WyspaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wyspa
Wyspa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 52,90 42,32
Wyspa
Wyspa
Wyspa
Audiobook
Czyta Andrzej Ferenc
24,90 20,92
Szczegóły
Wyspa
Wyspa
Wyspa
E-book
26,90 22,60
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3

Lumia, około 65 mil morskich na północny zachód od Azorów, czerwiec 1502

Miguel obudził się późnym wieczorem w przestronnym pomieszczeniu, niewyraźnie widocznym w przyćmionej zielonkawej poświacie. Leżał na dziwnym posłaniu z materii, która dopasowywała się do jego ciała. Był nagi, bark miał oklejony twardą skorupą. Poruszył się niespokojnie. Każdy ruch sprawiał ból. Lewą ręką dotknął niepewnie skorupy pokrywającej jego prawe ramię aż po żebra. Powierzchnia skorupy była twarda jak kamień i ciepła. Ostrożnie omiótł wzrokiem pomieszczenie. Owalna sala bez otworów okiennych przykryta była dachem z dziwnymi trójkątnymi otworami. Przez te otwory widział znajome gwiazdy błyskające do niego dziwnym, upiornym zielonym światłem.

Popatrzył w bok. Po jego prawej stronie wisiał rodzaj hamaka. Przyjrzał się uważnie swojemu posłaniu – leżał na takim samym hamaku, którego mocowania zaczepione były gdzieś wysoko pod dachem. Hamak po prawej był pusty. Po lewej – znowu hamak; na tym ktoś leżał. Miguel wytężył wzrok. Nagi mężczyzna, lecz w półmroku nie mógł go rozpoznać. Spróbował się podnieść. Słaby jęk wyrwał się z jego gardła. Bolało go absolutnie wszystko, nie mógł się unieść nawet na parę milimetrów. Ciężka skorupa na barku przyciskała go do powierzchni hamaka. Usłyszał jakiś hałas. Przymknął oczy, udając, że nadal śpi. Spod spuszczonych rzęs czujnie obserwował pomieszczenie. Ze szczeliny w ścianie wynurzyła się ludzka sylwetka, weszła do pomieszczenia, a w momencie, kiedy stopa dotknęła ziemi, podłoga rozjarzyła się silniejszą zieloną poświatą. Rozpoznał, że to kobieta. Podchodziła po kolei do wielu hamaków, pochylała się chwilę nad każdym i przechodziła dalej. Miała krótkie włosy jak mężczyzna, ale przez dziwną skąpą i podziurawioną odzież widział zarysy biustu i bioder, typową kobiecą sylwetkę. Podeszła do kolejnego hamaka. Przez chwilę słyszał szmer głosów, ale nie mógł zrozumieć ani słowa. Kobieta zbliżyła się do środka pomieszczenia. Z grubego słupa, który stał pośrodku, wysunęła coś jakby szufladę, z której coś wyjęła. Wróciła do hamaka, znów zaszemrały głosy i znów nic nie zrozumiał. Jeszcze tylko jeden hamak dzielił ją od jego posłania. Podłoga pod nim rozjarzyła się i w dziwnym zielonym oświetleniu zobaczył jej twarz, gdy pochyliła się nad nim. Rozpoznał typowe rysy pierwotnych mieszkańców wysp. Znał takie twarze ze swojej rodzinnej Terceiry. Czyżby przeżył i wrócił do domu? Niemożliwe. I to dziwne światło, i jakże obce pomieszczenie. Czy śni, czy może jednak umarł? Czuje ból. Realny rzeczywisty ból. To nie sen, to nie śmierć. Zdecydował się stawić czoło nieznanemu. Otworzył oczy. Natychmiast zauważyła, że się obudził.

– Wakto! Lumie! – Uśmiechnęła się szeroko i pogładziła go dłonią po policzku. Potem zaczęła szybko, cicho szeptać. Nie rozumiał, co do niego mówiła.

– Gdzie ja jestem? – przerwał jej potok wymowy.

– Lumie! Lumia – powiedziała cicho. Potem chrząknęła i niewyraźnie wyszeptała: – Spokój. Woda?

– Tak, wody, proszę, daj mi pić. – Znała jego język, to już coś.

Podeszła znowu do słupa, wróciła z miseczką wypełnioną płynem. Pomajstrowała u wezgłowia jego hamaka i nagle górna część jego ciała uniosła się nieco wraz z posłaniem.

– Ego – powiedziała kobieta.

– Ego – powtórzył. – Pić.

– Tak, ego, pić. – Przytknęła miseczkę do jego ust.

Napoiła go. Posłanie wróciło do poprzedniej pozycji. Pogłaskała go jeszcze raz po twarzy i podeszła do kolejnego hamaka.

– Poczekaj, nie odchodź! – zawołał.

– Ciii… – Przyłożyła dłoń do ust. – Tak. Spokój. Potem.

