#Nie bałam się o tym rozmawiaćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marze­nia mają moc

Marze­nia, szcze­gól­nie te wypo­wie­dziane na głos, mają wielką moc i się speł­niają. Warto więc w nie wie­rzyć, ale warto też prze­my­śleć, czego tak naprawdę pra­gniemy.

Ja, w dniu moich osiem­na­stych uro­dzin, wypo­wie­dzia­łam gło­śno, że chcia­ła­bym mieć mini­mum trójkę dzieci i wła­sną firmę, naj­le­piej jesz­cze na stu­diach. Wszystko szybko się speł­niło. Ale naj­pierw tra­fi­łam na kory­ta­rze Wydziału Prawa i Admi­ni­stra­cji Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego.

Jesz­cze w liceum szy­ko­wa­łam się na ten kie­ru­nek stu­diów. Nic zaska­ku­ją­cego. Pocho­dzę z praw­ni­czej rodziny. Poza tym, to ide­alny kie­ru­nek dla dziew­czyny z tzw. „dobrego domu”. Kiedy zna­la­złam się na wydziale, nagle zoba­czy­łam inne, „ame­ry­kań­skie”, czyli w domy­śle lep­sze życie. Piękne dziew­czyny, przy­stojni chłopcy, wszy­scy świet­nie ubrani, wyróż­nia­jący się na tle ówcze­snej sza­rej pol­skiej rze­czy­wi­sto­ści. Ich spoj­rze­nia, twa­rze budziły we mnie zain­te­re­so­wa­nie i uśmiech. Już wie­dzia­łam: to jest mój świat. Posta­no­wi­łam, że będę apli­ko­wać.

Mojego przy­szłego męża pozna­łam jesz­cze w liceum. Był we mnie bar­dzo zako­chany. Nie odwza­jem­nia­łam tych uczuć, ale jego sta­ra­nia spra­wiły, że nabra­łam sztucz­nego poczu­cia bez­pie­czeń­stwa, któ­rego potrze­bo­wa­łam po trud­nych przej­ściach miło­snych. To był, star­szy ode mnie o trzy­na­ście lat, bar­dzo inte­li­gentny, przy­stojny chło­pak ze świet­nej rodziny. Wybra­łam się z nim na stud­niówkę, zaczę­li­śmy pla­no­wać wspólną przy­szłość. Nie­stety, cztery lata waga­ro­wa­nia dały o sobie znać i za pierw­szym razem nie dosta­łam się na stu­dia. Naj­gor­sze, że obla­łam z pol­skiego, z któ­rego prze­cież byłam dobra.

Tuż po matu­rze zamiesz­ka­łam z przy­szłym mężem. Oznaj­mi­łam rodzi­com, że chcę się prze­ko­nać, jak to będzie. On, trzy­dzie­sto­dwu­la­tek, marzył o zało­że­niu rodziny, ja dopiero testo­wa­łam doro­słość i samo­dziel­ność.

Po dzie­wię­ciu mie­sią­cach, bez żad­nego wyraź­nego powodu, w rodzaju zdrady czy awan­tury, spa­ko­wa­łam się i wró­ci­łam do rodzi­ców. Part­ne­rowi wyja­śni­łam, że nie kocham go tak bar­dzo, jak on mnie. Wtedy prze­ko­na­łam się, jak zako­chany męż­czy­zna może wal­czyć o kobietę. On tak się sta­rał i zabie­gał o mnie, był tak cier­pliwy i kon­se­kwentny, że ule­głam. Wró­ci­łam i przy­ję­łam oświad­czyny.

Pierw­szy rok z narze­czo­nym prze­zna­czy­łam w dużej mie­rze na naukę. Do kolej­nego egza­minu na stu­dia pode­szłam przy­go­to­wana w stu pro­cen­tach. Zosta­łam stu­dentką prawa na UW.

Po pierw­szym roku uro­dzi­łam pierw­szego syna, po trze­cim dru­giego, a tuż po dyplo­mie, trze­ciego. Reali­zo­wa­łam się w pełni jako stu­dentka, matka, ale też jako biz­ne­swo­man. Przez kil­ka­na­ście lat mał­żeń­stwa byłam szczę­śliwą kobietą, choć naj­mniej w roli żony. Mia­łam za to sze­reg innych zadań, które dawały mi frajdę i satys­fak­cję.

