WyspaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wyspa
Wyspa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 52,90 42,32
Wyspa
Wyspa
Wyspa
Audiobook
Czyta Andrzej Ferenc
24,90 20,92
Szczegóły
Wyspa
Wyspa
Wyspa
E-book
26,90 22,60
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

Azory, czerwiec 1502

Oczywiście Adelino powtórzył Miguelowi opowieść starego sługi. Ten zaliczył ją w poczet baśni i mitów morskich. Jednak entuzjazm i nieokiełznana ciekawość da Silvy skłoniły go do podjęcia decyzji o kolejnej jednodniowej przerwie w wyprawie. O świcie „Perła” opuściła port w Corvo, a tego samego dnia wieczorem zacumowała na północno-wschodnim krańcu wyspy. Adelino z dobrego serca spoił Bartolomea winem, chciał mu oszczędzić złych wspomnień, niech starzec prześpi tę wizytę.

Wszystko było tak jak w opowieści. Rafy koralowe tworzyły naturalną, wygodną nawet dla potężnej „Perły” keję. Osada złożona z paru chat wyglądała na dopiero co opuszczoną. Ani żywego ducha, ani śladu ludzi. Zieleniły się poletka odgrodzone od lasu. Gdzieniegdzie umykały spod nóg przestraszone małe gryzonie i ptactwo. Las zaczynał już powoli wdzierać się w uprawy, zagarniając na powrót skradzioną ziemię w swoje władanie. Za zgodą Miguela da Silva z czterema ochotnikami wyruszył w głąb wyspy. Znaleźli nikły ślad jakby wydeptanej ścieżki, która prowadziła do stóp wygasłego wulkanu. Nic jednak nie dowodziło, że ścieżkę wydeptali ludzie, równie dobrze mogła to być droga zwierząt do wodopoju, gdyż u podnóża wulkanicznego pagórka leżało niewielkie słodkowodne jeziorko. Żadnych śladów ludzkiej bądź syreniej działalności Adelino nie znalazł, co go niezmiernie rozczarowało. Zachwycił i uradował go zaś fakt, że niespodziewanie odnalazł zagajnik owych bambusów, które dla swojego gumilium sprowadzał aż z Afryki. Z radością planował szeroko zakrojone uprawy na Azorach i wymusił na Miguelu zgodę na zabranie dodatkowego ładunku w drodze powrotnej. Noc cała załoga spędziła na statku z podniesioną kotwicą, gotowa w każdej chwili wyruszyć. Żeglarze uzbrojeni po zęby do późnego świtu wyczekiwali nieokreślonego zagrożenia z głębi lądu. Nikt i nic się jednak nie pojawiło.

– Baśnie i mity, mówię ci, da Silva – przekonywał ­zirytowany Miguel tego samego dnia pod wieczór. – Wyspiarze, mój panie, to naród jeszcze bardziej przesądny od żeglarzy.

– Przesądy przesądami, Miguelu – westchnął Adelino. – To, co usłyszałem, to nie bajdy. Stary mocno wierzy w to, co mówi. Naprawdę musiało się stać coś dziwnego i niesamowitego.

– E tam. – Miguel wzruszył ramionami. – Upili się i pozabijali nawzajem, a Bartolomeo oszalał ze strachu i tyle. Nie wiem, po co go ze sobą wleczemy, zawadza jedynie. I już zupełnie nie wiem, po co zatrzymaliśmy się bez planu. Korzyści żadnej to nie przyniosło, strata czasu tylko…

– Jak to strata czasu?! – oburzył się da Silva. – A bambusy?! Czy ty sobie wyobrażasz, jakie to odkrycie? Nigdzie w Europie nie rosną, nawet się przeflancować nie dają. Najlepszą ziemię, najlepsze warunki im stwarzałem i albo gniły, albo usychały. Afryka daleko, a tu pod nosem na naszych własnych ziemiach całe plantacje założyć można. Ciekawe, co ta ziemia ma w sobie takiego. Jak wrócimy, uproszę króla, żeby mi tu zamieszkać pozwolił lat parę. Zbadam każde ziarnko. Czy zdajesz sobie sprawę, przyjacielu, jaki majątek tu w ziemi leży? To przyszłość całej żeglugi. No wyobraź sobie niezatapialną flotę Portugalii. Cały świat będzie nam u stóp leżał.

