Pompon na wakacjachTekst

Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



JEŚLI CZYTALIŚCIE pierwszą książkę o Pomponie, to już wiecie, że mowa o smoku, który pewnego dnia wyszedł z odpływu umywalki w mieszkaniu państwa Fisiów. Wyskoczył jak korek z butelki szampana, łysy i różowy.

Gdyby umiał mówić, pewnie powiedziałby: „A kuku, mutanci!”.

Ale nic nie powiedział, bo musiało jeszcze minąć trochę czasu, zanim nauczył się mówić… kłamać… a nawet szczekać!

Dziesięcioletnia Malwina Fiś i jej starszy o rok brat Gniewek ukryli smoka w skrzyni na pościel. W miarę jak Pompon rósł i rósł, jego obecność coraz trudniej było utrzymać w tajemnicy. Począt­kowo mały jak mysz, szybko osiągnął rozmiar kota… pudla… SMOKA. Różowa skórka pokryła się zieloną łuską, język niemal sczerniał mu od bezczel­nych łgarstw, a ostre pazury zostawiały ślady na parkiecie.

Rzecz jasna, obecności smoka w domu nie dało się dłużej ukrywać. Sekret się wydał.

Na szczęście rodzice Gniewka i Malwiny bez ceregieli przygarnęli Pompona. I polubili go. Bardzo.

Odtąd smok jest bardzo ważną osobą w rodzinie Fisiów.

Pompon prowadzi blog, który przyniósł mu sławę. Popularność smoka zaskoczyła Fisiów i przewróciła ich życie do góry nogami.

Akcja tej książki rozgrywa się podczas pierwszych letnich wakacji Fisiów ze smokiem. Pompon jest nadal kawalerem – zanim pozna Pepsi Colę, upłynie jeszcze trochę czasu.

Sława

– Ta twoja SŁAWA wychodzi mi bokiem, panie celebryto! – narzekała Mama Fiś. – Na wycieraczce śpi dziennikarz „Pinczerka”, koło śmietnika czają się paparazzi. I nawet gdy idę ze śmieciami, muszę poprawiać makijaż…

– Moja rada: nie poprawiać – mruknął Pompon znad miesięcznika „Twój Kot”. – Niech prawda objawi się w całej swojej brutalnej nagości.


– Czy ty mnie przypadkiem nie obrażasz, smoku? – Mama Fiś zastygła w pół gestu.

– Ja? W żyyyciu!

– Widziałeś? Po wiadomościach leci reklama „beretów z pomponem”. Opatrzona twoim zdjęciem!

– O, przepraszam… – zaprotestował smok. – Z beretami nie mam nic wspólnego. Mój prawnik już ich pozwał za kradzież wizerunku.

– Twój prawnik…?! Do czego to doszło?! Człowiek wpuści do domu smocze niemowlę, a chwilę później zostaje lokajem Jego Celebryckiej Wysokości Pompona, ulubieńca telewidzów i pieszczocha tłumów. – Mama Fiś bezceremonialnie odkurzyła smoka miotełką z piór.

– Aaa psiiik!!! – kichnął Pompon.

Podmuch zniósł Mamę Fiś wraz z miotełką do narożnika pokoju, w sąsiedztwo telewizora, w którym rozpoczynał się właśnie serial dokumentalny: Pompon – ostatni smok.

– Basta! – krzyknęła Mama histerycznie. – Mam dosyć tego cyrku! Jak tak dalej pójdzie, nie zaznamy prywatności do końca życia!

– Ale ja bimbam na sławę! – Smok obłudnie wzruszył zielonymi ramionami i dźwignął Mamę z podłogi. – „Pinczerek” mi wisi.

– Kłamca! Jesteś próżny jak Barbie. A odkąd zacząłeś nosić spodnie, masz więcej ciuchów od niej.

Tata Fiś, zaniepokojony krzykami, wetknął głowę do pokoju.

– Znowu kłótnie? – westchnął.

– Zazdrościcie mi popularności, ot co! – Pompon pokiwał głową pobłażliwie, co tylko rozwścieczyło Mamę.