Pochyliła się nad posłaniem sąsiada, podłoga pod jej stopami rozbłysła intensywniejszą zielenią. W tej poświacie ujrzał upiornie bladą twarz Adelina. Da Silva był nieprzytomny lub spał, ale na pewno żył. Jego pierś unosiła się w miarowym oddechu. Kobieta spojrzała na Miguela, uśmiechnęła się uspokajająco i wyszła z pomieszczenia. Leżał nieruchomo, analizując swoją sytuację. Nie trwało to długo. Po chwili w szczelinie pojawiło się troje ludzi – kobieta, którą już widział, druga, nieco starsza od niej, i stary mężczyzna. Wszyscy byli ubrani w takie same śmieszne ni to koszule, ni to sieci.

Mężczyzna odezwał się płynną łaciną:

– Witaj na Lumii. Ja jestem Keon. Rozumiesz mnie?

Miguel gorączkowo przypominał sobie szkolną łacinę, której podstawy opanował tak dawno temu. Rozumiał, oczywiście, lecz mówić językiem, którego od lat nie używał, to nie to samo co rozumieć.

– Rozumiem – rzekł powoli. – Nie mówię dobrze, rozumiem dużo. Jestem Miguel Corte Real, z Portugalii. Gdzie jestem? Gdzie moi ludzie?

– Portugalia? Gaspar Corte Real? – odparł z ożywieniem staruszek.

– Gaspar to mój brat! – krzyknął podekscytowany Miguel i usiłował poderwać się z posłania, ale z jękiem opadł na posłanie, bo przeszywający ból szarpnął jego kręgosłupem. – Tak – wyszeptał. – Gaspar jest tutaj? Proszę…

– Spokojnie, leż. Jesteś bardzo chory. – Starzec wskazał dłonią na towarzyszącą mu kobietę. – Doktor Lue pomoże ci. Gaspara tu nie ma. Pozwól Lue sobie pomóc. Jesteś tu bezpieczny. Wrócę potem z chłopakiem. On rozumie twój język. Wtedy porozmawiamy, teraz leż i wracaj do zdrowia. – Zwrócił się w stronę wyjścia.

– Poczekaj, proszę! – zawołał Miguel. – Mam tyle pytań, proszę, nie odchodź.

– Słuchaj lekarza i leż. Pytania potem. Wrócę.

Lue skinęła ręką swojej towarzyszce, poznanej już wcześniej przez Miguela. Ta stanęła za głową Miguela. Zaszurało i znowu posłanie ustawiło się w nowej pozycji, nieco wyżej, przechylone prawie do pionu, tak że Miguel na wpół leżał, na wpół stał. Dziwne, że nie spadał. Jego ciało przylegało ściśle do siatkowatego posłania, a jednocześnie prawie nie czuł nacisku materii na skórze. Kobieta przyłożyła dłonie do jego karku, następnie przytrzymała przez chwilę palce przy jego szyi. Zaciekawiony obserwował te poczynania. Delikatnie obmacywała jego żebra i podbrzusze. Wcale nie czuł się zażenowany. Był prawie nagi przed obcą kobietą, ta zaś dotykała jego całego ciała. Niedopuszczalne, a jednak wcale nie oburzało to Miguela. Lue zakończyła oględziny i podeszła do słupa na środku pomieszczenia. Wysunęła kolejną niby-szufladę, chwilę coś mieszała i wróciła z miseczką zawierającą zielonkawą maź. Wcierała delikatnie miksturę w czubek jego głowy oraz wokół skorupy otaczającej jego bark i żebra. Znów podeszła do słupa i znów coś mieszała. Podsunęła Miguelowi do ust kolejną miseczkę.

– Ego, Miguel Corte Real – powiedziała.

Posłusznie wypił zawartość. Płyn był ciepły, słodkawy i gęsty.

– Miguel Corte Real. Spać. Etato. – Skinęła ręką drugiej kobiecie. Ta znowu pomajstrowała gdzieś za plecami Miguela i posłanie wróciło do pozycji poziomej. Towarzyszka lekarki pozbierała miseczki do kosza i wsunęła szufladę z powrotem do słupa. Obie skierowały się do wyjścia.

– Lue! – zawołał Miguel. – Dziękuję – dodał po łacinie.

Obie kobiety przykucnęły, dotknęły ziemi, wyszeptały coś jakby „Lumia ble, ble, ble”, uśmiechnęły się i odeszły. Miguel był pewny, że nie uśnie. Miał tyle do przemyślenia. Zaledwie jednak kobiety zniknęły w szczelinie, oczy mu się same zamknęły i usnął głęboko.

