Kryształowi. Tom 3. PolowanieTekst

Z serii: Kryształowi #3
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Dawid Wiktorski

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Anna Sawicka-Banaszkiewicz


Zdjęcia wykorzystane na okładce

© Lario Tus/Shutterstock

© Denis Belitsky/Shutterstock

© Nik Keevil/Arcangel Images


Ta książka jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do realnych osób i zdarzeń jest niezamierzone i całkowicie przypadkowe.


© by Joanna Opiat-Bojarska

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2019


ISBN 978-83-287-1269-0


Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

WYSTĘPUJĄ

ANDRZEJ „ENDRIU” ŚMIECHOWSKI – dobry mąż, przyjaciel i człowiek, funkcjonariusz wydziału kryminalnego.

HONORATA „HONIA” MARCHWIŃSKA – samotna matka i przede wszystkim policjantka wydziału kryminalnego, zwykle pomocna i optymistyczna, czasem miewająca problemy z alkoholem.

MICHAŁ IWAŃSKI i MACIEJ BARCZAK – młodzi policjanci z nowego, gorszego pokolenia. Mają ten sam kolor włosów, to samo miejsce służby w wydziale kryminalnym i ten sam problem po spotkaniu w lesie z Honoratą i Endriu.

PAWEŁ „DRIVER” DOBROGOWSKI – funkcjonariusz Biura Spraw Wewnętrznych Policji. Uzależniony od bólu i szybkiej jazdy. Posiadacz sporej listy kobiet chętnych na seks, ojciec Wiktora i były mąż Elki.

PAULINA „PAULA” STOPAREK – kiedyś fuck friend Drivera, dziś przyjaciółka dziennikarki Kingi Pomorskiej.

ZOFIA MAZUR – właściwa kobieta na właściwym miejscu, a przynajmniej tak lubi o sobie myśleć. Jako zastępca naczelnika Biura Spraw Wewnętrznych Policji trzęsie nie tylko biurem, ale właściwie całą poznańską psiarnią. Nie potrafi gotować, dlatego przyjaźni się z dziennikarzem lokalnej gazety, Dawidem Sarnowskim. A może nie tylko dlatego?

KAROL ŚLEDŹ – w genach odziedziczył miłość do rybek. Nie ma szczęścia do kobiet, ale dzięki temu całą pierwotną energię może skupić na obronie swojego fotela naczelnika BSWP.

TOMASZ KARDASZ – sensem jego życia jest czyszczenie struktur policyjnych z czarnych owiec. Nałogowo ogląda głupie filmiki, także na służbie. Ma przyjrzeć się sprawie Podolskiego i Mańczaka, którzy mogli przyczynić się do śmierci zatrzymanego na komisariacie.

HUBERT „HUBI” TOBISZOWSKI – w Narkotykach robi od zawsze, czyli zbyt długo. Właśnie próbuje się wypisać z firmy. Wierny jak pies swojej kochance o imieniu Depresja i przyjacielowi Mikołajowi „Mikiemu” Sobczakowi.

GRZEGORZ KRUK – przedsiębiorca o wyglądzie cherubinka. Zdystansowany i umiarkowanie zrozpaczony po zniknięciu swojej ciężarnej żony Barbary. Wyznawca teorii, że im głośniej mówisz o swojej nowej miłości, tym będzie ona prawdziwsza.

IGOR „NOWY” KRAJEWSKI – wielki nieobecny, numer jeden na rynku narkotykowym, wysługujący się między innymi Czarnym i Cyganem. Pierwszy odpowiada za kontakt z ćpunami, drugi – z psami.

♦ ♦ ♦

Widelec napotkał opór. Przycisnęła go jeszcze mocniej. Najpierw usłyszała trzask pękającej polewy czekoladowej, a później odgłos otwieranych drzwi.

Zdziwiło ją to, ponieważ o tej godzinie Ptasie Radio powinno być puste.

Starannie wybrała miejsce spotkania. Zadbała o każdy szczegół. Kawiarnia z dala od centrum. Wygodne krzesła. Niezbyt duże stoliki. Dobra kawa i smaczne desery.

Jej rozmówca chciał spotkać się na neutralnym gruncie. Zapewniła mu taki. Chciał, żeby pozostał między nimi dystans? Nie zamierzała go zmniejszać. Wiedziała, że osiągnie swój cel tylko wtedy, gdy wszystko zaplanuje w taki sposób, żeby dać mu złudne wrażenie, że to on kontroluje sytuację.

