Pulpet i Prudencja – dzieci PomponaTekst

Z serii: To lubię
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Polecają:


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Pulpet i Prudencja - dzieci Pompona

MAM NA IMIĘ PRUDENCJA i jestem hersztem piratów. Kiedy tupnę drewnianą nogą, drżą przede mną chłopy jak dęby, a złodzieje i nożownicy moczą majtki ze strachu. Wieści o moich zuchwałych rabunkach obiegły świat. Sztaby złota służą mi za przyciski do papieru, a zrabowanymi brylantami puszczam kaczki na wodzie. Moja zbójecka melina mieści się na bezludnej wyspie u ujścia rzeki Świder.

Okej, okej… zmyślałam. To nasza rodzinna tradycja. Od zmyślania pyszczki nam się wydłużają i cierpną ogony.

Tak naprawdę jestem smokiem. To znaczy… smokiem dziewczyną. Albo „samicą smoka”, jak powiedziałby doktor Rąbek (zgodzicie się chyba, że to brzmi okropnie).

Moje imię pochodzi z łaciny i oznacza „ostrożność” albo „rozwagę”. Nie mam pojęcia, skąd ten durny pomysł. Przypuszczam, że rodzice spodziewali się jednego dziecka, a nie bliźniąt. Wybrali dla niego – całkiem rozsądnie – imię Pulpet (tak ma na imię mój brat). Tymczasem urodziło się nas dwoje. Zapewne w pośpiechu, na wariata, szukali imienia dla drugiego dziecka. I stąd ta „Prudencja”, niech to kaczka kopnie!

Nie widzicie problemu? Ha! To spróbujcie zdrobnić moje imię. Prudzia? Dencia?… Śmiało! Wysilcie swoje szare komórki! Czy są jakieś lepsze propozycje?… Nie ma?

No właśnie!


NIE WIEM, CZY MACIE POJĘCIE, jak to jest mieć brata bliźniaka.

Generalnie rodzeństwo to jest niezły wynalazek. No wiecie, braterska solidarność… te rzeczy… Ale z Pulpetem sprawy mają się zupełnie inaczej.

Kiedy jesteś bliźniakiem, zwłaszcza bliźniakiem bliźniaczo podobnym, wszyscy oczekują, że będziesz wierną kopią brata. Podsuwają ci ciastka, które on lubi, kupują ten sam fason adidasów i dziwią się, kiedy odmawiasz wyjazdu w góry, które on uwielbia. W szkole sadzają cię w tej samej ławce i nie mogą pojąć, czemu dostajesz pałę z klasówki, którą on napisał na piątkę. Słowo daję, flaki mi się przewracają za każdym razem, kiedy muszę tłumaczyć, że nie jesteśmy jednym organizmem. Trudno o dwa bardziej różniące się od siebie smoki niż ja i mój brat. Mamy takie same nosy, takie same uszy, takie same oczy… ale na tym koniec podobieństw.

To, że jesteśmy smokami, tylko komplikuje sprawę. Wszystko wskazuje na to, że jesteśmy jedyni na świecie. Raptem cztery sztuki – Mama, Tata, Pulpet i ja. Ludzie oczekują, że będziemy jak smoki z bajki – wszyscy tacy sami.

Mieszkamy w Smoczej Jamie. Jeśli byliście w Krakowie na wycieczce szkolnej, to pewnie pamiętacie tę jaskinię pod Wawelem. Trochę tam ciemno i wilgotno, prawda? I zalatuje pleśnią. Zastanawiacie się, jak można tam mieszkać? Spokojna głowa. Może zauważyliście w głębi drzwi z napisem: „Przejście służbowe. Tylko dla personelu”. Za tymi drzwiami są kręte schodki w górę. Dalej – długi korytarz prowadzi do naszego mieszkania. Na końcu – drzwi z kołatką w kształcie smoczej głowy (prezent od Babci Fiś). To tu mieszkamy. Całkiem przyjemne miejsce, słowo daję. Dwa pokoje z kuchnią, meble ze Smyka, wanna z bąbelkami, spora biblioteka, nowa wykładzina dywanowa. Ognioodporna. W poprzedniej Tata niechcący wypalił dziurę podczas transmisji meczu Wisła – Cracovia.


***

Mój Tata zionie ogniem. U nas, smoków, to normalka. Chociaż Mama mówi, że zianie jest prostackie i w złym guście. Może i tak, ale bywa bardzo przydatne. Zwłaszcza kiedy trzeba zrumienić grzankę albo załatać dętkę rowerową (jeśli wiecie, co to wulkanizacja). Od grzanek w naszym domu jest Pulpet, a od naprawy roweru – to raczej ja. Mój brat ma różne dziewczyńskie talenty, a ja – wręcz przeciwnie. Umiem wyregulować obroty w skuterze doktora Rąbka, z zamkniętymi oczami rozpoznaję każdą markę samochodu po gangu silnika, a nie dalej jak tydzień temu zreperowałam sąsiadce radio Szarotka. Jak dorosnę – zostanę strażakiem. To znaczy… strażakiem dziewczyną. No bo przecież nie „samicą strażaka”, prawda?

