#Nie bałam się o tym rozmawiaćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Moja Mania

Zawsze kocha­łam modę. Zało­że­nie marki odzie­żo­wej La Mania było więc natu­ralną kon­se­kwen­cją mojej pasji. Stało się to jesz­cze pod­czas mojego związku z Janem. Na początku bar­dzo mi kibi­co­wał, wspie­rał na każ­dym eta­pie two­rze­nia firmy. Potem jed­nak stał się zazdro­sny o czas, który jej prze­zna­cza­łam.

Dla roz­woju La Manii klu­czowa stała się moja zna­jo­mość z Kar­lem Lager­fel­dem. Został kimś w rodzaju mojego men­tora i dzięki niemu poczu­łam, że i tym razem powin­nam iść za gło­sem marzeń. Znów połą­czy­łam siły z odważną, silną kobietą, tak jak kie­dyś, gdy two­rzy­łam sieć kli­nik z sio­strą męża. Bar­dzo wie­rzę w kobiece soju­sze, pry­watne i zawo­dowe. Tym razem na mojej dro­dze poja­wiła się pro­jek­tantka Magda Butrym. To z nią stwo­rzy­ły­śmy La Manię.

Lubię dzie­lić się suk­ce­sem, pomy­słami, biz­ne­sem. Nie ma we mnie obawy przed wcho­dze­niem w spółki, czy podej­mo­wa­niem ryzyka. W pew­nym momen­cie Magda wybrała jed­nak wła­sną autor­ską drogą, więc roz­sta­ły­śmy się. W zgo­dzie. Od tam­tej pory firmę pro­wa­dzi ze mną naj­star­szy syn, Aleks.

W roz­woju La Manii pomaga mi popu­lar­ność. Nie jestem hipo­krytką, która narzeka na pro­blemy wyni­ka­jące z roz­po­zna­wal­no­ści. Tym bar­dziej, że w bez­po­śred­nich kon­tak­tach spo­ty­kam się z wie­loma miłymi reak­cjami. Nie maru­dzę, że muszę sta­wać na tzw. ścian­kach. Ni­gdy nie spo­tka­łam się z nachal­nymi pap­pa­razzi, nawet kiedy jeź­dzili za mną i Janem, śle­dząc każdy nasz krok. Od ste­war­dessy w samo­lo­cie aż po prze­chod­niów mija­nych na ulicy, zawsze jest miło, sym­pa­tycz­nie, z uśmie­chem.

Potra­fię się bawić popu­lar­no­ścią. Dowo­dem tego jest choćby mój udział w reality show „Azja Express” pro­duk­cji TVN.

Moi bli­scy nie mogli w to uwie­rzyć. Prze­cież ja nawet ni­gdy nie byłam pod namio­tem, z wyjąt­kiem nie­for­tun­nej przy­gody z pierw­szym chło­pa­kiem, a to było show, w któ­rym uczest­nicy dostają naj­bar­dziej nie­zwy­kłe, nie­raz sza­le­nie trudne zada­nia do wyko­na­nia na oczach widzów i bez dubli. Do tego muszą poko­nać długi odci­nek trasy, z dala od cywi­li­za­cji i wła­ści­wie bez pie­nię­dzy. Udział w tym pro­gra­mie był dla mnie nie­sa­mo­wi­tym doświad­cze­niem i wyzwa­niem – po angiel­sku powie­dzia­ła­bym „mind blow”. To hasło wyta­tu­owa­łam sobie na wewnętrz­nym frag­men­cie palca lewej dłoni.

Pro­wa­dze­nie La Manii nie­zmien­nie jest dla mnie przy­godą, a nie tylko pracą. Nie­dawno powstała nowa odsłona marki w postaci La Mania Home. To rów­nież jest speł­nie­nie marze­nia i bez­po­średni wynik moich zain­te­re­so­wań. Kocham piękne przed­mioty i kon­se­kwent­nie się nimi ota­czam. Dbam o każdy szcze­gół wokół mnie. Nauczy­łam się tego w dzie­ciń­stwie.