– Tak, tak. – Miguel machnął lekceważąco dłonią. – Na razie, panie da Silva, nawet nie wiesz, czy twoje gumilium słoną wodę oceanu zatrzyma, a już na nim bogactwa budujesz.

– Gumilium wytrzyma. Sam zobaczysz, niech tylko porządna burza przyjdzie i jakaś nieszczelność się wreszcie w „Perle” wykryje.

– Tfu! – Miguel splunął i przeżegnał się. – Wypluj te słowa, Adelino. Pogoda i wiatry nam sprzyjają i niech tak zostanie.

Drzwi do kajuty kapitana otwarły się i stanął w nich bosman.

– Panie Corte, pozwól pan, proszę, na dziób. Coś dziwnego tam z gniazda wypatrzyli.

– Co dziwnego? Ląd? – mruknął Miguel. – Niemożliwe, jeszcze wiele mil nas od lądu dzieli. Kurs trzymacie?

– Sprawdziłem, panie. Sternik trzyma kurs. Wszystko zgodnie z planem.

– Zostań tu, Adelino, dokończ posiłek. – Miguel sięg­nął po lunetę. – Zaraz wracam, rzucę tylko okiem.

Na dziobie zebrała się grupka załogi. Cieśla wpatrywał się przez lunetę w powiększającą się plamkę czerni na tle zachodzącego słońca.

– Ki czort? – mruknął Miguel, kierując swoją lunetę w tamtą stronę.

Plamka czerni wyglądała na nie wiadomo co. Nie ląd, nie burza, nie inny żaglowiec… Trudno było powiedzieć, niebezpieczeństwo czy nowe odkrycie. Miguel posłał jednego z żeglarzy po mapy do swej kajuty. Wraz z nim wyszedł na pokład zaciekawiony Adelino. Podczas gdy Miguel studiował uważnie mapy, poszukując przeoczonej wyspy i korygując po raz kolejny ich pozycję, plamka czerni roztapiała się powolutku w zapadającym zmroku. Busola i gwiazdy uparcie twierdziły, że są na dobrze znanych wodach. Czarny punkcik był rzeczywiście dziwną i niespodziewaną anomalią.

– Trzymaj kurs – polecił Miguel sternikowi.

„Perła” była smukłą trzymasztową karaką. Dzięki łacińskiemu ożaglowaniu na bezanmaszcie, popychana północno-wschodnim wiatrem, szła teraz prawym halsem, kładąc się w łagodnym przechyle na lewą burtę. Pogoda była wręcz wymarzona do żaglowania. „Perła” płynęła śmiało, osiągając pod pełnymi żaglami prawie swoją maksymalną prędkość ośmiu węzłów. Kapitan jednak nawet niezaniepokojony, jedynie nieco zdziwiony nowym zjawiskiem, zlecił załodze przed spoczynkiem sprzątnięcie górnych żagli z fok- i grotmasztu. Karaka powoli i spokojnie parła naprzód w dokładnie obliczonym i przewidzianym kierunku.

– Człowieka na gniazdo, niech pilnuje niespodzianek – dorzucił Miguel w stronę bosmana. – Dziwne, niedziwne, popatrzeć nie zaszkodzi.

– To może być złudzenie optyczne – stwierdził z nadzieją Adelino. – Słyszałem o takich złudzeniach w Afryce. Kiedy człowiek jest długo na pustyni, czasami mu się wydaje, że widzi różne rzeczy. Nazywają to fatamorgana. Czy na morzu też się tak zdarza?

– Zmilcz już, Adelino – zirytował się Miguel. – Dosyć mam twoich syren, złudzeń, bajd i mitów. Załoga i tak niespokojna po tych bajaniach na Corvo. Ty już lepiej, panie, nic nie mów. Pora na spoczynek.

Rozdzielił wachty i odesłał pozostałych marynarzy do kubryku. Sam pozostał na pokładzie. Po półgodzinie dołączył do niego Adelino z baryłką wina.