Przez telefon wyczuła, że wykorzysta każde jej potknięcie, by się wycofać, ale przyszedł, uścisnął jej dłoń, usiadł, przestudiował menu, zamówił kawę i ciasto, a później zaczął się rozglądać.

Po omówieniu kilku neutralnych tematów i otrzymaniu zamówienia złapała ochoczo za widelec i wbiła go w brownie. Kątem oka zauważyła, że w otwartych drzwiach pojawił się mężczyzna. Nie wszedł jednak do środka. Wycofał się.

Pierwszy kawałek ciasta został oderwany. Podobnie jak jej rozmówca, na co dzień stanowiący sprawnie działające ogniwo pewnego łańcucha.

– Cieszę się, że zgodziłeś się na spotkanie.

– Spotkanie?

– Na wywiad – poprawiła się. – Dziękuję.

– Podziękujesz, jak skończę – burknął, ale na jego twarzy pojawił się ledwo zauważalny uśmiech.

Poruszała się po omacku. Dopiero uczyła się go odczytywać. Był inny niż wszyscy jej dotychczasowi rozmówcy. Mroził spojrzeniem, a twarz miał pozbawioną mimiki.

– Jabłecznik to twoje ulubione ciasto? – Wskazała na zamówiony przez niego dodatek do kawy.

– Nie trać czasu. To najcenniejsza wartość w życiu człowieka. Myślałem, że to wiecie.

– Wiemy?

– Wy, ludzie mediów.

Skoro nie potrzebował gry wstępnej, przeszła do konkretów. Zerknęła kontrolnie na listę tematów, które chciała poruszyć, i włączyła dyktafon.

– Jak to się stało, że…

Drzwi znowu się otworzyły. Tym razem mężczyzna wszedł. Czapka z daszkiem zasłaniała mu większość twarzy, ze zdecydowanych ruchów wywnioskowała, że musiał tu być stałym bywalcem. Zamknął drzwi i zamiast rozejrzeć się w poszukiwaniu miejsca, ruszył przed siebie.

Celowo usiadła tak, by móc obserwować cały lokal. Wiedziała, że rozmówca usiądzie naprzeciwko niej. Chciała, żeby skupił się na rozmowie, a nie kontrolowaniu tego, co działo się w pomieszczeniu.

Był jednak czujny. Od razu zauważył, że coś przykuło jej spojrzenie. Odwrócił głowę w kierunku drzwi.

– Jak to się stało, że trafiłeś do Biura Spraw Wewnętrznych Policji?

Powinien ze skupieniem czekać na pytania i dawać cięte riposty, a nie rozglądać się na boki. Widziała jego profil i mogłaby przysiąc, że już zaczął się obracać w jej stronę, ale wtedy to usłyszała.

Głuchy i niski dźwięk. Jakby coś pękło. Pękło i leciało przed siebie, rozcinając powietrze.

Zidentyfikowała odgłos błyskawicznie. Strzał. To był strzał.

Poczuła coś ciepłego na twarzy. Rzuciła się pod stół. Nie było to najbezpieczniejsze schronienie, ale dobrze wiedziała, że w takich sytuacjach liczy się czas reakcji.

Nasłuchiwała.

Trzasnęły drzwi. Wzięła trzy głębokie wdechy i otworzyła oczy. Jej rozmówca leżał na podłodze.

– Hej? – Szarpnęła go za nogę.

Nie zareagował. Doczołgała się do jego głowy.

– Paweł!!! Paweł, kurwa mać, odezwij się! Odezwij się do mnie!!!

Starała się nie zauważać płynącej krwi. Wyjęła komórkę, wybrała numer, włączyła tryb głośnomówiący i odłożyła ją na bok.

Nie mogła biernie czekać. Musiała przypomnieć sobie wszystko, co wiedziała na temat pierwszej pomocy.

– Halo, Państwowe Ratownictwo Medyczne, dyspozytor…

– Kinga Pomorska, potrzebna karetka, postrzał. Mężczyzna. Nieprzytomny. Kawiarnia Ptasie Radio!

