Pompon w rodzinie FisiówTekst

Z serii: To lubię
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Dla Miziołka, Kaszydła i Małego Potwora, bez których nie napisałabym ani linijki

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Nazywam się Malwina Fiś.

Z powodu tego nazwiska bardzo mi w szkole dokuczają. Chociaż ostatnio jakby mniej – do naszej klasy przyszedł nowy (nazywa się Patyk) i teraz z niego się nabijają.

Moja Mama jest gwiazdą filmową, a mój Tata kaskaderem.

No, może niezupełnie… Tak naprawdę to Mama pracuje w przychodni jako re-je-stra-tor-ka (trudne słowo), ale na pewno dałaby sobie radę na planie filmowym – w długim białym futrze i z różą w zębach… Jak ta pani na puszce po kawie Carramba.

Mój Tata nie jest żadnym kaskaderem, tylko agentem ubezpieczeniowym i szczerze mówiąc, kiepski byłby z niego kaskader, bo nie umie zrobić głupiego mostka, nawet kiedy my z Gniewoszem trzymamy go za nogi.

No właśnie… Gniewosz. Ma jedenaście lat, ale tak się wymądrza, jakby miał co najmniej dwanaście. Zuzia mówi, że wszyscy starsi bracia są podobni, a ona wie, co mówi, bo ma trzech braci i wszyscy są starsi.

Gniewek jest najmniejszy w klasie, co go strasznie złości, więc pije sok z marchwi i podciąga się na drążku, bo myśli, że od tego urośnie. A jeśli ktoś powie na niego „Mały”, to zaraz bierze się do bicia. Bardzo jest odważny, zupełnie jak ratlerek pani Wawrzynek, który szczeka na wilczura z warzywniaka.

Mieszkamy w przestronnej białej willi na brzegu Lazurowej Laguny.

Żartowałam! Prawdę mówiąc, mieszkamy w bloku nad warzywniakiem, dzięki czemu nie musimy używać budzika, bo każdego ranka budzi nas samochód dostawczy.


Mamy trzy pokoje – żółty, rudy i niebieski. W żółtym śpią rodzice, w rudym jadamy i oglądamy telewizję, a niebieski jest nasz – w połowie mój, w połowie mojego brata.

Łatwo poznać, która część jest czyja – u mnie jest ładnie, a u Gniewosza zawsze bałagan. Ja mam mnóstwo ślicznych rzeczy, a on – same śmieci. Wszystkie koleżanki mi zazdroszczą, bo mam piękne szklane kulki w słoiku, kolorowe guziki (każdy inny) i koraliki w pudełku wyścielonym watką.

Mam też dziesięć misiów – na każde urodziny do­staję jednego. Najstarszy nazywa się Karol i tego lubię najbardziej. Kiedy Gniewosz chce mi dokuczyć, organizuje porwanie Karola i wtedy muszę zapłacić okup, najczęściej z miśków żelków. Zwykle wystarcza osiem, ale ostatnio Gniewek zażądał dwudziestu, to ja wtedy pobiegłam do Mamy na skargę i musiał oddać Karola za darmo, i jeszcze za karę wynieść śmieci. Miśki żelki trzymam w swoim tajnym schowanku, którego Gniewek nigdy nie znajdzie, choćby zdechł.

Mam łóżko po ciotecznej babci Wisi z wymalowanym na nim kanarkiem w klatce. I kołdrę ze ścinków, którą mama uszyła, kiedy była na zwolnieniu lekarskim po wycięciu wyrostka. Gniewosz ma łóżko piętrowe i biurko pod nim, zawalone zbiorami, których nie wolno dotykać. Trzyma tam puszkę pełną starych kluczy, nie wiadomo do czego, słoik śrubek z nakrętkami, nawleczone na sznurek kółka zębate z zegarka i zasuszonego konika morskiego w starej mydelniczce.

Najbardziej zazdroszczę mu pudła z żołnierzy­kami. Bawię się nimi w szkołę, ale tylko wtedy, kiedy Gniewek jeździ z Tatą do ortodonty. Jak mi się kończą żołnierze, to czasami robię jeszcze jedną klasę z miśków żelków i wysyłam ich na wycieczkę szkolną do Krakowa. Wawel robię z pudełka po herbatnikach, a Wieliczka jest pod wanną. Czasami nie mogę się powstrzymać i zjadam jednego albo dwa miśki. I wtedy z wycieczki szkolnej wraca mniej uczniów, niż na nią pojechało. Pompon mówi, że to nic nie szkodzi.

Pompon to nasze zwierzątko domowe. To jest SMOK.

Haaa! Teraz myślicie sobie, że zmyślam i że tak naprawdę to jest pies albo świnka morska… Nic podobnego! Pompon jest najprawdziwszym smokiem, takim, co zionie ogniem i opieka kiełbaski na patyku swoim gorącym oddechem.