Obudził go cichy szmer. W sali było jasno, jednak światło słoneczne było lekko przyćmione, wpadało trójkątnymi szczelinami w dachu. Teraz wyraźnie widział, że szczeliny są pokryte dziwnym materiałem, podobnym do gomółek szklanych o zielonkawym zabarwieniu, jednak o wiele bardziej przezroczystym. Owalne ściany były zbudowane z włókien podobnych do wikliny. Całość sprawiała wrażenie olbrzymiego kosza z pokrywą. Środek pomieszczenia zajmował gruby pionowy słup o powierzchni gładkiej, jak wypolerowanej, zabarwionej na cztery różne kolory. Do szczytu słupa zamocowane było pokrycie dachu, a nieco poniżej grube liny zwieszały się w kierunku posłań hamaków. Tych posłań było dziesięć, ale jedynie cztery zajęte. Miguel leżał obok nieprzytomnego Adelina da Silvy. Nieco dalej rozpoznał marynarza, który w momencie katastrofy wisiał na bocianim gnieździe. Czwarte posłanie zajmowała nieznana mu kobieta o rysach twarzy wyspiarzy. Leżała na posłaniu całkowicie naga, a jej obie nogi pokrywała taka sama skorupa, jaką widział na swoim barku. Doszedł do wniosku, że zapewne znalazł się w szpitalu. Tylko gdzie i jakim cudem? Najbliższym od miejsca sztormu lądem była wyspa Corvo, a Corvo nie dysponowała takimi przybytkami jak szpital. I całe wyposażenie tego pomieszczenia było dziwne, obce i inne niż wszystko, co Miguel kiedykolwiek i gdziekolwiek widział. Po owalnej sali krzątał się młody mężczyzna. Podchodził do posłań, coś poprawiał, coś sprzątał. Miguel chrząknął głośno.

– Mogę dostać wody? – zapytał po łacinie.

Młodzieniec podszedł do niego szybko i spojrzał pytająco. Potrząsnął przecząco głową.

– Wody proszę – powtórzył Miguel. – Ego – dodał niepewnie.

Młody człowiek uśmiechnął się szeroko i cała znajoma procedura się powtórzyła. Miguel został delikatnie uniesiony, podano mu miseczkę ze świeżą wodą. Napił się i spróbował ponownie komunikować się po łacinie.

– Muszę opróżnić… – Zawahał się. Łacińskie słowa przychodziły tak trudno, a zresztą w szkole nie uczono, jak sygnalizować potrzebę oddania moczu. Uczono samych wzniosłych wypowiedzi. I jak tu teraz wytłumaczyć, że mu się zwyczajnie chce siku? Pęcherz cisnął niemiłosiernie.

– Ego nie – spróbował na migi, kręcąc przecząco głową. Rzucił okiem w kierunku kobiety leżącej parę posłań dalej. Miała zamknięte oczy, zapewne spała. Zrobił wymowny gest ręką w kierunku przyrodzenia.

Chłopak powiedział szybko coś niezrozumiałego i podbiegł do słupa. Schylił się, z jego dolnej części wyciągnął przedziwne naczynie podobne do dzbana z długim szerokim lejem. Podszedł do Miguela, pomajstrował chwilę u wezgłowia posłania, które posłusznie zmieniło pozycję na niemal pionową, odchylił częściowo materię, którą okryte były biodra Miguela, i bezceremonialnie wetknął jego członek do wnętrza naczynia. Pacjent próbował się bronić, czerwony ze wstydu, skrępowany obecnością kobiety na sali. Ona jednakże nadal spała. Nie protestował więcej, z ulgą opróżnił pęcherz. Chłopak odczekał chwilę, następnie zabrał naczynie, opuścił posłanie do poprzedniej pozycji i bez słowa wyszedł. Tym razem nie było go nieco dłużej. Wrócił w towarzystwie znanego już Miguelowi Keona i wyrostka, chłopca może trzynasto-, czternastoletniego.

 

– Salve Miguel Corte Real – powiedział Keon przyjaźnie. – Oto Muro, twój opiekun i przewodnik. – Wskazał na chłopca.

– Witaj, Keonie, witaj, Muro – odparł grzecznie Mi­guel po łacinie, w myśli układając sobie wszystkie pytania, które chciał zadać. Nie zdążył jednak ponownie otworzyć ust, kiedy wyrostek odezwał się do niego po portugalsku.

– Witaj, Miguelu Corte Real. Keon powiedział, że pochodzisz z Portugalii. Znam ten język, dlatego starsi zdecydowali, że to ja będę miał zaszczyt być twoim przewodnikiem. Jestem Muro, dziecko Lumii. Byłeś trzy sny nieprzytomny, jesteś nadal bardzo chory i dlatego pozostań w domu opieki. Lue wyleczy cię, a potem starsi zdecydują, jak Lumia może ci pomóc.

– Bogu niech będą dzięki! – Miguel odetchnął. – Nareszcie ktoś mnie rozumie. Błagam, chłopcze, powiedz mi, co to wszystko oznacza. Gdzie ja właściwie jestem, gdzie jest moja załoga? Wiem, że sztorm zniszczył statek. Komu zawdzięczamy ratunek? Jak znaleźliśmy się na tym lądzie, co to za ląd… – Nabrał głęboko tchu. – I czy jest tutaj mój brat Gaspar?

– To dużo pytań, Miguelu Corte Real. Keon prosi cię o cierpliwość. Kiedy Lue powie, że możesz odejść, opuścisz dom opieki i dostaniesz odpowiedzi na wszystkie pytania. Teraz decyduje Lue. Nie wolno mi ciebie męczyć.

