Zalotnice i wiedźmy

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Joanna Miszczuk, 2012

Projekt okładki

studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Yolande de Kort / Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Mariola Będkowska

ISBN 978-83-7839-840-0

Warszawa 2012

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Pamięci moich ojców,

Marka i Wiktora

Podziękowania

Serdecznie dziękuję mojej rodzinie i przyjaciołom za wiarę we mnie.

Irenie, Zuzi i Uwe za miłość. Hani, Mieciowi i Jeannette za przyjaźń. Kamisi, Joli, Kasi, Heniowi i Małgosi za rodzinę.

Moim Czytelnikom za codzienną motywację i cudowne pytania, dzięki którym wiem, że piszę dla was. Recenzentom moich powieści za doping.

Joli Jasik, która absolutnie nie jest adresatką moich książek, jednak jej dociekliwość i upór zmuszają mnie do myślenia. Oby nigdy nie zabrakło nam tematów do „kłótni”, Jolu.

Ani Khalidi „Colgate” za Casablancę.

Wszystkim pracownikom Wydawnictwa Prószyński, a zwłaszcza pani Annie Derengowskiej i pani Ewie Witan, których praca sprawiła, że ta opowieść cieszy się Państwa zainteresowaniem.

Od autorki

Cała treść tej książki jest jedynie fantazją autorki. Niekiedy pojawiają się w niej nazwiska osób znanych z kart historii. Życiorysy, które im przypisuję, są jednak wyłącznie moim wymysłem. Pozwoliłam sobie przystosować mowę i gramatykę zamierzchłych wieków do współczesnych form dzięki czemu, mam nadzieję, łatwiej się czyta fragmenty historyczne. Wybaczcie mi, Szanowni Czytelnicy, to niewinne oszustwo.

Kamisiu, mój Kochany Skarabeuszku,

Jeśli czytasz ten list, to znaczy, że mnie zabrakło. Ale nawet jeśli już nie mogę zrobić tego osobiście, to właśnie w ten sposób, dzięki temu listowi, przypominam Ci, że kocham Cię najbardziej na świecie i zawsze będę przy Tobie, bo taka wielka miłość jak moja do Ciebie, jak miłość matki do córki, nie znika i trwa zawsze, nawet, jeśli matki nie ma już blisko.

Zanim dorośniesz i dostaniesz spadek po naszej babci Lavernie, który ja sama otrzymałam dopiero w 2009 roku i zapisałam Ci w testamencie, już teraz muszę Ci zdradzić ważną rodzinną tajemnicę.

Pochodzimy obie ze wspaniałego rodu. Nasze prababki były mądrymi, a niekiedy znanymi i wielkimi kobietami. Posiadały cudowną moc, która pozwalała im pomagać ludziom. Ta moc wywodzi się właśnie z miłości. Dlatego jeśli przydarzy Ci się coś dziwnego lub magicznego, nie obawiaj się, kochanie. To tylko miłość, to część naszej schedy.

Zaczęło się to wszystko od naszej prapraprababki Marii, która spłonęła na stosie jako czarownica… Ojcem jej córki Róży był znany inkwizytor, czyli człowiek, który tropił i zabijał czarownice…

Choć może zaczęło się to wcześniej? Z pewnością. Ale historie tych wszystkich wspaniałych kobiet poznasz, kiedy będziesz pełnoletnia. Wówczas otrzymasz od naszych paryskich notariuszy swój spadek. Pamiętaj, kochanie, że najważniejszą jego częścią jest historia naszej rodziny. Nie pozwól nigdy, aby te tajemnice ujrzały światło dzienne, chroń je dla przyszłych pokoleń.

Kocham Cię, maleńka, i zawsze będę czuwała nad Tobą.

Zaufaj sobie, wierz własnej intuicji i nigdy nie obawiaj się swojego daru. Jeśli kiedykolwiek opadną Cię wątpliwości lub strach, niezależnie od tego, gdzie i z kim będziesz, ze WSZYSTKIM możesz się zwrócić do babci Krystyny lub do Andre. On jest naszym notariuszem i on jedyny zna całą historię naszego rodu. On i babcia Krysia pomogą Ci zawsze, ufaj im kochanie tak jak mnie.

I nie płacz, jestem przy Tobie i kocham Cię

Mama

(List Joanny Góreckiej do córki, złożony w kancelarii notarialnej Gautier i Synowie w lutym 2010 roku, z zaleceniem natychmiastowego przekazania adresatce w przypadku śmierci autorki przed uzyskaniem przez córkę pełnoletniości. Na mocy sporządzonego jednocześnie testamentu Joanna Górecka przekazywała cały spadek po Lavernie von Metternich, w którego skład wchodziła rezydencja St. Germain Bersolys w Paryżu, oraz dokumenty i pamiętniki rodzinne, swojej córce Kamili Marii Góreckiej w dniu ukończenia przez nią wieku dwudziestu pięciu lat).