Pompon wylazł któregoś dnia z odpływu umywal­ki. Był bardzo mały i łysy – miał różową, prześwitującą skórę, przez którą widać było bijące serce i kawa­łek kiełbaski w przełyku. Wyglądał obrzydliwie. Gniewosz stał akurat w wannie z namydlonymi uszami i jak zobaczył głowę smoka w odpływie umywalki, to zaczął wrzeszczeć, i wtedy ja wpadłam do łazienki. Przykryłam błyskawicznie Pompona kubkiem do mycia zębów, a gdy weszła Mama, to skłamałam, że Gniewkowi mydło wlazło do oka i dlatego tak się drze. Od tej pory Pompon jest naszą wspólną tajemnicą.


Kiedy był całkiem mały, chętnie siedział w rogu skrzyni na pościel i nigdzie się nie oddalał. Myślę, że był takim smokiem-niemowlęciem, bardzo wystraszonym podróżą przez kanalizację. Cały dzień spał, pod wieczór budził się i wyłaził ze skrzyni. Łapał jedną albo dwie muchy, połykał je w całości (widać było, jak przesuwają się przełykiem do żołądka, fuuuj!), a potem brzydko bekał, co brzmiało jak „hellou!”. Nie odpowiadał na pytania, więc doszliśmy do wniosku, że nie potrafi mówić.


Szybko zrozumiał, że trzeba siedzieć cicho, kiedy Mama albo Tata wchodzą do pokoju, a kiedy pojawia się odkurzacz, to pod żadnym pozorem nie wolno wyściubiać nosa ze skrzyni.

Po miesiącu na łysej skórce pojawiły mu się łuski – z początku miękkie i delikatne jak u ryby, potem zgrubiały i nabrały zielonego koloru. Z łapek, dotychczas różowych jak u kotka, wyrosły pazury. Zauważyliśmy to dopiero, jak Pompon porysował parkiet i z chodnika przed łóżkiem zaczął wysnuwać nitki.

Mniej więcej dwa tygodnie później Pompon zabulgotał, wypuścił bąbel nosem i powiedział: „prrrr!”. A potem: mrrr… frrr… drrr… grrrrr, na koniec czknął i zamilkł. Czasami, kiedy budziłam się w środku nocy, ze skrzyni na pościel słychać było ciche dźwięki, jakby ktoś szybko zmieniał fale w radiu – piski, szumy, kawałki piosenek, mlaskanie, buczenie…

Wreszcie któregoś dnia, kiedy wróciliśmy ze szkoły, Pompon wypalił jednym tchem: „kołek, stołek, wołek, rosołek!”, a potem, bardzo zadowolony: „myszka, kiszka, pliszka, liszka!”. Od tej pory Pompon gada jak najęty. Zna nawet cudzoziemskie wyrazy, bo podsłu­chał je w telewizji. A kiedy sobie koniec ogona przytrzasnął encyklopedią, to wrzeszczał: „Osekur! Osekur!”. To jest podobno po francusku i oznacza: „Na pomoc!”.

Raz i drugi byliśmy bliscy wpadki, kiedy rodzice weszli do pokoju zaniepokojeni hałasem, jaki robił smok. W życiu nie nakłamałam tyle, co wówczas, kie­dy Pompon zrzucił doniczkę z fikusem i zostawił ślady na dywanie. Cud, że mi się nos nie wydłużył jak u Pinokia.

Mama twierdzi, że mamy fioła na punkcie zamykania drzwi od pokoju. Fakt, mamy. W przeciwnym razie Pompon dałby nogę, bo bardzo lubi oglądać telewizję. Na razie wychodzi tylko nocą i buszuje po całym domu. Wykrada korniszony z lodówki i polewa się maminymi perfumami Chanel nr 5, które stoją w sypialni rodziców.

O tych nocnych wycieczkach dowiedzieliśmy się dopiero, kiedy pewnego dnia Mama przy śniadaniu opowiedziała swój sen:

– Wyobraźcie sobie, śnił mi się mały smok, który siedział na dywaniku. Ledwo wystawał ponad krawędź tapczanu. Oczka mu świeciły w ciemności i… nie uwierzycie… psikał się moimi perfumami! Ten sen był tak sugestywny, że czułam wręcz zapach… Popsikał się, beknął, wyszeptał: „hellou!” i zniknął pod łóżkiem…

Wzięliśmy Pompona w krzyżowy ogień pytań i wszystko wyśpiewał. Przyznał się nawet z rozpędu do tego, że w nocy odpala komputer i czatuje na forum dyskusyjnym hodowców gadów. Udziela rad w sprawach diety. Podobno namawiał innych gości na czacie do karmienia gekonów korniszonami.

