Pamiętnik grzecznego psaTekst

Z serii: To lubię
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Była zima. Moja ulubiona pora roku. Dzień był po prostu cudowny. Od samego rana z nieba sypały się pierzaste gwiazdki, aż w końcu świat pokryła biała, magiczna pierzyna. Jak wybiegłem do ogrodu, to myślałem, że dostanę bzika ze szczęścia. Serio. Później było strasznie wesoło – ganialiśmy z siostrą i bratem po ogrodzie, a potem kotłowaliśmy się w śniegu. Śnieg jest naprawdę super – można się w nim tarzać, można go jeść, i w ogóle. Bawiłem się fantastycznie… jeszcze nie wiedziałem, że to najbardziej pechowy dzień w moim życiu.

W pewnym momencie siostra zagapiła się i wepchnąłem ją w zaspę – utknęła w niej głową i tak śmiesznie, niezdarnie przebierała łapami. Pękałem ze śmiechu, ale jak się w końcu wygrzebała ze śniegu, to z nieprzyjemnym warczeniem rzuciła się na mnie i boleśnie ugryzła mnie w ucho (histeryczka jedna). Przyznam się, że oddałem. Nie należę do nieśmiałych i potulnych. Wydawało mi się, że opanowałem sytuację, ale wtedy brat capnął mnie za ogon. Jemu też oddałem. Rzucili się na mnie z siostrą, więc się broniłem i zrobiła się niezła zadyma. Zabawę przerwała nam nieoczekiwanie pani Łucja, właścicielka hodowli (nawiasem mówiąc, nie znoszę tego słowa, jakoś źle mi się kojarzy). Hodowla nazywa się Demony Północy… zupełnie nie wiem, dlaczego. Pani Łucja brutalnie wzięła mnie za skórę na karku i wrzuciła do kojca. Stanąłem na tylnych łapach przy siatce i zacząłem głośno piszczeć.

– Radzę ci, żebyś był cicho – powiedziała pani Łucja i pobiegła otworzyć furtkę.

Postanowiłem nie skorzystać z dobrej rady… skorzystałem natomiast z dziury w siatce, którą wygryzła jakiś czas temu moja mama – niezły kawał bestii, jak mówi o niej pani Łucja. Pani Łucja wiele jednak wybacza mojej mamie, bo mama jest czempionką rasy alaskan malamut (jej przodkowie pochodzą z Klondike na Alasce) i po jej szczeniaki ustawia się długa kolejka chętnych. Pani Łucja podeszła do kojca, prowadząc jakichś ludzi. Byli trochę dziwni. On miał na nosie okulary, które co chwila zdejmował i nerwowo przecierał. Śmieszny facecik. Ona miała kozaczki na obcasach, na których co chwila się potykała.

– Piesek niecierpliwie na was czeka – oznajmiła triumfalnie pani Łucja, prowadząc dziwnych ludzi do kojca.

Zajrzała do środka, ale mnie już tam nie było, bo zamiast czekać, wypełzłem przez dziurę i dałem nura w krzaki.

– Aaa… zupełnie zapomniałam… wypuściłam go do ogrodu, żeby sobie pohasał – zaśmiała się trochę nerwowo pani Łucja.

Wychyliłem zachęcająco łeb zza krzaka. Pani Łucja ruszyła truchtem w moim kierunku, ale natychmiast się schowałem. Refleks to ja mam! Już prawie mnie złapała, ale wymknąłem się i pogalopowałem na drugi koniec ogrodu. Pani Łucja rzuciła się za mną w pogoń.

– Może państwo mi pomogą złapać pieska?! – rzuciła zdyszana, przebiegając obok gości.

„Państwo” wyglądali na zdezorientowanych. Śmieszny facecik ruszył za mną, ale poślizgnął się, śmiesznie zatrzepotał w powietrzu rękami i jego nogi gwałtownie rozjechały się w szpagat. Wyglądało to naprawdę przekomicznie. Ale on nie miał chyba za grosz poczucia humoru, bo jak się już wygramolił i przetarł te swoje okularki, to wysapał:

– Z tym całym psem, to nie był dobry pomysł.