Było już dobrze po północy, kiedy z bocianiego gniazda dobiegł niespokojny okrzyk:

– Sztorm! Sztorm! Uwaga z prawej burty! Sztorm!

– Wszystkie ręce na pokład! – krzyknął bosman i wsparł rozkaz donośnym dźwiękiem gwizdka.

Cała nocna wachta biegła do gordingów i gejtaw. Reszta już wdrapywała się na reje. Miguel natychmiast pobiegł do steru. Obaj ze sternikiem z całych sił kręcili kołem, ustawiając karakę ostro na wiatr, dziobem na wprost zmierzającej ku nim burzy. Adelino podniecony biegał z jednego krańca żaglowca w drugi, wypytując zajętych pracą żeglarzy, gdzie mógłby pomóc.

– Przywiąż się pan do masztu i milcz! – warknął na niego miotający się po pokładzie bosman.

Spod pokładu w milczącym pośpiechu wydostawali się kolejni członkowie czterdziestoosobowej załogi. Natychmiast zaczynali sztauować statek przed nadchodzącym sztormem. Ostatnie płachty żagli zjeżdżały na reje zwijane sprawnymi dłońmi. Sternik i kapitan mocno dzierżyli ster. Wiatr wzmagał się i ryczał, spienione fale przelewały się przez pokład. Ci ludzie przeżyli wiele burz, lecz czegoś takiego nie widzieli jeszcze nigdy. Sztorm przyszedł znikąd i znienacka. I choć wiele twarzy pobladło i spoważniało, tak naprawę nie bali się. Lata doświadczeń i znajomość morza sprawiły, iż byli prawie pewni, że i ten kataklizm przeżyją. Wiedzieli doskonale, że za czarną ścianą sztormu czeka na nich gwieździste niebo. Należało tylko zacisnąć zęby i przebić się przez tę przegrodę deszczu i błyskawic. Żaglowiec był już perfekcyjnie zabezpieczony i przygotowany do przejścia przez najgorsze. Tylko nie takiego najgorszego spodziewali się żeglarze „Perły”.

Nagle czarne chmury rozstąpiły się i ich oczom ukazały się skały. Wysokie, spiętrzone aż pod niebo. Ląd. W tym miejscu nie miało prawa być żadnego lądu! Sternik i kapitan jednocześnie zareagowali odruchowo. Dwie pary rąk kręciły gorączkowo sterem, próbując za wszelką cenę ominąć przeszkodę. Prądy morskie pchnęły „Perłę” w stronę przerażającej wysokiej ściany skał. Za późno! Żaglowiec posłusznie zareagował na rozpaczliwy rozkaz sternika i kapitana, jednak już było za późno. „Perła” prawą burtą z pełnym impetem wpadła na skały. Wszystkie trzy maszty zwaliły się na pokład. Krzyki zranionych i przygniecionych ludzi przebiły wycie wiatru i huk fal roztrzaskujących się o ostre krawędzie skał. Statek zaczął błyskawicznie tonąć. Nie było czasu na nic, ludzie w panice wyskakiwali za burty. Natychmiast porywały ich spienione fale jak dzikie rumaki i z wściekłością rzucały o bezlitosną ścianę klifu.

