WyspaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wyspa
Wyspa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 52,90 42,32
Wyspa
Wyspa
Wyspa
Audiobook
Czyta Andrzej Ferenc
24,90 20,92
Szczegóły
Wyspa
Wyspa
Wyspa
E-book
26,90 22,60
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Dziękuję ci, najjaśniejszy panie…

– Nie dziękuj, Miguelu – westchnął król. – Nie dziękuj mi, po prostu wróć. Nie zapomnij, ryzykujesz nie tylko swoje życie, ryzykujesz cały majątek swojej rodziny.

* * *

Przygotowania do wyprawy zajęły pełne dwa miesiące. Załoga składała się z samych sprawdzonych żeglarzy. Jedynym nieobeznanym z morzem jej członkiem był Adelino da Silva. Na pokładzie oprócz niezbędnych zapasów znalazły się również dwie beczki gumilium. Sam Adelino okazał się szalenie interesującym człowiekiem. Entuzjasta wszelkich wynalazków, absolwent uniwersytetów w Pizie i Padwie, przywiózł do rodzinnej Portugalii, prócz tytułów doktora botaniki, matematyki i mechaniki, fascynację dla nieograniczonych możliwości natury, połączoną z mrzonkami o wykorzystaniu tejże dla postępu i niemożliwie skomplikowanych mechanicznych urządzeń. Szczęście mu sprzyjało. Manuel Szczęśliwy, rozdarty między lojalnością wobec Kościoła i jego surowych praw a marzeniem o przygodzie, wspierał hojnie jego szalone idee, nie szczędząc grosza z królewskiej szkatuły, w nadziei na wiekopomne wynalazki. Do czasu, co prawda, a czas ten właśnie się dla Adelina skończył, czego jednakże zatopiony w swoich badaniach marzyciel naukowiec niestety nie zauważył. Prawda była taka, że król uznał wysłanie da Silvy na wyprawę za rodzaj kary, zwyczajnie pozbył się kłopotu, usuwając go za ocean. Adelino zaś się cieszył, traktując wyrok jak nagrodę w uznaniu zasług. Przy takim podejściu optymizm go nie opuszczał i z utęsknieniem wyglądał tego, czego jego towarzysze na statku najbardziej się obawiali – katastrofy. Da Silva z nadzieją wypatrywał na horyzoncie burzowych chmur bądź wpatrywał się w głębiny morskie, szukając raf i skał, które mogły uszkodzić smukły kadłub żaglowca. Załoga „Perły” modliła się o pomyślne wiatry i bezpieczeństwo statku. Konflikt interesów był oczywisty, jednak do żadnych utarczek i kłótni nie doszło. Da Silva bowiem, przy swoich szalonych pomysłach, był człowiekiem bardzo miłym i otwartym. Uważny słuchacz, ciekawy świata, kreatywny – szybko zjednywał sobie przyjaciół. Jednocześnie jego duża wiedza na temat mechaniki już w ciągu paru pierwszych dni rejsu okazała się użyteczna. Co prawda udogodnienia dotyczyły spraw drobnych, ale Miguel uznał, że da Silva, choć kosztowny, zapewne przyda się w wyprawie.

Wyruszyli z Lizbony dziesiątego maja 1502 roku o świcie. Podróż na Corvo zajęła im niespełna trzy tygodnie. Miguel zaplanował krótki postój na Corvo, wyspie należącej do Azorów, aby uzupełnić zapasy. Ta mała, najbardziej odległa od rodzinnej Portugalii wysepka była prawie bezludna. Niespełna setka mieszkańców zamieszkiwała w osadzie na południowo-zachodnim krańcu wyspy, kolejnych dwudziestu awanturników uparcie próbowało założyć osadę i przystań na północy kraju, co jednak napotykało niesprecyzowane trudności. Corvo, czyli Wyspa Wronia, często stanowiła przystanek w dalekich podróżach. Osada, którą założył Diego de Teive, odkrywca wyspy, a zarazem przyjaciel Joao, ojca Gaspara, gwarantowała parę dni odpoczynku i wyborne wino. Gaspar celowo wybrał Corvo – chciał odwiedzić starego de Teive. Z opowiadań matki Miguel wiedział, że przed pięćdziesięciu laty Diego był częstym gościem w domu rodziny Corte Real. Kiedy jednak rodzina de Teive przez chybione inwestycje i zwykłą ludzką pazerność popadła w niełaskę, stary żeglarz ukrył się przed światem na Corvo. Przed każdą poprzednią wyprawą bracia Corte Real zawijali do małego portu, by odwiedzić starego wilka morskiego, który żelazną ręką zawiadywał wyspą. Zawsze witani byli z radością i odpływali pokrzepieni wspomnieniami o ojcu oraz opowieściami Diega.