– Przecież obiecaliśmy dzieciom, Henryku. Jutro wracają z ferii.

Nawiasem mówiąc, co to za śmieszne imię? Człowiek zwany Henrykiem popatrzył na mnie ponuro (miałem dość rozbawioną minę) i spytał żonę:

– Czy Alek na pewno chciał tego z łatą na nosie?

To o mnie – jestem cały szary, mam biały ogon z szarą kitką na końcu, biały pyszczek, wokół oczu szare okularki, a przy nosie śmieszną różową łatkę, która mi podobno zarośnie, jak będę duży. Ogólnie rzecz biorąc, chyba jestem dość urodziwy. Mnóstwo paniuś wzdycha na mój widok i piszczy: „Jaki śliczny, jaki słodki…”. Strasznie tego nie lubię i aż mnie mdli, gdy to słyszę. Serio.

Kobieta w kozaczkach nic nie odpowiedziała, tylko smutno pokiwała głową.


– Jesteś pewna? Na sto procent? – upewniał się rozpaczliwie.

– Na milion procent.

On jakoś tak przygasł, posmutniał, zgarbił się… Nawet mi się go trochę żal zrobiło. Całkiem zrelaksowany położyłem się i zacząłem lizać śnieg, bo trochę mi w pyszczku zaschło od tego biegania. Nie doceniłem go. Chyba się jakichś filmów klasy B naoglądał, bo nagle desperacko wybił się w powietrze, przeleciał nad zaspą i runął na mnie. Zrobiłem unik, ale niestety zdążył złapać mnie za ogon. Zacząłem głośno i rozpaczliwie skowytać. Ta w kozaczkach skoczyła do męża.

– Co robisz??? Złamałeś mu ogon!!!! – wrzasnęła.

Natychmiast puścił mój ogon, a ja tylko na to czekałem. Otrzepałem się, zrobiłem rundkę po ogrodzie, a potem pogalopowałem do brata, z którym zaczęliśmy się ganiać. Henryk śledził mnie wzrokiem z irytacją.

– Widzisz? Nic mu nie jest. Symulował.

Nie cierpię, jak ktoś nazywa mnie symulantem. Ten cały Henryk stanowczo przesadza. Pewnie mu się wydaje, że sam jest święty. Henryk z tą w kozaczkach poszli w róg ogrodu i zaczęli się kłócić ściszonymi głosami, a potem weszli do domu z panią Łucją.

Szybko zapomniałem o facecie w okularkach i w najlepsze tarzaliśmy się z bratem w zaspie. I wszystko byłoby dobrze, gdyby w ogrodzie nie pojawiła się pani Łucja z plasterkiem szynki w ręku. Tak mi ta szynka zapachniała, że nie mogłem się skupić na zabawie. Raz po raz zezowałem w kierunku szynki, którą wymachiwała pani Łucja. W końcu nie wytrzymałem i ruszyłem w kierunku przysmaku. Jedno kłapnięcie zębami i już ją miałem! Mówię wam, pycha! Zdziwiłem się nieco, gdy poczułem przykre szarpnięcie. To pani Łucja złapała mnie na smycz. Ta kobieta w ogóle nie zna się na żartach.

– Diabeł, nie pies – syknęła.

Henryk popatrzył na mnie przeciągle i tak dziwnie zmrużył oczy. Kobieta w kozaczkach podeszła do mnie i podrapała mnie pod brodą.

– Dobry piesek.

Nie wiem, co to znaczy „dobry piesek”, ale wydaje mi się, że to nie ja.

Mój nowy dom

To, co nastąpiło potem – było bardzo, koszmarnie wprost, nieprzyjemne. Henryk i Hanka (tak ma na imię ta w kozaczkach) zaprowadzili mnie do samochodu. Oczywiście nie chciałem wsiąść (taki głupi to nie jestem). W końcu podnieśli mnie i na siłę włożyli na tylne siedzenie. Trochę piszczałem i wyłem, więc podróż była nerwowa. To było straszne – myślałem, że zaraz zwymiotuję. Po pierwsze, śmierdziało. Po drugie, bujało jak nie wiem. Ten cały Henryk jeździ po prostu tragicznie – ciągle przyspiesza, albo gwałtownie hamuje, szarpie przy tym kierownicą. Jak samochód wreszcie stanął, to nie wytrzymałem… i cały obiad znalazł się w takiej kieszonce, co jest w drzwiach. Henryk i Hanka patrzyli na mnie z niedowierzaniem, a Henryk zrobił się w dodatku cały czerwony.