Mierzymy Pompona przy framudze drzwi. Kiedy się pojawił w odpływie umywalki, miał rozmiar małej myszy, a teraz – pół roku później – jest wielkości świnki morskiej i stale rośnie. Razem z ogonem ma blisko pół metra. Któregoś dnia nasz sekret się wyda, nie ma siły. Zwłaszcza że na balkonie uschły prawie wszystkie kwiaty w doniczkach, do których Pompon się załatwia, i Mama wszczęła śledztwo. Nie chcę nawet myśleć o tym, co się stanie.


Mamy nowy kłopot. Mama wzięła na prze­chowanie kota ciotki Michasi. To jest pers, złoty medalista. To znaczy, że wygrał jakiś durny konkurs pięk­ności dla rasowych kotów. Wygląda zupełnie jak czapka z moheru naszej pani dozorczyni – trudno się połapać, gdzie ma przód, a gdzie tył. Ma na imię Sułtan.


Wjechał do naszego domu razem z kuwetą, workiem pachnącego żwirku i srebrną szufelką do usuwania kocich kup. Ma też dwie porcelanowe miseczki na żarcie, z wymalowanymi na dnie myszkami. I koszyk wyściełany ró­żową flanelą, w którym śpi. To znaczy… spałby, gdyby nie Pompon.


Kiedy Mama wpuściła kota do naszego pokoju, Pompon właśnie układał pasjansa w skrzyni na pościel. Pompon lubi pasjansa, więc zrobiliśmy mu malutką talię kart z opakowania po mydle. Tymczasem Sułtan obszedł pokój dokoła, a potem wymknął się na balkon i obwąchał doniczki z uschniętymi badylami. Po chwili kucnął i wysiusiał się w pelargoniach.

 

A wtedy ze skrzyni na pościel rozległ się straszny rumor – Pompon wyprysnął jak z procy, dwoma susami już był przy kocie, wskoczył mu na plecy i zaczął tarmosić popielate futro, aż kłaki fruwały w powietrzu. Używał przy tym obcych wyrazów, których nie rozumiem, ale dałabym głowę, że nie ma ich w słowniku. Sułtan skakał jak szalony po całym pokoju, ale Pompon nie puszczał i próbował ugryźć kota w ucho. W pewnym momencie ogon Pompona znalazł się w pobliżu łap Sułtana i kocie pazurki zacisnęły się na nim boleśnie. Smok wyskoczył w powietrze i wystrzelił strumieniem ognia, który liznął kocie futro na grzbiecie. Smród spalenizny wypełnił pokój, a kot błyskawicznie wdrapał się na szafę. Ze zjeżoną, dymiącą sierścią prychał na Pompona i fukał.

***

Od razu było jasne, że ci dwaj nigdy się nie dogadają. Gniewek próbował przemówić Pomponowi do rozumu, a nawet ostrzegł, że dopilnuje, żeby smok przez miesiąc nie dostał swoich ulubionych korniszonów, ale na Pomponie nie zrobiło to żadnego wrażenia. Siedział pod biurkiem i łypał na kota, od czasu do czasu puszczając dym nosem, a w nocy wydrapał na szafie pazurem napis: „Wszystkie koty to głupki!”.

Sułtan godzinami wylizywał łysinę na grzbiecie, jakby od tego sierść miała mu szybciej odrosnąć. Przez dwa dni nie schodził z szafy, podczas gdy Pompon bezczelnie spał w jego koszu, a nawet podżerał whiskas z miseczki.

Nie było wyboru – znowu musieliśmy kłamać. Gnie­wek zaczął się drapać i kichać, a Mama uwierzyła, że to uczulenie na kocią sierść, i czym prędzej przeprowadziła kota do koleżanki z pracy, razem z kuwetą, żwirkiem, szufelką i miseczkami. Sprawa nadpalonego futra była omawiana bez końca, a ciocia Michasia nigdy nie uwierzyła, że to od świeczki na urodzinowym torcie zajął się grzbiet Sułtana.





***

Nasz Pompon to niezłe ziółko. Trudno będzie go wychować na porządnego smoka, bo niby skąd mamy wiedzieć, jak się do tego zabrać? Wczoraj przyłapałam go, jak strzelał z balkonu pestkami czereśni w psy uwiązane pod warzywniakiem, a przecież one nic mu nie zawiniły. Trafił nam się smok dresiarz, nie ma co…

Od kiedy Pompon u nas mieszka, skończyły się wizyty. Nie zapraszamy nikogo, bo przed kolegami trudno byłoby ukryć smoka. Zuzia to się nawet z tego powodu obraziła – kiedyś bywałyśmy u siebie codziennie.