– Jesteś niegłupim smokiem, a zachowujesz się jak jakiś cholerny celebrycki pustak. Nie pozwolę, żeby ci woda sodowa poszła uszami. – Mama Fiś prokuratorskim palcem wycelowała w telewizor i zwróciła się do męża: – Kochanie, postanowione! – oznajmiła stanowczo. – Ani chwili dłużej z tymi medialnymi sępami. Jedziecie na wakacje. Posiedzicie miesiąc u dziadków, świat zapomni o Pomponie.

– Okej, pryskamy z miasta – zgodził się smok nadspodziewanie łatwo. A szeptem wymamrotał do siebie: – Spokojna głowa, na prowincji też mam swoją publiczność.



Ucieczka z miasta

– Spakowany? – upewnił się Tata Fiś.

– Gdzie twoja torba, łosiu? – zapytała Malwina.

– Bagaż gotów? Zostało niewiele miejsca w bagażniku – przypomniała Mama Fiś.

– Dawaj walizę, za kwadrans odjeżdżamy! – zawołał Gniewek, jedną nogą już za progiem.

Tymczasem Pompon, z głową ukrytą w podróżnej torbie, upychał do niej same NAJPOTRZEBNIEJSZE rzeczy.

Co to za rzeczy?

Hmmm… Zobaczmy:

 plastikowa figurka smoka (z czteropaku pepsi-coli)

 papierowy świński ryjek, w którym Pompon wystąpił (z sukcesem) podczas szkolnego przedstawienia Trzy świnki

 słowniczek polsko-chiński (nigdy nie wiadomo, kogo się spotka podczas spaceru po lesie)

 kąpielówki z wyszytą na pupie kaczuszką

 proca

 paczka gumowych misiów, które – poślinione i wystrzelone z procy – świetnie przyklejają się do ściany

 dwa pudełka żywej (!) karmy dla rybek

 stara wełniana skarpeta w paski – przytulanka Pompona (nie zaśnie bez niej, nie ma mowy)

 małe lusterko (do puszczania zajączków)

 pistolecik na kapiszony

 płyta z bajką O królewiczu Świrze i pryszczatej Królewnie, którą Pompon sam nagrał (z niewielką pomocą kolegów z podwórka).

Czy to wszystko?

Po chwili namysłu Pompon dorzucił do bagażu:

 wuwuzelę

 plakat z Harrym Potterem

 szalik kibica Wisły Kraków

 lep na muchy.

Gotowe!

Teraz można było zatargać torbę do samochodu i umościć się na tylnym siedzeniu, między wędkami Gniewosza a futbolówką Malwiny.

– Spakowałeś szczoteczkę do zębów i tabletki przeciwko chorobie lokomocyjnej? – zapytała Mama Fiś.


– Tak – gładko skłamał Pompon, krzyżując zielone palce.

Zapomniał, rzecz jasna. Ale nie chciało mu się gramolić z auta i wdrapywać na drugie piętro. Miesiąc bez mycia zębów jeszcze nikogo nie zabił. A tabletki – błeee – mają ohydny smak.

Rodzina Fisiów zapakowała się do samochodu i zapięła pasy.

– Weeeź ten ogon… – upomniał smoka Gniewek.

Malwina pociągnęła nosem.

– Co tu tak śmierdzi? – zapytała. A potem zwróciła się do Pompona: – No nieeee! Znowu jadłeś kulki na mole?

– Nie kulki, tylko KULKĘ. Jedną – sprostował smok. – Po naftalinie lepiej sypiam. – Pompon beknął donośnie: hellou!

– Tatoooo! Powiedz mu… – zaprotestowała Malwina.

Ale ojciec właśnie odpalił silnik i ruszył sprzed domu. Przez uchylone okno pomachał na pożegnanie żonie. Gniewek i Malwina przyłączyli się do machania, a Pompon przylepił pyszczek do szyby i posłał Mamie Fiś smoczego całusa.

Nie minęło nawet pół godziny, kiedy Pompon zbladł i zawołał słabym głosem:

– Oj… Mdli mnie! Mdliii!

Tata Fiś zatrzymał samochód z piskiem opon, a smok, przewieszony przez okno, gwałtownie opróżnił żołądek z jajecznicy, szarego mydła i kulki na mole, którą zjadł na śniadanie.

– Pierwszy dzień wymarzonych wakacji – westchnął Tata.

Dom dziadków

Na autostradzie panował tłok – zaczęły się wakacyjne korki. Pompon zasnął tuż za Częstochową. Obudził się dopiero, kiedy samochód Fisiów minął bramę i wjechał na żwirowany podjazd przed domem dziadków.