Asia, luty 2010, Paryż

Logika podpowiadała, że paryski świt w lutym powinien być szary i ponury. Logika sobie, a fakty sobie… Obudziła mnie przejrzysta biel za oknem. Śnieg sypał gęstą ścianą białego błyszczącego konfetti. Nie wiem, może go rozświetlało słońce zawieszone gdzieś hen nad śnieżnymi chmurami? Cokolwiek by to było, z pewnością nie byłam to ja! Nie czułam się ani trochę rozświetlona wewnętrznym ogniem miłości. W sypialni mojego apartamentu w Bersolys St. Germain posapywał przez sen André, mój paryski notariusz, mój paryski kochanek. Spędziliśmy razem noc, więc chyba ten pierwszy raz już się liczy i powinnam się oswoić z myślą, że właśnie mam kochanka. Termin rozprawy rozwodowej z Piotrkiem został wyznaczony na koniec lutego, co oznacza, że jestem jednak, choć teoretycznie, mężatką z kochankiem. Może ja jestem przedpotopowa, może i mam moralne prawo żyć jak kobieta wolna, ale jakoś wcale nie zachwyca mnie ta sytuacja. Zresztą, kto wie, może na mój minorowy nastrój wpływa fakt, że ta noc wcale nie okazała się zachwycająca. Było miło i przeciętnie. Bez fajerwerków. Żadnych porywów serc, żadnych uniesień szalonych, żadnego dzikiego seksu. Jak już, jakby nie było, w miarę przyzwoita, mężatka bierze sobie kochanka, to chyba coś z tego powinna mieć?

Gdzieś kiedyś wyczytałam, zapewne w jakimś idiotycznym kobiecym piśmie w poczekalni u dentysty, że jeśli partnerzy są zgrani w tańcu, to doskonale się komponują również w sypialni. Zawsze miałam wrażenie, że te wszystkie tak zwane pisma kobiece kantują czytelniczki. André tańczy fantastycznie… Jest fenomenalnym kompanem do zabawy, interesującym rozmówcą, dysponuje rozległą wiedzą z tak wielu różnorodnych dziedzin, że niekiedy czuję się przy nim zwyczajnie niedouczona, do tego jest dżentelmenem w każdym calu i jest romantyczny w zakresie absolutnie wystarczającym. Jest też przystojny i za mną szaleje. Co ze mną jest nie tak? Powinnam się była w nim po uszy zakochać. A się nie zakochałam. I tu właśnie leży problem. Intymne chwile z Piotrkiem były wspaniałe, ale gdyby obok łóżka siedział recenzent i komentował, to pewnie komentarz z akcji Asia-Piotruś wypadłby mizernie na tle sprawozdania tego samego recenzenta z wczorajszej nocy. Ale Piotrusia kochałam. A w łóżku jest jednak miejsce na troje. Ona, On i Miłość. I tej miłości wczoraj mi zabrakło… Szlag by to trafił. Czy ja, nieszczęsna idiotka, nadal po tym wszystkim kocham Piotrka?! Stanowczo nie powinnam, a już na pewno po tej paskudnej rozmowie przed Wigilią zeszłego roku nie powinnam! Nie zgadzam się absolutnie, nie chcę go już kochać, nie! No tak, Piotrka na pewno nie, ale czy ja chcę pokochać kogokolwiek? Spojrzałam w oczko brylantu lśniącego na mojej dłoni. Miłość? Czy mnie jest pisana jakakolwiek miłość? Pogrążyłam się we wspomnieniach.

Asia, Wigilia 2009, Wrocław

Ostania Wigilia wypadła co najmniej głupio. Dopracowaliśmy wcześniej kwestie organizacyjne telefonicznie. Ferie w niemieckiej szkole Kamili zaczynały się dopiero od dwudziestego trzeciego grudnia, a niemieckie przepisy zakazują zwalniać dziecko z zajęć tuż przed feriami i tuż po nich.

Co oznaczało, że przyjedziemy do Wrocławia dopiero wieczorem w przeddzień Wigilii. Oczywiście mogłam przygotować święta w jeden dzień, ale jedynie pod warunkiem, że wcześniej Piotrek zrobi zakupy, a mój mąż, niestety, odmówił współpracy. Tłumaczył się gęsto, plątał, kombinował, składał sprzeczne zeznania, tak że kompletnie nie wiedziałam, o co mu chodzi. Zanim zdążyłam skojarzyć, że durne wymówki w postaci niesprecyzowanych obowiązków służbowych nie mogą przecież dotyczyć okresu świąt, kiedy wszystkie biura są pozamykane i nikt nie pracuje, dałam się wmanewrować w spędzenie świąt u mojej mamy. Jedynymi logicznymi argumentami w tej rozmowie było, że Szewską przecież wynajęłam Justynie, a mieszkanie na Powstańców jest za małe na święta.