Swoją drogą, najwyższa pora zadbać o żeńskie końcówki!

OBOJE Z PULPETEM chodzimy do podstawówki na ulicy Dragonów. Dopiero całkiem niedawno dowiedziałam się, że nazwa ulicy nie pochodzi od smoków (ang. dragon), tylko od kawalerii. „Dragon” to taki facet na koniu, uwierzycie? Phi!

Jesteśmy pierwszym pokoleniem smoków, które chodzą do szkoły. Nasi rodzice są samoukami. Zauważyliście, że słowo „samouk” jest bardzo podobne do słówka „smok”? No właśnie! Wiedza moich rodziców jest… hm… dziurawa jak ser szwajcarski. Tata nie ma pojęcia, kim była Maria Konopnicka, nie zna wzoru na pole trapezu i nie słyszał o bogactwach naturalnych Senegalu, ale rozpoznaje dwa tysiące gatunków owadów i potrafi je nazwać po łacinie. Na dodatek świetnie imituje głosy zwierząt, a w szachy gra jak sam Kasparow.


Mama z kolei zapamiętuje bez problemu dwunastocyfrowe liczby, zna język suahili i potrafi żonglować pięcioma piłeczkami. Że nie wspomnę o jej kisielu żurawinowym, który jest najlepszy na świecie.

Natomiast kiedy trzeba poprawić wypracowanie z polskiego – moi rodzice są zupełnie bezużyteczni. Tata nie ma pojęcia o ortografii (na pocztówce świątecznej do Fisiów napisał „Gwiastka” – przez „es” i „te”!!!), a Mama do każdego wypracowania dorzuca smoka albo układa nową listę lektur szkolnych: Anaruk – smok z Grenlandii, O smoku, który jeździł koleją, Smoki z Bullerbyn, Akademia pana Smoka…

DO SZKOŁY MAMY NIEDALEKO, raptem dwie przecznice, ale i tego wystarczy, żeby powstało zbiegowisko. Powiem nieskromnie, że jesteśmy dosyć sławni. Miejscowi już nas znają i tylko machają przyjaźnie z daleka. Gorsza sprawa z przyjezdnymi – ci smoka na oczy nie widzieli. Najpierw się gapią i trącają łokciami, a potem – dawaj wyciągać aparaty i – pstryk! pstryk! – po oczach. Czasami któryś próbuje skubnąć łuskę z ogona – dla tych jesteśmy bezlitośni. Bywa, że Pulpet draśnie takiego natręta pazurkiem albo szczypnie boleśnie w zadek. Ja opędzam się piórnikiem. A piórnik mam solidny, drewniany…

Zasadniczo jesteśmy pacyfistami. Ale trudno uniknąć przemocy, kiedy trzeba stawić czoło czterdziestoosobowej wycieczce Zespołu Szkół Zawodowych z Węcierzyc. Uwierzcie mi – nie jest lekko być mniejszością gatunkową.


No choćby wczoraj – idziemy sobie Plantami… Pulpet kręci młynka workiem z kapciami, ja przeskakuję kałuże, ale kątem oka widzę, że u wylotu alejki kłębi się grupka przyjezdnych. Łatwo ich poznać po torebkach z kanapkami i po ciupagach, których nakupili na straganach na rynku. Wokół wycieczki biega spocony opiekun z planem Krakowa w garści.

– Uwaga, Pulpecie! – mówię. – Wycieczka na jedenastej. Plan awaryjny!

Pulpetowi nie trzeba dwa razy powtarzać, w trzech susach już jest w krzakach, a ja za nim. Do dzwonka siedem minut… – myślę sobie. – Spoko. Przeczekamy.

Nie doceniłam przeciwnika.

– O kurde, Andżeliko! Widziałam smoki, jak pragnę skonać! – słyszę i już wiem, że nie jest dobrze. Mamy październik, liście pożółkły i opadają. Nasza kryjówka to kępka wyłysiałych krzaków, a smocze łuski lśnią w jaskrawym słońcu i sieją „zajączkami” wokół. I już widzę tę Pamelę i Andżelikę, jak gnają w naszą stronę, a za nimi Patryk i Alan, i pół tuzina innych Dżejsonów.

– Ja cię sunę, smoki! – woła Pamela i rozgarnia wątłe krzaczki. W tej sytuacji nie pozostaje nam nic innego, jak tylko otrzepać kolana, zdmuchnąć z nosa kilka liści i opuścić naszą kryjówkę z godnością.