Mimo ciemności Miguel widział, wręcz czuł, jak jego współtowarzysze giną jeden po drugim roztrzaskiwani o groźne, wystrzępione skały nieznanego, bezlitosnego lądu. Kątem oka dostrzegł, jak Adelino szarpie się z liną, którą był przywiązany do masztu. Żaglowiec tonął, maszt pociągał da Silvę w otchłań. Miguel rzucił się w jego stronę, przeskakiwał zapadające się deski pokładu, w biegu wyciągając zza pasa nóż. Sternik pozostał przy sterze, bezskutecznie walcząc z nieuniknionym. Maszt już chował się pod wodę, gdy Miguel ostatkiem sił zdołał uczepić się jego końca. Nabrał powietrza głęboko w płuca i otulony mrokiem nocy zanurkował wzdłuż całej długości tonącego masztu, próbując wyczuć dłońmi mocowanie liny, którą Adelino był przywiązany. Namacał pierwszy węzeł. Przeciął go zdecydowanie i pociągnął do siebie. Nie, to jedynie fał. Płuca paliły, całe ciało domagało się odrobiny powietrza, jednego oddechu. Nie, jeszcze nie, jeszcze chwila. Zanurkował głębiej. Kolejna lina, kolejny zamach nożem, cięcie. Ostatkiem sił pociągnął ciężar do siebie. Miękkie ciało owinięte w nasiąknięte wodą materie, które opierały mu się, ciągnęły ciężar w głąb, na dno. Nie. Jeszcze nie teraz. Jeszcze nie czas. Przeżyjemy, da Silva. Z całej siły płynął w górę, ciągnąc za sobą nieprzytomnego Adelina. Oddech, wybawienie. Spienione fale zalewały ich obu, uparcie atakując. Gdzieś obok wymacał skaczącą na falach baryłkę wina. Przerzucił przez nią linę, do której uczepiony był da Silva. Może wino uratuje mu życie, pomyślał głupio. Kolejna agresywna fala rzuciła nimi w kierunku skał. Jak przez mgłę widział baryłkę skaczącą wesoło na falach. Poczuł silne uderzenie, a potem była już tylko ciemność.

 

* * *

Niechętnie otworzył oczy. Bolało wszystko. Niebo szarzało, zbliżał się świt. Ujrzał jedynie zielone fosforyzujące światełko w ciemności oceanu. Huczały fale uderzające o skały. Brakowało mu powietrza, dusił się. Topił się. Ostatkiem sił nabrał w płuca pełen łyk słonego, mokrego oddechu. Jakaś siła ciągnęła go pod wodę. Zemdlał ponownie. Śnił, że fosforyzująca upiorną zielenią twarz syreny zbliża się do jego twarzy. Instynktownie szarpał się w silnych objęciach, chciał uciec. Pocałunek morskiej zjawy ukoił ogień płonący w jego płucach. W lodowaty chłód otulającej go wody wdarł się ciepły podmuch, w którym Miguel skrył się jak w kokonie. Umieram, pomyślał. I zapadł w nicość.

Max

Paryż, 24 grudnia 1967, niedziela

To było pierwsze radosne Boże Narodzenie. Trzyletnia Maxime z przejęciem rozpakowywała prezenty. Niania Madelaine czule patrzyła na małą podopieczną.

– Udała nam się ta dziecina, panie Ludwiku – stwierdziła z zadowoleniem, stukając się szklanką wina z pracodawcą.

– Udała nam się. – Skinął poważnie głową. – Wszystkie wyniki badań pozytywne. Max jest zdrowa. Od przyszłego roku szkolnego wyślemy ją do przedszkola. Niech wreszcie pozna wielki świat.

– To dobrze dla niej. – Madelaine westchnęła ciężko. – Czyli od września przyszłego roku mam sobie nowej posady szukać?

– Bzdura, moja droga. Maxime potrzebuje ciebie. Ojciec jest tylko do rozpieszczania i zabawy. Mała potrzebuje kobiety. W końcu nie oszukujmy się, oboje wiemy doskonale, kto ją wychowuje. Niech cię ręka boska broni odchodzić, sam sobie z tym małym tyranem nie poradzę.

Madelaine uśmiechnęła się smutno.

– Panie Dupont, przywiązałam się do małej i lubię swoją pracę. Czuję się tu bardziej jak babcia niż jak gosposia. Moje dzieci żyją swoim życiem i dobrze mi z wami, ale to nie jest dobrze dla pana i dla niej. Niech pan znajdzie dobrą kobietę, młodą i zdrową, która wychowa Maxime i będzie panu żoną. Całymi dniami haruje pan w zakładzie, a nasza Max ma do towarzystwa tylko starą kobietę. Już niedługo to mną się trzeba będzie opiekować, niechże pan pomyśli o przyszłości. Maxime potrzebuje kontaktu z ludźmi. Teraz, kiedy jest już zdrowa, kiedy wszystkie zagrożenia minęły, mała powinna żyć normalnie, jak każde dziecko.