Sku­pi­łam się na nauce i roz­woju. Stu­dia uwiel­bia­łam. Do dziś pamię­tam fan­ta­stycz­nych wykła­dow­ców, czę­sto jesz­cze przed­wo­jen­nych wybit­nych znaw­ców prawa. Z lice­alistki, która ucie­kała z lek­cji i nie dbała o stop­nie, nagle sta­łam się pilną stu­dentką, regu­lar­nie zdo­by­wa­jącą nagrody dzie­kań­skie i rek­tor­skie za osią­gnię­cia w nauce.

Moi trzej syno­wie przy­cho­dzili na świat w waka­cje. Choć tego aku­rat nie zapla­no­wa­łam, dzięki temu nie opu­ści­łam żad­nego egza­minu. Nie pomy­śla­łam nawet, aby wziąć urlop dzie­kań­ski. Bar­dzo pomo­gli mi rodzice i jestem im za to wdzięczna. Poza tym, byłam samo­wy­star­czalna. Dziś wiem, że aż za bar­dzo.

Na cztery ręce

Robi­łam wszystko, co chcia­łam, co sobie zapla­no­wa­łam, o czym zama­rzy­łam. Zarówno pry­wat­nie, jak i zawo­dowo. Moja star­sza o pięt­na­ście lat szwa­gierka zapro­po­no­wała mi wej­ście w spółkę. Była jedną z tych waż­nych sil­nych kobiet w moim życiu, które dały mi poczu­cie spraw­stwa i bez­pie­czeń­stwa, a także pomo­gły mi osią­gnąć doj­rza­łość. Z zawodu sto­ma­to­log, w cza­sach trans­for­ma­cji posta­no­wiła zało­żyć sieć kli­nik den­ty­stycz­nych. Kiedy mi to zapro­po­no­wała, mia­łam maleń­kie dziecko i koń­czy­łam drugi rok stu­diów. Uzna­łam, że to absur­dalny pomysł, bo chcia­łam prze­cież być adwo­katką i pra­co­wać w świet­nej kan­ce­la­rii. Zaraz jed­nak pomy­śla­łam: OK, roz­krę­cimy kli­niki, a potem będę reali­zo­wać się jako praw­niczka.

Nasza kli­nika była drugą w Pol­sce pry­watną pla­cówką sto­ma­to­lo­giczną. Uru­cho­mie­nie biz­nesu kosz­to­wało nas wiele pracy, poświę­ceń i zarwa­nych nocy. Nie było jesz­cze kom­pu­te­rów ani inter­netu, nie mia­ły­śmy nawet asy­stentki. W dniu, w któ­rym po raz pierw­szy prze­krę­ci­łam klucz w drzwiach naszej kli­niki, na ulicy stała długa kolejka. Pacjenci pokłó­cili się o to, kto pierw­szy wej­dzie do gabi­netu. Wkrótce otwo­rzy­ły­śmy kolejne punkty. Wszystko szło jak po maśle.

Nie mia­ły­śmy doświad­cze­nia w pry­wat­nym biz­ne­sie, ale wtedy w Pol­sce jesz­cze nikt go nie miał. Nad­ra­bia­ły­śmy zapa­łem.

Stu­dentka, matka, żona, biz­ne­swo­man. Pra­co­wa­łam na cztery ręce. Rano mój tata przy­wo­ził do nas mamę. Opie­ko­wała się naj­pierw jed­nym, a potem dwójką wnucz­ków. Kiedy na świe­cie poja­wił się mój trzeci syn, stać mnie już było na nia­nię. Wtedy jed­nak nie mia­łam jesz­cze auta, więc tata zabie­rał mnie na uczel­nię. Pro­ku­ra­tura gene­ralna, w któ­rej pra­co­wał, mie­ściła się nie­da­leko Wydziału Prawa UW. Po połu­dniu razem wra­ca­li­śmy do domu. Tata zabie­rał mamę i jechali do sie­bie. Ja goto­wa­łam, zaj­mo­wa­łam się dziećmi, pró­bo­wa­łam się uczyć. Wie­czo­rem kąpa­łam synów, usy­pia­łam i o dzie­wią­tej jecha­łam do kli­niki. Sia­da­ły­śmy ze szwa­gierką i do pierw­szej w nocy wypeł­nia­ły­śmy doku­menty, uzu­peł­nia­ły­śmy fak­tury, ukła­da­ły­śmy karty pacjen­tów. Potem wra­ca­łam do domu i jeśli było trzeba, uczy­łam się do rana.