Wigilię od czasu przeprowadzki do mieszkania po babci zawsze obchodziliśmy u mnie. Wcześniej byliśmy gośćmi mamy i Kazia. Rodzice Piotrka każdą kolejną Wigilię spędzali u dzieci, a że Piotrek urodził się w rodzinie wielodzietnej, nasza kolejka wypadała za dwa lata. Powrót na Szewską obudził jednak moje wszystkie najlepsze wspomnienia wigilijne i mimo wstrętu do gotowania i mnóstwa pracy związanej z przygotowaniem tradycyjnej kolacji, to właśnie tam, w otoczeniu najbliższych ukochanych osób, czułam prawdziwego ducha Bożego Narodzenia. Ale Szewską wynajęłam Justynie… Mimo to jednak, i mimo głupiej, nie do końca jasnej sytuacji z Piotrkiem postanowiłam, że święta muszą być rodzinne, ciepłe i wesołe. Niech sobie będzie Wigilia u Krystyny i Kazia. Dogadałam szczegóły z mamą i postanowiłam, że nie będę się czepiać.

Jednak w kolejnej rozmowie telefonicznej z Piotrkiem wyskoczyła następna głupota. Kamila miała ferie do trzeciego stycznia, a mnie, niestety, w pierwszym roku pracy urlop nie przysługiwał. Dieter poszedłby mi na rękę i dałby mi bez problemu te cztery dni wolnego, ale po pierwsze, chciałam być lojalna wobec moich biurowych kolegów, bo jeśli oni muszą pracować, to dlaczego ja nie, a po drugie, niczym powietrza potrzebowałam jasnej sytuacji z Piotrkiem. To oczywiste, że święta spędzimy razem w gronie rodziny, ale potem jest sylwester i Nowy Rok.

 

Nie wiedziałam, jaki ten nowy rok będzie, nie wiedziałam, czy rozstanie związane z moją niemiecką posadą pogłębiło kryzys naszego małżeństwa, czy wręcz przeciwnie, otworzyło Piotrkowi oczy na to, że jesteśmy rodziną i że mnie kocha. Krótko mówiąc, nie wiedziałam nic o nas, czy coś takiego jak MY jeszcze w ogóle istnieje. Wyjaśnianie tej sprawy przez telefon było bzdurą, wiedziałam, że czeka nas poważna decydująca rozmowa, ale ze strachu przed tą rozmową postanowiłam wybadać grunt, rzucając przynętę w postaci sylwestra. W trakcie jednej z rozmów przez skype’a, po sprawozdaniach z postępów Kamili w szkole zapytałam:

– Co my właściwie zrobimy z sylwestrem w tym roku?

– A co planujesz? – odpowiedział ostrożnie pytaniem mój mąż.

– No właśnie nie wiem. Zawsze spędzaliśmy sylwestra w górach na nartach, ale widzisz…

– Jak ty to sobie wyobrażasz? – wszedł mi w słowo. – Takie wyjazdy rezerwuje się z wielomiesięcznym wyprzedzeniem i to kosztuje. A ja nie stoję finansowo najlepiej, miałem wydatki i…

– Przecież ja też zarabiam – wtrąciłam głupio, zapominając, że i tak nie mogę nigdzie jechać, bo nie mam urlopu.

Na szczęście niechęć Piotrka do wspólnego wyjazdu była silniejsza od chęci skorzystania z mojej wielkodusznej oferty finansowej i małżonek, nie zwracając uwagi na moją wypowiedź, kontynuował rozpędem:

– Samochód musiałem zmienić, mieszkanie utrzymywać, a pensja jedna. I Kamila przecież całe wakacje była tylko na mojej głowie, teraz jeszcze prezenty pod choinkę, przecież wiesz, że chcę jej kupić i-phon, to kosztuje. No i jak przyjeżdża na ferie, to chcę, żeby miała dużo rozrywek i zawsze kupuję jej wszystko, o czym marzy… Przecież wiesz sama…

Wiem, pomyślałam. Wiem, że młoda wraca od Piotrka z masą nowych gadżetów. Schowałam głęboko pytania, które lęgły się we mnie od trzech lat. Co mają zastąpić te wszystkie podarunki? Wiem, że Piotrek kocha Kamilę nad życie. Czy na pewno? A może prezentami usiłuje zagłuszyć wyrzuty sumienia, że bardziej niż ją kocha kogoś innego? I jeszcze ta granitowa pewność, że ja na pewno tym kimś nie jestem… Westchnęłam ciężko. Nie da się skleić potłuczonej szklanki bez śladu, rysy pozostaną zawsze, a na naszej szklance to nie rysy są problemem, tylko wielka dziura, przez którą wyciekają wszelkie próby naprawienia szkody.