– Co ty gadasz? Nie jesteś za stara. Miłości, którą ty jej dajesz, nie zastąpi żadna inna kobieta. Twoje miejsce jest tutaj, z nami. Max ma w tobie babcię. Ja swojej matki nie znałem, ale byłbym dumny, gdyby była taka jak ty. Nasza maleńka zacznie normalne życie, pójdzie do przedszkola, potem do szkoły. Wszystko będzie dobrze, a ty zostaniesz z nami jako babcia.

– Panie Ludwiku, niechże pan będzie rozsądny, za trzy lata stuknie mi siedemdziesiątka. Już z dnia na dzień słabnę. Nie dam rady prowadzić całego domu i dziecka chować.

– Jak przyjdzie czas, weźmiemy kogoś do pomocy.

– Kobietę by pan sobie znalazł, żonę.

– Nie swataj mnie, moja droga – obruszył się Ludwik.

– Mała siedzi w domu ze staruchą. Ojca widzi jedynie wieczorami.

– To się zmieni, będę mniej pracował – zbijał jej każdy kolejny argument.

– Ja tam się w pana pieniądze nie wtrącam, panie Ludwiku – powiedziała ostrożnie gosposia – ale jak pan chce mniej pracować i poradzić sobie z utrzymaniem dziecka, dużego domu i starej niańki?

– Interesy idą coraz lepiej – skłamał gładko Ludwik. – Podpisuję kontrakt na regularne dostawy dla firmy ślusarskiej produkującej nietypowe zabezpieczenia. Pewnie od nowego roku zatrudnię pomocnika, a jak będę miał wsparcie w warsztacie, to mogę więcej czasu spędzać w domu. Tu też mogę pracować. Widzisz, Madelaine, że wszystko idzie ku lepszemu.

– Ano widzę. – Staruszka westchnęła z powątpiewaniem.

Naprawdę wcale nie było lepiej. Pieniądze od Jeana pochłonęła kosztowna terapia Maxime. Zakład przynosił zyski wystarczające na utrzymanie rodziny i niani, ale w żadnym razie Ludwik nie był w stanie w ciągu kolejnych dwóch lat odłożyć sumy, która pozwoliłaby mu zwrócić zaciągnięty dług. Banki były skłonne udzielić mu kredytów, jednak w stwierdzeniu Jeana, że bankier jest cichym złodziejem, było dużo prawdy. Spłata kredytów bankowych uniemożliwi mu utrzymanie domu.

Obserwując zdrową i radosną córkę bawiącą się nową lalką, Ludwik podjął decyzję. Dam jej przyszłość. Już wiem, kim jestem, Jean. Jestem ojcem. Dlatego tak, chcę mieć kasy jak lodu po to, aby moja córka nigdy nie patrzyła na gramofon przez szybę. I wiem, jak to zrobić. Wiem, kim jestem – jestem ojcem i dlatego będę złodziejem.

29 grudnia 1967, piątek

Kiedy Jean jak w każdy piątek wieczorem przyszedł do La Cordonerie przy rue de Greneta, zobaczył czekającego Ludwika.

– Pięć lat jeszcze nie minęło – stwierdził, siadając przy stoliku.

– Powiedzmy, że doznałem oświecenia – odparł Ludwik z uśmiechem.

– No to opowiadaj, bracie, z czym przychodzisz.

– Oczekujesz, że ci powiem, że miałeś rację, hę?

– E tam, stary. – Jean machnął lekceważąco ręką. – To, który z nas miał rację, nie jest już ważne. Wszystko się zmienia, ludzie też. Może i ty miałeś trochę racji…

– O, nowe tony? – Ludwik zdziwiony popatrzył uważnie w oczy przyjaciela. – Czyżby? Teraz ty postanowiłeś sporządnieć?

– Za dużo powiedziane – odparł spokojnie Jean. – O tym potem. Z czym przychodzisz? Kasa się skończyła? – Roześmiał się. – Czy może w końcu wiesz, gdzie twoje miejsce?