Pierwszego czerwca stanęli na kotwicy kilkadziesiąt metrów od osady. Szalupami popłynęli na ląd, do małego rybackiego portu. Grupka rybaków wyszła im na spotkanie, lecz nie było wśród nich znajomych twarzy. Miguel zlecił bosmanowi rozbicie obozu i zadbanie o prowiant. Załogę podzielono na dwie grupy, pierwsza miała dziś pozostać na statku, druga mogła się cieszyć lądem. Postój zaplanowano na trzy dni, konieczne było zaprowiantowanie żaglowca i drobne naprawy. Miguel z Adelino udali się do siedziby Diega de Teive, a załoga z radością ruszyła w przeciwnym kierunku, do portowej tawerny.

Dom de Teive jeszcze dwa lata temu, gdy Miguel odwiedził staruszka z bratem Gasparem, wydawał się rajem na ziemi – zadbany ogród, wygodne bambusowe fotele, bielone ściany, bajecznie kolorowa roślinność wyspy i doskonała służba serwująca wyborne wino z własnej winnicy. Dziś zamknięte na głucho okiennice, dzika winorośl wdzierająca się na kamienne ściany i ani żywego ducha. Pustka. Zdziwiony Miguel pchnął bramę wejściową i wszedł na patio. Na głośne wołanie nikt nie odpowiadał. Weszli do środka. Dom był otwarty i pusty. Wyglądał na porzucony, wszędzie panował kurz i nieporządek.

– Chodźmy do portu. – Adelino pociągnął Miguela za rękaw. – Twój przyjaciel pewnie się bogato ożenił i porzucił to domostwo. W porcie zasięgniemy języka, gdzie go znaleźć.

– Po pierwsze, Diego nie założyłby nowej rodziny po tym, jak uciekł od starej. A po drugie, oszalałeś, Adelino? Jakie tam bogato ożenił, toż on jest najbogatszy tutaj, to właściwie jego wyspa, bez obrazy dla króla Manuela. – Miguel się roześmiał.

Tawerna pękała w szwach. Żeglarze z „Perły” głośno opowiadali nowinki z Lizbony i relacjonowali poprzednią wyprawę. Osadnicy tłoczyli się wokół nich, słuchając z ciekawością. Kolejne baryłki wina wytaczano z piwnicy. Miguel rozejrzał się po zatłoczonej izbie i wyłowił wzrokiem znajomą twarz. Bartolomeo, służący Diega, jedyny, którego odkrywca zabrał ze sobą ze stałego lądu. Od ponad czterdziestu lat wierny, zawsze lojalny Bartolomeo. Gdzieś tu musi być również i jego pan, trzeba wyjaśnić zagadkę opuszczonego domu.

– Bartolomeo! – krzyknął Miguel ponad głowami tłumu. – Stary druhu, witaj! A gdzież to twego pana morskie wiatry wywiały? Dom pustką zieje zaniedbany, a ty wino w tawernie pijesz?!

– Don Miguel! – Bartolomeo zbladł, poczerwieniał, zerwał się z ławy, zaraz z powrotem na nią opadł i zalał się rzewnymi łzami. – Don Miguel Corte! Dzięki Ci, Najświętsza Panienko!

Miguel z Adelino przecisnęli się przez ciżbę i usiedli na ławie obok płaczącego służącego.