Nie wspo­mi­nam tam­tego okresu jak kosz­maru. Jasne, dzia­ła­łam czę­sto kosz­tem odpo­czynku i snu, ale szło mi świet­nie, reali­zo­wa­łam swoje marze­nia, a to było moim prio­ry­te­tem. Do dziś uwa­żam, że robie­nie tego, co kochasz to klucz do suk­cesu. Podob­nie jak dosko­nała orga­ni­za­cja. Ja zawsze mia­łam wszystko uło­żone i zapla­no­wane jak w szwaj­car­skim zegarku.

Luk­sus za swoje

Czu­łam, że mam wspa­niałe życie, aż do momentu, w któ­rym mój mąż stał się obse­syj­nie zazdro­sny. Przez kil­ka­na­ście lat wspól­nego życia bar­dzo się roz­wi­nę­łam. Nabra­łam mocy, zaczę­łam świet­nie zara­biać, zdo­by­łam wykształ­ce­nie, pre­sti­żowy zawód. Zro­bi­łam też apli­ka­cję radcy praw­nego. Przed trzy­dziestką sta­łam się cał­ko­wi­cie nie­za­leżna. Mia­łam wra­że­nie wygra­nej na wszyst­kich polach.

Mąż prze­ko­ny­wał się, że mogę coraz wię­cej i coraz czę­ściej sama o sobie decy­duję. Czuł też, że się od niego odda­lam. Na doda­tek oboje sta­li­śmy się ofia­rami krzyw­dzą­cych ste­reo­ty­pów. Taki przy­kład. Jak co week­end, wybra­li­śmy się z przy­ja­ciółmi na kola­cję. Jed­nym z nich był sza­no­wany pro­fe­sor PAN-u. Na koniec wie­czoru w szatni, gdy wkła­da­łam futro, łyp­nął okiem bez słowa, a gdy ruszy­li­śmy na par­king, gdzie wsia­da­li­śmy z mężem do spor­to­wego samo­chodu, zawo­łał: „Joasiu, musisz być świetną żoną, skoro mąż tak o cie­bie dba! Zobacz tylko, masz futro, piękny samo­chód”. Ale prze­cież ja to wszystko kupi­łam sobie sama – odpo­wie­dzia­łam z uśmie­chem. I nagle dotarło do mnie ze zdwo­joną mocą, że pro­fe­sorowi nie mie­ściło się w gło­wie, aby kobieta przed trzy­dziestką mogła samo­dziel­nie zapra­co­wać na takie rze­czy.

Nie­długo potem wybra­łam się z mężem do jed­nego z ele­ganc­kich buti­ków. Kiedy mie­rzy­łam spód­nicę, powie­dział: „Jeśli bar­dzo chcesz, to ci ją kupię”. Spoj­rza­łam na niego ze zdzi­wie­niem: prze­cież ubra­nia kupuję sobie sama. Ziry­to­wał mnie.

Wtedy po raz kolejny zro­zu­mia­łam, że gdzieś po dro­dze stra­ci­li­śmy się, prze­sta­li­śmy być part­ne­rami. To ja utrzy­my­wa­łam dom, synów i opła­ca­łam więk­szość rachun­ków. Mąż ewi­dent­nie prze­stał sobie z tą sytu­acją radzić, choć też miał swoją firmę i nie­źle zara­biał. Zaczął być obse­syj­nie zazdro­sny, kon­tro­lu­jący. Odsu­wa­łam się od niego, więc zarzu­cał mi coraz to nowe, bar­dziej absur­dalne winy. Łączył nas już tylko coraz rzad­szy seks, a ja byłam coraz bar­dziej nie­szczę­śliwa.

Mia­łam swoje rytu­ały, które poma­gały prze­trwać. Dba­łam o dom, dzieci i prze­strzeń wokół nas. Liczył się każdy ele­ment wystroju wnę­trza, smak i wygląd potraw, spo­sób poda­nia, atmos­fera. Kiedy byłam zmę­czona i smutna, wsia­da­łam do auta. Jecha­łam nocą w kie­runku Trój­mia­sta. Muzyka roz­wa­lała szyby, a ja rese­to­wa­łam myśli i odra­dza­łam się na nowo.