– Wiem – przyznałam smutno. – Piotrek, musimy porozmawiać. Musimy wyjaśnić sobie całą sytuację bez niedopowiedzeń, bo już życie na odległość jest wystarczająco trudne. Jeśli zaczniemy się okłamywać, to będzie jeszcze trudniej. Popsuło nam się już dawno i jak idioci próbujemy udawać, że dajemy sobie z tym radę. Nie dajemy.

– Asia, to nie jest rozmowa na telefon. Porozmawiamy, jak przyjedziesz, dobrze?

– Dobrze. – On ma rację pomyślałam, porozmawiamy przed Wigilią. – Piotrusiu, przyjedziemy późno dwudziestego trzeciego. Położymy młodą spać i pogadamy. Okej?

– Asiu, zróbmy inaczej. Jedź od razu do matki. I tak całą Wigilię będziecie tam z Kamisią zajęte przygotowaniami. Zadzwoń, jak wjedziesz do Wrocławia. Przyjadę do was i może jeszcze wyskoczymy do La Scali. Chcesz?

Do La Scali chciałam zawsze, ale dlaczego Piotrek wysyła mnie do mamy? Czyżby to była zapowiedź końca? Z jednej strony byłam przerażona i zrozpaczona, z drugiej… chyba poczułam ulgę. Nie mogłam i nie chciałam z nim dłużej rozmawiać.

– Dobrze. Zdzwonimy się jeszcze. Dobranoc, Piotrusiu.

– Dobranoc. – Uciekł spojrzeniem gdzieś w bok. Klik! – i zniknął z ekranu mojego laptopa.

***

Zwyczaje niemieckich szkół podobają mi się coraz bardziej, co prawda o wiele bardziej podobają się Kamili niż mnie, ale też powody entuzjazmu nas obu są inne. Misię zachwyca znikoma ilość zadań domowych, częste wycieczki edukacyjne i to, że nikt jej nie zmusza do wytężonej pracy, tłumacząc cały czas, że mała jeszcze słabo zna język. W szkole motywują pozytywnie to moje dziecko dobrymi ocenami i życzliwą opieką. Nie zauważają, że smarkula wykorzystuje to na maksa, starannie pielęgnując lenistwo. Mnie natomiast zachwyca ta opieka właśnie, która nie tylko jest życzliwa, ale i kompetentna. Od pierwszego dnia roku szkolnego Misia ma prywatną nauczycielkę niemieckiego i codzienne dodatkowe półtoragodzinne zajęcia. Efekt jest taki, że młoda już po trzech miesiącach całkiem poprawnie mówi po niemiecku. Powiedziałabym nawet, że dużo lepiej niż ja, przynajmniej od strony gramatycznej, i, co jest cudem, wcale nie słychać u niej obcego akcentu. Dodatkowo na mój zachwyt systemem niemieckiej edukacji wpływa zdroworozsądkowe podejście do zajęć. Przed feriami dzieciaki nie siedzą w ławkach, wyczekując niecierpliwie ostatniego dzwonka do upragnionej wolności. Dyrekcja szkoły, sensownie wychodząc z założenia, że w ten ostatni dzień towarzystwo i tak się niczego nie nauczy, wysyła dzieciaki pod opieką wychowawcy na parogodzinne wycieczki na świąteczne jarmarki. Tak, więc Misia, zaopatrzona przeze mnie wcześniej w kieszonkowe, dwudziestego trzeciego grudnia wróciła do domu obładowana świątecznymi drobiazgami już o jedenastej.

Spakowałam nas dzień wcześniej, dlatego już o szesnastej byłyśmy we Wrocławiu. Krystyna i Kazio czekali na nas z obiadem i piękną, rozłożystą choinką gotową do ubierania. Kamila z radością ruszyła do pracy, uznając, że ozdób jest oczywiście za mało i że ona koniecznie musi zrobić łańcuchy. Już po chwili po dywanie turlały się sterty popcornu, który Krystyna, znając pasję wnuczki do tworzenia ozdób choinkowych, przezornie przygotowała wcześniej. Zadzwoniłam do Piotrka. Odebrał po paru sygnałach. W tle szemrały odgłosy centrum handlowego, czyli Piotrek robił zakupy świąteczne, przed którymi tak zajadle się bronił.

– Już jesteście? – Zadowolony to on z tego nie był. Przynajmniej jego głos nie brzmiał entuzjastycznie. – Mówiłaś, że będziecie dopiero wieczorem. Ja mam jeszcze pracę, to znaczy jeszcze jestem zajęty. Nie dam rady przed osiemnastą.