Pompon też nam nie ułatwia życia – wczoraj oświadczył, że idzie w świat, bo jego porcja frytek była zbyt mała. Spakował do piórnika zapas zdechłych much, kilka żelków, pocztówkę z Wawelem i już był przy drzwiach. Potem wrócił po swój kocyk, ale ociągał się z odejściem, bo Gniewosz zapytał, co zrobi, jak natknie się na pana Wójcika z rottweilerem (bez kagańca). No i Pompon spękał. Trudno się dziwić, na tego rottweilera nie ma mocnych, wszyscy się go boją.

***

O mały włos Pompon zostałby zdemaskowany. Wszystko dlatego, że Tata czyta nam przed snem Ba­śnie polskie. Wczoraj dojechał do historii o Smoku Wawelskim i szewczyku Skubie. Pompon siedział ­cicho w skrzyni na pościel i słuchał. Nie uronił łzy nad losem dziewicy pożartej przez smoka, ale kiedy Tata dojechał do rozdziału, w którym szewczyk faszeruje barana siarką i podrzuca go u wejścia do smoczej jamy, w skrzyni rozległo się chlipanie i siąkanie nosem. Gniewek, chcąc nie chcąc, wziął to na siebie, co mocno zdziwiło Tatę, bo przecież Gniewek jest twardzielem i nie beczał nawet przy Dziewczynce z zapałkami. A kiedy wreszcie smok opił się wody z Wisły i rozpadł na tysiące kawałków – ze skrzyni rozległ się szloch i Gniewek musiał zagrać rolę życia, żeby zagłuszyć tego smoka beksę. Ledwo wypchnęliśmy Tatę za drzwi, wieko skrzyni się uniosło.


– No co się gapicie, wzruszyłem się – powiedział Pompon i wytrąbił nos w poszewkę od jaśka. – A tego szewczyka to ja jeszcze dopadnę! – dodał.

W naszym domu było dzisiaj piekło. Straż pożarna… karetka na sygnale… koniec świata! A wszystko przez obcas maminego buta.

Codziennie rano wychodzimy do szkoły razem z Tatą. Pół godziny później Mama zamyka drzwi na dwa zamki i biegnie do pracy. Dom pustoszeje i Pompon ma wolną chatę. Dopóki był mały – nie wychylał nosa z naszego pokoju. Ale ostatnio zaczął sobie na wiele pozwalać i szwenda się po całym domu. Dzisiaj, ledwo Mama wyszła, napuścił sobie wody do wanny i zrobił kąpiel z bąbelkami. Higienista jeden!


Tymczasem Mamie uciekł autobus i pobiegła na przystanek tramwajowy. Obcas pantofla uwiązł jej na torowisku i odpadł, kiedy Mama próbowała go wyrwać. Kuśtykając, wróciła do domu. Właśnie zmieniała buty, kiedy usłyszała plusk wody w łazience. Staje w progu i co widzi?

Łazienka zaparowana, piana z wanny wylewa się wierzchem, a w pianie leży zielone zwierzę i puszcza bańki nosem.

– Bążur! – powiedział Pompon po francusku i dał nura pod wodę razem z walkmanem Gniewosza, co go miał na uszach.

Mama podobno nie wydała żadnego dźwięku, tylko – BACH! – zatrzasnęła drzwi łazienki, podparła je krzesłem i łaps za telefon – po straż pożarną. Przyjechali w pięć minut, bo Mama powiedziała, że w jej łazience jest groźny drapieżnik, który zbiegł z zoo.

W tym czasie Pompon wdrapał się na pralkę, zamknął drzwi na zasuwkę, wypuścił wodę z wanny i ukrył się w szafce z ręcznikami. Bidulek, strasznie się musiał zdenerwować! Ta zasuwka to był błąd – strażacy wyważyli drzwi, patrzą… podłoga zalana wodą, na dnie wanny leży mokry walkman, żywego ducha… Ale Pompon opił się mydlin i beknął z głębi szafki: „hellou!”. No to strażak, dawaaaj, otwierać szafkę i gmerać w ręcznikach… Pompon nie miał wyboru – ugryzł go z całej siły.

Co ja wam będę mówić – zaczęła się jazda! Strażak ryczy, jakby mu rękę odgryźli, jego koledzy psikają Pomponowi po oczach jakąś pianą, Mama piszczy, stojąc na stołku i wymachując mopem, a na korytarzu tłoczą się wścibscy sąsiedzi.

Na wpół oślepiony Pompon wyprysnął z łazienki, przemknął między nogami strażaków, pędem minął rottweilera pana Wójcika i pognał schodami w dół. Strażacy ruszyli za nim, ale nim sąsiedzi rozstąpili się i zrobili przejście – Pompona już nie było.