– Dzień dobry! – mówimy chórem, jak Mama uczyła, co wzbudza śmiech gapiów.

– Żywe! Zarąbiste! – wrzeszczy Patryk, na co mój brat krzywi się boleśnie. Od dziecka jest wrażliwy i ma wręcz uczulenie na wulgarne słowa. Podnosi głowę i karci Patryka spojrzeniem. Niestety, facet jest zaimpregnowany na takie subtelne sygnały. Rechocze rozbawiony: – A może przypalimy gada zapalniczką, to zatańczy krakowiaka?

Wysuwa naprzód ciupagę i już, już ma dzióbnąć Pulpeta ostrym końcem pod żebro, kiedy mój brat wypuszcza nosem obłok smrodliwego, siarkowego dymu. Zaskoczony Patryk krztusi się, dławi i cofa dwa kroki. Andżelika i Pamela odskakują z niesmakiem, zatykając nosy. Pulpet gwiżdże przeraźliwie, co oznacza „ewakuacja!”. Startujemy jak prom Discovery – z przytupem. Hyc! – między nogami gapiów, pędem mijamy nadbiegającego opiekuna wycieczki, ślizgiem pod podwoziem autokaru, slalomem między parkującymi samochodami i już jesteśmy na ostatniej prostej – widać wejście do szkoły i pękatą postać pani Wyrodek – woźnej, która zamiata podjazd. Zziajani dopadamy drzwi równo z dzwonkiem.


– Znowu te cholery wam dokuczały? – pyta domyślnie woźna. – Bachory przeklęte. Że też kary nie ma na to chuligaństwo! Statysta – jeden w drugiego!

 

– Sadysta – poprawia machinalnie Pulpet.

Na szczęście woźna nie słyszy, a my biegniemy do klasy.


W TYM MIESIĄCU nasza klasa to 3c.

Tutaj muszę wyjaśnić – my, smoki, rozwijamy się szybciej niż ludzie. Trzyletni smok jest już całkiem dorosły, podczas gdy trzyletni człowiek – wiadomo – nadal sika w pampersa. To bardzo kłopotliwe. Ledwo zaprzyjaźnisz się z jakimś ludzkim rówieśnikiem, a już go przerosłeś – klocki cię nie bawią, misio idzie w kąt, „chodzi lisek koło drogi” już ci nie leży. A przy tym – dorastamy szybko, ale rośniemy wolno. Nabieramy rozumu, ale nadal pozostajemy niewielkiego wzrostu. To wprowadza sporo zamieszania. Bywa, że ludzie traktują mojego (całkiem dorosłego) Tatę jak przytulankę – ćwierkają nad nim i wsuwają mu do łapy lizaka, sądząc, że mają do czynienia z dzidzią. Nie muszę wam mówić, że Tata tego nie lubi. I reaguje czasami… hmm… nerwowo.

No więc – jak mówiłam – dorastamy szybciej. Nie możemy spędzić w podstawówce sześciu lat. Wiem, że to zabrzmi pyszałkowato, ale jesteśmy na to zbyt bystrzy. Kiedy się urodziliśmy (a nasze przyjście na świat narobiło niemało zamieszania), doktor Rąbek – przyjaciel rodziny i znawca gadów – przewidział problemy. Napisał dla nas specjalny, ekspresowy program szkolny.

W każdym półroczu zaliczamy trzy klasy. W dwa, góra trzy lata skończymy podstawówkę, w rok odpękamy liceum. A potem się zobaczy.

PONIEWAŻ JESTEŚMY biologicznym fenomenem, szkoła fundnęła nam regularne zajęcia z psychologiem szkolnym. Do tej niewdzięcznej roboty zgłosił się pan Jakubek, który cierpi na ofidiofobię, czyli paniczny lęk przed gadami. Twierdzi, że cotygodniowa sesja z dwoma smokami pomoże mu przełamać strach. Na razie kiepsko mu to wychodzi. Podczas naszych wizyt blednie i poci się obficie. Trzęsie się, biedak, aż mu okulary dzwonią. Nie daj Boże ziewnąć albo się przeciągnąć – błyskawicznie daje nura pod biurko i długo ociąga się z wyjściem.


Pan Jakubek próbuje rzetelnie zarobić na swoją pensję – daje nam do wypełnienia różne testy, każe rysować obrazki, pokazuje duże czarne kleksy i pyta, z czym nam się kojarzą. Mój brat udziela długich, kwiecistych odpowiedzi, które psycholog pilnie zapisuje w notesie.

Pulpet patrzy na okrągłego kleksa i plecie:

– Sugerowałbym, że to odcisk stopy dinozaura. Ślad stopy – dramatyczne świadectwo bytowania na Ziemi olbrzymich roślinożerców…

Pan Jakubek, bardzo zadowolony, skrobie w zeszyciku, po czym podsuwa ten sam kleks pod mój nos i pyta:

– Co ci to przypomina, Prudencjo?

