Matka siedzi z tyłu. Opowieści z d**y wzięteTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Matka siedzi z tyłu. Opowieści z d**y wzięte
Matka siedzi z tyłu. Opowieści z d**y wzięte
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Matka siedzi z tyłu. Opowieści z d**y wzięte
Matka siedzi z tyłu. Opowieści z d**y wzięte
Audiobook
Czyta Ilona Chojnowska
36,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Pudrowanie rzeczywistości

– Widziałaś, jak mało życzeń dostałam na Facebooku? – żaliła mi się zmartwiona Baśka tuż po swoich pięćdziesiątych drugich urodzinach.

Niespecjalnie ostatnio miałam czas na cokolwiek, bo praca i domowy kierat pochłonęły mnie jak mokradło ciekawskiego wędrowca.

– A ty już menopauzę przechodzisz, że przejmujesz się takimi rzeczami? – zapytałam, bo zazwyczaj miała to gdzieś.

Baśka to bezdzietna singielka po pięćdziesiątce i jej stosunek do życia jest raczej niezobowiązujący. Ja też tak kiedyś miałam – że mogę robić, co chcę i kiedy chcę. A teraz po minucie w toalecie dostaję pytanie: „Mamo, co robisz?”. „Obiad gotuję na kiblu” – ciśnie mi się na usta.

Dziwne czasy nastały, żeby liczba życzeń na twarzoksiążce była wyznacznikiem sympatii. Co najmniej połowa znajomych u każdego to tak zwani znajomi z dupy – ich nazwiska dzwonią w którymś kościele, ale nie wiadomo w którym.

– A pamiętasz moją pięćdziesiątkę? Ale było bosko, nie? – rozmarzyła się Baśka, uderzając dalej w tę samą nutę.

Trzeba przyznać, że jej urodziny były imponujące. Zaprosiła chyba pół stolicy oraz, sądząc po językach obcych, wszystkich swoich przydupasów z każdego kraju na świecie. Baśka potrafi spakować się rano, a po południu już jest w drugiej części globu. Jedni z podróży przywożą magnesy na lodówkę, a ona nowe męskie znajomości.

Tamte urodziny odbyły się w plenerze nad jeziorem, w blasku niezliczonych świec. Baśka wymyśliła sobie, że wszyscy mają być cali na biało. Pamiętam kiedyś taką imprezę, na którą szłyśmy z moją przyjaciółką Mańką. Nie miałyśmy wtedy żadnego balastu w postaci dzieci ani mężów. Przed wyjściem zrobiłyśmy sobie biforek. I tak się udał, że gdy tylko weszłam do lokalu, to niczym gwiazda rocka spadająca w tłum pierdolnęłam jak długa na ziemię, bo publiczność się rozeszła. Cóż, jaka gwiazda, taka publika. I wtedy zdecydowanie to było moje wejście na biało.

– Jak zajrzałam na fejsa, to przypomniała mi się ta impreza – kontynuowała Baśka. – O, zobacz, Krzysiek Janczewski. Jaki piękny na tym zdjęciu, patrz, w tle jakieś ekskluzywne auto. I co on tam napisał? Że szlachta nie pracuje, tylko się dobrze bawi.

Krzyśka znam dobrze i rzeczywiście chłop był w tej kwestii szczery. Wprawdzie ze szlachtą ma tyle wspólnego, co ja z dojeniem krów, ale to, że się dobrze bawi, jest świętą prawdą. Większego obiboka od niego nie znam. Gdy tylko zaczyna nową pracę, to w kieszeni ma już zwolnienie lekarskie. Zbiera ich tyle, że lekarze muszą wymyślać dla niego nowe jednostki chorobowe. Ostatnio z jego szlacheckimi korzeniami zatrudnili go w myjni samochodowej. I tak rozwiązała się zagadka superfury na zdjęciu.

– A spójrz na Justynę Drzycińską. Pamiętasz ją? Pracowała z nami przy filmie – ciągnęła dalej Baśka.

Patrzyłam, patrzyłam i nic. Po czterdziestce musiałam już odsuwać książkę lub laptop od oczu, żeby wyraźnie widzieć. Nazywa się to syndrom zbyt krótkich rąk. Myślałam, że to jest powód, dla którego nie mogę jej poznać na fotografii.