ROZDZIAŁ 1

Skręcali ze Starołęckiej w lewo. Endriu zredukował bieg. Gdzieś po prawej stronie miał znajdować się budynek, który stanowił cel ich podróży. Z radioodbiornika płynęła radosna muzyka, a Honorata podśpiewywała pod nosem.

Nowy dzień, nowe zatrzymanie, nowe wyzwania zawodowe – tak do tego podchodziła. Ostatnio się zmieniła. Zostawiła za sobą smutek, który zwykle jej towarzyszył. Zupełnie jakby odnajdywała nadzieję i radość w nadchodzącej wielkimi krokami jesieni.

– Nie wiem, co bierzesz, Honia, ale chcę brać to samo – zażartował.

Odpowiedziała mu perlistym śmiechem.

Endriu zwolnił. Zbliżali się do celu. Minęli posesję numer osiem. Rozglądał się za dwunastką i miejscem do parkowania, ale zanim je zauważył, jego spojrzenie przykuł niebieski seat. Powoli wyłonił się z posesji, ostrożnie włączył do ruchu i w ślimaczym tempie minął radiowóz.

Za kierownicą seata siedział mężczyzna. Oba auta jechały tak wolno, że Endriu zdążył spojrzeć mu w oczy i założyłby się, że zauważył w nich niepokój. Kiedy się minęli, silnik seata zawył.

– Widziałeś?

Endriu spojrzał najpierw na Honoratę, a potem w lusterko wsteczne, po czym podjął błyskawiczną decyzję. Wrzucił wsteczny i docisnął gaz.

– To był on!

Podskoczyli, gdy auto wjechało w wysoki krawężnik. Zahamował. Wrzucił jedynkę, maksymalnie skręcił kierownicę i wcisnął gaz do dechy. Auto ruszyło z impetem. Zbliżali się do głównej ulicy.

– Wleciał w Starołęcką! W lewo! Szybciej, bo go stracimy! – Honorata błyskawicznie przeszła w tryb pościgowy. – Szybciej!

– Kurwa, z choinki się wszyscy urwali?!

Endriu otworzył okno i postawił na dachu policyjnego koguta. Hałas jak zwykle okazał się skuteczny. Wszyscy zwolnili, a radiowóz bez żadnych przeszkód skręcił w Starołęcką.

– Tu zero zero dwa, potrzebne wsparcie. Prowadzimy pościg za niebieskim seatem toledo. Za kierownicą podejrzany. Lecimy za nim Starołęcką. Niech Kórnik zajedzie od strony Czapur.

Uzupełniali się. Honorata prosiła dyżurnego o wsparcie, a Endriu skupiał się na zmniejszaniu dystansu dzielącego ich od uciekającego samochodu. Droga była zbyt wąska i uczęszczana, by ciągle jechać środkiem. Przyspieszał więc i gwałtownie hamował, lawirując między autami.

Seat zniknął z pola widzenia i dopiero gdy udało im się wyprzedzić ciężarówkę, zauważyli go znowu. Nie mieli wiele czasu na reakcję. Przed nimi pojawiło się rondo. Musieli podjąć decyzję.

– Lewo! Lewo! Kręć w lewo! Drugi zjazd! – wrzasnęła Honorata.

 

Źle założyli. Nie jechał w stronę Czapur, tylko na Głuszynę. Endriu nie widział niebieskiej karoserii, ale miał pełne zaufanie do partnerki. Z całej siły wcisnął hamulec, a chwilę później skręcił gwałtownie w lewo. Nie zamierzał tracić czasu na objeżdżanie ronda. Pamiętał, że droga się rozwidlała. Prosto można było jechać na Czapury, a w lewo – na Głuszynę.

Radiowóz jechał pod prąd. Do zjazdu nie było daleko. Endriu ocenił odległość na jakieś cztery pięć sekund jazdy. I wtedy na horyzoncie pojawiło się bmw. Było blisko, za blisko.

– Kurwa! – Honorata odruchowo odsunęła się od drzwi, jakby tych kilkanaście centymetrów miało zapewnić jej bezpieczeństwo.

Endriu docisnął pedał gazu, jednocześnie odbijając w lewo. Koła radiowozu otarły się o krawężnik. Rozległo się trąbienie. Ogromna siła pchnęła tył radiowozu.