Razem, ale nie­za­leżni

Mój obecny part­ner Rinke, z pocho­dze­nia Holen­der, kocha moją siłę i nie­za­leż­ność. Spo­tka­li­śmy się w momen­cie, w któ­rym oboje byli­śmy gotowi na kolejny doj­rzały zwią­zek i kiedy nawza­jem bar­dzo sie­bie potrze­bo­wa­li­śmy.

Zanim go pozna­łam, wyda­wało mi się, że jestem nie­za­leżną, samo­wy­star­czalną super­sin­gielką. Bok­so­wa­łam się sama ze sobą, bo mimo wszystko wciąż wie­rzy­łam w miłość. Ale on o mnie wal­czył, zabie­gał, sta­rał się. Ujął mnie opie­kuń­czo­ścią, wraż­li­wo­ścią, czu­ło­ścią – tym samym, czym ja jego.

Rinke w dzie­ciń­stwie stra­cił mamę. Ni­gdy nie miał domu i bar­dzo za nim tęsk­nił. Ja mu go ofia­ro­wa­łam. Codzien­nie mi za to dzię­kuje.

Nasz zwią­zek jest zbu­do­wany na bez­pie­czeń­stwie i doj­rza­ło­ści, choć tem­pe­ra­mentu nam nie bra­kuje i cza­sem iskrzy na wielu pozio­mach. Każde z nas jed­nak zebrało już sporo doświad­czeń. Mamy wspólny świat, w któ­rym zanu­rzamy się z rado­ścią, ale mamy też dwa osobne, choćby w sfe­rach zawo­do­wych. Mimo inten­syw­nego bycia razem, jeste­śmy nie­za­leżni. To ważne.

Pew­nego razu moja przy­ja­ciółka była świad­kiem, jak na dzień dobry wyjąt­kowo czule mnie przy­tu­lił. Zapy­tała mnie potem: „Asiu, jak to się dzieje, że po raz kolejny prze­ży­wasz wielką miłość?. Odpo­wie­dzia­łam po pro­stu: bo się tego spo­dzie­wa­łam. To prawda, w prze­ci­wień­stwie do wielu innych osób, ja w życiu spo­dzie­wam się wszyst­kiego, co naj­lep­sze.

Kobiety, które spo­ty­kam, czę­sto są prze­ko­nane, że nie może je spo­tkać już nic dobrego. Ba, że nic im się już nie należy. To błąd. Ja w związku z męż­czy­znami ofe­ruję zawsze bar­dzo dużo, sta­ram się, zabie­gam, zależy mi. Daję miłość, emo­cje, tro­skę, czu­łość, empa­tię, cie­pło, atmos­ferę domu, ale ocze­kuję jesz­cze wię­cej. I na tym to polega.

Kiedy dużo pra­cu­jemy, widu­jemy się zwy­kle dopiero wie­czo­rami. Gdy zwal­niamy tempo, mamy czas na nie­spieszną cele­bra­cję każ­dej chwili, reflek­sję, spa­cer i pro­ste przy­jem­no­ści. Na kawę o poranku, czu­łość, książkę, wspólne oglą­da­nie serialu. I na dłu­gie roz­mowy o tym, co rze­czy­wi­ście istotne: żeby podą­żać za gło­sem serca i marzeń, nie bać się ryzyka, wal­czyć o sie­bie, o swoją god­ność, nie­za­leż­ność i szczę­ście. Żeby mimo pro­ble­mów i trud­no­ści, z każ­dej życio­wej lek­cji wycho­dzić z nową wie­dzą o sobie i innych. Mamy tylko jedno życie i nikt go za nas nie prze­żyje.