– Ale to nie ona. To chyba fotka jej siostry – powiedziałam. – Widziałam Justynę ostatnio na żywo i wyglądała zupełnie inaczej.

– Coś ty. Ona wzięła udział w kursie, jak zrobić selfie i nie dać się poznać – dworowała sobie Baśka.

Wciągnęła mnie ta zabawa, więc również postanowiłam prześledzić naszych wspólnych znajomych.

– O, patrz, Natalia Puławska. Status związku: to skomplikowane – przeczytałam. Mimo że jestem mężatką, co czwarty dzień też mogłabym napisać, że to skomplikowane. No bo ile razy można prosić, żeby pozbierał swoje rzeczy porozwalane po całym domu?

– Dobra jest – skwitowała moja przyjaciółka. – Pukała przez pół roku sąsiada albo on ją, aż dowiedział się o tym jej mąż. Rzeczywiście, to może być skomplikowane, jak się nie wie, na którego konia postawić. Jej pierwsze małżeństwo trwało krócej niż moje wakacje. Jeśli chodzi o to, długi dystans nie jest dla niej. O, zobacz tutaj, Julia Pramska. Sezon uważa za otwarty – czytała dalej Baśka.

– Co ona, w Mielnie rybitwy uczy latać, że sezon otwiera?

Wszyscy otwierają jakieś sezony – na leżące na talerzu kalmary, na barchanowe gacie, na chodzenie w mokasynach albo bez, na działking, plażing, smażing. Koniecznie przy tym trzeba obfotografować stopy wędrujące po całej kuli ziemskiej. Tu prym wiodą panie, wyciągając swoje giczały gdziekolwiek, jakby chciały udowodnić, że mają po pięć palców u każdej stopy. Żeby kompozycja była udana, kończyny muszą znajdować się na tle hotelowego basenu. Ponoć w Meksyku i na Zanzibarze pojawiły się tabliczki „Don’t take photo of your feet, bitch!”.

– Posłuchaj tego: Wojciech Wierzecki, sobotnie bieganko, pływanko i jedzonko – przeczytałam, świetnie się bawiąc. Do podpisu było dołączonych kilka zdjęć, które potwierdzały wykonane czynności.

– Weź mu odpisz, że jutro będzie niedzielne dymanko, jak się dobrze postara – drwiła Baśka. Być może zdrobnienia dodawały rangi owym zajęciom.

Gdy przewijałyśmy dalej, naszym oczom ukazały się bąbelki. To był istny zalew, a nawet ocean. Gdzie tam – tsunami słodyczy. Na Facebooku wszystko jest możliwe. Dwulatek w eleganckim stroju je kaszkę z sokiem malinowym i ani kropelka mu nie spadła. Magia, kurwa. Ja nie mogę przejść z salonu do sypialni, żeby się czymś nie pobrudzić.

Latorośle pokazywano w ich pięknych dziecięcych pokojach, superwózkach, na stojąco, na leżąco, a były nawet takie, co lewitowały. Wszystkie grzeczne i najpiękniejsze. Nie ma takiej skali, która zmierzyłaby ich boskość. Wszystkie posiadają supermoce – czytają wspak, piszą, recytują po łacinie. Nie wiem jak inni, ale ja takich bąbelków nie znam. Może muszę towarzystwo i własne dzieci zmienić.

Gdy przeglądałam dalej stronę główną, rzuciła mi się w oczy koleżanka z podstawówki. Publikowała na twarzoksiążce wszystko, co tylko istnieje. Każde zdjęcie było misternie przemyślane i średnio potrzebowała trzy miesiące na jego przygotowanie. Ja przez ten czas po urodzeniu dziecka zdążyłam się dowiedzieć, że umiem spać na stojąco.

Koleżanka umieściła na fejsie fotografię śniadania. Na pięknej koronce z Koniakowa stał rzeźbiony talerz. Obok sztućce nabyte na ostatniej aukcji. Na talerzu znajdował się omlet. Wyglądał tak, że Gesslerowa mogłaby się od niej uczyć. W miseczce obok leżały poukładane owoce. Połowy z nich nie znałam. I nad tą całą kompozycją chyliły się pod kątem trzydziestu stopni tulipany. Do zdjęcia był załączony komentarz ze smutną buźką i opisem: „Dzisiaj niestety mi nie wyszło”.