Skontrował kierownicą i spojrzał w lusterko. Bmw właśnie ich minęło. Nie słyszał charakterystycznego dźwięku zgrzytania metalu o metal. To był dobry znak. Udało mu się uciec.

– O jebaniec! – warknął, gdy uznał, że niebezpieczeństwo minęło.

Pościg trwał.

Silnik wył. Miał sto dwadzieścia na liczniku i trzeci bieg. Seat pokazał się na chwilę, po czym zniknął za zakrętem.

– Debil, całe życie przemknęło mi przed oczami! – Honorata roześmiała się nerwowo. – Pomyślałam o rachunku sumienia, ale na wszystkie grzechy było za mało czasu…

– Na szczęście prowadzę lepiej niż Kubica i Hołowczyc razem wzięci!

Wyjeżdżali z miasta. Po prawej stronie Głuszyny gęsty las zastąpił domy. Kilka chwil później po lewej stronie pojawił się płot i napisy.

– Zaraz będziemy go mieli!

Znowu docisnął gaz. Przed nimi był długi i prosty odcinek drogi. Widzieli seata. Zbliżali się do niego.

– Ale mieliśmy fuksa, że podjechaliśmy pod jego dom. Kilka minut później i byśmy się minęli. – Honorata dotknęła broni.

Byli już naprawdę blisko. Wystarczyło już tylko wyprzedzić podejrzanego, zajechać mu drogę, wyskoczyć i wyciągnąć go z auta.

– Kurwa mać!

Seat wyjechał na lewy pas, wyprzedził ciężarówkę i zniknął im z pola widzenia. Endriu spróbował zrobić to samo, ale z naprzeciwka jechały dwa samochody. Musiał odczekać.

– Fuck! – Wszystko się w nim gotowało. – Ucieknie nam! Dałaś znać dyżurnemu, żeby Kórnik jednak podjechał od strony Głuszyny?

Honorata nie odpowiedziała. Ciężarówka, od której dzieliło ich nie więcej niż kilkaset metrów, włączyła światła awaryjne.

Endriu wjechał na lewy pas.

– Fuck. Na lewym auto też stoi na awaryjnych. Coś się…

– Zatrzymaj się!

– Ale…

– Stój, Endriu!

Wrócił na prawy pas i z całej siły nadepnął hamulec. Radiowóz zatrzymał się zaraz za ciężarówką.

– Ucieka! Kurwa, ucieka!

– Honia, poczekaj!

Endriu nawet nie zdążył na nią spojrzeć. Zostawiła otwarte drzwi i biegła przed siebie.

– Czekaj! – wrzasnął, ale nie zareagowała. – Tu zero zero dwa. Podejrzany ucieka w las. Powtarzam, ucieka w las. Pieszo. Opuszczamy radiowóz. Głuszyna na wysokości Bazy Lotnictwa Taktycznego. Biegniemy za nim. Możemy być bez łączności. Mamy swoje komórki.

Najważniejsze było to, by nie dopuścić do zwiększenia odległości między nią a mężczyzną w bladoszarej dresowej bluzie. Lawirował między drzewami z taką zwinnością, jakby od miesięcy uczestniczył w morderczych treningach. Honorata musiała dotrzymać mu kroku.

Nie było łatwo, ale adrenalina robiła swoje. Musiała go dogonić, ale w tej chwili skupiała się przede wszystkim na biegu, oddychaniu i tym, żeby nie zgubić go z oczu. Seat rozbił się na drzewie, a kierowca zwiał do lasu. Nie widziała jego twarzy, nie wiedziała, czy ma jakieś obrażenia. Liczyła na to, że szybko osłabnie.

Coraz trudniej było jej złapać oddech.

– Stój! Policja! – krzyknęła, licząc na cud.

Przyspieszył.

Ona też. Wiedziała, że nogi zaraz odmówią jej posłuszeństwa. Walczyła ze swoim mózgiem i mięśniami. Całe życie z czymś walczyła. Dopiero kilka tygodni temu poczuła, że dotarła do bezpiecznej przystani.

No dobrze, jeszcze nie dotarła. Docierała. Miała świadomość, że to ostatnia prosta. Jeszcze tydzień, może dwa, i będzie mogła odpocząć.

– Policja! Zatrzymaj… się!