AGNIESZKA

Bar­dzo mnie mój mąż przez czter­na­ście lat mał­żeń­stwa pomniej­szył. Ale bałam się go zosta­wić. Jestem nie­peł­no­sprawna. Mam pierw­szą grupę inwa­lidzką. Dopiero Patry­cja, moja przy­ja­ciółka, zauwa­żyła, jaka jestem naprawdę. To dzięki niej zaczę­łam życie od nowa.1


Po wypadku mocno uty­kam, mam nie­władną lewą rękę i nie­wy­raź­nie mówię. Poza tym jestem jak każda kobieta: mam swoje uczu­cia, ambi­cje i marze­nia. Ludzie cza­sem tego nie rozu­mieją. Kie­dyś na przy­kład poszłam obciąć włosy. Fry­zjerka zaczęła mówić do mnie gło­śno i wyraź­nie, jak do głu­chej albo nie­peł­no­spraw­nej umy­słowo. Tłu­ma­czy­łam, że dobrze sły­szę i jestem nor­malna, ale nic to nie dało. Wku­rzyła mnie.

Wypa­dek

Po matu­rze, w paź­dzier­niku 1999 roku, zaczę­łam jed­no­roczne stu­dium reklamy w Kato­wi­cach. Dwa mie­siące póź­niej, 30 listo­pada, mia­łam wypa­dek. Wra­ca­li­śmy samo­cho­dem po impre­zie. Pro­wa­dził mój chło­pak, cho­ciaż nie miał prawa jazdy. Oby­dwoje byli­śmy pod wpły­wem alko­holu. Z samo­chodu nic nie zostało, poskła­dał się, a ja z nim. Leka­rze dawali mi jeden pro­cent szans na prze­ży­cie. Mia­łam roz­bitą głowę, otwarte zła­ma­nia obu goleni, pra­wego uda, panewki oraz roz­sy­paną mied­nicę. Mój chło­pak tylko zła­mał nogę, ogól­nie jed­nak miał się dobrze. Dzi­siaj wiem, że to jest nie­fajny gość, ale dotarło to do mnie dopiero z cza­sem. Po wypadku oka­zało się, że mnie oszu­ki­wał, bo miał żonę i dziecko. Wtedy jed­nak byłam po uszy zako­chana. Gdy się obu­dzi­łam ze śpiączki, woła­łam w kółko: Mariusz, Mariusz, Mariusz! On się już jed­nak nie poja­wił. Ni­gdy też nie poczuł się odpo­wie­dzialny za to, co się stało.

Przez dwa tygo­dnie leża­łam nie­przy­tomna, potem przez kolejne czter­na­ście dni leka­rze utrzy­my­wali mnie w far­ma­ko­lo­gicz­nej śpiączce. W sumie, na OIOM-ie spę­dzi­łam trzy mie­siące, cały czas z zagro­że­niem życia. Ropa, krwo­toki, zapa­le­nie płuc. Cią­gle coś mi się przy­tra­fiało. Mimo to prze­trwa­łam. Wielka w tym zasługa moich rodzi­ców. Po dwa razy dzien­nie przy­jeż­dżali do szpi­tala, myli mnie, kar­mili, a potem wspie­rali pod­czas reha­bi­li­ta­cji. Ojciec wziął mnie pod swoje skrzy­dła. Powta­rzał: „Dasz radę, dasz radę”. Od nowa uczy­łam się cho­dzić, sia­dać, jeść. W końcu, po około pół roku, z zespo­lo­nym udem i poskle­janą mied­nicą zaczę­łam cho­dzić o kuli z pomocą mamy lub ojca. Leka­rze mówili, że to cud.

Jako nasto­latka byłam ładna, sprawna, a tu bach-bach, z dnia na dzień zosta­łam kaleką. Musia­łam nauczyć się świata na nowo. Bałam się, ale podo­ła­łam. Radzę sobie nawet z tą nie­sprawną ręką, co mi została po śpiączce.