Kurwa, ona nie wie, co to znaczy, jak człowiekowi nie wyjdzie. Gdy wchodziłam w świat sztuki kulinarnej, to podałam gościom tatar z kurczaka. Chciałam się również pochwalić latem zupą owocową. Jakież było zdziwienie wszystkich, gdy się dowiedzieli, że upichciłam ją na rosole, bo to przecież podstawa każdej zupy. I to właśnie znaczy, że człowiekowi nie wyszło, a nie ta cholerna główka tulipana, która o cztery stopnie za krzywo wkomponowała się w kadr. Oczywiście mnie też w życiu wiele rzeczy wyszło, na przykład włosy z głowy. Wyszłam też parę razy z siebie. To umiejętność każdej matki.

Jeszcze chwilę popodglądałyśmy innych. Pomyślałam, że nie chcę być gorsza i też coś otworzę. Otwieram zatem sezon na wyszłości i niewyszłości, czarny humor, cięte riposty i absurdy życia.

Ułańska fantazja

Swoje najbliższe przyjaciółki poznałam w różnych okolicznościach. Mańka, odkąd biegałyśmy w pieluchach, jest niczym moja bliźniaczka genetyczna. Poznałyśmy się, gdy butem marki Relaks popsułam jej bałwanka. Nie ma miesiąca, żeby mi tego, lafirynda, nie wypomniała. Z Baśką znamy się z pracy, też od wielu lat. Jest szaloną scenografką i ekscentryczną babką po pięćdziesiątce. Lucy poznałam, gdy nasze córki chodziły do przedszkola, i najpierw połączyły nas wspólne jasełka, potem zebrania w szkole, aż w końcu picie wina.

Wszystkie razem często spotykałyśmy się na różnych imprezach – nie tylko tych alkoholowych. I tak właśnie powstała grupa wzajemnej nieadoracji. Bo kto inny powie ci prosto w twarz, że przytyłaś pięć kilo. Albo gdy jakiś absztyfikant na Tinderze pokazuje penisa, to przyjaciółka uświadomi, że nie robi tego po to, żeby zapytać o stan zdrowia członka, tylko po prostu jest napalony.

Nasze spotkania nazwałyśmy dzidowiskiem. Na pierwszy rzut oka widać, że nazwa nawiązuje do głębi intelektualnej, żywości umysłu oraz polotu ich uczestniczek. Jaka nazwa, taki charakter spotkań. Chodzi nam o to, żeby poluzować napięte do granic możliwości gumki i po prostu pobyć ze sobą.

Na te okazje nigdy nie ma żadnego specjalnego dress code’u, to znaczy jest, ale tylko dres. Obowiązuje zasada: im brzydziej, tym lepiej. Oczywiście nie dotyczy to Lucy, bo ta, nawet siedząc z nami w domu, musi wyglądać co najmniej ładnie. Przychodząc odjebana jak szczur na otwarcie kanału, zazwyczaj mówi:

– To najgorsze, co znalazłam w szafie.

Niejedna marzyłaby o takich „najgorszych ciuchach” w garderobie.

Pewnej soboty spotkałyśmy się u Mańki. Byłam ja i Baśka. Lucy niestety tym razem nie mogła przyjść, bo stary szedł na jakąś służbową kolację i to jej przypadł w udziale wieczór z bąbelkiem. Jak wiadomo, że koleżanki będą się delektować dobrym winem, to wtedy boli podwójnie.

 

Rozsiadłyśmy się wygodnie na kanapie u Mańki. Na stole stały pyszne przekąski, czipsy, popcorn i wszystko to, na co nie powinno się nawet patrzeć. Wszystkie rzeczy kaloryczne i niezdrowe, aż miałam ochotę się nimi ponacierać w ramach oswojenia wroga. Ale nie to było tematem naszych rozważań. Baśka włączyła przyjemną muzykę i oddała się nastrojowi.

– Oj, dziewczyny, chyba bym już chciała się ustatkować – rozmarzyła się.