Koniec etapu

Apli­ka­cja rad­cow­ska zaj­mo­wała mi bar­dzo dużo czasu. Gdy ją skoń­czy­łam, w moim życiu poja­wiła się luka do natych­mia­sto­wego zago­spo­da­ro­wa­nia. Nie chcia­łam tego nagle daro­wa­nego mi czasu spę­dzać z mężem. Poczu­łam się jesz­cze bar­dziej samotna. Wie­dzia­łam już także, że nie chcę pra­co­wać w kan­ce­la­rii. Zawód praw­nika nie miał nic wspól­nego z tym, który poka­zują ame­ry­kań­skie filmy, jakich naoglą­da­łam się w mło­do­ści. To było prze­kła­da­nie papie­rów, kurz, szare kory­ta­rze. Moje wyobra­że­nia nijak miały się do rze­czy­wi­sto­ści. Zro­zu­mia­łam, że nad­szedł czas na pod­su­mo­wa­nia i decy­zje.

Gdy zasta­na­wia­łam się, czego mi w życiu bra­kuje, nie mia­łam wąt­pli­wo­ści: bli­sko­ści, tro­ski, poczu­cia bez­pie­czeń­stwa i dowo­dów miło­ści. W maga­zy­nie „Zwier­cia­dło” natra­fi­łam na wywiad z pewną tera­peutką. Zna­la­złam w nim dia­gnozę moich pro­ble­mów mał­żeń­skich: obse­syjna zazdrość powo­du­jąca roz­jeż­dża­nie się emo­cjo­nalne, spa­dek zaufa­nia itp. Wydar­łam stronę z wywia­dem, a po jakimś cza­sie umó­wi­łam się z tera­peutką na wizytę.

 

Od progu oznaj­mi­łam: Nie przy­szłam roz­wa­żać, czy mam się roz­wieść. Już zde­cy­do­wa­łam się, że to zro­bię. Pro­szę mi pomóc zro­bić to mądrze, bo mam trójkę małych dzieci i nie chcę ich zra­nić.

Na koniec pierw­szej sesji tera­peutka popro­siła, abym napi­sała na kartce wszystko to, co chcia­ła­bym zro­bić z moim mężem. Mogły to być nawet banalne czyn­no­ści, jak choćby jedze­nie śnia­da­nia. Tydzień póź­niej wró­ci­łam do niej z białą, nie­za­pi­saną kartką. Niczego już nie chcę z nim robić, wyja­śni­łam.

Tera­peutka uświa­do­miła mi, że roz­wód wcale nie jest koń­cem życia, jak uważa wiele kobiet. Nie należy trak­to­wać go jako porażkę, tylko jako koniec pew­nego etapu. Już samo takie podej­ście jest uwal­nia­jące.

Usta­li­ły­śmy, że posta­ram się roz­stać z mężem moż­li­wie jak naj­bar­dziej spo­koj­nie. Wciąż mam w pamięci jej słowa: „To nie jest pani wina. Przy­szła pani do mnie jako klientka, ale jeśli z powodu roz­wodu obar­czy się pani wyrzu­tami sumie­nia, to ta droga będzie dużo dłuż­sza i bar­dziej skom­pli­ko­wana, a pani z klientki sta­nie się moją pacjentką”. Za każ­dym razem tak ze mną roz­ma­wiała, że wycho­dzi­łam z poczu­ciem, że kolejny ciężki kamień spadł mi z serca.

Posta­no­wi­łam wypro­wa­dzić się z dziećmi, a dom zosta­wić mężowi. Mie­li­śmy tak skon­stru­owaną inter­cyzę, że teo­re­tycz­nie to on mógł stra­cić wię­cej. Ale stało się na odwrót. Nie chcia­łam zostać w tam­tym miej­scu ani dnia dłu­żej. Mąż zbu­do­wał mur, który jesz­cze bar­dziej spo­tę­go­wał moje marze­nie o wol­no­ści i roz­po­czę­ciu nowego etapu.

Zapla­no­wa­łam krok po kroku. Całe nowe życie mia­łam dobrze prze­my­ślane. Wyna­ję­łam i urzą­dzi­łam miesz­ka­nie, synów zapi­sa­łam do nowych szkół, ale ponie­waż skoń­czył się rok szkolny, wysła­łam ich na obozy waka­cyjne. Prze­pro­wadzkę urzą­dzi­łam pod ich nie­obec­ność. Zabra­łam tylko biurka synów, zabawki, ubra­nia, książki i parę oso­bi­stych przed­mio­tów. Wszystko zmie­ściło się w małym aucie dostaw­czym. Męża powia­do­mi­łam dwa tygo­dnie przed wypro­wadzką.

