów nie szczędziła natomiast swojej własnej ojczyźnie — „pańskiej Polsce sanacyjnych panów z zaleszczykowskiej szosy, faszystów, kumających się z Hitlerem i Göringiem, księży; cholernych katabasów. Londyńskiemu, emigracyjnemu rządowi — szczwanym lisom, klozetowym mężykom stanu, starym wygom dwójkarskim o łajdacko-kretyńskiej mentalności, mistrzom od katyńskiej prowokacji. Borom-Komorowskim, na rozkaz których mobilizowano w lasach rozmaitych Ponurych, a NSZ-y i ZWZ-ty wyrzynały naszych chłopców z GL i AL”5.

W podobnym stylu wyrażała się też o „burżuazyjnej armii Andersa, grzejącej się tylko na izraelskich piaskach”, choć żołnierzem tej armii był Władysław Broniewski. Nic więc dziwnego, że Anka pisała mu: „wolę swoje żołnierskie suchary niż twoje palestyńskie pomarańcze”. Musiał tłumaczyć się córce, dlaczego poszedł do Andersa.

O tym, jak bardzo była pod wpływem matki, dowodził na przykład jej list do niego z 4 stycznia 1945 roku:

„Zgadzam się we wszystkim z Tobą przedwojennym — pisała — ale bardzo mnie boli to, że mogłeś się tak niekorzystnie zmienić i tak lekkomyślnie przekreślić całą swą naprawdę piękną przeszłość. A teraz — ja drogą najprostszą wracam do Polski i to do takiej, o którą Ty całe życie walczyłeś, a Ty tymczasem robisz wszystko, co możesz, żeby sobie ostatecznie drogę do niej odciąć!”6.