– Ty? Przecież jesteś wolnym ptakiem. Nie lubisz rodzinnego kieratu – powiedziałam.

– No ale wiesz, dzieci to jednak dzieci, będzie miał kto ci podać szklankę wody na starość – ciągnęła.

– Baśka, dla tej szklanki wody tyle stresu przez całe życie? Daj spokój – poradziła Mańka i dodała ironicznie: – Ja na przykład próbowałam oddać swoje drugie dziecko, gdy codziennie budziło się o czwartej rano, ale okazało się, że akt urodzenia to nie paragon, i nie chcieli mi go przyjąć w urzędzie stanu cywilnego.

– Dobra, Baśka, ja ci podam tę szklankę wody na starość, nawet dwie, ale przestańmy rozmawiać o dzieciach. Włączmy sobie jakąś zajebistą komedię – zaproponowałam.

Pomysł się spodobał i opatulone w koce, sącząc kieliszek za kieliszkiem, oglądałyśmy film. Wino było chyba z Wielkiej Brytanii, bo ulatniało się po angielsku. Nikt nic nie widział, a zawartość butelek znikała jak kamfora. Po skończonej projekcji byłyśmy już w świetnych nastrojach. Okazało się, że wypiłyśmy wszystko do dna. Padła propozycja, żeby zamówić kolejną porcję przez internet. I wtedy Mańka się ożywiła.

– Ja nam tu zaraz zamówię coś dobrego – powiedziała, już mocno rzężąc.

Baśce włączył się po pijaku tak zwany syndrom kuriera i zaczęła wysyłać esemesy. Wiadomo, że nie ma nic gorszego, jak zobaczyć rano wiadomość wysłaną do swojego dentysty, że na ostatniej wizycie idealnie szpachlował dziurkę.

Wino coś długo nie dojeżdżało, więc doszłyśmy do wniosku, a raczej ja ponagliłam Baśkę, że czas się zbierać. Zamówiłam taksówkę, zgarnęłam przyjaciółkę i pojechałyśmy do domu.

Następnego dnia obudził mnie tupot białych mew, no ale matka nie wielbłąd – pić też czasem musi.

Zaczął się kolejny tydzień normalnego życia i wszystkie wróciłyśmy do swoich obowiązków, gdy pewnego dnia zadzwoniła do mnie Lucy. Był to bardzo dziwny telefon. W słuchawce słyszałam jakieś krzyki, ale ona się nie odzywała. Pewnie trzymała telefon w kieszeni spodni i jej tyłek bezwiednie chciał się ze mną skontaktować. Oddzwoniłam, lecz nie odebrała. Po pewnym czasie znów usłyszałam dzwonek telefonu.

– Asia! – powiedziała Lucy dość oschłym tonem. Pewnie nadal była zazdrosna, że tak dobrze bawiłyśmy się z dziewczynami. W tle słyszałam coś jakby mewy.

– No cześć, Lucy, co tam? Co to za dziwne krzyki? Aż tak cię twój osobisty trener sponiewierał? – powitałam ją radośnie. Lucy ćwiczyła w każdej wolnej chwili.

– W dupie jestem, i to czarnej, a nie na treningu! Masz pięć minut, żeby zjawić się pod moim blokiem – rozkazała.

Hm, nadal nie wiedziałam, czym sobie zasłużyłam, żeby się w tej dupie z nią meblować.

– Ale coś się stało? – zapytałam.

– Proszę pana, proszę postawić je na razie tutaj – usłyszałam w słuchawce zdenerwowaną Lucy, ale to chyba nie było do mnie.

– Halo, Lucy? Jesteś tam? Mogę ci jakoś pomóc? – dopytywałam, nadal słysząc dziwne piszczenie. Po chwili szamotaniny usłyszałam przyjaciółkę ponownie.

– Czy możesz mi jakoś pomóc?! Tak! Uprzejmie zapierdalaj tutaj i łap biegające przed moim blokiem lamy! – wykrzyczała do słuchawki, a ona rzadko posługuje się wrzaskiem oraz wulgaryzmami.