Długo cho­dziło mi po gło­wie, że całe zło, jakie mi się przy­tra­fiło to przez Mariu­sza. Na początku go obwi­nia­łam, ale teraz wiem, że sama jestem sobie winna. Pogo­dzi­łam się z rze­czy­wi­sto­ścią i prze­ba­czy­łam. Nie pamię­tam dokład­nie, kiedy to było. Chyba dopiero kilka lat po wypadku, już po ślu­bie z Artu­rem. Powie­dział wtedy jakoś tak: „Aga, wypadki zawsze były, są i będą. Tam­tym razem po pro­stu tra­fiło na cie­bie”.

Mąż

Dwa lata po wypadku poje­cha­łam do sana­to­rium w Ustro­niu. Mia­łam dwa­dzie­ścia jeden lat. Tam pozna­łam Artura. Był ode mnie o dwa­na­ście lat star­szy, ale zgra­li­śmy się. Myśla­łam, że gwiazdka spa­dła mi z nieba, że to jest znak od Boga. Byłam wtedy prze­ra­żona, zagu­biona, bałam się, że zostanę sama na całe życie. Nie­sprawna, co ja mogłam. Myśla­łam: Facet star­szy, będzie mnie kochał. A jed­nak nie. Ja się zako­cha­łam i chyba chcia­łam moc­niej. Bar­dziej mi zale­żało na związku. On niby chciał, a jakby nie. Po czte­rech latach w Syl­we­stra jed­nak w końcu powie­dział, że weź­miemy ślub.

Pobra­li­śmy się w 2005 roku. Wesele było cudowne, ale życie potem już nie. Zabra­kło uczu­cia. Nie wiem, jak to jest, gdy ktoś cię bar­dzo kocha. My po pro­stu ze sobą byli­śmy.

Dwa lata po ślu­bie zaszłam w ciążę. Synek, Tomek jest z 2007 roku. Sta­ra­li­śmy się, bo ja bar­dzo chcia­łam mieć dziecko, cho­ciaż się bałam, czy będzie zdrowe i sprawne. Drugą ciążę poro­ni­łam w trze­cim mie­siącu.

Gdy rok póź­niej uro­dzi­łam Hanię, to już dawa­łam sobie świet­nie radę. Tyle że po czte­rech latach mał­żeń­stwa kom­plet­nie prze­stało nam się ukła­dać. Ja cały czas chcia­łam dobrze, ale Artu­rowi wciąż było coś źle. Kłó­ci­li­śmy się o każdą drob­nostkę: o łyżeczki zosta­wione w zle­wie, o sztućce nie tak wło­żone do szu­flady, o to, że za dużo wody leję do czaj­nika, że za bar­dzo odkrę­cam kalo­ry­fer, że śpię w bar­łogu, że słu­cham radia, któ­rego on nie akcep­tuje. Któ­re­goś razu nawet mi skon­fi­sko­wał odbior­nik na kilka dni. Źle się malo­wa­łam, źle ubie­ra­łam, byłam za gruba, moje per­fumy śmier­działy. Przez całe lata cią­gnął mnie w dół kry­ty­ko­wa­niem. Uwiel­biał porzą­dek i woj­skowy dryl, a ja tego nie zno­szę. On się budził i od razu: bacz­ność! Draż­niło go, gdy cho­dzi­łam po domu w piża­mie.

 

Zapi­sa­łam się na stu­dia – admi­ni­stra­cję euro­pej­ską. Jeź­dzi­łam na zaję­cia do Sosnowca. Artur twier­dził, że nie dam rady, ale ja się zawzię­łam. Na dru­gim roku dosta­łam nawet sty­pen­dium za dobre wyniki w nauce.