– No już, Bartolomeo. – Miguel poklepał staruszka po ramieniu. – Przestań się mazać jak baba.

– Hej! – krzyknął Adelino. – Wina nam tu dajcie! Wina dla don Miguela Corte, ale to już!

Karczmarz z szerokim uśmiechem przybiegł do stołu z baryłką wina i kubkami. Bartolomeo tymczasem przypadł do nóg Miguela i mamrotał, szlochając:

– Don Corte, Bogu niech będą dzięki, Don Corte. – Powolutku się uspokajał. Z wdzięcznością wychylił kubek podany mu przez Miguela. Czknął, chlipnął i spojrzał wreszcie przytomnie na obu mężczyzn. – Don Corte. – Westchnął. – Jak dobrze, że pan przyjechał. A to kto? Bo przecież aż tak mnie oczy nie zawodzą na starość. Don Gaspar był ostatnim razem dużo wyższy.

– To Adelino da Silva – odparł Miguel. – Mój towarzysz podróży. Gaspar zaginął. Nie wrócił z ostatniej wyprawy – dodał ponuro.

– Nie wrócił? – powtórzył tępo służący. – Umarł?

– Nie umarł! – krzyknął ze złością Miguel. – Tylko zaginął, płyniemy go odnaleźć. Nie mów takich rzeczy, sługo! Gdzie twój pan, gdzie don Diego?

Służący skulił ramiona ze strachu na ten wybuch wściekłości. Spuścił oczy i przez łzy wyszeptał:

– Don Diego nie żyje, panie.

– Jak to? – Miguel potrząsnął staruszkiem. – Co ty opowiadasz?! Jak to nie żyje?!

– Nie żyje, panie – chlipnął Bartolomeo. – Zabiły go.

– Kto go zabił?!

– Syreny… – wyszeptał służący i rozszlochał się ponownie.

– Co ty bredzisz, starcze?! – wykrzyczał poirytowany Miguel. – Opowiadaj mi tu porządnie, co się stało!

Jednak Bartolomeo do rozmowy się nie nadawał. Kiwał się z boku na bok i szlochał jak dziecko.

– Pijany czy szalony? – zapytał konspiracyjnie Adelino.

– Nie wiem, co tu się stało. – Miguel wzruszył ramionami. – Ale bądź pewny, że się dowiem. Bartolomeo jest lojalnym i mądrym sługą, musi być jakiś powód, że się tak zachowuje. – Skinął na karczmarza, który natychmiast podszedł do ich stolika. – Dużo wypił?

– A gdzie tam, panie. – Karczmarz machnął po­gard­­liwie ręką. – On wcale nie pije, tylko płacze i ludzi ­straszy.

– A gdzie jest don Diego?

– To pan nie wie? Już pół roku będzie, jak don Diego nie żyje.

– Jak to się stało? Choroba jakaś? Przecież silny był jak trzech chłopa!

– A gdzie tam choroba. – Karczmarz wzruszył ramionami. – Bartolomeo przyniósł go na rękach, całkiem połamanego. Cud, że żył jeszcze, jak szmaciana lalka był, to i w końcu umarł. Ja tam nie wiem. Nikt nie wie, tylko Bartolomeo, ale temu chyba umysł odebrało. Siedzi tu całymi dniami i płacze. A jak kto chce się czego dowiedzieć, jakieś bajki opowiada. Oszalał jak nic. Ja go żywię od śmierci don Diega. Śpi tutaj pod stołem. Kto, ja się pytam, mi za to zapłaci? Za darmo go karmię i trzymam, a on tylko gości odstrasza… – Karczmarz łypnął chciwie okiem. – Może najjaśniejszy pan za niego zapłaci. Pan jesteś przecież przyjacielem Diega de Teive?

– Znam ten smak. – Miguel pociągnął długi łyk z kubka. – Czy to nie wino z upraw mojego przyjaciela?

– No tak… – Karczmarz zmieszał się i znowu wzruszył ramionami. – W końcu utrzymuję tego darmozjada już ponad pół roku. Coś mi się należało jako zapłata.