Jakie lamy? O czym ona mówi? Jakaś nowa moda w warszawskim Wilanowie? Nigdy nie wiadomo, co ci dorobkiewicze wymyślą. Kiedyś zimą jeden as rozbijał się po ulicach cabrio.

Wsiadłam szybko do samochodu i podjechałam kawałek, który nas dzielił.

Zatrzymałam się i ujrzałam pod blokiem istny cyrk. Wśród ciekawskich gapiów stały dwie dorodne lamy, wydając dziwne odgłosy i plując na siebie. Chyba właśnie znalazłam prototypy swoich dzieci. Gdy Lucy mnie zobaczyła, podbiegła z szybkością błyskawicy. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby tak szybko się ruszała. Ona raczej z tych, co działają w slow motion.

– Po chuj mi te lamy, co ja mam z nimi zrobić? – zapytała, a ja nadal czułam się zagubiona.

– Nie wiem po co, chciałaś psa, zmieniłaś zdanie? – zapytałam, pragnąć rozluźnić atmosferę.

– Przestań palić głupa. Tu mam list przewozowy, patrz, jest na nim twoje imię i nazwisko oraz numer telefonu. A może te parzystokopytne same znały mój adres i po prostu przyszły mnie odwiedzić? – drwiła.

W tej chwili stanęła mi przed oczami rozbawiona twarz Mańki zamawiającej przez internet wino. Przeprosiłam na chwilę Lucy i poszłam zadzwonić.

– Mańka, kurwa – zaczęłam z grubej rury.

– Wr, wr, wr, lubię, jak mnie tak wyzywasz – odpowiedziała zalotnie.

– Mańka, skup się. Co ty zamówiłaś w internecie na naszym sobotnim dzidowisku? – zapytałam powoli, żeby zrozumiała.

– Nie pamiętam za bardzo. Wiesz, lekko mnie ścięło – powiedziała zgodnie z prawdą.

– A możesz to jakoś sprawdzić w historii? To pilne – dodałam, patrząc na tłum ludzi, plujące ssaki oraz świdrującą mnie wzrokiem Lucy.

– Czekaj, co ja tu mam... Zestaw sado-maso, jak obciąć włosy na jajach. Asia, co myśmy robiły w sobotę? – zatrwożyła się.

Jak to mówią, relaksowałyśmy się.

– No i dalej mam lamy – powiedziała i w słuchawce zapadła wymowna cisza.

– No właśnie, stara, lamy, takie zwierzęta. I wiesz, gdzie one się aktualnie znajdują? Popierdalają po Wilanowie pod blokiem Lucy.

– O kurwa – powiedziała Mańka, bo już jej się wszystko złożyło do kupy.

– Zadzwoń teraz do niej i wytłumacz, że wygrałaś konkurs na najbardziej tępą dzidę i po pijaku zamówiłaś jej trochę większe psy. Tylko dlaczego tam był mój numer telefonu? – zapytałam.

– A czy ja cię pytałam, dlaczego kiedyś po pijaku napisałaś do Kuby Wojewódzkiego, że go kochasz i chcesz, żeby został twoim mężem? – wypomniała mi.

No tak, na takie pytania nigdy nie ma odpowiedzi. Swoją drogą, mógł z grzeczności odpisać.

– Idę to odkręcać. Odezwę się potem – rzuciłam.

Poszłam z Lucy negocjować z panem, aby zabrał z powrotem zwierzęta, oraz przekonać go, że mieszkanie nie jest najlepszym miejscem do ich chowu. Mańka zadzwoniła do Lucy i wytłumaczyła się ze swojego głupiego pomysłu. Tłum się rozszedł, a lamy i ja wróciłyśmy do domu, tylko że innym transportem.

Gdy dzień wydawał się już kończyć, dostałam esemesa od Mańki: „Jestem najgorsza. Po dalszym dochodzeniu okazało się, że za te sierściuchy zapłaciłam z konta klasowego”.

I wtedy sobie uświadomiłam, że skarbnikami powinni zostawać tylko ci, którzy mają nieposzlakowaną opinię i zaświadczenie od lekarza o poczytalności.

Dobry uczynek

– Asiunia? – Widzę na ekranie telefonu tekst od Mańki.

– Maniunia? – odpowiadam.