– Błagam, powiedz mi tylko jedno! Czy Gaspar jest tutaj?

Muro powiedział szybko parę słów w nieznanym języku do Keona. Ten odpowiedział mu spokojnie, ważąc słowa i patrząc Miguelowi prosto w oczy. Muro przetłumaczył:

– Gaspar Corte Real wrócił do oceanu przed trzema snami. Nie ma go na Lumii.

– Lumia, tak nazywa się miejsce, gdzie jesteśmy, prawda? – zapytał Miguel.

– Za dużo pytań, Miguelu Corte Real. – Muro się uśmiechnął. – Pójdę teraz, ty odpoczywaj. Wrócę z opiekunami, abyś rozumiał ich słowa.

Wszyscy trzej przykucnęli, dotknęli palcami podłogi i podnieśli głowy, patrząc na niego.

– Lumia, Miguel Corte Real – powiedzieli i zwrócili się do wyjścia.

– Poczekaj… – poprosił Miguel.

– Wrócę – odparł Muro i wyszedł.

Przez kolejną mniej więcej godzinę Miguel leżał na swoim posłaniu i rozmyślał. Sondował ostrożnie swoje ciało, próbując samodzielnie ustalić, jak wielkie szkody uczyniła katastrofa. Nogami mógł poruszać swobodnie, tak samo jak prawą ręką. Lewa strona sprawiała problemy. Była praktycznie unieruchomiona pod dziwną skorupą, a poza tym wszelkie próby oderwania jej od posłania powodowały szarpiący ból aż po żebra. Obmacał swój tors lewą dłonią. Wiedział, że jest poobijany i posiniaczony, ale żebra były całe, złamania dają inny rodzaj bólu. Biodrami mógł poruszać w ograniczonym zakresie, lecz nie kontuzje były powodem tego ograniczenia, tylko siatka, która mocowała jego biodra do posłania. Głowę mógł obracać na wszystkie strony. Obserwował przez chwilę pozostałych pacjentów. Adelino był blady jak sama śmierć, ale oddychał. Jego nogi i ręce pokryte były taką samą skorupą jak ta, która pokrywała bark Miguela. Nagi tors posiniaczony i poraniony poruszał się w górę i w dół w miarowym oddechu. Nie reagował na wołania, spał bardzo głęboko.

Kolejny członek załogi, młody marynarz z bocianiego gniazda, leżał na posłaniu za Adelino. Ten z kolei wyglądał na całkowicie zdrowego, nie miał żadnych ran, był jedynie bardzo blady i sprawiał wrażenie nieprzytomnego.

Kobieta po drugiej stronie pomieszczenia nie spała, leżała spokojnie na posłaniu, obracając w palcach jakieś drewienka.

Usłyszał głosy dochodzące spoza owalnej sali domu opieki. Po chwili przez szparę weszło parę osób – znajoma już Lue, mężczyzna w średnim wieku, siwiuteńka staruszka, za nimi szli kobieta i mężczyzna, którzy podawali mu wcześniej wodę, a na końcu, ku radości Miguela, Muro. Ten udał się od razu do posłania Miguela i stanął przy nim w milczeniu.

– Jak dobrze, że wróciłeś, Muro, mam tyle… – powiedział Miguel.

– Cicho, nie teraz, potem – wyszeptał Muro i zamarł w oczekiwaniu.

Miguel obserwował zaciekawiony. Trójka zapewne lekarzy badała kobietę z odległego posłania. Lue opowiadała coś żywo mężczyźnie, poruszała stopami kobiety, wykręcała je na wszystkie strony, podnosiła obie nogi w górę i w dół. Staruszka tymczasem zaglądała pacjentce w oczy, dotykała jej szyi. Potem ona zdawała relację mężczyźnie. Ten na koniec zadał parę pytań chorej. Następnie tłumaczyli coś towarzyszącej im pozostałej dwójce, ci zaś jedynie kiwali potakująco głową. Pacjentka uśmiechała się szeroko. Potem wszyscy pięcioro przykucnęli, dotknęli ziemi i podeszli dalej do marynarza leżącego za Adelino.

Tutaj oględziny zajęły mniej czasu. Staruszka odchylała leżącemu powieki, przykładała dłonie do jego ciała i zamykała oczy. To samo zrobił mężczyzna. Lue wcale nie zbliżała się do chorego.

Podeszli do Adelina. Zbadali go i długo dyskuto­wali. Potem nastąpiła sążnista lista poleceń dla uważnie słuchającej dwójki pomocników. Miguel był ostatnim ­pacjentem.

Muro tłumaczył każde słowo. Najpierw mężczyzna przedstawił wszystkich.

– Jestem Ludaro, opiekuję się duszą i głową. Lurane – wskazał staruszkę – jest naszą najlepszą opiekunką krwi i oddechu. Lue już znasz, dba o kości dzieci Lumii. Teraz zbadamy twoje ciało i duszę, Miguelu Corte Real. Czy coś sprawia ci ból albo przykrość?