– Dobrze, nie szkodzi. – Nie będę się czepiać, pomyślałam. – Po prostu przyjedź do mamy. Potem ustalimy, co dalej…

– Mamo, ja, ja, ja też. – Kamila usłyszała, że rozmawiam z Piotrkiem. – Ja też chcę z tatą rozmawiać.

Oddałam jej słuchawkę. Mama siedziała przy niskiej ławie i nawlekała na nitkę kuleczki popcornu. Kazio zanosił systematycznie nasze bagaże z samochodu do pokoju gościnnego. Zatrzymałam go w połowie drogi z torbą Kamili.

– Nie, Kaziu, nie wszystko. Tylko tę pomarańczową torbę i paczki z prezentami pod choinkę. Resztę zostaw w samochodzie. Dziś nocujemy, bo jutro od rana pomogę mamie, ale po Wigilii wracamy przecież do domu.

– Dobra. – Kiwnął zgodnie głową. – Tylko wjedź do garażu, nie zostawiaj na ulicy auta z bagażami i na niemieckich numerach. Tu u nas jest spokojnie, ale po co licho kusić. Mercedesy ponoć jeszcze kradną. – Uśmiechnął się do mnie. – Potem rozpalę w kominku, chcesz? Wiem, że lubisz.

Chciałam. Do przyjazdu Piotrka zostały jeszcze dwie godziny. Zadzwoniłam do dziewczyn. Z Jolką umówiłam się na długie smaczne ploty w drugi dzień świąt. Nie byłam do obłędu stęskniona za przyjaciółką. Przy okazjach służbowych widywałam się z nią i to średnio raz na miesiąc. Remont pałacu na placu Vendome był w fazie wykańczania wnętrz i Jolka przyjeżdżała do Paryża co dwa tygodnie. Zapowiadało się nawet na dłuższą współpracę. Dieter z otwartymi ramionami przyjął Jolkę do ekipy i właśnie się zastanawiał, jak ją przekonać do tej współpracy na stałe. Oczywiście wiadomo było, że Jola się nie przeprowadzi, ale to żaden problem. Potrzebna była w Berlinie jak dziura w moście. Dieter potrzebował jej rysunków, pomysłów i ewentualnie wizyt w obiektach rozsianych po całej Europie. A Jolka do podróży już się przyzwyczaiła. Na Kanadę jeszcze tylko psioczyła, że za daleko i traci kupę czasu. Na pewno jednak niedługo dojdą do porozumienia i Dieter znajdzie sposób na to, by związać Jolę z naszą firmą na stałe. Super.

Justyna rzetelnie opiekowała się swoją matką i moim mieszkaniem na Szewskiej. Czynsz spływał mi regularnie na konto, sporadycznie plotkowałyśmy przez telefon lub Gadulca, kiedy dzwoniła, by donieść o nowej korespondencji. Ciągle przychodziły jakieś urzędowe zawiadomienia, wyciągi bankowe i same pierdoły. Kazałam jej zbierać wszystko na kupę, obiecując, że przy okazji pobytu we Wrocławiu odwiedzę ją i odbiorę całość hurtem. Właściwie dlaczego nie teraz. Po cholerę będę tu siedziała i czekała jak ta głupia na Piotrka. Zadzwoniłam. Justa była w domu i ucieszyła się, że wpadnę. Zostawiłam Misię z mamą i Kaziem w szale zdobnictwa choinkowego i pojechałam.

I znowu siedziałam w kolorowej kuchni mojego domu i piłam malinową herbatkę z kubka w słoneczniki. Justa bardzo niewiele zmieniła w mieszkaniu. Nawet czarodziejki Witch zostały na ścianach dawnego pokoiku Misi. Teraz mieszkała tam opiekunka matki Justyny, sympatyczna dwudziestopięciolatka, profesjonalna pielęgniarka i fizykoterapeutka. Justa ulokowała się w moim dawnym pokoju, a w dawnej sypialni Krystyny, a potem gabinecie Piotrka, urządziła swoją matkę. Logicznie, bo jedynie to pomieszczenie stało puste. Piotrek zabrał swoje meble na Powstańców, a reszta mieszkania, już jak je wynajmowałam Justynie, właściwie była gotowa do użytku. Justa kupiła do tego pokoju meble i wielki telewizor plazmowy i zrobiła mamie miłe, wygodne gniazdko. Ściany zdobiły zdjęcia rodzinne w ramkach, a na szafkach stały wszystkie bibeloty i drobiazgi z jej przeszłości.