– I dlatego przywłaszczyłeś sobie winnicę mojego przyjaciela, jako zapłatę?

– O nie, panie – oburzył się karczmarz. – To nie tak. Jak don Diego umarł, wszystko niszczało. Służba porzuciła dom, nie było komu zająć się winnicą. No to ja się zająłem, bo po co ma się marnować. Ja przynajmniej zaopiekowałem się tym wariatem.

– Dobrze już. – Miguel westchnął. – Rozumiem.

 

– A ja nic nie rozumiem – wtrącił się do rozmowy Adelino. – Co to dla nas oznacza? Dostaniemy prowiant? Co tu się właściwie stało i kto jest teraz zarządcą wyspy?

– No właśnie. – Miguel skierował pytanie do karczmarza. – Kto teraz zarządza wyspą w imieniu króla?

– Nikt. – Karczmarz po raz kolejny wzruszył ramionami. – My tu na Corve nie mamy nic. Nie ma handlu, nie ma wielkich upraw, nie ma nic. Tylko ten port rybacki, słodka woda i tyle co w lesie i jeziorze. I oczywiście winnica don Diega. Król chciał tylko bezpiecznego portu, no to go mamy. Nikt nie zarządza. My tu zwyczajnie żyjemy, wszyscy razem, bez króla. I tyle.

– No tak – powiedział Adelino. – Taka mała wyspa, co oni mogą dać Portugalii?

Miguel rozejrzał się po tawernie. Wśród bawiących się żeglarzy odnalazł bosmana. Wstał, podszedł do niego, zamienił parę słów i wrócił do stolika.

– Bosman załatwi wodę i prowiant, zorganizuje też załadunek – powiedział do Adelina. – Załoga rozbiła obóz na skraju osady. Jeśli chcesz, przyjacielu, wracaj na statek do swojej kajuty. Ja zostanę dziś na lądzie w domu Diega. Muszę zadbać o Bartolomea. Jestem to winien pamięci przyjaciela mego ojca.

– Zostanę z tobą, Miguelu – odparł Adelino. – Czasami miło usnąć na posłaniu, które się nie kołysze.

* * *

Noc upłynęła im spokojnie. Bartolomeo przygotował w opuszczonym domu de Teive posłania, rankiem zaś zaserwował im obfite śniadanie złożone ze świeżych owoców, placków i pieczonego leśnego ptactwa, które zdobył w osadzie. Zachowywał się nienagannie i był doskonale zorganizowany, choć milczący. Nic w jego zachowaniu nie sugerowało objawów szaleństwa, raczej smutek i strach. Miguel udał się po śniadaniu na statek, Adelino zaś postanowił zostać ze staruszkiem i być może dowiedzieć się czegoś sensownego. Usadowił się wygodnie na werandzie i polecił słudze przynieść wino. Kiedy Bartolomeo wypełnił polecenie, Adelino poklepał wymownie miejsce obok siebie.

– Usiądź ze mną. Samemu pić nudno – powiedział.

– To nie uchodzi, szlachetny panie – skromnie odparł sługa.

– Jak słusznie zauważyłeś, mój drogi, jestem szlachcicem. – Adelino się roześmiał. – Dlatego, mój drogi, wcale cię nie proszę, abyś usiadł, tylko żądam. Na Corvo znajdę zapewne niewielu mojego stanu, a sam pić nie lubię. Usiądź i dotrzymaj mi towarzystwa.

– Dobrze, panie. Don Diego też często siadał ze mną i rozmawialiśmy. To był dobry pan. – Bartolomeo westchnął, przysiadając na skraju ławy.

– Tu sobie siadaliście? Dobrze myślałem, że to widok na najpiękniejszy zakątek w ogrodzie? – ucieszył się Adelino.

– Nie tu, panie. – Służący uśmiechnął się nieśmiało. – Don Diego był z krwi i kości żeglarzem. Kochał morze i chciał je zawsze widzieć. Siadaliśmy na tarasie na dachu domu. Stamtąd jest widok na ocean.