– Dziękuję wam za troskę i opiekę – odparł Miguel. – Moje ciało jest jeszcze nie w pełni sprawne, ale czuję się nie najgorzej. Jedynie prawej ręki i barku nie mogę ocenić, bo jestem spętany tym ciężarem. – Muro tłumaczył każde jego słowo. – Czuję się dobrze, ale dręczy mnie troska o resztę mojej załogi i niepewność mojej sytuacji. Dlatego byłbym wdzięczny, gdyby mnie uwolniono z tej skorupy, bym mógł osobiście sprawdzić, jak się wiedzie reszcie moich ludzi. I jeszcze chciałbym wiedzieć, co dolega Adelino i tamtemu marynarzowi.

– Troszczyć się o innych to troszczyć się o siebie – rzekł Ludaro z uśmiechem. – Dlatego naszym i twoim zadaniem jest teraz sprawić, abyś wrócił do pełni sił. Słaby ojciec nie uchroni dzieci przed wichrem. Opowiedz nam najpierw, co się stało, co pamiętasz z wydarzeń, zanim się obudziłeś.

– Wypłynęliśmy z Corvo. – Miguel zdecydował się odpowiedzieć na wszystkie pytania, w nadziei że tym prędzej jego pytania doczekają się odpowiedzi. – Potem był sztorm. „Perła”, mój statek, zatonęła. Adelino był przywiązany do masztu i zaczął tonąć. Odciąłem jego linę i przywiązałem do pływającej beczki. Potem fala rzuciła mną na skały, a potem to już tylko śniłem.

– Co śniłeś, Miguelu? – zapytała miękko staruszka.

– Głupoty, bajdy i mity… – zawahał się chwilę, zastanawiając się, czy prawda mu nie zaszkodzi. A jeśli stwierdzą, że oszalał, i będą go tu więzić? Postanowił zaryzykować. – Wszystko przez te bajania z Corvo. Na wyspie, z której wyruszyliśmy w dalszą podróż, były takie głupie opowieści o syrenach, no wiecie, pół kobietach, pół rybach. No i dlatego pewnie śniłem, że syrena mnie pocałowała i wciągała w głębinę oceanu. Sen, nic więcej. Nie oszalałem, wiem, że to nieprawda.

Lekarze spojrzeli po sobie porozumiewawczo.

– No dobrze – powiedział Ludaro. – A co było przedtem? Wiesz, kim jesteś, pamiętasz swój dom, swoją ziemię, swoich ludzi?

– Ależ tak, doskonale. Jestem Miguel Corte Real, syn Joao. Wyruszyłem z Lizbony w Portugalii, statkiem mojego króla Manuela, na poszukiwanie nowych szlaków i mojego zaginionego brata Gaspara. Mój starszy brat został w naszym domu na Terceirze, razem z matką. Statek, którym dowodziłem, to „Perła”. I… muszę wrócić do domu, inaczej moja rodzina straci wszystko.

– Cóż, Miguelu Corte Real, zobaczymy. Teraz musimy cię zbadać. Nie obawiaj się, nie przysporzymy ci bólu.

Pierwsza podeszła do niego Lue. Delikatnie obmacywała ciało wokół skorupy, unosiła i przekręcała unieruchomione ramię, patrząc mu uważnie w oczy. W jedynym momencie, kiedy zabolało, Miguel nawet nie jęknął, jednak lekarka natychmiast delikatnie ułożyła ramię na posłaniu. Potem ugniatała jego żebra, unosiła biodra, zginała nogi i stopy. Następnie zwróciła się do pozostałej dwójki, zdając relację. Muro słuchał uważnie i szeptem tłumaczył Miguelowi.

– Goi się dobrze. Większość to drobiazgi, zadrapania. Jedyny problem to kość w ramieniu, nie wiem, jak się nazywa, tam pod opoką. Tam jest równo złamane, jeszcze boli, ale wyleczy się w ura Lumie, hmm… – Muro się zawahał. – Palce człowieka… wiem, dwadzieścia snów-nocy. Tyle czasu trzeba trzymać twardą opokę. Potem się zmieni na miękką i możesz odejść. Trzeba dbać o resztę ciała, żeby nie usnęła. Dwadzieścia nocy to dużo, ale krócej się nie da. Już nie musisz spać, bo jesteś rozumny i spokojny. Musisz jeszcze pozostać spokojny dwadzieścia snów.

Do Miguela podeszła Lurane, staruszka. Stała nieruchomo i patrzyła mu prosto w oczy. Po chwili uciekł spojrzeniem. Westchnęła i sięgnęła dłonią do jego powieki. Odchyliła ją i uważnie patrzyła. Następnie przykładała dłonie do jego torsu, zamykała oczy i znowu stała nieruchomo. Potem położyła jedną rękę na jego podbrzuszu, drugą na piersi i stała tak długo z zamkniętymi oczami. Inni milczeli w skupieniu. Odsunęła się na krok, powiedziała coś do pomocników. Kobieta podeszła do słupa i wróciła z naczyniem podobnym do tego, do którego wcześniej musiał się wypróżnić.