Usiadłyśmy w kuchni, bo tam zawsze najlepiej się gada. Przyjaciółka dała mi stosik korespondencji i wypytywała mnie o Berlin i pracę. Niemrawo przeglądałam pocztę, większość przesyłek od razu rwąc na drobne kawałeczki, do wyrzucenia, i opowiadałam Justynie o Paryżu oraz perspektywach Jolki na stałe zatrudnienie u Dietera. Wśród starych, nieaktualnych wyciągów bankowych i zawiadomień o podwyżce czynszu i ofert różnorodnych „najlepszych” kredytów i leasingów natrafiłam na trzy listy z sądu. W pierwszym był pozew, w drugim wezwanie na rozprawę, trzeci zawierał zaoczne orzeczenie separacji małżeństwa Górskich Joanny i Piotra. Wszystkie przysłano poleconym za potwierdzeniem odbioru. Wszystkie były potwierdzone przez Justynę, która miała moje notarialne upoważnienie. Zatkało mnie.

– Justa, czemu mi o tym nie powiedziałaś?!

– O czym? – Spojrzała z ciekawością na list. – O cholera! Aśka, tak mi przykro. Mówiłam ci przecież, że przychodziło z sądu. Dzwoniłam do ciebie… Kazałaś odbierać i kłaść na kupę. Mówiłaś, że wiesz, co to, i że nawet na to czekałaś.

Owszem, dzwoniła, a wróżką nie jest, nie mogła wiedzieć, co zawiera koperta. Ja natomiast byłam święcie przekonana, że moi notariusze zgłosili spadek po Lavernie w polskim sądzie, i po prostu przyszło stamtąd zwyczajne zawiadomienie o uprawomocnieniu. Sama sobie jestem winna, że dopiero teraz się dowiaduję, iż od dwóch miesięcy jestem w separacji z Piotrkiem. No tak, to wiele wyjaśnia.

– I co teraz zrobisz? – zapytała Justyna głosem pełnym współczucia.

– Nic! Nie wiem! – odparłam podminowana. I rzeczywiście nie wiedziałam. Jedyne, co wiedziałam, to, że muszę z nim porozmawiać. Teraz, już, jak najszybciej.

– To Anka, prawda? – Justyna popatrzyła mi prosto w oczy. Odwzajemniłam spojrzenie.

– Nie wiem, Justyna. Zostaw. Sorry, nie mogę teraz o tym gadać. Obiecuję ci, że jeszcze przyjdę.

– Okej, idź i przychodź, kiedy chcesz. Nie musisz się zapowiadać, ja i tak jestem zawsze w domu. Przyjdź, Asia, jeśli czegokolwiek będziesz potrzebowała, nawet z kimś pomilczeć, to po prostu przyjdź.

Do spotkania z Piotrkiem została jeszcze godzina. Do mamy dojadę w dziesięć minut; spokojnie przeczytam orzeczenie sądowe, a potem się zastanowię. Nie, bzdura! U mamy i spokojnie? Raczej niemożliwie. W pamięci jak żywa stanęła mi sytuacja sprzed wielu lat. To, jak moja mama reagowała na rozwód z Julkiem. Dziś rozumiałam, że chciała mnie chronić, ale ta świadomość nie pomoże mi w rozwiązaniu teraźniejszego problemu. Muszę spokojnie pomyśleć. Z mamą zdążę jeszcze porozmawiać, jestem dorosła, a to wszystko dotyczy tylko mnie i Piotrka.

Nogi same zaniosły mnie do kawiarenki „Małgosia”. Usiadłam sobie w kąciku dla palaczy, zamówiłam kawę i wyjęłam list z sądu, zaoczne orzeczenie separacji na wniosek mojego męża, z kopią tegoż wniosku. Na początek poczytałam sobie uzasadnienie zaocznego wyroku. Na podstawie artykułu trzysta trzydziestego dziewiątego kodeksu postępowania cywilnego ponieważ pozwana (czyli ja) nie stawiła się na rozprawę oraz nie złożyła w sprawie żadnych wyjaśnień, a także nie złożyła wniosku o przeprowadzenie rozprawy w jej nieobecności, sąd postanawia wydać zaocznie orzeczenie o separacji małżeństwa Piotra i Joanny Górskich… na wniosek powoda Piotra Górskiego… Z powodu rozkładu pożycia małżeńskiego, z winy (!) Joanny Górskiej. CO? Czyli to ja jestem winna, że Piotrek zdradził mnie z moją własną przyjaciółką. Szlag mnie trafił duży i rozłożysty. Wywlokłam na mikroskopijny stoliczek pozew o separację i zaczęłam czytać. Pozew wniesiono siedemnastego sierpnia dwa tysiące dziewiątego roku. Była to data rozpoczęcia przez Misię nauki w niemieckiej szkole, zaledwie trzy miesiące po mojej przeprowadzce do Berlina. Orzeczenie wydano dwudziestego drugiego października tego samego roku, dwa dni po oficjalnym przejęciu przeze mnie spadku po babci Lavernie. Prześliznęłam się wzrokiem po formalnej stronie pozwu i skupiłam się na uzasadnieniu:

 

Nasze małżeństwo było bardzo szczęśliwe, jednak żona po urodzeniu córki zmieniła pracę, co spowodowało również zmianę jej zachowania i sposobu życia. Wcześniej żona pracowała, jako pilot-tłumacz wycieczek zagranicznych, co nie tylko zapewniało jej wysokie dochody, ale również możliwość częstych wyjazdów. Żona jest osobą ciekawą świata, towarzyską i złaknioną rozrywek. Praca tłumacza w biurze tłumaczeń nie dawała jej wystarczających dochodów na te cele i musiałem utrzymywać rodzinę oraz zapewniać środki finansowe na rozrywki żony. Godziłem się na to, bo kocham żonę i córkę.