– No i co teraz?! – wrzasnął.

Jak już sprzątnęli, to syknął do żony:

– Cały czas uważasz, że piesek to dobry pomysł?

Hanka nie odpowiedziała, tylko spojrzała na niego z wyrzutem. Leżałem na tylnym siedzeniu i gryzłem pas. Było mi niedobrze, byłem zmęczony i było mi wszystko jedno! Henryk wyrwał mi z pyska ośliniony pas.

– Nie wytrzymam tego – mruknął do siebie.

Próbował pociągnąć mnie za obrożę, ale postanowiłem zastrajkować. Zaparłem się z całej siły. Nigdzie nie idę! Nie jestem jakąś paczką, którą można miotać z miejsca na miejsce.

– Wysiadamy, piesku. Jesteśmy w domu! – zawołała zachęcająco Hanka.

Zmierzyłem ją ponurym wzrokiem. Żenujące kłamstwo. Wiem, gdzie jest mój dom. Hanka radośnie klepała się po udach, żeby zachęcić mnie do wyskoczenia z samochodu.

– Hop, hop… no śmiało! – krzyknęła z entuzjazmem.

Nigdzie nie idę! Mam tego dość i chcę do domu. Chwilę stali i patrzyli na mnie tępo, a potem Henryk znów musiał wziąć mnie na ręce. Na dodatek wniósł mnie na trzecie piętro, bo odmówiłem wchodzenia po schodach. Cały się przy tym spocił i tak śmiesznie posapywał. To noszenie na rękach nawet mi się trochę spodobało…

Weszliśmy do mieszkania i Henryk postawił mnie na strasznie śliskiej podłodze. Mówię wam – beznadzieja. Ciasne mieszkanko i żadnego ogrodu, tylko jakiś żałosny balkonik. Nie było wybiegu ani kojca, ani niczego takiego… po prostu tragedia. Nasypali mi jeszcze do miski jakichś ohydnych bobków (podobno specjalna karma dla szczeniaków, najwyższa jakość). Henryk położył podarty koc na podłodze i powiedział:

– Leżeć!

Nie wiem, co on sobie myśli? Że się kładę na żądanie? Niech sam się kładzie na tej szmacie!

Hanka podrapała mnie pod brodą.

– Dobranoc, piesku.

Zamknęli się w sypialni i zostawili mnie całkiem samego. Nie było mi do śmiechu. Nikomu tego nie mówiłem, ale… tę pierwszą noc to całą przepłakałem. Tęskniłem za swoim dawnym życiem, za ogrodem, zabawami, za bratem i siostrą. Nawet za mamą. Fakt, że mama bywała surowa – ostatnio na przykład, jak zanadto się rozbrykałem, capnęła mnie za ucho i boleśnie przygwoździła do ziemi – ale teraz strasznie za nią tęskniłem.


Wskoczyłem na kanapę i umościłem się między poduszkami. Trochę popiskiwałem, a potem zmęczyłem się i zasnąłem. Śniła mi się mama, siostra, brat, nasz ogród, i było bardzo fajnie – właśnie walczyliśmy z bratem o kość, gdy nagle się obudziłem. Jak zobaczyłem, gdzie jestem, to zrobiło mi się bardzo smutno i znów zacząłem piszczeć, ale potem mi się znudziło i z tego smutku zacząłem gryźć poduszki. Z poduszek wyleciało dużo takich białych kłaczków, jakby śniegu. Bawiłem się tym śniegiem, ale był dziwny – jak próbowałem go jeść, to całkiem zapchałem sobie pyszczek, więc znów zacząłem płakać. Tak hałasowałem, że Hanka wyskoczyła z sypialni cała rozczochrana. Zobaczyła mnóstwo śniegu rozrzuconego po pokoju i strasznie się zezłościła… ale zacząłem tak cichutko, żałośnie popiskiwać, że zamiast mnie ukarać, pogłaskała mnie po policzku i podrapała za uchem (bardzo to lubię).