Szukali go w krzakach i piwnicach, na szczęście bez skutku. Wezwali karetkę, bo pogryziony strażak domagał się zastrzyku przeciw wściekliźnie. Pani Wawrzynek z parteru dostała spazmów, a kiedy nadjechała policja – sąsiedzi wygadywali niestworzone historie o naszym Pomponie.

Wszystko to wiem od Mamy, bo gdy wróciliśmy ze szkoły, było już po całym zajściu. Weszliśmy na ­klatkę, kiedy na podeście schodów trwała ­awantura.

– Krokodyl! – wrzeszczał pan Wójcik. – Mały krokodyl!

– Sam pan jesteś krokodyl – odszczekiwał się mąż dozorczyni. – To był aligator! Czytałem w „Fakcie”, że w Nowym Jorku aligatory żyją w kanalizacji!

Pan Wójcik zaśmiał się jak hiena.

– Aligator… dobre sobie… Z taką mordą?!

Straszne przeczucie ścisnęło mi serce i pędem po­biegłam na górę. Gniewek sadził za mną po dwa stopnie. W domu wpadamy do pokoju, zaglądamy do skrzyni na pościel… NIE MA! Mama od razu zgadła, kogo szukamy. Gniewek zaczął beczeć, ja też… No, koniec świata! Zaraz potem nadszedł Tata i przekonaliśmy go, że Pompona trzeba natychmiast znaleźć, zanim zrobi to Sznycel, pies pana Wójcika.

Zabraliśmy latarki, przed blokiem podzieliliśmy się na dwa zespoły i zaczęliśmy przeczesywać okolicę. Na szczęście w telewizji leciał jakiś mecz i osiedle się wyludniło. Łaziliśmy do ciemnej nocy – Tata gwizdał, Mama cmokała, my z Gniewkiem nawoływaliśmy Pompona do zachrypnięcia. Kiedy przechodnie pytali nas, kogo szukamy, mówiliśmy, że piesek nam uciekł.

Wreszcie usiedliśmy na placu zabaw przed szkołą. Gniewosz oparł się o zjeżdżalnię i pociągał nosem, mnie też nie było do śmiechu. Opowiedzieliśmy rodzicom całą historię i trzeba przyznać, że zachowali się wporzo – nie dali po sobie poznać, że nie wierzą w gadające smoki.

– A więc to smok spalił sierść na grzbiecie Sułtana? – zapytała Mama.

– Tak – odpowiedział Gniewosz. – On nie przepada za kotami.

– I smok załatwił wszystkie moje pelargonie? – pytała dalej.

– Tak – potwierdził Gniewek.

– I to on sformatował mój dysk w komputerze? – zapytał Tata.

Mój brat zawahał się.

– Tak – mruknął niewyraźnie.


W tym momencie w drewnianym domku na szczycie zjeżdżalni rozległ się rumor i usłyszeliśmy szpetne przekleństwo.

– Ty podły kłamco! – rozległ się głos w ciemnościach. Ciemny kształt z hurgotem zjechał wprost pod nasze nogi. – Łżesz jak kot!

Pompon (bo to był on) dźgnął Gniewka w brzuch wskazującym pazurem, a z nosa buchnęły mu dwa obłoczki dymu.

– Sam sformatowałeś, ciemięgo, a teraz zrzucasz winę na niewinne zwierzątko?!

Porwaliśmy Pompona na ręce, chociaż wyrywał się i drapał. Gniewek z radości pocałował smoka w obrażony pyszczek. Rodzice stali obok ze śmiesznie rozdziawionymi ustami. A mnie kamień spadł z s­erca – koniec ściemniania i kłamstw: mamy własnego ­smoka. Teraz to jest nasz wspólny, rodzinny kłopot.

Rodzice raz po raz przyglądają się Pomponowi z niedowierzaniem, jakby wątpili w swoje zdrowe zmysły. Ledwo wróciliśmy do domu, Mama zdjęła z pawlacza stare dziecinne łóżeczko ze szczebelkami i wstawiła je do naszego pokoju.

– Smok nie będzie dłużej spał w skrzyni na pościel – powiedziała. – To niehigieniczne. Może mieć pasożyty albo choroby odzwierzęce…

Pompon najpierw się obraził, a potem zbystrzał nagle i oświadczył, że owszem, ma jedną taką poważną chorobę zakaźną, a pomagają na nią tylko korniszony. Dużo korniszonów. Nooo, tacy głupi to my nie jesteśmy, znamy ten stary numer Pom­pona. ­Ilekroć chciał wyłudzić korniszona, symulo­wał ­boleści i wmawiał nam, że to smocza grypa. Tere-fere!