– Kleksa – odpowiadam zgodnie z prawdą.

– W kształcie… – Pan Jakubek zawiesza głos i uśmiecha się zachęcająco.

– Kleksa w kształcie KLEKSA – upieram się, bo, jak mamę kocham, nie widzę tu odcisku stopy dinozaura ani pary tancerzy flamenco, ani wiejskiej kapliczki, ani precelka, ani żadnej z tych głupich rzeczy, które przychodzą do głowy mojemu bratu.

Psycholog mruczy pod nosem i stawia w swoim zeszycie wielki minus.

***

Niestety, pan Jakubek nie radzi sobie z naszym szybkim dorastaniem. Na pierwszej wizycie w gabinecie psychologa ledwo składaliśmy proste wyrazy i liczyliśmy do dziesięciu (na patyczkach). Pulpet – wstyd powiedzieć – seplenił i ssał kciuk. Tydzień później mój brat przyniósł panu Jakubkowi słoik po ogórkach pełen mlecznych zębów, które wypadły mu w międzyczasie (to nie był dobry pomysł – pan Jakubek zasłabł i musieliśmy go cucić, polewając wodą z akwarium). Miesiąc później Pulpet napisał pierwszy sonet, a ja rozwiązałam równanie z dwoma niewiadomymi. Psycholog był wstrząśnięty. Zapisał cały zeszycik i patrzył na nas z niedowierzaniem. Od tej pory nie afiszujemy się ze swoją wiedzą i dla świętego spokoju udajemy dwa małe, głupie smoki.


***

Możecie mi wierzyć – nauczycielki nie lubią, kiedy w klasie pojawia się na krótko para smoków, narobi zamieszania i znika. Co prawda doktor Rąbek wręcz stawał na uszach, żeby je na to przygotować, ale bywa różnie. Ludzie lubią proste sytuacje. Wiadomo – kotki robią „miau”, pieski robią „hau”, a smoki? Smoki pożerają dziewice. Oto siła literatury ludowej – niby wszyscy wiedzą, że bajki to bujda, ale na wszelki wypadek cichcem wyjmują pilniczek do paznokci… a nuż się przyda? I choćbyś się zaklinał, że twoim ulubionym daniem jest ciasto z rabarbarem, choćbyś przysięgał, że jesteś wegetarianinem – będą cię traktować, jakbyś był Godzillą.

NAJBARDZIEJ Z CAŁEJ SZKOŁY lubię Gabrysię. Jest najmniejsza w klasie 3c, okrągła i ostrzyżona króciutko, na jeża. Od razu, pierwszego dnia szkoły, zwróciłam na nią uwagę. To było wiosną, przed wakacjami. Rodzice przyprowadzili nas pod sekretariat, pomachali i poszli. Właśnie trwała przerwa. Szliśmy korytarzem eskortowani przez panią Helę – naszą wychowawczynię. Wszyscy wgapiali się w nas, jak zwykle. To mnie nawet nie dziwi. Gdyby w szkole pełnej smoków wylądowały dwa różowe, pozbawione łusek, tu i ówdzie porośnięte włosem, bezogoniaste stworzenia – też bym się gapiła. No więc maszerowaliśmy za panią Helą w tłumie dzieciaków w różnych rozmiarach i widziałam same rozdziawione gęby. Na półpiętrze tłum się przerzedził i wtedy zobaczyłam niedużą, krótko ostrzyżoną dziewczynkę. Siedziała na parapecie, pochylona nad tamborkiem, i wyszywała.

Kompletnie mnie zamurowało, bo haftowanie to, jak wiadomo, totalny obciach, najbardziej wstydliwa czynność pod słońcem. Tylko noszenie warkocza z kokardą jest gorsze. Dziewczynka podniosła wzrok znad tamborka i uśmiechnęła się do nas szeroko. Bez cienia zdziwienia – jakby nic innego nie robiła przez całe życie, tylko widywała smoki na szkolnym korytarzu. A wtedy zauważyłam, że wyszywa na białej serwetce czarnym kordonkiem „Wesołego Rogera”, czyli piracką banderę z trupią czachą. He, he!


Gabrysia jest dziwna – wszystko robi inaczej niż inni. Za to ją lubię, jest dziwna… jak smok.

Wiedzieliśmy, że pierwszy dzień szkoły może być trudny. Pulpet nawet spakował do plecaka sztuczne gówienko ze sklepu Śmieszne rzeczy, żeby na wypadek szarpaniny odwrócić uwagę przeciwnika. Pulpet jest bardzo pomysłowy, jeśli chodzi o unikanie awantur, ale i tak najczęściej kończy się na ucieczce. W biegu na setkę nikt nam nie podskoczy – jesteśmy szybcy jak Bond.