 

Hanka jest super – wszystko posprzątała i poszła spać, ale tym razem drzwi sypialni zostawiła otwarte. Oczywiście natychmiast za nią poszedłem, wskoczyłem do łóżka i położyłem się między nimi. Od razu poczułem się lepiej. W końcu zawsze spałem z mamą i rodzeństwem. Nie rozumiem tylko, dlaczego Henryk zaczął strasznie krzyczeć, kiedy się rano obudził i zobaczył mój pysk na swojej poduszce.

Jestem Winter

Czy chodziliście kiedyś podczas spaceru na smyczy? Ja też nie. Dotychczas biegałem po ogrodzie luzem. Dlatego bardzo się zdziwiłem, kiedy rano Henryk zapiął mi smycz i powiedział dziarskim głosem:

– Spacerek!

Usiadłem na środku pokoju i gapiłem się na niego.

– Spacerek – powtórzył już bez przekonania.

Teraz on gapił się na mnie. Spokojnie się położyłem i zacząłem lizać łapę. Delikatnie szarpnął smyczą, ale ani myślałem się ruszyć. Wtedy usiadł na fotelu i posępnie zwiesił głowę. Do pokoju zajrzała Hanka:

– Ty jeszcze tutaj??! – wrzasnęła. – Przecież miałeś go odsikać!!

Słyszeliście to? Odsikać! Ci ludzie są po prostu śmieszni! Henryk wstał i westchnął ciężko, a potem wziął mnie na ręce i zaniósł na skwerek. Tyle tam było fajnych zapachów, że zupełnie zapomniałem o sikaniu. No i wysikałem się po powrocie do domu (w pokoju na dywanie).

Jak już posprzątali, to gdzieś wyszli, a ja zostałem sam w domu. Nudziłem się i byłem markotny. Znalazłem w przedpokoju buty, które jakoś tak swojsko pachniały i trochę jeden nadgryzłem. A potem drugi.

Po południu przyszła Hanka, a z nią chłopak i dziewczynka. Mieli mnóstwo bagaży i strasznie hałasowali. Na ich widok but wypadł mi z pyska. Zrobiło się zamieszanie. Hanka oglądała buty i coś krzyczała o nowiutkich, markowych, drogich kozaczkach. Dziewczynka z piskiem rzuciła się do mnie:

– Jaki piękny, jaki puchaty…

Słyszeliście? Puchaty! Naprawdę niezłe. Chłopak podszedł i podał mi łapę.

– Jestem Aleksander – powiedział.

Też podałem mu łapę. To rozumiem, a nie jakieś głupie, puchate zachwyty. Ale ta dziewczynka nie dawała za wygraną i targała mnie za uszy, niby pieszczotliwie.

– Zostaw go, Julia. To mój pies – rzucił Alek stanowczo.

– Na głowę upadłeś? Pies jest wspólny – zaprotestowała Julia.


Alek tylko prychnął. Mrugnął do mnie i powiedział:

– Idziemy, Winter.

– Jaki znowu Winter?! – wrzasnęła Julia.

– On się tak nazywa – odpowiedział Alek z godnością i poszliśmy do jego pokoju.

Jeśli chodzi o mnie, to może być.

Alek jest bardzo fajny – bawił się ze mną i opowiadał mi różne historie, głównie o wyprawach polarnych, a potem trochę się siłowaliśmy. Oczywiście nie użyłem całej swojej siły i dałem mu wygrać…

W nocy spałem z Alkiem w jego łóżku i było świetnie, ale potem zrobiło mi się za gorąco, więc położyłem się pod biurkiem. W nocy śnił mi się ogród pani Łucji i gonitwy z bratem. Rano obudziłem się w kałuży, biurko było dziwnie przesunięte, a na podłodze leżały pogniecione kwiatki i pełno jakichś skorup czy czegoś w tym rodzaju. Zupełnie nie wiem, skąd się to wzięło. W nocy przecież spałem sobie grzecznie (na ogół śpię spokojnie, czasami tylko macham łapkami, jak mi się śni coś ekscytującego).