– Dmuchaj – przetłumaczył polecenie Muro.

Miguel niepewnie dmuchnął do dzbana. Lurane spokojnie i wyraźnie wydała kolejne polecenie.

– Nie tak – powiedział Muro. – Przyłóż usta ściśle do otworu i dmuchaj, jak długo możesz.

Miguel wykonał polecenie. Powietrze z cichym gwizdem ulatywało przez dziurkę w dnie dzbana. Lurane pokiwała głową. Zrobiła miejsce mężczyźnie, zapraszająco wskazując Miguela dłonią. Ludaro uciskał jego plecy i brzuch, potem w obecności obu kobiet ujął w dłonie jego jądra. Miguel zawstydzony i oburzony usiłował odepchnąć lekarza.

– Nie rób tak – syknął Muro. – To przecież opieka. Nie chcesz być zdrowy?

Miguel zacisnął zęby i wściekły dotrwał do końca badania. Znowu cała trójka zaczęła się naradzać, wydając jednocześnie polecenia pomocnikom. Muro tłumaczył wytrwale.

– Nie wygląda źle. Kości się naprawią. Twój oddech zmalał. Trzeba od razu zacząć pracować. Na wszelki wypadek sprawdzić siku, ale wnętrze wygląda na zdrowe. Nie musisz spać, nie dostaniesz już luminii. Masz mało jeść, ale samo dobre, i dużo pić i sikać. Dwadzieścia snów będziesz w domu opieki i będziesz pracował oddechem i nogami. Potem dostaniesz lekką opokę i opuścisz dom. Mam ci przewodzić. Codziennie. Mam ciebie nauczyć Lumii i mówić, co starsi pozwolą. Masz być spokojny i wyleczyć ramię.

– Czy masz jakieś pytania, Miguelu Corte Real? – zapytał Ludaro.

– Oczywiście, całą masę! – odpowiedział zirytowany. – I prawie wszystkie już zadałem, tylko nikt mi nie odpowiada. Gdzie moja załoga, co to właściwie za ląd? Kto nas uratował? Czy mój brat pożeglował z powrotem do Lizbony? Dlaczego dopiero teraz?

– Potem, Miguelu Corte Real – wtrącił uspokajająco Ludaro. – Cierpliwości. Jestem tylko opiekunem. Nie ma niebezpieczeństwa, aby opowiedzieć ci wszystko, co wiemy, ale ja jestem opiekunem, nie pamięcią. Teraz pomoce opiekuna zajmą się tobą. Zjedz, odpocznij, odśwież się. Potem przyjdzie Keon z Muro i odpowiedzą na wszystkie twoje pytania.

Lekarze przykucnęli, dotykając palcami podłogi, i odeszli.

– Teraz pomoce domu opieki cię umyją i zadbają o twoje miejsce – powiedział Muro. – Potem zjesz, a potem przyjdziemy z Keonem porozmawiać. Czy potrzebujesz mojej obecności teraz? Pomoc nie mówi w twoim języku, ale ja chętnie wróciłbym do domu pokarmu na posiłek. Przyjdę szybko, dobrze?

– Dobrze, Muro, idź. Dziękuję ci. Wrócisz niedługo, prawda?

– Niedługo. – Muro uśmiechnął się od ucha do ucha.

Toaleta i posiłek przebiegły bezproblemowo. Głównie dlatego, że wcześniej Miguel z lekkim zażenowaniem obserwował dyskretnie te same zabiegi pomocników przy kobiecie leżącej na posłaniu naprzeciwko. Dlatego nie wyrywał się i nie protestował, kiedy pomocnik mył dokładnie całe jego ciało, z intymnymi częściami włącznie. Jedzenie było smaczne, choć niepodobne do niczego, co Miguel jadł wcześniej. Nie wiadomo z czego przyrządzona papka miała lekko słodkawy i lekko słonawy smak. Dziwne połączenie, ale zjeść się dało.

 

Po posiłku z zainteresowaniem obserwował zabiegi medyczne wokół kobiety. Z obu nóg zdjęto skorupy złożone razem jak łupki. Pod nimi były kolejne warstwy, ale dużo cieńsze. Pacjentka z entuzjazmem poruszała nogami, nie próbując ich jednak zginać w kolanach. Może nie mogła ich zginać, bo cienka warstwa skorupy nadal otaczała jej nogi. Potem wsparta na ramionach obu pomocników zrobiła parę niepewnych rund wokół słupa na własnych nogach. Widać było, że kosztuje ją to dużo wysiłku, mimo to robiła wrażenie zadowolonej. Po mniej więcej dwóch godzinach zgodnie z obietnicą wrócił Muro z Keonem.

– Jak się czujesz, Miguelu Corte Real? – zapytał na przywitanie Keon.

– Dziękuję, coraz lepiej. Mów mi po prostu Miguel, Keonie. Odpowiesz teraz na wszystkie moje pytania?