Babcia Helena i Dziadek Roman wybiegli na ganek. Oboje mieli smugi mąki na nosach, bo wygłupiali się podczas lepienia pierogów.

– Pacnęłam go, bo mnie szczypał – wytłumaczyła się Malwinie Babcia, chichocząc.

– Szczypnąłem Helenkę, bo tak śmiesznie piszczy.

Dziadek uścisnął wnuki i podrzucił do góry Pompona.

– Uwaga! Rzygał całą drogę – ostrzegł Gniewek, a smok posłał mu pełne wyrzutu spojrzenie.

– Burek. Arogant! – prychnął obrażony.


A potem cichcem zawiązał troczki Gniewkowego plecaka na cztery potężne supły. Nieprędko zdoła je rozwiązać.

Goście rozbiegli się po domu.

Malwina pogłaskała wyślizgane poręcze schodów. Czekała na tę chwilę od miesięcy. Uwielbiała dom dziadków Fisiów – różowe pelargonie na ganku, szmaciane dywaniki, długi stół z sosnowych desek polerowany pszczelim woskiem.

Gniewek wodził palcem po grzbietach książek w bibliotece, potem zaś zapadł się w zielony fotel pokryty wyliniałym sztruksem, noszącym ślady smoczych pazurków.

A Pompon pobiegł wprost do zamkniętej na klucz spiżarni. Stojąc pod drzwiami, łowił zapachy kiełbaski i suszonych jabłek, przenikające przez dziurkę od klucza.

– Obiad! – zawołała Babcia i wszys­cy siedli do stołu.

 

Dziadek, przewiązany kraciastym fartuchem, wniósł michę parujących pierogów ze złocistą cebulką.

– Uwaga! Jedzcie powoli. W jednym pierogu ukryliśmy złoty grosz. Kto na niego natrafi – zajmie pokój na poddaszu.

Malutki pokój na strychu zawsze był przedmiotem kłótni między Malwiną a Gniewkiem. Teraz dodatkowo do walki stanął Pompon.

Każdy chciał mieszkać w tym urządzonym jakby dla krasnoludków pomieszczeniu. Przez okrągłe okienko poddasza widać było zdziczały ogród, warzywniak, piaszczystą plażę i rzekę Brudawkę. Pokój mieścił raptem komodę, mały stolik i krzesło, ale łóżko podwieszone było pod stromym dachem niczym koja na jachcie. Można było stąd, nie wstając z łóżka, oglądać nocą gwiazdy albo celować spod sufitu orzechami laskowymi do rozłożonej na podłodze tarczy. Wnuki toczyły wojny o pokój na mansardzie… dopóki dziadkowie nie wpadli na sprytny pomysł z pierogami.

W jadalni panowało skupione milczenie, przerywane tylko – mlask! mlask! – ciamkaniem Pompona. Nigdy jeszcze nie przeżuwano posiłku tak starannie. Rodzeństwo grzecznie poprosiło o dokładkę, ale smok bezceremonialnie przysunął sobie półmisek i zgarnął połowę zawartości na swój talerz.

I nagle… Jeeeest! Ząb smoka trafił na coś twardego.

Tfuuu! – Pompon energicznie wypluł złoty grosz wprost na talerz Taty.

– Wygrałem! Wygrałem! – Smok poderwał się od stołu, pobiegł po swoją torbę i już wlókł ją w pośpie­chu na strych. Po drodze wypadły mu z bagażu papierowy ryjek i pudełko karmy dla rybek. Żywe rosówki wysypały się z pojemnika i wiły żwawo na deskach podłogi.


– Pompon! Wracaj i zabierz DESER na górę! – Babcia wskazała palcem różowe dżdżownice.

– Spoko! Robal nie zając, poczeka! – zawołał Pompon i zadudnił piętami na drewnianych schodach.

Gniewosz i Malwina nie potrafili ukryć rozczarowania. Wyglądało na to, że będą dzielić pokój na piętrze, tuż obok sypialni dziadków. To oznaczało zakaz hałasowania po nocy i ciągłe kłótnie o łazienkę.

Babcia i Dziadek zerknęli na skwaszone miny wnuków i wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

A po obiedzie wysłali Malwinę i Gniewka z bagażami na piętro.