Spróbowałem kwiatków, ale były niejadalne. Alek jeszcze spał, więc z nudów obwąchałem dokładnie cały pokój. Najbardziej zainteresował mnie zapach pod łóżkiem, więc wpełzłem tam i znalazłem kilka szeleszczących torebek, w których było coś bardzo smakowitego. Natychmiast wyciągnąłem je na środek pokoju. Jedną z torebek już prawie rozerwałem, gdy do pokoju wszedł Henryk.


– Alek jest wpół do ósmej… co to ma znaczyć?!! – wrzasnął na mój widok.

Torebka ze smakołykiem wypadła mi z pyska. Nie lubię takich nerwusów. Serio.

– Hanka, zobacz, co ten potwór zrobił!

Też to słyszeliście? Tym razem przesadził. Muszę na niego uważać, bo ma chyba jakieś omamy. Rozejrzałem się po pokoju. Rzeczywiście… było dość mokro i wszędzie zostawiłem ślady moich łapek, ale co w tym złego? Do pokoju zajrzała Hanka i oczy zrobiły jej się okrągłe ze zdumienia.

– Twój ulubiony wazon, ten po babci… stłuczony – z satysfakcją oznajmił Henryk.

Ale Hanka patrzyła na coś innego. Zainteresowała ją torebka, którą upuściłem. I pozostałe, leżące koło mnie. Podniosła jedną i podstawiła pod nos Alkowi.

– Co to jest? – zapytała surowo.

Alek zrobił się czerwony.

– Nie wiem – bąknął niewyraźnie.

– Ale ja wiem! – oznajmiła ze złością. – To są kanapki, które codziennie robię ci do szkoły!

No i z tego wszystkiego zapomnieli mnie ukarać, a Alek musiał za karę sprzątać cały pokój.

Idziemy na mecz

Była sobota i od samego rana Alek był strasznie podekscytowany. Obudził się bardzo wcześnie i oznajmił:

– Dziś idziemy na mecz!

Bardzo byłem ciekawy, co to takiego, i nie mogłem się doczekać! Przed wyjściem zrobiło się straszne zamieszanie, bo Alek nie mógł znaleźć jakiegoś specjalnego szalika. Jak już go znalazł pod łóżkiem Julii, to się strasznie wściekł. Potem – mimo że szalik przypominał brudną ścierkę – owinął go sobie wokół szyi i w końcu wyszliśmy z domu. Przyszliśmy na taki duży plac, gdzie było mnóstwo ludzi. Rozglądałem się z nadzieją, ale nie zauważyłem żadnych koleżanek ani kolegów, za to jakiś pan w kapeluszu powiedział do Henryka, że nie powinno się przychodzić z psami na mecz. Na szczęście Henryk ma refleks i odpowiedział temu panu, żeby się nie martwił, bo pies (czyli ja!) jest na smyczy, pod ścisłą kontrolą.


Byłem rozczarowany – nic ciekawego się nie działo. Po chwili na plac wbiegli ludzie w kolorowych strojach. Jedenastu, w zielonych koszulkach, ustawiło się po lewej stronie, a ci w niebieskich – po prawej. Następnie na pole wszedł pan ze smutną miną w czarnym stroju i położył na środku placu białą, dużą kulę. Usiłowałem zrozumieć, o co tym facetom chodzi, ale to wszystko było zbyt skomplikowane.

Nagle ten w czerni gwizdnął i wszyscy zaczęli strasznie szybko biegać i kopać kulę. Nawet mi się to spodobało, lubię takie gonitwy. Właściwie to… chętnie bym się przyłączył. Henryk chyba wyczuł moje emocje, bo złapał mnie za obrożę i mocno trzymał, z lekka podduszając. Od czasu do czasu łypał na mnie spode łba pan w kapeluszu. Nie cierpię takich typków!