– Oczywiście, Miguelu. Lekarze powiedzieli, że jesteś silny. Nie trzeba już oszczędzać twojej duszy. Zniesiesz wszystkie prawdy. Gaspar Corte Real też nie chciał, żebym nazywał go pełnym imieniem. Dlaczego, czy to jakaś obelga?

– Nie, ależ skąd. – Miguel się zaśmiał. – To powód do dumy, to nazwisko naszego ojca. Imię każdy ma własne, a nazwisko, znamię naszego rodu, oznacza jedynie, kim byli nasi przodkowie.

– Hmm… – mruknął Keon z namysłem. – My jesteśmy dziećmi Lumii. Wszyscy. To też powód do dumy. Czyli ja jestem Keon Cze Lumia, a Muro jest Muro Cze Lumia. Teraz rozumiem. A więc dobrze, tylko Miguel, tak jak było tylko Gaspar.

– No właśnie, Gaspar! – przerwał mu gorączkowo Miguel. – Kiedy zawinął do waszego portu? Dlaczego tak długo zwlekał z powrotem do domu? Jaka szkoda, że się z nim minąłem!

– To nie tak, Miguelu. – Keon westchnął ciężko. – Gaspar przybył tutaj tak jak ty. My nie mamy portu. Na Lumię jest tylko jedno wejście morzem i ziemią. Gaspar przybył dziesięć ura1 temu temu, dziesięć razy po dwadzieścia snów. Jego statek rozbił się tak jak twój. Udało się wprowadzić tylko ośmiu ludzi. Siedmiu było silnych, przetrwali drogę bez szwanku. Gaspar był prawie osiem ura w domu opieki. Właściwie to Lurane nie chciała go wypuścić. I miała rację. Gaspar odszedł do oceanu trzy sny przed twoim przybyciem. Jego oddech się skończył.

– Umarł?! – krzyknął Miguel. – Gaspar nie żyje?! ­Nieee!

– Uspokój się, Miguelu. – Keon ścisnął jego dłonie. – Gaspar odszedł w spokoju. Przecież żyje nadal w naszych duszach i naszej pamięci. Uspokój się. Nie rozpaczaj. Wszyscy jesteśmy dziećmi Lumii, wszyscy żyjemy wiecznie, czasem odchodzimy, ale przecież nadal jesteśmy.

Po twarzy Miguela łzy płynęły strumieniem. Jak nieoczekiwanie znalazł się u celu swojej podróży. Znalazł brata i natychmiast go utracił. To niemożliwe, to nie mógł być Gaspar!

– Opowiedz mi, Keonie – poprosił cicho. – Opowiedz mi o Gasparze.

– Muro ci opowie lepiej, Miguelu. Był jego przewodnikiem. Zostawię cię z Muro teraz. Zawołajcie mnie, kiedy będę potrzebny. – Keon skinął głową, jeszcze raz uścisnął dłoń Miguela, przykucnął, dotknął ziemi i wyszedł.

– Muro, byłeś z moim bratem cały czas? – zapytał smutno Miguel.

– Tak. Gaspar nauczył mnie swojej mowy i dużo opowiadał o waszej Lumii. Już dawno wiedzieliśmy, że jest dużo innej ziemi. Jedną nawet czasami odwiedzają silne. Ale od Gaspara nauczyliśmy się naprawdę dużo. – Muro podniósł się z podłogi, na której siedział. – Poczekaj chwilkę, Miguelu. Przyniosę ci coś. Zaraz wracam.

Wrócił po paru minutach z dwoma zawiniątkami. Te pięć minut Miguel zastanawiał się nad wszystkim, co usłyszał. Coraz więcej pytań kłębiło się w jego głowie. Muro rozwinął zawiniątka i podał Miguelowi dwa jakże znajome medaliony.

– Ten jest twój. Dostaniesz z powrotem, jak opuścisz dom opieki. Ten należał do Gaspara. Nie rozstawał się z nim nigdy. Rano, kiedy rozmawiałeś z opiekunami, pobiegłem na klif, zabrałem go tylko na dzisiaj, żeby dusza brata chwilę pobyła z tobą. Wieczorem odniosę, Keon pozwolił.

Miguel ściskał w dłoni oba medaliony, wspomnienia radosnej twarzy brata zalewały jego umysł. Łzy płynęły nieprzerwanym potokiem. Muro stał na uboczu, przyglądając się jego żalowi z niemym szacunkiem. Po chwili zapytał nieśmiało:

– Czy chcesz jeszcze dziś mojej obecności? Może pragniesz zostać sam. Wrócę przed wieczorem po medalion.

– Nie, Muro, zostań. Opowiedz mi o Lumii, o Gasparze.