Mój eks jest i był dobrym ojcem, ale mężem to już nie­ko­niecz­nie. Trak­to­wał mnie tak, że czu­łam się ubez­wła­sno­wol­niona i poni­żana. Zawsze byłam głu­pia. Ni­gdy nie sta­rał się mnie zro­zu­mieć, jakby mnie nie sły­szał. Był racjo­nalny, apo­dyk­tyczny i zasad­ni­czy. Ja jestem wraż­liwa i nie­pewna sie­bie. Szu­ka­łam miło­ści i akcep­ta­cji, ale dla niego ni­gdy nie byłam wystar­cza­jąco dobra. Cią­gle mnie też ogra­ni­czał. Chciał, żebym sie­działa w domu, goto­wała, sprzą­tała. Ale i tak zawsze było źle. Tu nie doso­lisz, tam prze­so­lisz. Zawsze mu coś nie paso­wało. A ja dobrze gotuję, choć jedną ręką. Sprzą­tam też, jed­nak zawsze nie tak, jak trzeba.

Przy­ja­ciółka

Patry­cję pozna­łam pięć lat temu. Miała stu­dio foto­gra­ficzne na par­te­rze w naszej kamie­nicy. Już było bar­dzo źle w moim mał­żeń­stwie. Wpa­da­łam do niej i szu­ka­łam pomocy. Nie wie­rzy­łam w sie­bie, czu­łam, że nic nie umiem, a ona mnie pocie­szała. W końcu zabrała mnie do pani psy­cho­log. Dobrze mi to zro­biło.

Za pierw­szym razem pomo­gli mi się pod­nieść rodzice, w mał­żeń­stwie rato­wało mnie macie­rzyń­stwo, za trze­cim razem ura­to­wała mnie Pati. We wszyst­kim mnie wspie­rała, pod­rzu­cała książki. Namó­wiła, żebym została liderką Ery Nowych Kobiet.

To dzięki Pati i pani Basi, psy­cho­log, zaczę­łam czy­tać, roz­wi­jać się. Pani Basia powie­działa mi: „Agnieszko, w tobie jest tyle empa­tii, tyle opty­mi­zmu, że możesz to odda­wać ludziom, poma­gać kobie­tom”.

Czy­ta­łam wtedy książkę Nicka Vuji­cica, mówcy moty­wa­cyj­nego, który uro­dził się bez rąk i nóg. Na całym świe­cie pro­wa­dzi wykłady na temat nie­peł­no­spraw­no­ści, moty­wa­cji i wiary w Boga. Pod wpły­wem tej książki zde­cy­do­wa­łam, że chcę zostać wolon­ta­riuszką. Mężowi bar­dzo się to nie spodo­bało. On tak ma, że wszystko zawsze musi być po jego myśli. Tak samo, gdy mu powie­dzia­łam, że cho­dzę do pani psy­cho­log: wku­rzył się, że wyno­szę domowe brudy do obcych.

Trzy lata temu zaczę­łam pra­co­wać jako wolon­ta­riuszka w domu opieki dla star­szych osób. Oni są jak moi dziad­ko­wie. Co tydzień tam jeż­dżę. Sie­dzę z nimi i gadam przy her­ba­cie czy kawie. Ostat­nio poma­ga­łam kar­mić panią Mary­się, bo za bar­dzo nie umie jeść. Mąż mi powie­dział, że jestem żało­sna, że cho­roby przy­niosę. Ale ja czuję się tam potrzebna. To pomaga mi budo­wać sie­bie na nowo.

Pati cały czas mnie mobi­li­zuje. Już do niej mówię: Pati, nie odzy­waj się, bo wszystko, o czym mówi, spraw­dza się. Teraz mnie nama­wia: „Aga, zrób prawo jazdy”. Bar­dzo we mnie wie­rzy.

Roz­wód

W moim mał­żeń­stwie od początku nie działo się dobrze. Sporo w tym było mojej winy, bo po wypadku nie żyłam w zgo­dzie ze sobą. Pra­gnę­łam, żeby mąż mnie kochał, a sama sie­bie nie kocha­łam. Poza tym Artur ni­gdy nie był typem wspie­ra­ją­cym. Ow­szem, poma­gał przy dzie­ciach, jak były małe. Teraz też, ale od początku patrzy­li­śmy w inne kie­runki.