No więc kiedy weszliśmy do klasy, Pacek i Mietek (dwa najgorsze, sześcioletnie żule) właśnie grzebali w doniczce z paprotką. Co wydłubali garść ziemi – to wrzucali dziewczynkom za kołnierz. Na widok pani Heli przerwali zabawę, a ubabrane ziemią łapy wytarli w szkolne mundurki. Nauczycielka tylko westchnęła ciężko i klapnęła na krzesło za biurkiem.

Staliśmy na środku klasy, ledwo wystając nad krawędź stolików. Zapadła cisza jak makiem zasiał.

– To są wasi nowi koledzy – powiedziała pani Hela. – Brat i siostra. SMOKI – dodała z naciskiem.

Dzieciaki zaczęły się szturchać i chichotać, a Pacek i Mietek udali, że złapał ich atak czkawki.

– Przedstawcie się, moi drodzy. – Pani Hela uśmiechnęła się ciut nerwowo.

– Pulpet. – Mój brat szurnął nogą i zdjął berecik.

– Prudencja – wykrztusiłam.

Jak łatwo było przewidzieć – wszystkie sześciolatki zaczęły się turlać ze śmiechu, a Pacek i Mietek czkali jak szaleni, klepiąc się po plecach, aż dudniło.

Wymieniliśmy z bratem spojrzenia. Wszystko odbywało się dokładnie tak, jak się tego spodziewaliśmy. Pulpet podrapał się po nosie, co oznaczało, że uruchamiamy wariant „zadyma”.


Mój brat uniósł pyszczek i zawył jak karetka pogotowia. Trzeba przyznać, że Pulpet świetnie imituje dźwięki – klasa osłupiała. Potem zgodnym, bliźniaczym ruchem zdjęliśmy plecaki. Bez wysiłku wskoczyliśmy na biurko pani Heli i odśpiewaliśmy Pieski małe dwa, stepując i balansując dwutomową Encyklopedią powszechną na nosie. Kiedy piosenka dobiegła końca – zawiązaliśmy ogony w zgrabne kokardki, ukłoniliśmy się ładnie i zeskoczyliśmy na podłogę.

Pani Hela pierwsza zaczęła klaskać, do niej dołączyły dzieciaki. Pacek i Mietek próbowali gwizdać, ale że nie bardzo potrafią – więc tylko opluli sobie mundurki.

Resztę lekcji przegadaliśmy o zwyczajach gadów i naprawdę nie było źle. Pulpet czujnie wspomniał o sile fizycznej smoków, na co Pacek się zasępił, a Mietek odsunął. Jako pracę domową pani Hela kazała zrobić figurkę smoka z kasztanów. Łatwizna!

TYDZIEŃ PÓŹNIEJ pani Hela oznajmiła, że zamiast lekcji idziemy do gabinetu lekarskiego na coś, co się nazywa „bilans sześciolatka”. Pulpet trochę protestował, że nie mamy jeszcze sześciu lat, ale nikt go nie słuchał. Cała klasa musiała się rozebrać za parawanem do samych majtek, więc było mnóstwo zamieszania z chowaniem kapci, zawiązywaniem rajstop w supeł, wrzucaniem ogryzków do kaptura i strzelaniem z gumki w majtkach. Nas ta szampańska zabawa ominęła, bo my do szkoły chodzimy sauté, jak mówią Francuzi, czyli bez panierki. Znaczy… bez bielizny. Buty też nam niepotrzebne. To taka smocza tradycja. Tylko dla szyku Pulpet czasem zakłada szalik z emblematem Linuksa albo przypina do beretu pacyfkę.

Pielęgniarka na nasz widok zrobiła dobrze znaną minę czy-ja-śnię-niech-mnie-ktoś-uszczypnie!, ale po chwili poszeptała z naszą wychowawczynią, siorbnęła wody mineralnej z karafki i z kamienną twarzą zaprosiła nas do ważenia.


Pulpet wskoczył z impetem na wagę. Pielęgniarka przez chwilę szurała odważnikami, po czym oświadczyła:

– Dziewięć kilo.

– Dwadzieścia dziewięć kilo samych muskułów! – potwierdził mój brat, z dumą napinając zielony biceps.

– Wzrost: sześćdziesiąt centymetrów – oznajmiła pielęgniarka niewzruszenie.

– Sześćdziesiąt centymetrów czystej inteligencji! – zapiał z zachwytu Pulpet.

– Nie takiej znowu czystej… – mruknęła pielęgniarka, rzuciwszy okiem na ubłocone po meczu z 1b smocze stopy.