– Jedno i drugie, ale jedno nie ma z drugim nic wspólnego. Pamiętasz? Trzy lata temu nic nie chciałeś wiedzieć, zadałeś mi tylko jedno pytanie: czy wiem, kim jestem. Wtedy nie wiedziałem, nie miałem pojęcia. Dzisiaj to co innego.

Jean milczał. Ludwik odetchnął głęboko i mówił dalej:

– Sophie umarła przy porodzie, dokładnie wtedy, kiedy zaczęło się nam wszystko układać. Uciekłem od was, przeniosłem się na drugi brzeg, otworzyłem mały warsztat ślusarski, powoli zacząłem sobie zdobywać klientelę. Mieszkanie po rodzicach Sophie urządziliśmy po swojemu. Pobraliśmy się. Sophie otrząsnęła się po stracie, nawet skończyła studia. Zaszła w ciążę i miało być po prostu cudownie. Spokojnie, uczciwie, bez kłamstw, bez adrenaliny. Zwyczajne życie. A potem w ciągu dwóch dni wszystko się zawaliło. Córka przeżyła poród, ale była bardzo chora. Lekarze powiedzieli mi, że jej terapia będzie kosztować dziesiątki tysięcy. Jeszcze wtedy nic dla mnie nie znaczyła. Czułem się winny wobec Sophie, dla niej chciałem ratować dzieciaka. Jeszcze do tego sam wiesz, gdzieś tam w głębi pikała myśl, że nie mogę zrobić tego samego co moi rodzice. W zasadzie mogłem się jej wyrzec, oddać ją do adopcji, zapomnieć o tych dwóch latach, wrócić na stare śmiecie i żyć jak król. Sam wiesz, jakie było nasze dzieciństwo. Sierocińce, tułaczka, wszystko co najgorsze. Nie miałem żadnej gwarancji, że tę małą spotka coś lepszego. No i Sophie. Pokazała mi inne życie. Według jej słów, wyciągnęła mnie z rynsztoka. Nie do końca się teraz z tym zgadzam, ale w tym przyzwoitym życiu było coś… Nie chcę tego roztrząsać. Moja córka jest dziś zdrowa, dzięki mojej decyzji i twoim pieniądzom. Wiem, że jeśli dam jej spokojny, szczęśliwy dom, będzie miała w życiu wybór. My, Jean, nie dokonywaliśmy żadnych wyborów, nie mieliśmy szans. Jesteśmy tacy, jakich nas stworzyły sierocińce, rodziny zastępcze i ulica. Nie gorszymi, nie lepszymi, po prostu takimi. Odpowiadamy tylko za siebie i wobec siebie jesteśmy lojalni. To już bardzo dużo. Taką odpowiedzialność i taką lojalność nieczęsto spotykasz w świecie tak zwanych porządnych ludzi. Oni odpowiedzialność za siebie zbyt często zmieniają w egoizm. Nie będę tego ciągnął. Powiem krótko. Dziś wiem, kim jestem, Jean. Jestem ojcem. Dlatego postanowiłem wrócić. Jestem złodziejem i to jest mój wybór. To jak będzie? Dasz mi robotę?

Jean zapalił papierosa i zaciągnął się głęboko.

– Dziękuję za szczerość, stary. Wszystko bardzo pięknie, ale jakoś ci umknęło, że i tak sprowadza się to do jednego, do pieniędzy. Chcesz kasy, żeby zapewnić jedwabne życie swojej księżniczce. W porządku, ja to rozumiem. – Machnął uspokajająco dłonią w kierunku Ludwika, który poruszył się niespokojnie. – Już ci powiedziałem, wszystko się zmienia, ludzie też. Ja również jestem ojcem. Mój chłopak ma już rok. Dzieciaki jednak potrafią dużo zmienić.

– Rzuciłeś ten interes? – zapytał zdziwiony Ludwik.

– No co ty? Aż takiej zmiany nie dożyjesz, stary. – Jean roześmiał się głośno. – Powiedzmy, że się przekwalifikowałem. Założyłem firmę ochroniarską. Całkowicie legalną i dobrze widzianą. Zatrudniam ludzi, sami niekarani. I o to właśnie chodzi. Złodziej złodziejem zostanie na zawsze, ale wiesz, dzieciak, rodzina, bezpieczeństwo… Trzeba było przegrupować szyki. Teraz jestem szanowanym obywatelem.