I Muro zaczął swoją opowieść. Trwało to kolejne dwadzieścia dni przerywanych intensywną gimnastyką i ćwiczeniami mięśni Miguela. Lumia była wyspą położoną jedynie około sześćdziesięciu pięciu mil morskich na północny zachód od Corvo, jednak zupełnie nieznaną we współczesnym świecie. Specyficzne warunki geofizyczne sprawiały, że z morza była praktycznie niewidoczna do ostatniej chwili, światło odbijające się od skał klifu powodowało złudzenie optyczne, wyglądała jak czarna nieruchoma chmura. Żadnych oznak lądu. Widziana od morza była wysokim klifem. Każdy statek, który się do niej zbliżył na milę, prądy morskie roztrzaskiwały o ostre skały. Nie istniała praktycznie żadna szansa ratunku, na wyspę nie było dostępu – prócz jednego, który wydawał się niemożliwy do pokonania. Jedynie mieszkańcy wyspy znali tę drogę, ale nieliczni z niej korzystali. Długi wąski podziemny kanał w twardej skale pozwalał wydostać się na otwarty ocean. Na tyle długi, że możliwy do pokonania tylko dla najlepszych pływaków, nieustraszonych i silnych, zdolnych pokonać wrogi prąd i zatrzymać powietrze w płucach na długie minuty.

Niewielką wysepkę zamieszkiwały cztery duże plemiona. Trzy z nich żyły w głębi lądu, w łagodnym ciepłym klimacie. Jedno, którego członkiem był Muro, osiedliło się na klifie. Stanowili oni jednocześnie ochronę wyspy. Bo już wieki temu okazało się, że nawet tak pokojowe społeczeństwo jak dzieci Lumii potrzebuje ochrony. Katastrofa „Perły” i rok wcześniej statku Gaspara nie były pierwszymi kontaktami Lumii ze światem zewnętrznym. Już przed czterema cze Lumie, czyli według wyliczeń Miguela w mniej więcej ósmym wieku naszej ery, zawitali na wyspę uratowani przez tubylców rogaci przybysze. Pamięć o tej wizycie sprawiła, że mieszkańcy wyspy niechętnie i z rezerwą odnosili się do wszystkich rozbitków i rzadko decydowali się na akcje ratunkowe. Jednak naczelnym prawem wyspy był szacunek dla życia, każdego życia. Dlatego ci nieszczęśnicy, którzy zapuścili się na nieprzyjazne wody wokół Lumii, mieli szansę na ratunek, jeśli ich czaszki nie roztrzaskały się o ostre skały klifu i jeśli ich płuca przetrzymały długą podróż podziemnym kanałem. Niewielu takich szczęśliwców się zdarzało. Jednak wieki temu przeżyło wystarczająco wielu, aby prawie całkowicie zniszczyć kiełkującą cywilizację Lumii. Zapewne byli to wikingowie, tak wynikało z opowieści Muro i Keona. Silni brutalni mężczyźni, których głowy zdobiły rogate hełmy. Gwałcili, wszczynali bójki, bezpardonowo zagarniali siłą całe pożywienie, aż w końcu zabili prawie połowę mieszkańców osady, obracając całą wioskę mieszkańców klifu w zgliszcza. Udało się ich pokonać, lecz kilku przeżyło. Wtedy po raz pierwszy Lumia wyraziła zgodę na śmierć, wtedy po raz pierwszy dzieci Lumii zabijały i musiały jednogłośnie zaakceptować odebranie życia ludzkiej istocie. Wówczas narodziła się nowa Lumia. Do tradycyjnego podziału obowiązków mieszkańców wyspy doszła nowa grupa, której przeznaczeniem było chronić dzieci Lumii. Tylko tym, którzy należeli do grupy silnych, wybaczane było odbieranie życia, a i to nie zawsze.

Całe społeczeństwo decydowało o przyszłości Lumii wspólnie. Każde plemię wyspecjalizowało się w różnorodnych zadaniach. Osady w głębi lądu składały się głównie z rolników, zbieraczy i myśliwych dbających o pożywienie, nazywanych karmicielami. W każdej osadzie było ich paru. Zarządzali domami pokarmu, w których pożywienie było dostępne dla każdego mieszkańca osady. Grupa budowniczych zajmowała się bardzo szerokim spektrum zagadnień. Oczywiście budowali domy, począwszy od niewielkich, okrągłych chatynek poszczególnych mieszkańców po duże, przestronne domy opieki czy domy pokarmu. Byli również odpowiedzialni za prawie wszystkie udogodnienia, z którymi Miguel zetknął się na wyspie – system sanitarny, podobny do znanych mu rzymskich akweduktów, system komunikacji, niepodobny do niczego, co znał, zdumiewające rozwiązania mechaniczne, te same, które powodowały zmianę pozycji jego hamaka, i wiele innych. Ta grupa była bardzo rozgałęziona, jednym z jej jakby oddziałów była grupa badająca i przetwarzająca luminię. No właśnie – luminia. To było błogosławieństwo i największy skarb wyspy. Roślina występująca w dwóch różnych odmianach, jako mchopodobny porost i jako krzew dorastający nawet do wysokości dwóch metrów. Miguel nie zrozumiał do końca opowieści o luminii ani nie pojął jej zastosowania. Zrozumiał jedynie, że luminia jest źródłem dziwnego zielonkawego światła.

Inne książki tego autora