– „Czysta inteligencja” to związek frazeologiczny, dobra kobieto. – Mój brat z politowaniem pokiwał głową. – Oznacza błyskotliwy esprit, umysł ostry jak brzytwa (uwaga! – użyłem porównania). Zaznaczę, że „czystość” jest tu kategorią metaforyczną, z higieną nie ma nic wspólnego…

Pielęgniarka pochyliła się nad Pulpetem i wysyczała wprost w zielone ucho mego brata:

– Nazwij mnie jeszcze raz „dobrą kobietą”, a nie ręczę za siebie. Niewykluczone, że będę musiała zaaplikować ci serię BARDZO BOLESNYCH ZASTRZYKÓW.

Ostatnie trzy wyrazy wycedziła przez zęby, po czym wyprostowała się, niedbale zepchnęła Pulpeta z wagi i zawołała:


– Następny!

Pulpet poczłapał do kąta.

– Co mi przyszło do głowy, żeby ją nazwać „dobrą kobietą”… – mamrotał urażony. – Przecież to jest Osama bin Laden w pielęgniarskim fartuszku. Doprawdy, kobiety bywają takie małostkowe…

– Sam się prosiłeś, mądralo. – Wzruszyłam ramionami. – Byłeś przemądrzały.

– Ja tylko hojnie dzielę się moją wiedzą. Sypię perły przed… personel medyczny. O, choćby teraz – użyłem związku frazeologicznego. Cóż ja poradzę, że jestem taki inteligentny. Mam to po Tacie – plótł mój brat.

– Następny! – warknęła pielęgniarka. – Prudencja Fiś. Na wagę!

No i wybiła godzina prawdy. Okazało się, że mam o całe pół kilo muskułów więcej od Pulpeta i o centymetr więcej czystej inteligencji.

HALLOWEEN TO takie zagraniczne Zaduszki, importowane z Ameryki. Nie mają nic wspólnego z polskimi, ale bardzo je z Pulpetem lubimy. W Halloween możemy spacerować po mieście, nie wzbudzając sensacji. Tego dnia dzieciaki wędrują po domach, domagając się słodyczy. Co ważne – w przebraniu. Przyjęło się, że kostium ma być trochę groźny (wampiry albo szkielety), ale, szczerze mówiąc, dziewczyny z reguły nie chcą być kościotrupami, więc jesteśmy dziwną, mieszaną grupą straszydeł i księżniczek. Coś jak zespół Slayer plus kilka egzemplarzy Barbie.

 

Smoki co prawda nie należą ani do kościotrupów, ani – tym bardziej – do księżniczek, ale to ja i Pulpet zbieramy najwięcej pochwał za przebranie.

„Cukierek albo psikus!” – wrzeszczymy, kiedy ktoś otwiera drzwi. Z reguły dostajemy baton albo torebkę landrynek. I niemal zawsze słyszymy zachwyty nad naszymi, mistrzowsko wykonanymi, kostiumami smoków.


– Jejciu, SMOKI!!! Waldek, chodź no tu, migiem! Zobacz, jakie cudaki!… No, tylko spójrz na te dwa zielone… Ja nie mogę, MRUGAJĄ! Z czegoście tę łuskę zrobili? Pewno kostiumy z teatru, co?… Okręć się, malutki… No proszę, ogony też mają… Jak żywe! To i ziać ogniem też pewnie potraficie, ha, ha!… Nie, nie, nie trzeba… Wierzę na słowo… Cukiereczka?

– Wolałbym korniszona – westchnął mój brat.

– On żartował. Jak pani dorzuci jeszcze jedno prince polo, to zatańczą smoczego walczyka – negocjowała Gabrysia przebrana za hamburgera.

Nic dziwnego, że nasza torba na słodycze pod koniec dnia była najbardziej pękata. Targaliśmy ją na zmianę. Wiesia Rosochę zemdliło, bo cichcem podżerał z torby.

– Dobrze ci tak, Wieśku! – łajał go Pulpet. – Pojęcia nie masz o lojalności.

– O jolal… o czym nie mam pojęcia? – stęknął Wiesio.

– O uczciwości w interesach. Ściemniasz, że nie podżerałeś, a nawet uszy masz wymazane czekoladą – zrzędził mój brat.

Na koniec poszliśmy do Gabrysi podzielić łupy. Jej mama zaparzyła wielki imbryk herbaty miętowej. Strasznie się pokłóciliśmy. No bo czy torebka żelków jest równa jednemu batonikowi, czy może połowie? I jaką równowartość w cukierkach ma tabliczka czekolady? A jak podzielić sprawiedliwie słoik „śledzików w zalewie kaszubskiej” od tej pani, co nie miała w domu słodyczy?

Tylko Wiesio leżał na tapczanie i było mu wszystko jedno. Jego pozieleniała gęba ładnie harmonizowała z limonkowym odcieniem tapet w pokoju Gabrysi.