– Jejciuuuu! – dał się słyszeć z góry okrzyk Gniewka.

– Juuuupiiiii! – wiwatowała Malwina.

Tata Fiś uniósł brwi:

– Co tam się dzieje?

Kiedy starsi weszli po schodach, zobaczyli otwarte na oścież drzwi pokoju gościnnego. Malwina i Gniewek skakali po swoich łóżkach, aż jęczały sprężyny.

– Hurraaa!

Pokój podzielony został gipsową ścianą na dwie połowy, a każda pomalowana na inny kolor. Część Malwiny była jasnozielona w białe grochy. Część Gniewka – w kolorze zupy pomidorowej. Na łóżkach leżały pstrokate narzuty – uszyła je Babcia.

W każdym pokoju zainstalowano drążek do podciągania i drewnianą drabinkę do ćwiczeń. Spod pułapu opadała gruba konopna lina z zawiązanym na niej węzłem. Stojąc na węźle i obejmując kolanami linę, można było huśtać się jak Tarzan – ziuuuu!

Zupełnie zwyczajny pokój zamienił się w dwie osobne sypialnie.

– Dzięki! Dzięki! Dzięki! – Malwina zawisła Babci na szyi.

– Niech mnie zaraz METEORYT trafi, jeśli to nie jest najfajniejszy pokój na świecie! – wrzasnął Gniewek.

I nagle…

Łuuuup! Dudummmm! – rozległ się straszny huk.

Wszyscy zamarli. Tata Fiś chwycił się za serce.

Tym razem to nie był meteoryt.

To tylko Pompon piętro wyżej zeskoczył z łóżka pod sufitem. Tak mu było pilno sprawdzić, co to za hałasy na dole.


Smutek celebryty

Pogoda dopisywała, ale Pompon całe dnie spędzał w pokoju na poddaszu z nosem w laptopie. Rano, po śniadaniu, biegł do kiosku i kupował wszystkie kolorowe, plotkarskie gazety. Potem studiował je uważnie aż do obiadu. A przy stole lamentował i biadolił:

– To oburzające! Ani słowa o mnie na „Pinczerku”! W „Gorących Plotkach” jedna malutka wzmianka, raptem trzy linijki. Telefon nie dzwoni. Nikt nie prosi o wywiad, nikt mnie nie kocha…

– My cię kochamy, Pomponie – zaprotestowała Malwina.

– Ale kochamy nie dość hałaśliwie, zapewne – dodał Tata Fiś z przekąsem.

– No cóż… My, smoki, lubimy być adorowane. A tu, na wsi, podziwia mnie raptem owczarek Reks, aptekarz z rodziną i pani listonoszka. Sami rozumiecie, że to bolesna odmiana.

– Skromny jak zawsze – wymamrotał Gniewek znad talerza z makaronem.

Tata Fiś nałożył smokowi dokładkę i perswadował:

– Uszy do góry, Pompon. Na plaster ci te durne gazetki? Doktor Rąbek zagroził natrętnym dziennikarzom „Gorącego Jęzorka”, że poszczuje ich waranem, jak się nie odczepią. Odetchnął z ulgą, od kiedy przestali go nachodzić.


– Na szczęście znaleźli sobie nową sensację – dodała Babcia Fiś. – Trojaczki kangura we wrocławskim zoo. To przypadek niezwykle rzadki.

– Phi! Kangury… wielkie mi co! – prychnął Pompon i markotnie pogrzebał w piramidce klusek. – Do kitu z takimi wakacjami! Za całe towarzystwo mam kury sąsiada. A z kurą, wiadomo, nie pogadasz…

– A MY to pies? – zapytał Gniewek, dotknięty do żywego.

Ale Pompon nie słuchał, wolał użalać się nad sobą.

– …I pomyśleć, że mogłem jechać na Seszele, występować w reklamie tabletek na wzdęcia.

– Tere-fere. Nie wzięli cię, bo robiłeś fochy – przypomniała bezlitośnie Malwina.

– Jakie fochy? Jakie fochy?… Poprosiłem tylko grzecznie o limuzynę z kierowcą.

– No, to teraz mogę cię podrzucić taczką do spożywczaka – skwitowała Malwina jadowicie.