Nie miała siły krzyczeć. Ale chyba ją usłyszał. Najpierw zwolnił, a potem zatrzymał się i pochylił plecy, opierając ręce o kolana. Dobiegła do niego, ale trzymała się w bezpiecznej odległości. Oboje dyszeli ciężko.

Przeładowała broń i wycelowała w jego głowę. Mężczyzna odwrócił się i spojrzał jej w oczy.

– Wstań! – Honorata wydobyła z siebie głęboko skrywane pokłady agresji. – Wyprostuj się!

– Spokojnie. – Mężczyzna uniósł ręce.

– Myślałeś, że cię nie dopadnę?! Że uciekniesz sprawiedliwości?!

– Proszę, odłóż broń. Ja… Ja nie zrobiłem przecież…

– Jasne, jesteś niewinny i wcale nie uciekałeś, tylko biegłeś akurat w tę stronę?!

– Przestraszyłem się radiowozu.

– Masz broń?

Kiwnął głową.

– Jeden niepotrzebny ruch i strzelę! – Honorata czuła, że dłonie drżą jej coraz mocniej. – Wyjmij ją i wyrzuć na bok! Powoli!

– Spokojnie, to tylko atrapa. Straszak…

Powoli sięgnął za pasek. Wyjął pistolet i momentalnie złapał za kabłąk dwoma palcami, pozwalając broni zawisnąć lufą do dołu.

Honorata spojrzała mu w oczy, a potem bez wahania pociągnęła za spust.

Muzyka zagnieździła się w prawej półkuli mózgu Drivera tak mocno, że nie usunął jej nawet wiatr towarzyszący mu podczas spaceru od auta do budynku Komendy Wojewódzkiej Policji.

Jechał windą, poruszając cały czas głową. Wyglądał jak samochodowa zabawka, pies, który kiwa łbem.

Był psem. Kryształowym psem. Tak niewiele brakowało, żeby to wszystko stracił. Anonim, który przyszedł na niego wiosną, spowodował niezłe zamieszanie.

Karol Śledź, zastępca naczelnika BSWP, zareagował ostro i natychmiastowo. Posprawdzał to, co mógł posprawdzać. Wezwał Drivera na rozmowę, a na koniec dał mu do wypełnienia jakieś dodatkowe oświadczenie dotyczące posiadanego majątku. Driver wpisał w odpowiedniej rubryce evo i postawił kropkę. Nie miał mieszkania, obligacji ani oszczędności, a inne cenne dla niego rzeczy – czyli praca i syn Wiktor – nie mieściły się w definicji majątku. Śledź przestudiował uważnie wszystkie rubryki i odetchnął z ulgą, jakby liczba posiadanych przez policjanta aut miała być wprost proporcjonalna do stopnia zaangażowania w działalność przestępczą.

Driver domyślał się, kto strzelał na oślep, oskarżając go o udział w bliżej nieokreślonej grupie przestępczej, ale nie zdradził się z tym. Nie musiał. Wszystko dość szybko rozeszło się po kościach. Odzyskał zaufanie przełożonych i mógł wrócić do służby. Wiedzę zachował dla siebie.

– Gdzie jest, kurwa, moje mleko?!

Głos wkurzonej Zochy uświadomił Driverowi, że właśnie wkroczył do Biura Spraw Wewnętrznych Policji.

Odruchowo zwrócił głowę w kierunku hałasu – i to był jego błąd. Przy otwartej lodówce stała najostrzejsza kobieta jaką znał. Nie zaglądała jednak do środka, tylko rozglądała się, najwyraźniej szukając ofiary.

– Driver! To na pewno ty! – powiedziała z wściekłością i wskazała go palcem.

– Żałuję, ale muszę cię rozczarować. Od tygodnia jestem na detoksie.

– W dupie mam twój detoks! Odkupujesz mi mleko, ty obślizgła formo życia!

– Nie pijam kawy. Ale jak podpatrzę, kto to robi, to bezzwłocznie cię zawiadomię. Albo napiszę anonim – dodał złośliwie, po czym, nie czekając na reakcję Zochy, udał się do swojego pokoju.

Podczas wiosennej akcji zrozumiał, że podstawowym narzędziem pracy każdego kryształowego były, są i będą anonimy. Nie tylko jako forma wprowadzania w obieg informacji niejawnych, ale również jako broń przeciwko innym kryształowymi. Wcześniej nie zdawał sobie sprawy, że elita walcząca przeciw skorumpowanym gliniarzom walczy również ze sobą.