OD ZAWSZE MIESZKAMY na Wawelu. Dokładnie – od trzeciego dnia życia, kiedy to Tata odebrał nas z porodówki. Nic dziwnego, że czasem zastanawiamy się, czemu ci wszyscy ludzie szwendają się po NASZYM domu? Raczkować nauczyliśmy się w Gabinecie Holenderskim, a pierwszy mleczny ząb wypadł mi w sali Pod Orłem. Poturlał się pod renesansowy kredens i dotąd pewnie tam leży.

Jest taka rodzinna anegdota – kiedy Pulpet był całkiem mały, zapodział się gdzieś na zamku. Rodzice odchodzili od zmysłów. Postawili na nogi cały personel muzeum. Przeczesywali piwnice, zaglądali na strychy.

Znaleźli go w Zbrojowni. Spał w najlepsze… w lufie zamkowej armaty. Wdrapał się tam, zwinął w kłębek i chrapał, podczas gdy szukała go setka ludzi.

Kiedy go wreszcie znaleziono, Tata zapytał Pulpeta, dlaczego właśnie w lufie uciął sobie drzemkę.

– Bo tu nie ma przeciągów – odpowiedział mój brat.

***

Dam głowę, że nasz Tata jest najlepszym przewodnikiem wycieczek w Polsce. Ludzie czekają tygodniami, żeby trafić do jego grupy, jest naprawdę dobry – wie wszystko o Wawelu. Nigdy nie klepie jak automat, tylko ciągle wymyśla coś nowego – rapuje, rymuje, żongluje, zadaje dzieciakom zagadki, częstuje piernikami upieczonymi według szesnastowiecznej receptury… Ciągle zamęcza Mamę prośbami o uszycie kolejnych kostiumów i przebiera się – za husarza, za Krzyżaka, za sułtana Mustafę, a ostatnio nawet za królową Jadwigę.



Z tą królową Jadwigą to był niewypał. Kiedy Tata pojawił się w blond peruce i królewskiej szacie uszytej z maminego szlafroka – wycieczka amerykańskich turystów nazwała go Dragon Queen, na co Tata się nabzdyczył i powiedział, że jak tak, to żeby sobie sami zwiedzali. No i oni zrozumieli to zbyt dosłownie i chcieli Szczerbiec wyjąć z gabloty, i ganiali się po krużgankach, i była awantura na całego.

Czasami Tata pozwala nam asystować przy oprowadzaniu wycieczki. Nie jest lekko… możecie wierzyć. Zwłaszcza gimbaza daje czadu. Kiedy Tata opowiada o historii Wawelu, my osłaniamy tyły i zaganiamy stado jak owczarki pasterskie. W każdej klasie jest kilku bystrzaków, którzy w nosie mają Łokietka i królową Bonę i tylko kombinują, jak by się urwać i czym prędzej kopnąć do automatu z colą. Wymyślają sobie od kurdybanów i plafonów i najchętniej przylepiliby gumę do żucia na czole Anny Jagiellonki. Nie jest łatwo przekonać takiego gościa, żeby powstrzymał się od robienia obory w, było nie było, królewskiej siedzibie.

Na nieznośnie gadatliwych z reguły pomaga krówka mordoklejka, którą częstujemy takiego pacjenta. Gorzej z nadpobudliwymi – tych czasami trzeba niechcący zatrzasnąć w toalecie albo „zabłąkać” w kotłowni na godzinkę. Pulpet miewa skrupuły, ale ja jestem bezlitosna dla kretynów, którzy próbują uruchomić gaśnicę w Sali Poselskiej albo wydrapać napis „GKS Bełchatów” na ścianie Zbrojowni.

W Smoczej Jamie wycieczka mięknie, bo tam ciemnawo, a my mamy parę zaprzyjaźnionych myszy, które łatwo namówić na spacer po nogawce wyjątkowo opornych na wiedzę historyczną ziomali. Nie do wiary, ile mogą zdziałać takie drobne pazurki i jeszcze drobniejsze ząbki – najwięksi twardziele piszczą jak osesek i dają popisy prawdziwego breakdance’a, kiedy mysz wyskoczy im z kaptura skejtowej bluzy.

MÓJ TATA, jak wiadomo, pochodzi z kanalizacji. Wyszedł pewnego dnia z odpływu umywalki. Nikt nie wie, skąd się tam wziął, on sam nic nie pamięta. Poddał się nawet głębokiej hipnozie (za namową Babci Fiś), żeby we śnie zobaczyć swoją przeszłość.