W odpowiedzi Pompon zrobił tak płaczliwą minę, że Babcia Fiś natychmiast pospieszyła z pomocą:

– To może zagramy po obiedzie w pokera? – zapytała.

– Dobra! Ale na kasę – ożywił się Pompon. – Albo korniszony!


– Przecież ty nie masz pieniędzy. Ani korniszonów.

– Nie szkodzi – smok wzruszył ramionami. – Ja NIE ZAMIERZAM przegrywać.


Płot

Dziadek Fiś wetknął głowę w drzwi Pomponowego pokoiku na poddaszu.

– Idę malować parkan – powiedział. – Pomożesz?

– Malowanie płotu! – prychnął smok. – I to mają być te kapitalne wakacyjne atrakcje?

A jednak godzinę później smok, znudzony i ponury, pomaszerował na kraniec podwórka, gdzie Dzia­dek Fiś bielił wysoki parkan z desek. Zaledwie kawałek został pomalowany, pozostało jeszcze kilkanaście metrów połaci szorstkich desek.

Pompon nie kwapił się do pomocy, ale zanurzył łapkę w wiadrze z farbą i tu i ówdzie „ostemplował” parkan odciskiem smoczych pazurków.

– Śmiało! – zachęcił go Dziadek Fiś. – Możesz mazać, ile zechcesz, zanim wszystko zamaluję na biało.

Rozochocony smok przybił kolejne „łapki” – plask! plask! – a potem sięgnął po pędzel i zanurzył go w farbie.

„Koty są zakałą luckości” – nagryzmolił wielkimi kulfonami.

– „Ludzkości” pisze się przez „dz” – poprawił Dziadek Fiś. A potem dodał: – Masz szczęście, że Imbirek nie umie czytać. Miałbyś bęcki u wszystkich kotów w mieście.

„Koty czeszą się wykałaczką” – Pompon bazgrolił coraz śmielej.

„Koty usuwają zbędne owłosienie kosiarką do ­trawy”.


„Koty uczą się angielskiego z instrukcji obsługi miksera”.

„Koty noszą skarpety do sandałów”.

Wolne miejsce na parkanie się skończyło. Pompon popatrzył z dumą na swoje dzieło. Pobielił kawał płotu. Dziadkowi niewiele zostało roboty. Tylko na samym skraju widniał mały skrawek wolnej przestrzeni.

I tam smok dopisał: „POMPON MISZCZ!”.

Lot

Rodzina oczekiwała na przyjazd Mamy Fiś. Sprawy służbowe zatrzymały ją w mieście, ale już po wszystkim – dołączy do rodziny popołudniowym pociągiem.

Tata Fiś wybierał się na dworzec. Od rana uwijał się jak w ukropie – pościelił łóżko i upchnął rozrzucone ubrania do szafy. Śmieci starannie zamiótł pod dywan. Wyjął nawet żelazko i zamierzał odprasować niebieską koszulę.

– Ruszcie się! – huknął na Gniewosza i Malwinę. – Co tu robi piłka do drewna? I klej stolarski?

– To nie my… – zaprotestowało rodzeństwo. – To Pompon. Buduje latawiec.


– W przedpokoju? Niech zabiera stąd to badziewie. Galopem. Wiecie, że z mamą nie ma żartów.

– Ojejku… Nic nie rozumiesz, tato – westchnęła Malwina. – Ten latawiec to PREZENT POWITALNY dla mamy. Konstrukcja gotowa. Brakuje tylko płachty i ogona. Pompon pobiegł do babci wysępić kolorowe gałganki.

– Hmmm… Skoro tak… – Tata z niedowierzaniem popatrzył na stertę patyków, tu i ówdzie niedbale sklejonych plastrem. Odsunął nogą latawiec i zabrał się do sprzątania łazienki.

Gniewosz i Malwina też nie próżnowali. Trzeba było odkleić gumę do żucia z pianina. I odkurzyć dywaniki w sypialni – po ostatniej bitwie na poduszki wszędzie fruwało pierze. W domu unosił się zapach ciasta. To Babcia upiekła drożdżowe bułeczki z konfiturą różaną – przysmak Mamy. Dziadek Fiś krążył pod drzwiami kuchni. Chciałby zwędzić jedną, ale Babcia fuknęła gniewnie:

– Nawet o tym nie myśl, ciastkożerco! Po obiedzie, nie wcześniej.