Nie mogłam pozbyć się wra­że­nia, że nie jestem kobietą, jaką chciałby mieć. Żyłam z dnia na dzień i gasłam. Chcia­łam być dobrą żoną i matką, ale cały czas czu­łam się cią­gnięta w dół. Wiele mnie kosz­to­wało, by utrzy­mać się na powierzchni.

Z roku na rok było tylko coraz gorzej. Czę­sto stra­szy­li­śmy się roz­wo­dem, ale mój strach był więk­szy niż chęć zmiany. Prze­raź­li­wie bałam się zostać sama, więc kur­czowo trzy­ma­łam się mał­żeń­stwa. Tłu­ma­czy­łam sobie, że mąż jest do końca życia, że może kie­dyś będzie dobrze. Myśla­łam, że to jedyny męż­czy­zna, który odważy się być ze mną.

Wiele zmie­niło się, gdy pozna­łam Patry­cję. Bar­dzo mi pomo­gła pozbie­rać się, poży­czała mądre książki o pew­no­ści sie­bie. Wszystko chło­nę­łam jak gąbka. Pra­co­wa­łam nad sobą. Gdy już czu­łam się ze sobą lepiej, pod­ję­łam decy­zję o roz­wo­dzie. Nie mogłam już dłu­żej żyć pomniej­szana. W końcu do mnie dotarło, że nic się nie zmieni, jeśli sama się nie zmie­nię.

Roz­wie­dli­śmy się spo­koj­nie i doga­da­li­śmy tak, żeby dzie­ciom było dobrze. Roz­wód trwał dwa­dzie­ścia pięć minut. Dzieci rozu­mieją, że mię­dzy nami nie ma miło­ści, nie są ślepe i widzą, co się dzieje. Ale kochają nas oboje jed­na­kowo.

Cza­sami mówię pół żar­tem, że w końcu się z Artu­rem roz­wio­dłam, bo nie pozwa­lał mi pić kawy. Upie­rał się, że to jest nałóg i nale­gał, żebym prze­stała. Dał mi na to pół roku. Chcia­łam rato­wać mał­żeń­stwo i parę razy nawet pró­bo­wa­łam, ale bez powo­dze­nia. Bo ja kawę bar­dzo lubię. W końcu zaczę­łam pić ją w ukry­ciu, u Pati. Tyle że czu­łam się z tym fatal­nie. Mia­łam wyrzuty sumie­nia aż do chwili, w któ­rej zro­zu­mia­łam, że nikt nie może mi mówić, co mam robić. No i wybra­łam kawę. Całe życie było po jego, a ja się dawa­łam. W końcu się posta­wi­łam. Teraz jest po mojemu.

Ja

Jako dzie­więt­na­sto­latka czę­sto mia­łam czarne myśli, dużo roz­my­śla­łam o śmierci, ubie­ra­łam się na czarno, mia­łam niskie poczu­cie wła­snej war­to­ści. Rodzice nie dali mi go tyle, ile ja sta­ram się dać moim dzie­ciom. Powta­rzam im, że są wspa­niale, mądre. Ja tego nie mia­łam. I one są inne, niż ja byłam: cichutka i grzecz­niutka. Myśla­łam, że się do niczego nie nadaję. Po wypadku przez długi czas wie­rzy­łam nawet, że to była moja wina. Prze­cież czarne myśli ścią­gają nie­szczę­ście.

Po reha­bi­li­ta­cji zaczę­łam doce­niać to, co mam. Cie­szę się, że żyję, cho­dzę, nie jestem ska­zana na wózek. Że mam przy­naj­mniej jedną zdrową rękę.