– Czyli co? Nie ma układu, mam jeszcze dwa lata, żeby ciebie spłacić, nie ma roboty?

– Nie, Ludwiku. Powiedziałem ci wtedy, że dla ciebie robotę będę miał zawsze. Wszystko gra. Nie będziemy o interesach rozmawiać tutaj. Przyjdź po nowym roku do biura, tam pogadamy. A dzisiaj tylko świętujemy twój powrót.

W styczniu 1968 roku Ludwik Dupont zlikwidował swój warsztat ślusarski przy rue Jenner. Został zatrudniony w OmniClé, przedsiębiorstwie Jeana Mariniera, jako specjalista w dziedzinie zabezpieczeń antywłamaniowych. Firma zatrudniała ponad stu pracowników, ale jedynie pięciu z nich należało do grona ścisłych współpracowników szefa. Każdy z tych pięciu ludzi był wyjątkowy w swoim fachu.

Peter, informatyk, dwudziestoletni Amerykanin – jego talent do łamania wszelkich zabezpieczeń w skomplikowanych informatycznych systemach bezpieczeństwa sprawił, że już jako osiemnastolatek otrzymywał oferty pracy od każdej rządowej organizacji na całym świecie. Chciały go CIA, Secret Service, angielski MI, nawet ponoć, mimo żelaznej kurtyny, otrzymał lukratywne propozycje od KGB. Wybrał Europę, Paryż i stosunkowo niewielką firmę OmniClé. Jego kryształowy wręcz życiorys, akta przebiegu studiów i nieposzlakowana opinia nie dały żadnego powodu, aby odmówić mu prawa wyjazdu ze Stanów, Francja przyjęła go z otwartymi ramionami, a Jean Marinier z wysoką oficjalną pensją i absolutnie nieoficjalnym, wielokrotnie wyższym stanem anonimowego konta w banku szwajcarskim.

Kolejnym ze ścisłej elity OmniClé był emigrant z Chińskiej Republiki Ludowej, Liu. Opuścił ukochaną komunistyczną ojczyznę, uciekając z niej z paroma medalami w dziedzinie akrobatyki i gimnastyki. Nieoficjalnie był niekwestionowanym mistrzem swojego kraju w zakazanej przez rząd starej chińskiej sztuce walki sanda.

Nadia Brulé, a właściwie Nadieżda Pietrowna Burasznikowa, o czym nie wiedział nikt oprócz samej Nadii i Jeana, pełniła oficjalnie stanowisko osobistej sekretarki szefa. O jej rosyjskich doktoratach z chemii, fizyki i elektrotechniki wiedziała również rosyjska KGB, która uparcie szukała jej po całym świecie. KGB jednak nie wiedziała o serii kosztownych operacji plastycznych, które przed pięcioma laty na prośbę Nadii sfinansował Marinier.

Przedostatnim z tej elity był Francuz Jacques, najstarszy z całej piątki. Były komandos, były żołnierz Legii Cudzoziemskiej, były kierowca Formuły Jeden, obecnie na stanowisku konsultanta i instruktora pionu ochrony osobistej OmniClé.

Ludwik otrzymał stosowne do swoich kwalifikacji wysokie wynagrodzenie, co pozwoliło mu na kupienie dużego mieszkania przy rue de la Perle, w modnej, eleganckiej dzielnicy le Marais, i na zatrudnienie dodatkowej pomocy domowej. Maxime Dupont została zapisana do ekskluzywnego przedszkola oraz wstępnie umieszczona na liście rezerwowej miejsc w prywatnej szkole dla dziewcząt.

Zgodnie z obietnicą daną Madelaine, która oczywiście przy rue de la Perle dostała własny pokój, Ludwik spędzał wieczory w domu z córką. Często jednak przynosił pracę do domu, firma szła mu na rękę. Sprawdzał niezawodność skomplikowanych zamków i sejfów. Jego gabinet, warsztat, zajmował jedno z pomieszczeń siedmiopokojowego apartamentu. Mała Maxime już od czwartego roku życia uczyła się od ojca tajników pasjonującego zawodu ślusarza. Lubiła bawić się śrubkami i zapadkami, wolała to od lalek, misiów, klocków i słuchania bajek. Uwielbiała ojca, a godziny spędzone z nim w jego gabinecie miały później być dla niej najcudowniejszym wspomnieniem dzieciństwa.