***

Godzinę później Tata Fiś wskoczył do samochodu. Nadal miał na sobie podkoszulkę ze Świnką Peppą – tę samą, w której sprzątał łazienkę. Z przodu zdobił ją kleks z ketchupu. No cóż… poszukiwania niebieskiej koszuli nie dały rezultatu. Zniknęła.

– Dzieci! – zawołał. – Wsiadajcie, bo się spóźnimy!

– Pompon nie jedzie – oznajmił Gniewek, pakując się do auta i zatrzaskując drzwi z rozmachem.


– Szykuje niespodziankę – dorzuciła Malwina z tylnego siedzenia.

Tata odrobinę zmarszczył czoło, ale czas naglił – trzeba było jechać na dworzec.

Tymczasem Pompon – szur, szur – przemykał korytarzem na palcach, dźwigając nad głową latawiec. Kolorowy ogon ze szmatek wlókł się za nim i znikał, het, za drzwiami. Pompon dużym łukiem ominął werandę, na której siedział Dziadek Fiś. Nie trzeba mu było dobrych rad.

Za progiem domu smok przyspieszył. Podmuch wiatru uniósł latawiec w górę i Pompon z całej siły zacisnął łapki na drewnianych drążkach, żeby utrzymać go na wodzy.

– Stój! Ssstój, cholero! – syknął, mocując się z płócienną płachtą, furkoczącą nad głową.

Wiatr raz po raz dźwigał konstrukcję z patyków i odrywał smoka od ziemi. Pompon kicał jak zając. Długimi susami dopadł narożnika domu. Tu już nie wiało. Oklapły latawiec ostatnim zrywem cisnął smoka w krzaki malin.

Łubuduu!

Cud, że hałas nie obudził drzemiącego na werandzie Dziadka.

– Auć! Auć! – Pompon wygramolił się z chaszczy i pomasował zieloną pupę. Szarpnął sznurek latawca. Ale długi ogon zaplątał się w malinach i nie puszczał. – A niech to kocia wysypka… – mamrotał pod nosem obolały smok.

Przygniótł skrzydło latawca do ziemi i obciążył je starym wiadrem. Potem wyplątał kolorowe kokardy ogona z kolczastych krzaków.


Uff! Udało się. Teraz pozostało tylko przystawić drabinę do krawędzi dachu i wdrapać się zwinnie jak wiewiórka…

***

Kiedy chwilę później samochód rodziny Fisiów podjechał pod ganek, dziadkowie wybiegli z domu na powitanie. Ale Mama Fiś nie uśmiechnęła się szeroko i nie otworzyła ramion. Stała jak wmurowana przy samochodzie. Obok niej Tata Fiś, Malwina i Gniewek. Wszyscy czworo patrzyli w osłupieniu w górę, ponad głowami dziadków, wprost na dach.

 

– Juuuupiii! Niespodziaaanka! – ich uszu dobiegł przenikliwy okrzyk.

Dziadkowie odwrócili się, podążając za głosem.

Wysoko nad nimi, pupą w rynnie, siedział Pompon. Zielone nogi zwiesił poza krawędź dachu i machał nimi wesoło. Na nosie miał gogle narciarskie, a na głowie włóczkową pilotkę.

– Łelkom! Bięweni! – wrzasnął smok w obcych językach. – Stęskniłem się! – zakręcił młynka ogonem na wiwat. W pasie przewiązany był pomarańczową taśmą. Koniec taśmy znikał pod płachtą latawca, który leżał na dachu obok Pompona.

Smok chwycił łapkami krawędź rynny i dźwignął się chybotliwie na równe nogi.

– A teraz… – oznajmił. – Tadaaaam! Honorowa rundka na cześć mamuśki!

– Nieee! – krzyknęła Mama Fiś.

– Nieee! – zawtórowali jej Gniewek i Malwina.

Ale było już za późno. Pompon właśnie uniósł latawiec. Kierując go dziobem w stronę kurnika, czekał na podmuch.

I podmuch nadszedł!


Gwałtowne uderzenie wiatru – fruuu! – poderwało latawiec w górę. Niebieskie płótno wydęło się jak żagiel i dźwignęło Pompona, podwieszonego na pomarańczowej taśmie (w której Dziadek Fiś rozpoznał właśnie swój pasek od szlafroka). Długi ogon ze sznurka, ozdobiony kolorowymi kokardami, załopotał.