Jednak w styczniu bieżącego roku żona straciła pracę, a tym samym wzrosło jej niezadowolenie. Domagała się ode mnie stałej obecności w domu, a jednocześnie łożenia na jej potrzeby i utrzymania rodziny. Co się nawzajem wyklucza, musiałem bowiem pracować zawodowo, aby utrzymać nas troje i dlatego nie mogłem wystarczająco często przebywać w domu. W tym okresie żona odsunęła się ode mnie psychicznie i fizycznie, nie interesowała się moim życiem, jedynie wymagała finansowania. W kwietniu podjęła pracę za granicą, a w początkach czerwca przeprowadziła się na stałe do Niemiec. Córka obecnie przebywa pod moją opieką, dla dobra dziecka jednak, córka jest bowiem bardzo związana ze swoją matką, postanowiliśmy, że od nowego roku szkolnego dziecko zamieszka w Berlinie. Żona jest bardzo dobrą matką, a ja pracuję na pełnym etacie w nienormowanym czasie pracy, również wieczorami, i nie mogę się zajmować dzieckiem.

Żona przed wyjazdem wynajęła swoje mieszkanie własnościowe, ja zaś przeprowadziłem się do mojego kawalerskiego własnego mieszkania. Nie wiem, czy nasze małżeństwo ma jeszcze szansę się utrzymać, bo pożycie małżeńskie obecnie nie istnieje na żadnej płaszczyźnie. Wnosząc o separację, pragnę jedynie uświadomić żonie, że nie jestem wyłącznie skarbonką i mam jeszcze inne prawa jako mąż, a nie tylko obowiązek zapewniania jej stabilności finansowej.

Wnoszę o separację w obawie, że gdy żona kolejny raz utraci pracę, wymagania finansowe wobec mnie wzrosną, a wychodzę z założenia, że podstawą naszego małżeństwa powinna być miłość jak na początku, nie zaś pieniądze. Wnoszę o przyznanie prawa do sprawowania opieki nad córką żonie i zobowiązuję się łożyć na utrzymanie córki osiemset złotych miesięcznie. Ta suma bowiem byłaby wystarczająca na zaspokojenie potrzeb dziecka w kraju, a decyzję o przeprowadzce za granicę podjęła żona i ona musi ponosić konsekwencje tego. Mnie i tak będą wiele kosztowały dodatkowo wizyty u córki. Ponieważ żona porzuciła mnie, wnoszę o uznanie jej winną rozpadu pożycia małżeńskiego i obciążenie kosztami sądowymi orzeczenia separacji.

Matko Boska! Ten facet zrobił ze mnie pazerną megierę! I to ma być mój Piotruś? Przez tyle lat wspólnego życia nie zauważył, że pieniądze nigdy nie były dla mnie najważniejsze. No pewnie, trzeba je mieć, ale to tylko pieniądze. Przecież Piotr znał całą historię z Julkiem. Gdyby finanse miały dla mnie takie znaczenie, jak utrzymywał w pozwie, to przecież trzymałabym Julka pazurami! Co mu odbiło i co to ma być? Spodziewałam się w pozwie informacji, że nasze małżeństwo dla niego się wypaliło, i że znalazł kobietę, która go fascynuje bardziej niż ja. Ale coś takiego?! To jakaś paranoja. Rozpad małżeństwa z mojej winy, bo go porzuciłam… Przecież to właśnie on najbardziej popierał moją decyzję o wyjeździe. Że mi łgał i cały czas łże, iż z Anką go nic nie łączy, jestem w stanie zrozumieć. Głupio mu, że okazał się niewierny, mimo że go tak bardzo kocham, więc nie chce się przyznać, żeby zachować twarz. Albo, jak sobie to głupio tłumaczyłam, nie chce mnie zranić.