Kiedy Pati prze­ko­ny­wała mnie, żebym została liderką Ery Nowych Kobiet, na początku myśla­łam, że to nie­moż­liwe. Ja, poła­mana, z nie­władną ręką, led­wie sobie radzę sama ze sobą, a mam inspi­ro­wać zdrowe kobiety? Kaleka z mikro­fo­nem? W końcu pomyśla­łam, że po pro­stu opo­wiem moją histo­rię. Może komuś doda to siły, gdy usły­szy, jak ja trzy razy się pod­nio­słam.

Przy­go­to­wa­łam pre­zen­ta­cję i się udało. Wiele zdro­wych, pięk­nych kobiet nie wzię­łoby mikro­fonu i nie wystą­piło przed tyloma oso­bami. A ja to zro­bi­łam. Mówi­łam to, co czuję – że trzeba być wdzięcz­nym za to, co się ma, doce­niać dro­bia­zgi. To nie zna­czy, że nie możesz chcieć wię­cej.

Moja mama też była na tym spo­tka­niu. Cały czas pła­kała, a potem powie­działa mi: „Aga, dałaś radę! Jesteś odważna”. Była ze mnie dumna. Takie chwile dodają mi sił.

Teraz zapi­sa­łam się na lek­cje angiel­skiego. Musia­łam o tym powie­dzieć eks­owi, bo jesz­cze mamy wspólny budżet. Zgo­dził się, tylko jak zwy­kle sta­rał się powie­dzieć coś przy­krego, żeby mnie dotknąć: „Po co ci te chu­jo­winy?”. Ale mnie to już nie rusza. Chcę się roz­wi­jać i będę.

Jesz­cze przed wypad­kiem zaczę­łam pra­co­wać jako kon­sul­tantka Avon. Dla mnie to jest rewe­la­cja, bo pra­cuję, kiedy chcę. Jak było ze mną źle, dziew­czyny z Avonu bar­dzo mi pomo­gły, robiąc za mnie zamó­wie­nia. Zara­biam nie­wiele, ale star­cza na kosme­tyki, a praca daje mi dużo zado­wo­le­nia. Teraz zaję­łam się jesz­cze jed­nym pro­jek­tem mar­ke­tingu sie­cio­wego i pozna­łam tu cudow­nych ludzi, któ­rzy mnie „otwo­rzyli”.

Po śpiączce, w któ­rej utrzy­my­wali mnie leka­rze po wypadku, w ogóle coś mi się w gło­wie zmie­niło. Uwie­rzy­łam, że pod­świa­do­mość czyni cuda. Dla­tego cią­gle sta­ram się uśmie­chać. Ludzie o mnie mówią: „Zawsze uśmiech­nięta”. To miłe.

Marze­nia

Bar­dzo chcę być szczę­śliwa. Dla mnie to zna­czy mieć stałe źró­dło dochodu i wła­sny kąt. To by mi dało nie­za­leż­ność. Nie musia­ła­bym nikogo pro­sić o pie­nią­dze. Gdy już będę miała samo­dzielne miesz­ka­nie, wezmę sobie psa ze schro­ni­ska. Zawsze chcia­łam mieć przy­ja­ciela, który by mnie wspie­rał, ale teraz to już nie jest aż tak ważne, jak kie­dyś.

Marzę, że gdzieś pojadę: do Gre­cji, do cie­płych kra­jów. Ni­gdy tam nie byłam, bo mąż nie chciał. Powta­rzał, że w życiu nie poje­dzie za gra­nicę, bo nie zna języka, więc lądo­wa­li­śmy cią­gle w Kry­nicy Mor­skiej. Faj­nie, ale cały czas w tym samym miej­scu.

Kie­dyś pozna­łam faceta, który powie­dział, że jestem kobietą wyjąt­kową. Tak nazwa­łam mój fan­page na Face­bo­oku, bo myślę sobie, że miał rację. Dla­tego wal­czę o sie­bie i sta­ram się coś z sie­bie dawać innym. Wiem, że będzie dobrze, ponie­waż w końcu dobrze jest mi być sobą.