Wezwanie wsparcia i zaparkowanie nie zajęło mu dużo czasu, ale kiedy ruszył w las, nie miał pewności, czy biegnie w dobrą stronę, bo nie widział już ani poszukiwanego, ani Honoraty. Zatrzymał się i nasłuchiwał. Dopiero gdy padł strzał, ustalił odpowiedni kierunek.

Po kilku minutach biegu dostrzegł partnerkę w oddali. Zaniepokoił się.

Siedziała skulona na ziemi. Wzmógł czujność i zaczął się do niej zbliżać.

Powinien robić to bezszelestnie, by nie zdradzić swojej obecności, ale leśne poszycie mu to uniemożliwiało. Trzeszczały łamane gałązki. Zatrzymał się na chwilę i wytężył słuch. Jeśli uciekinier gdzieś się czaił, to musiał stać nieruchomo.

Endriu musnął palcem język spustowy swojego glocka.

Coraz mniej drzew dzieliło go od Honoraty. Widział już jej profil. Twarz miała ukrytą w dłoniach. Oddychała rytmicznie, głośno dysząc.

– Gdzie jest? – zapytał ściszonym głosem.

Nie spojrzała na niego, tylko wyciągnęła rękę, wskazując kierunek. Kilka metrów dalej leżał mężczyzna. Nie ruszał się. Endriu podszedł do niego i sprawdził puls. Nic nie wyczuł. Nachylił się, by sprawdzić oddech. Spojrzał na klatkę piersiową. Kula weszła w okolicach serca.

– Trup – oświadczył, ale na wszelki wypadek kopnął broń, która leżała blisko ręki mężczyzny. – Honia, nic ci nie jest?

Westchnęła głośno. Endriu ukucnął przy niej i złapał ją za dłonie. Drżały. Nigdy wcześniej nie widział jej takiej przerażonej, a przecież niejedno przeżyli przez te wszystkie lata.

– Honia. Mów do mnie. Mów!

Spojrzała na niego. Oczy zaszły jej łzami.

– Goniłam go. Zatrzymał się. Dobiegłam. Nie chciał się położyć na glebę. Nie współpracował. Zrobiłam krok w jego stronę, żeby go obezwładnić, a wtedy się na mnie rzucił.

Endriu dopiero teraz zauważył, że miała na twarzy czerwone ślady po zadrapaniach.

– Walczyliśmy. Był silny. Cholera, Endriu!

Na usta cisnęło mu się pytanie: „Po chuj rzuciłaś się za nim sama?”, ale to nie był dobry moment na takie ustalenia.

– Walczyliście. I co dalej?

– Udało mi się go odepchnąć… Upadł. Sięgałam po broń, którą mi wcześniej wytrącił… Wycelował we mnie. Miał swoją. Nie było wyjścia. Musiałam strzelić. Musiałam się bronić, Endriu. Przecież nie jestem sama, mam Magdę! Nie mogłam ryzykować.

Słyszał trzask łamanych gałęzi. Ktoś biegł w ich stronę.

– Przestań. – Puścił jej dłonie. – Weź się w garść. Nic takiego się nie stało. Musiałaś. Musiałaś i to zrobiłaś. Tak wygląda nasza służba. Czasem robimy to, co trzeba, nie to, co chcemy. – Poklepał ją po ramieniu.

– Endriu… – Spojrzała na niego błagalnie. – Wyjebią mnie z firmy!

– Wytłumaczysz się, a ja wszystko potwierdzę.

– Nie o to chodzi.

– A o co?

– Piłam. Wczoraj. Długo. Właściwie do rana. Godzinę temu miałam jeszcze promil. Zaraz przyjedzie wydział kontroli, prokurator. Każą mi dmuchać. Wylecę na zbity pysk. Zostaniemy z Magdą na lodzie. Cholera, mogłam dać się zastrzelić, przynajmniej zostałaby po mnie emerytura!