Wielkoduszna idiotka. Zranił mnie tym zakłamanym pozwem bardziej niż samą zdradą. Nie. Nieprawda. Niczym mnie nie zranił bardziej niż zdradą, kłamstwem i tym, że mnie przestał kochać. To pismo jest tylko próbą usprawiedliwienia samego siebie, a zarazem próbą uwolnienia się ode mnie. Dobrze, dostanie swoją wymarzoną wolność. Ale na pewno nie tak. Na pewno nie z mojej winy. Dlaczego ze mną nie porozmawiał? Dlaczego nic mi nie powiedział? Przecież nie jestem jego wrogiem, mogliśmy wspólnie znaleźć rozwiązanie… Trudno, to się już stało i się właśnie dzieje. Nie pierwsze i zapewne nie ostatnie to drzwi, które będę musiała zamknąć. Wcisnęłam papiery do torby i poszłam do samochodu.

Wyciągnęłam rękę, aby otworzyć drzwi auta i spadł mi na dłoń pojedynczy płatek śniegu. Osiadł na oczku pierścionka moich prababek. Miłość i przebaczenie? Znowu? Przebaczenie – zobaczymy… A miłość – nigdy więcej!

Kiedy dojechałam do domu, Piotrek już szalał z Kamilą wokół choinki. Układali prezenty, przekomarzając się wesoło. Weszłam do salonu. Piotrek, nie patrząc mi w oczy, musnął ustami mój policzek.

– Mamo, mamo! – Misia podskakiwała wokół nas. – Idziemy na kolację do La Scali. Tata nas zabiera, żeby uczcić nasz przyjazd.

– Dobrze. – Spokojnie odłożyłam torebkę i zwróciłam się do męża: – Pojedziemy wszyscy. Ja was zapraszam. Po kolacji mama z Kaziem zabiorą Misię do domu, a my chyba powinniśmy porozmawiać?

– Jak sobie życzysz. – Piotrek, nadal nie patrząc na mnie, wzruszył ramionami. – Możecie się już szykować, zamówiłem stolik na wpół do ósmej.

Nie wiem, jak mi się udało zachować spokój i z uśmiechem na twarzy przetrwać tę kolację. Może pół roku całkowitej samodzielności w Berlinie pozwoliło mi zrozumieć, że tak naprawdę jestem sama, a wszystkie decyzje, które podejmuję, dotyczą tylko i wyłącznie mnie i powinnam się kierować tylko tym, jak będzie wyglądało moje dalsze życie z tymi decyzjami. Urządzanie w Berlinie życia z Misią to było podejmowanie decyzji jednoosobowo, bez uzgadniania z nikim, bez czyjejkolwiek pomocy i rady. Wszelki próby konsultowania moich działań telefonicznie z Piotrkiem kończyły się z jego strony krótkim: „rób, jak uważasz”. I właśnie tak robiłam. Wybierając meble do naszego mieszkania, kierowałam się tylko tym, czy mi się podobają, pierwszy raz od dawna bez podświadomej myśli, czy Piotrek będzie się dobrze czuł pośród takich kolorów. Ustalając wysokość, na której umieszczono mi telewizor na ścianie, darowałam sobie te dodatkowe piętnaście centymetrów.

Nawet na Szewskiej, kiedy sprawiliśmy sobie nowy płaski telewizor, było dla mnie oczywiste, że trzeba go powiesić wyżej, żeby Piotrusiowi oczy się nie męczyły i żeby światło padało pod odpowiednim kątem. Jak wszystkie kobiety z mojej rodziny, jak mama i babcia, jestem niska. Nie udało mi się przekroczyć metra sześćdziesięciu centymetrów wzrostu, Piotrek zaś jest wysoki jak koszykarz – ma sto dziewięćdziesiąt centymetrów z hakiem. I te durne trzydzieści centymetrów zawsze brałam pod uwagę, żeby się dobrze czuł w naszym wspólnym domu. Dlatego do górnych półek szafek miałam dostęp jedynie ze stołka, dlatego każde zmywanie naczyń kończyło się bólem ramion, a myłam zęby, stojąc na palcach przy łazienkowym lustrze.

W berlińskim mieszkaniu było inaczej, tam wszystko zostało dostosowane do wzrostu krasnali, czyli mnie i Misi. Decyzja o szkole Kamili też została podjęta jednoosobowo, to znaczy, kiedy opowiadałam Piotrkowi o dwóch możliwych wyborach, nie wykazał zainteresowania, znowu padło typowe: „rób jak uważasz”. Wtedy w czerwcu jeszcze nie miałam przyjaciół w Berlinie, nie było nikogo, kto mógłby mi doradzić, zdecydowałam więc sama. Praca dla Dietera też wymagała ode mnie całkowitej samodzielności. Oczywiście, że w realizacji projektów wspierało mnie całe biuro. Ale oznaczało to jedynie, że po wysłuchaniu moich sprawozdań z postępów robót rozdzielali między sobą pracę do wykonania, tak aby wesprzeć decyzje, które JA podjęłam na miejscu. Musiałam się jedynie mieścić w budżecie, terminarzu i być w zgodzie z wytycznymi planu projektu.