Do hipnotyzera poszliśmy razem. Tata zasnął błyskawicznie. Ledwo opadły mu powieki, a już zaczął wykonywać przyśpiewki ludowe. Bardzo nieprzyzwoite. O babie i o żabie. No i kto by pomyślał? Nasz Tata – prawdziwy mieszczuch – wykrzykiwał: „Usia siusia!” i „Łoj di ri di!”, przebierając we śnie łapami. Ja i Pulpet chichraliśmy się jak szaleni, chociaż pan hipnotyzer machał rękami i dawał znaki, że mamy siedzieć cicho. Wreszcie, czerwony jak burak, obudził Tatę w samym środku zwrotki o figlarnej Marynie.

No cóż – eksperyment się nie udał. Chyba żeby przyjąć, że Tata wczesne dzieciństwo spędził na wsi wśród wesołych, swawolnych wieśniaków. Nie chce mi się wierzyć. Rolnicy, jak wiadomo, mają WIDŁY i to jest powód, dla którego żaden smok przy zdrowych zmysłach nie zbliża się do wiejskich opłotków.


– Ha! Można było się spodziewać, że tak będzie – tryumfowała nasza Mama, która od samego początku była przeciwna wizycie u hipnotyzera. – Przyznaj się, Pomponie, miałeś nadzieję, że twoi rodzice okażą się zupełnie wyjątkowi, hę? Co drugi gość na tej leżance okazuje się w prostej linii potomkiem króla albo faraona… Tere-fere! Królowie musieliby się rozmnażać przez podział komórki – jak glony albo sinice – żeby nadążyć za tym popytem na monarchów.

Mama założyła na głowę Taty wianek z czosnku jak koronę.

– Skądkolwiek się wziąłeś, Pomponie, jedno nie ulega wątpliwości – twoi rodzice byli SMOKAMI. Na razie to ci musi wystarczyć.

– Otóż to, Pysiu, otóż to! – przytaknął Tata. – Byli smokami. Podobnie jak twoi rodzice. Pytanie brzmi – gdzie się podziali? Zapadli w sen stuletni? Wyemigrowali do Irlandii? Dołączyli do waranów z Komodo? Hę…? – Tata zawiesił głos. – Smoki, jak twierdzi Kazio Rąbek, są długowieczne. Przed nami jakieś sto pięćdziesiąt lat życia. Mamy sporo czasu, żeby odnaleźć naszych przodków.

Myśl, że możemy mieć trzy razy więcej dziadków, bardzo mi się spodobała, ja i Pulpet dostajemy masę prezentów od Fisiów z Warszawy, którzy są naszymi przybranymi dziadkami. Kolejne dwie pary dziadków to więcej paczek pod choinką, więcej pocztówek na walentynki, więcej babcinych przysmaków… Kiedy uświadomiłam Pulpetowi, jaka to przyjemna perspektywa, skrzywił się i prychnął:

– Materialistka! Tylko mamona… Zero uczuć wyższych.

No, tu mnie wkurzył! Niech mi ten hipokryta o kłapciatych uszach nie wmawia, że żywi jakieś ciepłe uczucia dla wirtualnych dziadków, których nikt na oczy nie widział i o których wiemy tylko tyle, że porzucili swoje potomstwo (znaczy naszych rodziców) w niemowlęctwie.

NASZ POKÓJ wygląda, jakby ktoś odpalił granat w śmietniku. Cała podłoga usłana jest gliną, skrawkami gazet, patykami i mchem. Na dodatek wszystko trochę umazane klajstrem z mąki ziemniaczanej. A to dlatego, że mój brat obiecał panu od historii, że nasza czwórka – ja, Pulpet, Gabrysia i Wiesio Rosocha – zrobi makietę Biskupina na szkolną wystawę archeologiczną. Niezły pomysł, no nie?

Podzieliliśmy robotę: Pulpet robi makietę półwyspu z papier mâché, trocin i mchu. Wiesio – sztuczną wodę i most. A my z Gabrysią – palisadę i zabudowania za ostrokołem.


Od dwóch dni tkwimy nad tą makietą, a nasz Biskupin ciągle rośnie. Wyszedł już za próg, do przedpokoju, i zatarasował przejście do łazienki. Wszystko było dobrze, dopóki Tata nie zainteresował się naszą pracą domową.

– Co to? – zapytał. I zaraz sobie odpowiedział: – Wczoraj rano wyglądało jak naleśnik. Po obiedzie – jak makieta Wezuwiusza. Po dobranocce – jak kosmodrom Bajkonur. A dzisiaj wygląda jak Pompeje pod pyłem wulkanicznym. Co to może być? – Cmokał i krążył wokół makiety, tu i ówdzie upstrzonej kępkami mchu, który miał imitować Puszczę Notecką.

– To prasłowiański gród obronny w Biskupinie – wyrecytował urażony Pulpet i tak się nabzdyczył, że zasadził kolejny kawałek puszczy pośrodku fosy.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?