 

Stara Madelaine opiekowała się nimi, jak mogła, sprawnie zarządzając prowadzeniem domu, a także rozdzielając rzetelnie i uczciwie swojej małej podopiecznej porcje miłości i kar za drobne przewinienia. Upomnień, nagan i kar było stanowczo mniej.

Czasami Ludwik wyjeżdżał służbowo na parę dni. Nie działo się to jednak częściej niż raz na dwa–trzy miesiące. Kiedy wracał, zamykał się w swoim gabinecie. To były jedyne momenty jego życia, z których córka była wykluczona. Trwało to pół godziny, czasem trochę dłużej. Max z uchem przyklejonym do drzwi czekała niecierpliwie, aż tata skończy te tajemnicze czynności, które powodowały odgłosy szurania i skrzypienia, i znowu jak zwykle zajmie się zabawą z córką. Próbowała nawet podglądać przez dziurkę od klucza. Niewiele to dawało, bo klucz w zamku wydatnie zawężał pole obserwacji. Jedynym rezultatem była bura od Madelaine. Od tego czasu mała zaczęła respektować to jakże rzadko egzekwowane prawo ojca do sfery prywatnej.

Ani Madelaine, ani Maxime nie wiedziały o niewielkim sejfie wbudowanym w podłogę gabinetu Ludwika. W sejfie tym spoczywały miliony dolarów i list Ludwika do córki. Dupont czekał. Potrafił bardzo cierpliwie czekać. Tym razem czekał, aż jego córeczka dorośnie i wybierze swoją drogę. Wtedy sekretny schowek pozwoli jej być, kim chce. Nigdy nie będzie musiała martwić się o przyszłość i nigdy nie będzie musiała patrzeć na gramofon przez szybę wystawy.

Ludwik był spokojny. Czuł się bezpieczny i nigdy nie żałował swojego wyboru.

Jean Marinier przegrupował szeregi. Stworzył legalne dochodowe przedsiębiorstwo, które dawało mu dostęp do najnowocześniejszych systemów ochrony mienia na całym świecie. Mógł prowadzić spokojne, porządne i uczciwe życie. Ale Marinier nie okłamywał siebie samego. Był złodziejem. Kradł nadal, chociaż dużo rzadziej i mniej brawurowo, ale za to o wiele lukratywniej. Zlecenia przyjmował od najbogatszych tego świata, rządów, władców, partii. Bardzo wybredny w doborze klientów, przyjmował jedynie ułamek zleceń, które do niego trafiały. Nie zdarzało się to częściej niż raz–dwa razy w roku. Czasami raz na parę lat. Takie zlecenia zawsze dotyczyły rzeczy wyjątkowych.

Doświadczenia amerykańskie z napalmem, defoliantami i Agent Orange sprawiły, że badania nad neutralizacją skutków tej groźnej broni koncerny chemiczne rozpoczęły prawie jednocześnie z badaniami nad samą bronią. Wyniki były oczywiście objęte najwyższymi stopniami tajności. Pełen rok zajęło zespołowi Mariniera zdobycie dokumentacji. Cena, którą zaoferowały za nią Chiny, była bajońska.

Radziecki rząd borykał się całe lata z awariami rakiet nośnych sond kosmicznych Zond. Amerykańskie technologie z Apollo warte były każdej sumy, aby uratować honor komunistycznych naukowców. Dlaczego nie?

Nowe patenty, broń biologiczna, technologie, łupy niemożliwe do zdobycia – tylko to stanowiło cele Mariniera. Zarówno zespół, który stworzył, jak i on sam nie potrzebowali więcej pieniędzy. To wyzwanie ich jednoczyło. Dokonanie czegoś niemożliwego. Byli złodziejami najlepszymi na świecie. Ludwik stał się jednym z nich.

Inne książki tego autora