Latawiec jak pershing przeciął powietrze z gwizdem i uniósł Pompona ponad dom i dalej, nad korony drzew w zarośniętym ogrodzie dziadków. Tam zatoczył koło i zawrócił.

– Od dziś mówcie mi: Gagarin! – wrzasnął smok i przeleciał ze świstem nad kurnikiem.

– A kto to Gagarin? – zapytał Gniewek, nie odrywając wzroku od smoka.

– Pierwszy kosmonauta, młotku – fuknęła siostra.

– I co się z nim stało?

– Eeeee… Zginął w katastrofie lotniczej. – Malwina ze zmarszczonym czołem niespokojnie śledziła lot Pompona.

Tymczasem smok efektownie wirował nad ogrodem. O włos minął szopę z narzędziami i – ziuuu! – przefrunął nad głowami Fisiów.

– Z drogi, śledzie, Gagarin jeeedzie! – smok zanosił się od śmiechu.

Dziadek uchylił się gwałtownie, jego okulary pofrunęły w pokrzywy, a kolorowy ogon latawca omiótł mu wąsy.

Jedna urwana kokarda opadła na zagon tru­skawek.

Dziadek podniósł szmatkę i rozprostował. Z uwagą przyjrzał się tkaninie w żółte groszki.

– Wygląda zupełnie jak mój krawat… Ten, który dostałem od Zuzy pod choinkę – wymamrotał.

– Obawiam się, że to JEST twój krawat. I pasuje w sam raz do mojej koszuli. – Tata Fiś oskarżycielskim palcem wskazał Pompona i jego amatorską lotnię.

Teraz widać było wyraźnie, że wydęta od wiatru płachta latawca to nic innego, jak ulubiona niebieska koszula Taty. Rozpięta na konstrukcji z patyków i starannie pozapinana na guziczki właśnie unosiła smoka w kierunku…

– O nie! – krzyknęła Babcia. – Tylko nie SZKLARNIA!!!

Trach! – pierwsza szyba poszła, uderzona piętami Pompona.

Trach! Trach! – pękły następne.

Smok w panice podkurczył nogi, ale latawiec obniżał lot i… – trach! – kolejna stłuczona szyba, jak szkla­ny deszcz, opadła na babcine sadzonki pomidorów.

Płótno latawca naprężyło się. Pac! Pac! – drobne guziczki koszuli prysnęły niczym pociski na wszystkie strony. Latawiec, jak przekłuty balon, zwinął się i zwiotczał. Kolorowy ogon z gałganków zahaczył o gałąź jabłonki i gwałtownie wyhamował.

Plask! – Pompon wpadł w pryzmę kurzego nawozu, tuż za szklarnią. Ugrzązł w nim po pas, po czym tryumfalnie wyrzucił obie zielone pięści w górę.

– Jeeeest! – wrzasnął. – Mistrzowskie lądowanie!


Cała rodzina Fisiów już biegła w jego stronę.

– Spokojnie! Nie pchajcie się. Wszyscy zdążą z gratulacjami. – Pompon próbował wyrwać nogę z grząskiego nawozu.

Gniewek dobiegł pierwszy, ale zatrzymał się w pół kroku i ostentacyjnie zatkał nos.

– Błeeee… Ale śmierdzi! – skrzywił się straszliwie.

Nic jednak nie powstrzymało Babci Fiś, która z impetem chwyciła Pompona za grzbiet i jednym ruchem wyrwała go ze sterty nawozu. Potrząsnęła smokiem jak kukiełką, a złość sprawiła, że buraczkowe rumieńce zabarwiły twarz Heleny.

– Moje warzywa! Moje pierwsze pomidorki! – wycedziła przez zęby. – Uuuuch! No, Gagarin, uważaj… masz przechlapane!

– Prze-chla-pa-ne?! Takie słowo w ustach STARUSZKI!? – zaprotestował zgorszony Pompon, po czym wziął nogi za pas, bo na dźwięk słowa „staruszka” Babcia niemal eksplodowała i puściła się w pogoń za smokiem z prędkością światła.

– A kuku! Pudło! – dobiegły z wnętrza domu okrzyki Pompona, kiedy Babcia (niecelnie) cisnęła w smoka drożdżową bułeczką.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?