Gniewek przeniósł posłanie naszego smo­ka do dziecinnego łóżeczka. Przy okazji znalazł pod kocykiem kawałek kabanosa, ogryzek, trzy złote w pięciogroszówkach i komiks o Barbarelli, który Pompon najwidoczniej zwinął naszemu Tacie. To taka historia z biuściastą blond kosmitką – Tatusiowa pamiątka z dzieciństwa. Tata trochę się nabzdyczył, ale szybko mu przeszło, kiedy okazało się, że Pompon zna cały komiks na pamięć.

– Wybiła godzina prawdy, Barbarello! Odrzuć swój laserowy miecz!

– Och! Nie bądź dzieckiem, Haroldzie, nigdy mnie nie posiądziesz! – recytowali przy kolacji, a Tata szczerze się wzruszył.

Tylko Mamę zemdliło, kiedy Pompon wysypał na talerz swój ulubiony przysmak – pokarm dla rybek. Żywy pokarm.

Poszliśmy spać po jedenastej. Rodzice długo jeszcze gadali w sypialni, ale Pompon chrapał tak głośno w swoim nowym łóżku, że nic nie zdołałam pod­słuchać.

Nie jest lekko być zastępczą rodziną smoka.

Rano Pompon zerwał się przed siódmą i zajął łazienkę na dobre pół godziny. Nic nie pomogły awantury pod drzwiami – odkręcił kran i udawał, że nie słyszy. Na koniec wyszedł z ręcznikiem udrapowanym na głowie w fantazyjny precel.

 

– Co tam robiłeś tyle czasu? – ryknął na niego Gniewek.

– Depilowałem brwi! – odpowiedział smok z godnością.

– Przecież ty nie masz brwi!

– Ignorant! – syknął Pompon i pobiegł do kuchni.

Przytargał stołek kuchenny, ułożył na nim dwa tomy Kuchni polskiej, usadowił się na tej piramidzie i zażądał jajecznicy. Mama, która nie ma wprawy w ob­cowaniu ze smokiem, usmażyła mu jajka na boczku bez szemrania. Ale potem nastąpiła lekcja dobrych manier i Pompon dowiedział się, że nie wolno opalać grzanek smoczym oddechem, a majtanie ogonem przy stole jest wykluczone.


– Co masz zamiar robić pod naszą nieobecność? – zapytał Tata.

– Hmmm, może ugotuję obiad… – odpowiedział smok.

– Umiesz gotować? – zdziwił się Tata.

– Jasne! My, smoki, potrafimy prawie wszystko!

– A jakie produkty będą ci potrzebne? – wtrąciła Mama.

– Rabarbar i szare mydło – odparł Pompon bez wahania.

Stanęło na tym, że na obiad będą wczorajsze klopsiki, a Pompon raczej zajmie się sprzątaniem.

Nasza szkoła stoi niedaleko, cztery przecznice od domu. Moglibyśmy chodzić do niej sami, ale Tata woli nas odprowadzać. Po drodze przecinamy ruchliwą ulicę Gagarina, a potem mijamy skwer osiedlowy i cukiernię pana Jaworka. W tej cukierni przepuszczamy całe kieszonkowe, bo babeczki z truskawkami są tu najlepsze na świecie. Za cukiernią Tata skręca w stronę przystanku, a my biegniemy na skróty przez boisko do szkoły.

W szatni dyżuruje pan woźny Olszewski, który ma wielkie, krzaczaste brwi i groźnie nimi rusza, lecz tak naprawdę jest bardzo poczciwy.

– Co słychać, robale? – zapytał nas jak co dzień.

– Wszystko gra, panie Olszewski. Smok nam uciekł, aleśmy go znaleźli – palnął Gniewek.


– Ze smokami nie ma żartów, one takie są… uciekalskie – odpowiedział pan woźny i poczęstował nas orzechami ze swojej działki, których ma pełne kieszenie.

Za drzwiami uszczypnęłam Gniewka w plecy.

– Czyś ty zwariował? Zamierzasz wszystkim opowiadać o Pomponie? Chcesz, żeby go zabrali do zoo?

– Spoko, Malwina! Wypróbowałem to. Można gadać o smoku, co się chce. I tak nikt nie wierzy.

Rozstaliśmy się pod drzwiami mojej klasy. Gniewosz poleciał na górę, bo starsi mają lekcje na piętrze.

Pierwszy był polski. A ponieważ właśnie przypadał Światowy Dzień Zwierząt, pani Ujma kazała nam wyjąć kartki i opisać swoje ulubione zwierzątko. Z początku chciałam napisać o kucykach, ale potem zmieniłam zdanie.

***

Moje ulubione zwierzątko jest nieduże. Od czubka nosa do końca ogona ma pięćdziesiąt centymetrów długości. Jest to młody samiec i trudno przewidzieć, jak duży urośnie. Pokryty jest łuską – ciemnozieloną na grzbiecie, a seledynową na brzuszku…


***

Nigdy jeszcze pisanie wypracowania nie poszło mi tak łatwo. Obie strony kartki zapełniłam drobnym maczkiem i oddałam pani. Opisałam Pompona dokładnie, ale nie ujawniłam, że jest smokiem, i nie wspomniałam ani słowem o jego szczególnych talentach. Na końcu narysowałam ślad łapki z długimi pazurkami.