Głowiłem się, o co w tym wszystkim chodzi. Wyglądało na to, że każdy chce mieć białą kulę. Przypomniało mi się, jak kiedyś znalazłem kość, a potem brat z siostrą ganiali za mną po ogrodzie, żeby mi ją zabrać. Było fajnie, dopóki kości nie przechwyciła mama. Olśniło mnie! Kula jest czymś w rodzaju kości. Bardzo się ożywiłem. Ja też chcę mieć kość!

Z niepokojem zauważyłem, że kość wleciała do jednej z siatek stojących na boisku. Ludzie siedzący na ławkach wstali i zaczęli gwizdać, wrzeszczeć i machać rękami. Bardzo dziwaczne zachowanie! Henryk też wstał i wrzeszczał. Potem facet stojący przy siatce kopnął kość na środek placu i znów zaczęła się gonitwa. Jestem bardzo spokojnym psem, ale tego już nie wytrzymałem… zebrałem się w sobie i mocno szarpnąłem smyczą. Henryk chyba chwilowo o mnie zapomniał i poluzował uścisk, a ja błyskawicznie znalazłem się na środku placu i, radośnie galopując, ruszyłem za kością. Uwielbiam takie zabawy! Nie wiem dlaczego, na placu zrobiło się straszne zamieszanie – wszyscy biegali w różnych kierunkach, krzyczeli i machali rękami.

Jestem naprawdę dobry w gonitwach, więc zdobycie kości nie było trudne. Była co prawda za duża, żeby wziąć ją do pyska, i raczej niejadalna, ale za to moja! Postanowiłem jej pilnować – położyłem się na środku placu, trzymając kość między łapami. Pan w czarnym stroju wyglądał na zdenerwowanego – stał w bezpiecznej odległości ode mnie i bardzo głośno gwizdał. Nie lubię hałasu, ale co tam! W końcu mam kość i nikomu jej nie oddam!

Na placu pojawił się zasapany Henryk – był dziwnie wzburzony i czerwony na twarzy. Dużo ludzi wokół się śmiało, ale jemu najwyraźniej nie było wesoło. Szarpnął mnie ostro za obrożę:

– Dosyć tego! Idziemy! – syknął gniewnie.

Ani drgnąłem. Nie ze mną te numery. Ja wstanę, a ktoś podwędzi mi kość! Nagle wyrósł koło nas pan w kapeluszu. Też był czerwony (może to jakaś epidemia?). Oskarżycielsko celował we mnie palcem.

– To skandal! Zabieraj pan tego wściekłego kundla! – ryknął.

Dosłownie mnie zatkało. Jeszcze nikt, w całym moim życiu, nie nazwał mnie kundlem. Do tego wściekłym. Poza tym pan w kapeluszu od początku mi się nie podobał. Źle mu z oczu patrzyło. Henryk zrobił się jeszcze bardziej czerwony, szarpnął mnie tak, że omal nie udusił, wydając chrapliwy rozkaz:

– Noga!

Na wszelki wypadek mocniej przytrzymałem kość. Ciekawe, o co mu chodziło z tą nogą? Henryk nerwowo przetarł okulary, a potem znów szarpnął mnie za smycz. Ani drgnąłem. Pan w kapeluszu ryknął triumfalnie:

– No i co?!! Kundel rządzi?!!

Trochę się zdenerwowałem, bo Henryk zrobił takie dzikie oczy do pana w kapeluszu. Na szczęście podszedł do nas Alek, podrapał mnie za uchem i powiedział:

– Idziemy, Winter.


Wstałem dumnie, a na odchodnym podniosłem jeszcze nogę i obsikałem nogawkę pana w kapeluszu. Chyba coś mu się stało, bo zrobił się siny na twarzy i próbował coś powiedzieć, ale – tylko tak śmiesznie się jąkał. Wróciliśmy do domu. W sumie ten mecz całkiem mi się podobał. Nie wiem tylko, dlaczego Henryk był na mnie zły przez cały dzień.

Podejrzewam, że on też miał ochotę na kość.