Wszyscy zaczęli się zbierać na korytarzu. Dochodziła ósma. Zośka wychyliła się ze swojego pokoju i postanowiła wykorzystać okazję. Podeszła do lodówki, mijając dwóch dochodzeniowców, zajrzała do niej, po czym głośno trzasnęła jej drzwiami i zaczęła wyrzucać z siebie poranną złość:

– Złodziejstwo się szerzy. Nie kielcz się, Bolo. To mało śmieszne jest. Złodziejstwo dotarło do struktur tak elitarnych jak nasze biuro i na dodatek zbiera coraz większe żniwo! Na serio żal wam tych pięciu zyli na własny kartonik mleka? Musicie korzystać z mojego? Ktoś kradnie już nie tylko mleko, ale i jedzenie. Włożyłam tu wczoraj kawałek ciasta. To jest, kurwa, nie do pomyślenia! Zamontuję kamery i złapię chuja za rękę, a potem mu ją urżnę!

– Raczej odgryziesz…

Usłyszała zgryźliwy komentarz. Nie wiedziała jednak, z czyich ust padł. Udała więc, że do niej nie dotarł.

– Kto zjadł ciasto? – Po kolei mierzyła ich wzrokiem.

– Jakie ciasto?

– Co?

– Na mnie nie patrz.

Sytuacja jej nie sprzyjała. Była sama przeciwko grupie. Jedna kobieta kontra dziesięciu facetów. Mieli z niej ubaw. Na korytarzu nadal była dla nich tylko blondynką, kumpelą z firmy. Zapominali o szacunku, jaki się jej należał. Musiała im o tym przypomnieć, dlatego błyskawicznie zmieniła plan. Zamiast wykładu postanowiła dać im nauczkę.

– Kto zjadł pleśniak, który był wczoraj lodówce? – spytała ponownie.

– Zośka, spleśniałych rzeczy nie chowamy do lodówki, tylko wywalamy do kosza – rzucił ktoś, a reszta zachichotała.

– Cieszę się, że jest wam do śmiechu. Ciasto, które również zginęło, było niespodzianką dla złodzieja. Mam nadzieję, że mu smakowało. Specjalny przepis z polewą ze spermy.

Przebiegła oczami po twarzach kolegów. Miny im zrzedły. Tylko Kardasz nadal się wydurniał.

 

– Skąd ty miałaś spermę? Z banku?

Spojrzała na zegarek. Ósma trzy.

– Ruszać dupy, zaczynamy odprawę – oznajmiła władczo i ruszyła, głośno stukając obcasami.

Minęła Drivera. Wychylił się z pokoju, który do niedawna był także jej, i pomaszerowała do siebie.

– Pani Sabino! – wrzasnęła na sekretarkę Śledzia. Uznała, że skoro naczelnika nie ma dziś w biurze, tłusta Sabinka musi się nudzić. A skoro się nudzi, to z radością spełni jej zachcianki. – Pani skoczy do piekarni, tej na Dąbrowskiego. Mam ochotę na torcik węgierski. Pani kupi, migusiem!

Nie czekała na odpowiedź. Po prostu rozkoszowała się swoją pozycją. Kilka miesięcy temu, kiedy wchodziła do gabinetu zastępcy naczelnika, była zmuszona patrzeć na te jego beznadziejne rybki.

Teraz wchodziła do siebie. Zamiast obleśnego akwarium z bezmyślnymi stworami miała ogromny plakat z wymarzonym modelem harleya. Zamiast smrodu spoconego wieprza czuła subtelny zapach swoich kobiecych perfum.

Niezależnie od tego, co ginęło z lodówki, mogła być z siebie dumna. Dokonała niemożliwego: zajęła fotel zastępcy naczelnika Biura Spraw Wewnętrznych Policji. Ona, skromna Zofia Mazur z małego miasteczka pod Poznaniem, najmłodsza z czwórki rodzeństwa.

Trzęsła teraz nie tylko całym BSWP, ale właściwie całą poznańską psiarnią.

– A wy, kurwa, co? Piknik sobie zrobiliście w środku lasu?

Zza drzew wyłonili się Michał Iwański i Maciej Barczak, dwaj fusze z wydziału Endriu i Honoraty. Obaj byli w cywilnych ciuchach i jak zwykle uśmiechali się głupkowato. Kiedy pojawili się w wydziale dwa lata wcześniej, Honorata wzięła ich pod swoje skrzydła. Zawsze matkowała nowym. Mówiła, co i jak robić, żeby było im łatwiej, z kim nie zadzierać, a dla kogo mieć serce na dłoni.