Zuzia zaglądała mi przez ramię i myślała, że piszę o kotach. Ona sama opisała szczura swojej kuzynki.

Z Zuzią jest problem. Kiedyś byłyśmy nierozłączne i mówiłyśmy sobie wszystko, ale od czasu Pompona wiele się zmieniło. Po pierwsze, Zuzia już do nas nie przychodzi. Po drugie, niewiele rozmawiamy, bo ciąg-le obawiam się, że coś chlapnę w rozmowie i nasz „smoczy” sekret się wyda. Przez to wszystko Zuzia spędza coraz więcej czasu z Gabrysią Król, a na mnie trochę się boczy. Ech! Życie jest skomplikowane!

***

Na wuefie graliśmy w zbijaka i Kacper zbijał tylko mnie. Kacper jest fajny, chociaż niezbyt urodziwy. Zapisał się do chóru (choć mu słoń na ucho nadepnął). Po próbach razem wracamy ze szkoły. Gniewosz trochę się z niego nabija i nazywa go „szwagrem”, lecz Kacper nic sobie z tego nie robi.

Dziś podarował mi zakładkę do książki z Harrym Potterem, którego ubóstwiam. Kacper nie jest podobny do Harry’ego – już raczej do Rona. Ma takie same odstające uszy.

***

Do domu wracaliśmy pędem, bardzo ciekawi, jak Pom­pon spędził pierwszy dzień bez konspiracji. Koło trzepaka zatrzymała nas pani dozorczyni.

– Od kiedy to wy macie psa? – zapytała.

– My nie mamy psa! – odpowiedział Gniewosz.

– Taki mały, a kłamie jak z nut… – obruszyła się dozorczyni. – A niby kto obszczekał listonosza? Może KOT? – gniewnie naciągnęła beret na uszy.

– Oj! – jęknął Gniewek i spojrzał na mnie znacząco.

– Kłamstwo ma krótkie nogi, zawsze się wyda! – pogroziła palcem dozorczyni. – I powiedzcie rodzicom, że za psa trzeba zapłacić podatek! – krzyczała za nami, kiedy biegliśmy do klatki schodowej.

W domu panowała cisza. Na podłodze pod drzwiami leżała kupka listów. Nikt nam nie wybiegł na spot­kanie. Pompona nie było w naszym pokoju ani w kuchni. Za to w salonie leżał na środku bezładny kłębek kabla, z którego wystawała głowa smoka.

– No, nareszcie! – mruknęła głowa na nasz widok. – Ile można tak leżeć?

– Pompon! Napadli cię?!!! Związali?


– Niezupełnie – wymamrotał smok. – To meteor.

– Meteor? – powtórzyliśmy jak echo, odplątując Pompona ze zwojów kabla. Dopiero teraz zauważyliśmy, że jego koniec znika we wnętrzu odkurzacza. A odkurzacz nazywa się Meteor. No tak, wszystko jasne!

– Sprzątałeś? – bardziej stwierdził, niż zapytał Gniewek.

– Owszem. Ale ten bydlak nie chciał oddać kabla! – Pompon uwolnioną łapą wskazał na odkurzacz. – Co ja wyciągnę, on wciąga! Już, już prawie sięgałem do gniazdka… a on – ziuuuu! – zabiera mi kabel. Na koniec myślę sobie: Nie przerobisz mnie, cwaniaczku! Pociągnąłem kabel do przedpokoju i dalej, do kuchni… a wtedy on jak mnie nie szarpnie, jak mnie nie skotłuje, skubany! No i leżę tu od dwóch godzin. Próbowałem sposobem, turlałem się jak szalony… ale było coraz gorzej – Pompon machnął łapą z rezygnacją. – Macie coś do jedzenia? Zgłodniałem.

Odgrzaliśmy klopsiki, Gniewek zrobił kisiel błyskawiczny i, najedzeni, zabraliśmy się do naprawy walkmana, którego smok utopił w wannie. Rozbieranie poszło nam migiem – na biurku urosła piramida drobnych części. Wysuszyliśmy je starannie suszarką do włosów, wyrzuciliśmy mokre baterie, a potem Pompon zabrał się do składania. Grzebał długimi pazurkami w stercie elektronicznych podzespołów, po czym próbował przyklejać parami do siebie. Niestety, nie pasowały.

– Nic nie szkodzi – pocieszał smok. – Zrobimy to inaczej. Kopnij się po zmiotkę!