Trzech chło­pa­ków, zwie­rzaki i ja

Zacho­wy­wa­łam się wtedy jak robot. Nie zanie­dby­wa­łam żad­nych obo­wiąz­ków, wszystko robi­łam na sto pro­cent. Poziom adre­na­liny w moim orga­ni­zmie się­gał zenitu. Wie­dzia­łam, że muszę liczyć tylko na sie­bie i nie mogę zawieść synów ani firmy.

Pamię­tam jeden trudny moment. Wyda­rzył się w oko­li­cach roz­wodu i prze­pro­wadzki, gdy na par­kingu pod nowym miesz­ka­niem wsia­dłam do auta. Ruszy­łam szybko w kie­runku kli­niki. Myślami byłam zupeł­nie gdzie indziej. Usły­sza­łam jakiś dziwny hałas, a potem samo­chód jechał jakby w zwol­nio­nym tem­pie. Zupeł­nie się tym jed­nak nie przej­mo­wa­łam. Trzy­ma­łam mocno kie­row­nicę, cisnę­łam gaz i myśla­łam o setce rze­czy do zro­bie­nia na już. Kiedy wysia­dłam z auta przed kli­niką, z prze­ra­że­niem odkry­łam, że przód auta przy­po­mina har­mo­nijkę: zgnie­ciona maska, znisz­czona bla­cha. Zorien­to­wa­łam się, że gdy rusza­łam, musia­łam zaha­czyć błot­ni­kiem o beto­nowy słup. Nie mogłam pojąć, jak to moż­liwe, że tego nie zare­je­stro­wa­łam. A jed­nak. To poka­zuje, w jakim stre­sie musia­łam funk­cjo­no­wać i jak bar­dzo zagłu­sza­łam emo­cje.

Wyda­wało mi się, że w nowym miesz­ka­niu natych­miast odżyję, ale to nie stało się tak szybko. Pamię­tam, jak raz przy­snę­łam na kana­pie w ciągu dnia, co ni­gdy mi się nie zda­rza. Obu­dzi­łam się zlana potem i prze­ra­żona: co dalej ze mną, z dziećmi, co z nami będzie?

O tym, że w moim związku źle się działo, wie­działa tylko garstka naj­bliż­szych. Zna­jomi nie mogli uwie­rzyć, że wynio­słam się z dziećmi z domu pod War­szawą do wyna­ję­tego miesz­ka­nia i zło­ży­łam pozew o roz­wód. Nie obar­cza­łam nikogo swo­imi pro­ble­mami. Jeden z przy­ja­ciół mojego męża wyznał mi, że mąż długo nie mógł uwie­rzyć, że ode­szłam „do nikogo”. Naj­ła­twiej byłoby prze­cież powie­dzieć, że się zako­cha­łam, że ktoś mnie oma­mił, że stra­ci­łam głowę. Ale skoro kobieta z trójką dzieci wynosi się do wyna­ję­tego miesz­ka­nia, to znak, że w mał­żeń­stwie nie było dobrze.

Na nogi pomo­gli mi sta­nąć bli­scy: rodzina i przy­ja­ciele. Naj­star­szy syn powie­dział do babci: „Mam nadzieję, że po roz­wo­dzie mama będzie w końcu szczę­śliwa”. Cała trójka zro­zu­miała moją decy­zję, nie bun­to­wali się prze­ciwko wypro­wadzce z domu. Mia­łam oczy­wi­ście wiele obaw o to, że syno­wie tracą dzie­ciń­stwo, być może też poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, które wynika z posia­da­nia obojga rodzi­ców, że stają się zbyt szybko doro­śli. Dla­tego sta­ra­łam się im to wyna­gro­dzić. Kupi­łam każ­demu po wyma­rzo­nym zwie­rzaku: jeden dostał jam­nika, drugi tchó­rzo­fretkę, trzeci myszo­skoczka. Posta­no­wi­łam w ten spo­sób prze­kie­ro­wać ich uwagę na opiekę nad pupi­lami, zapro­po­no­wać im coś nowego, przy­jem­nego. Ale nie pytaj­cie, jaki w domu był har­mi­der. Trzech chło­pa­ków, trzy zwie­rzaki i ja.