Mamy we dwie taką tradycję, że gdy piszemy do siebie, zawsze zmiękczamy swoje imiona. I to w zasadzie jedyne uprzejmości w naszym wieloletnim związku. Jednak rysa na sercu po tym, jak zakończyłam życie jej bałwanka nadepnięciem na niego, była zbyt duża.

– Czekamy na was. Dawajcie szybko – przypomniała Mańka.

Byłyśmy dzisiaj umówione z dzieciakami na wyjście do parku trampolin. Jednocześnie tak się złożyło, że do przyjaciółki przyjechała na parę dni była teściowa. Było to o tyle skomplikowane, że Mańka nie żyje z ojcem biologicznym swoich dzieci. Uważa jednak, że nie zwalnia jej to z utrzymywania relacji z babcią swoich dzieci. Mam do niej za to wielki szacunek i podziw.

Zebraliśmy się wyjątkowo szybko, bo dzieci nie mogły się doczekać skakania. Po przyjeździe pod blok Mańki głęboko we mnie zakorzeniona kultura osobista nakazywała mi iść i przywitać się z gościem, zwłaszcza że się znamy. Gdy weszłam do środka z dziećmi, wraz z nami wdarł się również chaos i krzyk. Ci ostatni zawsze tak wpadali nieproszeni. Już przestałam się łudzić, że kiedykolwiek będziemy tylko we trójkę.

– Dzień dobry, pani Joasiu, może herbatkę? – zaproponowała starsza pani.

Widząc głupie miny Mańki, odparłam zgodnie z prawdą, że spieszymy się na trampoliny, bo dzieciaki już się nie mogą doczekać. Jak na złość, przyległości z obu rodzin świetnie się bawiły, biegając po całym domu. Istny armagedon. Kiedyś myślałam, że powinni wyprodukować dla dzieci takie wielkie koła do biegania jak dla chomików. Mogłoby to pomóc wielu rodzicom.

– Ach, te dzieci, takie rozbrykane, pewnie ciągle z nosem w telefonie siedzą – westchnęła teściowa.

Gdyby uprzejmy synuś masował sobie tylko plecy, a nie penisa u Tajki, to może mniej by siedziały, a więcej bawiły się z ojcem – miałam na końcu języka. Mańka nie pogoniła go za to, że jej za dużo posłodził herbatę.

– Za moich czasów to dzieci były cały czas na dworze. Biegały, grały w piłkę, wspinały się po drzewach – kontynuowała swoje słynne „za moich czasów”.

– A za naszych czasów dbamy o przyrodę – odpowiedziałam uszczypliwie.

Mańka chodziła nerwowo po domu, prawdopodobnie w poszukiwaniu idealnego narzędzia zbrodni. Intuicyjnie zaczęłam wyganiać towarzystwo.

– To co, zbieramy się? – zapytała przyjaciółka.

– Ależ dzisiaj upał, ledwo żyję – wysapała teściowa, zwracając na siebie uwagę. – Załóż im czapki i kremem nasmaruj – zarządziła.

Do parku trampolin miałyśmy jakieś dziesięć minut na piechotę, ale trzeba być czujnym – licho nie śpi. Szybkie wyjście z czwórką rozbrykanych dzieci graniczyło z cudem, lecz motywacja była duża: żeby mamusia już zamilkła.

– Jacek, Franek, zakładajcie buty. Kasia, Piotruś, idźcie jeszcze do toalety, bo zaraz wyjdziemy i będzie jak zawsze – komenderowałam gremialnie.

– Idę zapalić na balkon, bo tu przecież nie można – wtrąciła teściowa z przekąsem.

Nikt już na to nie reagował, bo każdy łapał w pośpiechu a to krem, a to czapki i butelki z wodą.

– Kto gotowy, niech wychodzi! – krzyknęła Mańka.

Dzieci wysypywały się z mieszkania jedno za drugim, bo non stop któreś po coś wracało. W końcu znaleźliśmy się na dole. Upał był potworny i można by stwierdzić, że pomógł nam w dotarciu do parku trampolin. Dzieciom było tak gorąco, że nawet nie chciało im się rozrabiać po drodze.