Gniewosz pobiegł do kuchni i po chwili wrócił ze zmiotką. Smok zmiótł starannie wszystkie części na szufelkę i przesypał do obudowy walkmana. Potem zatrzasnął wieczko i skleił całość taśmą. Potrząsnął… Drobne części zagrzechotały donośnie.

– Juuuhuuu! – ucieszył się Pompon. – Nie mamy walkmana, ale za to mamy MARAKASY!


Po czym, poruszając energicznie obudową, wykonał kilka tanecznych figur.

– E viva samba* – ryknął i zakręcił kuperkiem.

Gniewek popatrzył na smoka z niedowierzaniem.

***

Chwilę później do domu wszedł Tata.

– Cześć, dzieciaki! Co słychać? – rozdał po buziaku nam i Pomponowi. – Pani dozorczyni pytała o jakiegoś psa. Wiecie coś na ten temat? – Tata obrzucił nas „rentgenowskim” spojrzeniem.

Dałabym głowę, że Pompon zarumienił się pod łuskami na pyszczku.

– To ja nastawię wodę na herbatę! – powiedział i czmychnął do kuchni.

– No taaak, znowu on – westchnął mój brat. – My nie mamy z tym nic wspólnego.

W kuchni smok właśnie wspinał się na palcach i próbował sięgnąć do przycisku czajnika.

– Nie nalałeś wody… – Tata napełnił czajnik. – Mów prawdę, kolego. Co to za pies, hę?


– To JA – przyznał Pompon i pociągnął nosem obłudnie. – Ja sam obszczekałem listonosza. I chapnąłem go w palec, kiedy wrzucał listy przez szczelinę w drzwiach.

– No nieee! – jęknął Gniewosz. – Pójdziemy siedzieć przez tego żula!

– Zaraz, zaraz… Niby jak szczekałeś? – wtrącił Tata.

– Umiem imitować szczekanie labradora i owczarka – pochwalił się smok. – Chcecie posłuchać?… Hau! Hau! Hauuu!

Ujadanie Pompona rozległo się w całym domu. Z góry odpowiedziało mu szczekanie Sznycla, za drzwiami pani Wawrzynek rozjazgotała się Pusia – wyłupiastooki ratlerek.

– Ciiiiszej, ciiiszej! – jęknął Tata i zatkał pyszczek smoka. – OSTATNI RAZ byłeś psem. A teraz basta! Jak my wytłumaczymy panu listonoszowi, że nie byłeś szczepiony przeciwko wściekliźnie, hę? Myśl, myśl, kolego, skoroś taki bystrzak!

Pompon stropił się na chwilę, po czym wypalił:

– Jestem nieletni! Za szkody wyrządzone przez dzieci odpowiadają rodzice – oskarżycielskim gestem wskazał Tatę.

Tata ciut się zdenerwował, na twarz wystąpiły mu ceglaste rumieńce.

– Pompon, z całym szacunkiem… Czy ja wyglą­dam na twojego RODZICA??! Znamy się ledwo od wczoraj!

– A więc to tak… – chlipnął smok – wszyscy huzia na biedną sierotkę! Czy to moja wina, że nie mam ojca, matki?!!! – odwinął z rolki metr papierowego ręcznika i zatrąbił nosem donośnie.

– Udaje – oświadczył Gniewek bezlitośnie.

– Udaje! – potwierdziłam.

– No dobrze, rozmowę z listonoszem biorę na siebie – westchnął Tata – ale żeby mi to było ostatni raz!

– Jasne, tatku! – ucieszył się smok i zawisł ojcu na szyi. A potem z radości zagrzechotał walkmanem. – Carramba!

Nie minął tydzień, a już Pompon rozpierał się na środku kanapy, oglądając z Tatą mecze, albo poma­gał Mamie układać pasjanse w komputerze. Wyszukał mi w internecie mnóstwo wiadomości do referatu o Krzyżakach, a Gniewka nauczył gwiz­dać na palcach, jednym słowem – stał się niezastąpiony.

Uszło mu na sucho nawet to, że zadzwonił do cioci Michasi, podając się za hodowcę kotów, i naopowiadał jej niestworzonych rzeczy o Sułtanie.


– Droga pani, ja proszę i przestrzegam, przestrzegam i proszę: pora pozbyć się tego zbrodniarza… – cedził Pompon do słuchawki. – To niezwykle niebezpieczny gatunek…

– Ależ to niemożliwe… mój Sułtan? – biadoliła ciocia.

– Tak jest – potwierdził Pompon. – Pomyłka wykluczona. Mamy go w swojej kartotece. To kot utajony morderca, we śnie uśmierca opiekuna. Ten gatunek łatwo poznać po charakterystycznych znamionach. Czy kot pani ma ciemniejszą pręgę na grzbiecie?

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?