Jak pio­run sycy­lij­ski

Mimo wszyst­kich trud­no­ści ani na chwilę nie prze­sta­łam wie­rzyć w miłość i mał­żeń­stwo. Wokół mnie od lat jest wiele fan­ta­stycz­nych par. Nie mia­łam do nikogo pre­ten­sji, że nam się nie udało: sama wybra­łam sobie męża, więc pono­szę kon­se­kwen­cję tej decy­zji. Dziś wiem, że wyszłam za mąż bar­dziej z roz­sądku, niż z pory­wów serca, ale nie żałuję. Mamy trójkę wspa­nia­łych synów.

Przez pewien czas byłam sama. Nie chcia­łam wcho­dzić w żadne poważne rela­cje. Potem pozwo­li­łam sobie na romans, aby znowu cie­szyć się sek­sem, rand­kami, odna­leźć radość życia. Uwa­żam, że nie­zo­bo­wią­zu­jące flirty, szcze­gól­nie po bole­snych roz­sta­niach i roz­wo­dach, mogą zdzia­łać dużo dobrego. Jedna z kole­ża­nek zarzu­ciła mi, że mój part­ner „nie roko­wał”. Zupeł­nie nie rozu­miem takiego podej­ścia. Nie­które rela­cje są tylko po to, żeby przy­nieść frajdę, na pewien okre­ślony czas. Mnie taki układ prze­ko­ny­wał. Do czasu, aż tra­fił mnie pio­run sycy­lij­ski, któ­rego zupeł­nie się nie spo­dzie­wa­łam. Przy­szedł czas na bar­dzo poważny, bli­sko dzie­się­cio­letni zwią­zek z Janem, który dużo zmie­nił w moim życiu.

Opo­wia­da­nie o czło­wieku, któ­rego już nie ma, nie jest dla mnie pro­ste. Uczu­cie mię­dzy nami wybu­chło jak żywioł i od początku było nie do opa­no­wa­nia. Kiedy doświad­cza się takich emo­cji, wszyst­kie teo­rie, w jakie wie­rzyło się wcze­śniej, nagle upa­dają. Wie­dzie­li­śmy, że to, co robimy było bar­dzo ryzy­kowne i nie do końca fair. Ja byłam wolna, ale Jan miał prze­cież rodzinę. Wiele razy o tym roz­ma­wia­li­śmy, roz­wa­ża­li­śmy wszyst­kie za i prze­ciw, ale nie byli­śmy w sta­nie zaha­mo­wać łączą­cego nas uczu­cia. Przy­tra­fiła nam się praw­dziwa, wielka, doj­rzała miłość i sta­li­śmy wobec niej bez­radni.

On, naj­po­tęż­niej­szy pol­ski biz­nes­men, dok­tor prawa, król i znawca życia, który uwiel­biał ludzi, zresztą z wza­jem­no­ścią. Nauczy­łam się przy nim jesz­cze więk­szej rado­ści życia i jesz­cze więk­szego roz­ma­chu. Jan czę­sto powta­rzał słowa swo­jego ojca: „Nie ucz się, jak oszczę­dzać, tylko, jak zara­biać”.

Nie­cały rok od naszego spo­tka­nia Jan stał się boha­te­rem naj­więk­szej afery poli­tycz­nej w demo­kra­tycz­nej Pol­sce: został oskar­żony o szpie­go­stwo. Jego nazwi­sko było na każ­dym pasku tele­wi­zyj­nych wia­do­mo­ści, w każ­dej gaze­cie i por­talu.

Trwa­łam przy nim, nie wyobra­ża­jąc sobie, że mogła­bym zacho­wać się ina­czej. Pocie­sza­łam go, że wszystko prze­cież w końcu się wyja­śni. Wiem, że w tym trud­nym cza­sie zna­lazł przy mnie uko­je­nie, a jako para prze­szli­śmy tę próbę zwy­cię­sko. Myślę, że to nas jesz­cze bar­dziej zahar­to­wało.

Było mnie na niego stać

Jan nie był play­boyem, więc jego zain­te­re­so­wa­nie mną było dowo­dem na to, że dzieje się coś poważ­nego i szybko zna­leź­li­śmy się na tzw. języ­kach. Nie potra­fi­li­śmy uda­wać, że nic nas nie łączy. Nocami godzi­nami roz­ma­wia­li­śmy przez tele­fon. W ciągu dnia potra­fił do mnie dzwo­nić kil­ka­na­ście razy. Nie mogli­śmy się naga­dać. Jedna z życz­li­wych mi osób ostrze­gała: „Asiu. Nic z tego nie będzie, tylko skan­dal. Tobie, matce trójki dzieci, na pewno ten zwią­zek zaszko­dzi. Nie macie szans, zoba­czysz. Jak on cię rzuci za parę mie­sięcy, będziesz prze­grana”.