– No cześć. – Endriu machnął do nich ręką. – Piknik, kurwa. Jednemu się nudziło, więc wyciągnął nogi. Ale macie wyczucie, przyjechaliście już po imprezie.

– Kórnik był zajęty, a my akurat byliśmy w okolicy. – Maciej zauważył zwłoki. – Co się stało?

– Jechaliśmy pogadać z podejrzanym, ale spierdolił, gdy tylko zobaczył radiowóz. Na pełnej kurwie przeleciał przez Starołęcką, wleciał w Głuszynę i rozpierdolił się na drzewie, ale widać nie do końca, bo przeżył. Zwiał w las. My za nim. W pewnej chwili się zatrzymał i rzucił na Honię. Chuj jebany. Musiałem zareagować. Zwłaszcza że zaczął machać pukawką.

– Zgłosiłeś już? – zapytał Michał.

– Właśnie zgłaszam. – Endriu zaczął grzebać w kieszeni.

Komórka utknęła gdzieś głęboko. Sceneria była karykaturalna, chociaż jemu nie było do śmiechu. Nad nim sielanka – bezchmurne niebo, wierzchołki drzew i trele ptaków. Przed nim – gęby kumpli, które znał na pamięć. Oglądał je w wielu różnych okolicznościach przyrody: w pijackich melinach, policyjnych pokojach, zaułkach blokowiska i otwartych przestrzeniach przy Warcie, ale w lesie nigdy razem nie byli.

Endriu spojrzał na ziemię. Do sielanki i codzienności mógł dołożyć scenę rodem z Kołysanki, czarnej komedii Machulskiego. Trzy pary nóg, ich właściciele dyskutujący o głupotach i zwłoki leżące na leśnym runie.

Trzy pary – Honorata trzymała się z boku. Endriu wiedział, że jego partnerka potrzebuje kilku chwil, by wziąć się w garść.

– Impreza bez, kurwa, pawulomenów? – Michał splunął na bok.

– Po chuj zmarłemu ratownicy? – Endriu się roześmiał. – Miał gościu niefart, co nie? Był w ruchu, przyjął kulkę nie tam, gdzie trzeba. A krzyczeliśmy z Honią, żeby stał. Zatrzymałby się, to co najwyżej ramię by mu krwawiło.

Michał zrozumiał humor sytuacyjny. Uśmiechnął się i pokiwał głową. Maciej wyglądał na szczerze zmartwionego. Marszczył czoło i wykrzywiał usta.

– No to cię przetrzepią – sapnął w końcu. – Miałem tak samo na rok przed przyjściem do was. Kurwa, stary! Karetkę wezwij i udawaj reanimację. Ostrzegawczy był?

– Gdyby chuj rzucił się do twarzy twojego partnera, zacząłbyś od gry wstępnej? – Endriu denerwowała ta sztuczna wesołkowatość.

Nie wiedział, co było i czego nie było. Wziął to na siebie, żeby zaoszczędzić przyjaciółce problemów. Ona też niejeden raz mu pomogła. A skoro powiedział „A”, musiał teraz recytować kolejne litery alfabetu. Bez zastanawiania się. Bez wahania.

– Na mnie by się nie rzucił. Zbyt groźnie wyglądam – żartował dalej Michał. – Bez urazy, Honoratka. Ja od zawsze mówię, że w policji kobiety powinny za biurkiem siedzieć i co najwyżej telefony odbierać.

Honorata się ocknęła. Spojrzała na Michała tak, że najpierw opadły jego uniesione kąciki ust. Radosne iskierki z jego oczu zniknęły, gdy zaczęła iść w jego stronę.

– Żartowałem przecież! – próbował się bronić.

Nie odpowiedziała. Zatrzymała się.

– Pokaż mi swoją broń – powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Honorata, ale…

– Pokaż! – warknęła.

Michał posłusznie sięgnął do kabury, a wtedy Honorata złapała jego prawą dłoń, w której znalazł się glock, odbezpieczyła go, wycelowała w ziemię i jego palcami nacisnęła spust.

– Był. Ostrzegawczy był. Oddałeś go od razu, jak tu dobiegłeś. Siedzimy w tym razem. – Spojrzała najpierw na Michała, potem na Macieja, a ostatnie spojrzenie posłała Endriu.