Niedzielny spacer

W niedzielę rano obudziłem się w doskonałym humorze. Całą noc śnił mi się mecz. Henryka za to bolała głowa, więc zrezygnował ze spaceru i miałem iść sam z Alkiem. Strasznie się ucieszyłem. W przedpokoju Henryk wygłosił długą przemowę o tym, że muszę słuchać Alka i wykonywać jego polecenia. Nie wiem, co to są polecenia, ale że słuch mam raczej dobry – na ogół słyszę, co się do mnie mówi (choć nie zawsze rozumiem).

Zamiast smyczy Alek wziął taką grubą linkę – Henryk powiedział, że to specjalna, bardzo mocna linka alpinistyczna, i tego chyba nie zerwę. Smycz trochę naderwałem podczas meczu. Straszna tandeta.


Poszliśmy nad kanałek. Lubię to miejsce, bo przychodzi tam cała masa różnych psów. Alek mocno trzymał linkę, a ja szedłem bardzo grzecznie, wąchając tu i ówdzie. Czy wy też tak lubicie wąchać? Czasem wydaje mi się, że mógłbym węszyć cały dzień non stop, ale chyba po pewnym czasie by mi się znudziło?… Rozpracowywałem właśnie bardzo ciekawy zapach, gdy kątem oka zobaczyłem kaczkę, która wygramoliła się z kanałku na brzeg i czyściła sobie pióra. Kaczki jeszcze nigdy nie goniłem… to dopiero może być zabawa! Wąchałem dalej jakby nigdy nic, udając, że kaczka mnie nie interesuje, po czym wykonałem gwałtowny skok w bok.

 

Nagle rozległ się straszny rumor, usłyszałem krzyk Alka, coś ciężkiego odbiło się ode mnie i wpadło z pluskiem do wody. Byłem trochę ogłuszony, więc usiadłem i zacząłem rozglądać się za kaczką, która niestety była już daleko. Obok mnie leżał pogięty rower. Zdenerwowany Alek macał mnie po głowie i brzuszku.

– Miałeś straszny wypadek, Winter! Nic ci się nie stało?

A co się miało stać? Najgorsze, że bezczelne ptaszysko paradowało po drugiej stronie kanałku, szyderczo na mnie kwacząc.


Tymczasem z wody wynurzył się jakiś pan, cały umazany błotem. Prezentował się zabawnie – z jednego ucha wystawała mu kępka wodorostów. Pan nie wyglądał na zadowolonego. Zupełnie go nie rozumiem, bo ja uwielbiam buszować w błocie, to mnie relaksuje. Pan wyjął z ucha wodorosty, a potem obejrzał zdemolowany rower.

– Nie wiesz, gówniarzu, że nie chodzi się z psem po ścieżce rowerowej?!! – wrzasnął do Alka.

Alek tylko wzruszył ramionami i dalej sprawdzał, czy jestem cały i zdrowy. Widocznie błotna kąpiel na każdego działa inaczej, bo zamiast się odprężyć, rowerzysta niewiarygodnie wprost się zdenerwował. Doskoczył do Alka i złapał go za kurtkę.

– Do ciebie mówię!!! – ryknął.

Alek nawet nie mrugnął, tylko zrobił się czerwony jak burak. Twardziel z tego Alka. Ja od razu podnoszę wrzask, jak ktoś mi robi krzywdę.

– Niech mnie pan puści – powiedział Alek spokojnie.

Zamiast puścić, facet jeszcze mocniej szarpnął za kurtkę. Co za bezczelność! Z warkotem ruszyłem w kierunku rowerzysty, który na mój widok natychmiast puścił Alka i zaczął wiać przez park, wrzeszcząc, że atakuje go wściekły pies. Dziwne – chciałem mu tylko powiedzieć, żeby nie ruszał mojego przyjaciela. Okazało się, że facet naprawdę szybko biega. A ja, jak wiecie, bardzo lubię zabawę w ganianego. Ganialiśmy się między drzewami i było bardzo wesoło.

Niestety, w trakcie ucieczki, rowerzysta znowu wskoczył do kanałku, ale już mi się nie chciało z nim bawić.