Słu­cha­łam uprzej­mie, ale nic nie było w sta­nie nas zatrzy­mać. Pomy­śla­łam, że skoro jestem nie­za­leżną finan­sowo sin­gielką, mam trójkę dzieci, dobre wykształ­ce­nie, wła­sny biz­nes, to stać mnie na pod­ję­cie takiego ryzyka, jak zwią­zek z Janem.

Zna­jomy praw­nik z Pozna­nia zadzwo­nił do Jana i powie­dział mu, żeby nie myślał, że jestem byle pod­lot­kiem, któ­rym można się poba­wić, a potem rzu­cić, że mam swoją pozy­cję, sza­cu­nek i ambi­cje. Jan sam mi o tym opowie­dział.

Dobrze pamię­tam chwilę, w któ­rej poczu­łam się przy nim bez­pieczna jak ni­gdy dotąd. Przy­tu­lił mnie mocno i poca­ło­wał z czu­ło­ścią w czoło. To był dla mnie cudowny gest tro­ski, sza­cunku, miło­ści. Pierw­szy raz po trau­mie roz­wodu, po latach samot­no­ści. Oboje ryzy­ko­wa­li­śmy. Sytu­acja była trudna i nie­wiele osób nam sprzy­jało, ale poczu­łam się tak, jak­bym zna­la­zła się pod skrzy­dłem anioła. Zro­zu­mia­łam, że uczu­cie mię­dzy nami jest silne i głę­bo­kie, a Jan trak­tuje mnie bar­dzo poważ­nie.

Wiem, że tar­gały nim różne emo­cje, był prze­cież powa­ża­nym mężem, ojcem, pre­ze­sem firm. Miał wyrzuty sumie­nia, czuł, że być może krzyw­dzi bli­skich. Ale nie będę o tym mówić w jego imie­niu. Chcę tylko pod­kre­ślić, że był dobrym czło­wie­kiem.

Choć do biz­nesu pod­cho­dzi­li­śmy poważ­nie, w wol­nych chwi­lach bywa­li­śmy nie­fra­so­bliwi. Cie­szy­li­śmy się esen­cją życia. Bar­dzo mi to odpo­wia­dało. Mam w sobie dużo z dziecka, nie chcę być zbyt prak­tyczna czy reali­styczna i mam nadzieję, że taka pozo­stanę. Jan doce­niał szcze­gól­nie to, że miał we mnie part­nerkę w cie­sze­niu się każdą chwilą. Oboje tem­pe­ra­mentni, emo­cjo­nalni, bar­dzo się uzu­peł­nia­li­śmy.

Żyli­śmy tak, jakby naza­jutrz świat miał się skoń­czyć. Podró­żo­wa­li­śmy, pra­co­wa­li­śmy, zała­twia­li­śmy sprawy, cie­szy­li­śmy się sobą. Wszystko robi­li­śmy w gigan­tycz­nym tem­pie i niczego na pół gwizdka. Bio­rąc pod uwagę nasze tem­pe­ra­menty, nic dziw­nego, że w któ­rymś momen­cie „wypa­li­li­śmy się”. Nurek powie­działby, że zabra­kło dekom­pre­sji.

To były piękne, nie­zwy­kłe lata. Dzięki Janowi poko­cha­łam Lon­dyn, który stał się na długi czas naszym domem. Do tej pory mam tu swoje miej­sce na ziemi.

Z cza­sem jed­nak Jan zmie­nił się nie do pozna­nia. Nie miał siły cie­szyć się tym, czego doświad­cza­li­śmy. Coraz czę­ściej bywał znu­żony, źle się czuł.

Roz­sta­li­śmy się bez wiel­kich awan­tur. Do końca jego życia zacho­wa­li­śmy dobre rela­cje. Byli­śmy w sta­łym kon­tak­cie.

Po roz­sta­niu rzu­ci­łam się w wir obo­wiąz­ków zawo­do­wych ze zdwo­joną mocą. Praca zwią­zana z moją wielką pasją poma­gała osią­gnąć życiowy balans.