CZEGO UCZY NAS TA HISTO­RIA

Nie można całe życie pić kawy w ukry­ciu. Nie­ważne, czy jesteś kobietą po wypadku, tzw. kobietą w pew­nym wieku, czy też po pro­stu kobietą, która boi się być sama. Kie­dyś przy­cho­dzi moment, w któ­rym zaczy­nasz widzieć swoje rela­cje takimi, jakimi są. Ta chwila, w któ­rej chcesz zacząć żyć w zgo­dzie ze sobą i na wła­snych zasa­dach. Cza­sem odnaj­duje nas zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nie. Dla Agnieszki takim prze­ło­mo­wym momen­tem było zna­le­zie­nie praw­dzi­wej przy­jaźni, która pozwo­liła jej zacząć myśleć o sobie ina­czej i podej­mo­wać zupeł­nie nowe wyzwa­nia. Wcze­śniej jej myśle­nie o sobie było zde­ter­mi­no­wane poni­ża­ją­cym trak­to­wa­niem jej przez męża.

Z jakiego powodu tak pozy­tywna osoba godziła się na życie z czło­wie­kiem, który nie dostrze­gał w niej zalet?

Kry­zys życiowy w przy­padku Agnieszki wią­zał się z bar­dzo wymier­nymi zmia­nami. Jako młoda dziew­czyna utra­ciła zdro­wie, dotych­cza­sowe szanse życiowe, a nawet frag­menty toż­sa­mo­ści. Stało przed nią wiel­kie zada­nie – naj­pierw odzy­skać spraw­ność fizyczną, a potem zbu­do­wać nowy styl życia. Miała nadzieję, że wes­prze ją w tym star­szy od niej męż­czy­zna. Zada­nie było tym trud­niej­sze, że nie­peł­no­sprawni są w Pol­sce wyklu­czani, ogra­ni­cza się ich codzienne funk­cjo­no­wa­nie, moż­li­wość peł­nie­nia roz­ma­itych ról spo­łecz­nych, spo­ty­kają się z uprze­dze­niami i złym trak­to­wa­niem. Wielu ludziom trudno jest sobie wyobra­zić, że nie­peł­no­sprawna kobieta ma marze­nia, chce być aktywna i potrzebna, pra­gnie zało­żyć rodzinę, pra­co­wać i zacho­wać nie­za­leż­ność. Co wię­cej, trudno jest prze­ko­nać pol­skie spo­łe­czeń­stwo, że osoby nie­peł­no­sprawne nie są w niczym gor­sze od ludzi zdro­wych i potra­fią sku­tecz­nie reali­zo­wać swoje cele życiowe. Zma­ga­nie się z codzien­no­ścią może har­to­wać ich odpor­ność psy­chiczną, wzmac­niać cier­pli­wość i kon­se­kwen­cję.

Cho­ciaż Agnieszka doświad­czyła róż­no­ra­kich nie­szczęść, nie stra­ciła zdol­no­ści opty­mi­stycz­nego patrze­nia na świat. Jej udzia­łem było wiel­kie cier­pie­nie fizyczne zwią­zane z wypad­kiem, zagro­że­niem życia i reha­bi­li­ta­cją. Zaznała cier­pie­nia psy­chicz­nego zwią­zanego z utratą dotych­cza­so­wego życia, per­spek­tyw, z bez­rad­no­ścią, samot­no­ścią i bra­kiem akcep­ta­cji. Doświad­czała także tego spe­cy­ficz­nego rodzaju cier­pie­nia, zwią­zanego z utratą naj­waż­niej­szych jako­ści, takich jak nadzieja czy miłość. Agnieszka mówi, że ni­gdy nie czuła się kochana. Mimo to zna­la­zła dla sie­bie miej­sce, w któ­rym może dzie­lić się swo­imi doświad­cze­niami i ener­gią, inspi­ru­jąc inne kobiety i poka­zu­jąc, jak bar­dzo umowne są ogra­ni­cze­nia, które hamują nasz roz­wój.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?