Gdy zaczęły skakać, ja i Mańka miałyśmy czas dla siebie. Obgadałyśmy wszystkie koleżanki, przeczytałyśmy znalezione na necie porady dla kobiet, a w nich problemy z cyklu „Moja papryka jest zbyt czerwona – czy mogę jej użyć?”. Potem sobie razem pomilczałyśmy, bo rzadko można trafić na okazję ku temu. Dwie godziny minęły bardzo szybko i przyjemnie. Dzieciaki były porządnie wymęczone. Powoli wracaliśmy do domu. Po drodze zaszliśmy na lody.

– Zobacz, mamo, coś się u nas stało – powiedział Franek do Mańki, gdy zauważył pod blokiem straż miejską i karetkę.

– Aha, pewnie jakaś rodzinna awantura. Widzisz, Mańka, nie tylko ty masz przesrane – zaśmiałam się.

– Może ość z rybki stanęła któremuś panu w gardle – ciągnęła dalej przyjaciółka, drwiąc, jak na nią przystało.

W pewnym momencie zobaczyliśmy na balkonie teściową. Siedziała na krzesełku, rozmawiała ze strażą miejską i żywiołowo przy tym gestykulowała.

– A to co za teatr jednego aktora? Co ona wyprawia? – żachnęła się Mańka. Przyspieszyłyśmy kroku.

– O, są! Idą, to oni! – krzyknęła teściowa, gdy nas zobaczyła.

Podeszła do nas strażniczka miejska.

– Dzień dobry, panie się znają? – zapytała.

– Niestety tak – palnęła Mańka.

– Słucham? Dostaliśmy zgłoszenie od sąsiadów, że ktoś ją zamknął na balkonie. Jest ogromny upał, zrobiło jej się słabo – poinformowała funkcjonariuszka.

Dramaturgia zaczęła nabierać tempa. Czekałam na kolejny akt.

– Mamusiu, chciałaś zabić babcię? – zapytał zatroskany Jacek, młodszy syn Mańki.

Obiecałam przyjaciółce, że jak jej się coś złego w życiu stanie, to zajmę się dziećmi, ale nie było mowy o jej pobycie w zakładzie penitencjarnym.

– Nie, Jacuś, o czym ty mówisz! Mamo, co ty tam robisz? Wszystko w porządku? – Mańka nie wiedziała, z kim ma rozmawiać.

– XD – powiedziały nowomową moje rozbawione dzieci.

Prawdę mówiąc, podzielałam ich entuzjazm, ale musiałam zachować powagę.

– Czy ktoś zamykał balkon przed wyjściem? – Zdenerwowana Mańka robiła dochodzenie na oczach sąsiadów, którzy stali w oknach zaciekawieni.

– Czy ktoś mi w końcu otworzy? – krzyknęła z balkonu zniecierpliwiona teściowa, gdy my ustalaliśmy sprawcę tego poniekąd haniebnego czynu.

 

Niby jej tak źle, ale drzeć to się jeszcze potrafi.

– To jak było z tymi drzwiami? – ponowiła pytanie przyjaciółka.

Po chwili ciszy odezwał się Franek.

– Mamo, to ja zamknąłem balkon, ale nie wiedziałem, że tam jest babcia. Mówiłaś, żeby zawsze zamykać przed wyjściem – powiedział w końcu niepewnie chłopiec.

Kurwuniu, żeby oni tak słuchali, jak się ich prosi o włożenie talerzy do zmywarki. To nie, czekają, aż te dojdą tam same.

Wzięłam klucze od mieszkania i poszłam odbić mamusię z balkonu. Mańka została, aby wytłumaczyć się straży miejskiej i zaprosić do domu lekarza, skoro już przyjechał. Krzyczącą na balkonie teściową usłyszeli sąsiedzi i to oni zadzwonili po służby. Niefortunnie mamusia w pułapce była bez telefonu, ale za to z fajkami. Zawsze mówiłam, że palenie to zgubny nałóg.

Po tej historii teściowa zrobiła sobie przerwę od odwiedzania wnuków. Chyba jej nie przekonało, że wnuczek zamknął ją przez przypadek. A Mańka tego dnia miała wyjątkowo pokojowe, a nie balkonowe zamiary.