– No to chodźmy tam. – Adelino podniósł się z ławy. – Chcesz?

– Nie, panie, błagam, nie tam! – wyszeptał z przerażeniem Bartolomeo.

Adelino usiadł ponownie. Nalał wina i włożył kubek w dłonie Bartolomea. Przez parę długich sekund przytrzymał obiema rękami drżące pomarszczone ręce służącego.

– Ja wiem, że nie jesteś szalony – powiedział poważnie. – Wiem również, że bardzo kochałeś swojego pana. Co tu się stało? Czego się boisz? Możesz mi zaufać. Opowiedz, proszę.

Łzy napłynęły do oczu starego sługi, który spojrzał smutno na Adelina, westchnął, odstawił kubek i zapatrzył się w przestrzeń.

– Don Diego sam zadecydował wynieść się na tę wyspę i zniknąć ze świata. Tęsknił za Lizboną, za normalnym życiem, za przyjaciółmi, dworem. Jednak dla niego najważniejszy był honor. Kiedy go oczernili przed królem, kiedy własna rodzina oskarżyła go o oszustwo, sam usunął się w cień, ale zawsze chciał zmazać tę plamę ze swojego honoru. Dla króla Manuela było ważne odnaleźć północno-zachodnią drogę do Indii, a najlepszym portem wyjściowym do tych poszukiwań byłby północny brzeg Corvo. To było marzenie don Diega. Dlatego właśnie tę wyspę sam wybrał na miejsce swego wygnania, nie Maderę, nie inne cywilizowane miejsca, tylko dziką pustą Corvo. Chciał podarować królowi nowoczesny port na Corvo. Wysyłał wyprawy na północny kraniec i ciągle ponosił porażkę.

Adelino słuchał uważnie opowieści starego sługi, lecz gdy ten nagle zamilkł i pogrążył się we wspomnieniach, zapytał cicho:

– Dlaczego porażkę? Północne wybrzeże jest aż tak nieprzyjazne ludziom?

– Nie – odpowiedział ostrożnie Bartolomeo. – To nie to. Wyprawa, która wyruszyła wiosną, nie wracała i nie dawała znaku życia, zniknęła bez śladu. Drugą don Diego wysłał trzy lata temu jesienią. Następnego roku wiosną, krótko po wyjeździe panów Corte, wróciło trzech wysłanników. Północne wybrzeże świetnie nadaje się na port. Zatoka jest oddzielona od oceanu pasem skał połączonych z lądem, które doskonale się nadają na keję nawet dla dużych żaglowców. Członkowie wyprawy znaleźli opuszczone chaty poprzednich wypraw, nawet przygotowania do budowy portu i pola gotowe do upraw. Dokładnie tak jak don Diego zaplanował. Tylko ludzi nie znaleźli. Rozbudowywali to, co już było gotowe, i pchnęli posłańców, aby don Diego zorganizował przeniesienie reszty osady: ludzi, broni i materiałów budowlanych, no wszystkiego. Proponowali, aby przybyć morzem, nie lądem. Szybciej i dogodniej. Zabrali naszą największą łódź, osobistą łódź don Diega, broń, zapasy i odpłynęli. Mój pan chciał poczekać na powrót panów Corte, aby pomogli mu przetransportować resztę osady. No i oczywiście aby zawieźli do króla dobrą wieść o porcie wyjściowym na ocean w darze od Diega de Teive. Bracia Corte Real mieli wrócić kolejną wiosną, ale nie wrócili.

– No tak, Gaspar pożeglował dalej, a Miguel wrócił bezpośrednio do Lizbony – wtrącił usprawiedliwiająco Adelino.

Bartolomeo nie zwrócił uwagi na komentarz, teraz mówił jak w transie, jakby chciał z siebie wyrzucić całą tę historię.

– Latem natomiast wrócili osadnicy, a raczej ta resztka, która pozostała. Dwóch, dwóch mężczyzn powróciło łodzią don Diega. Zachowywali się jak szaleńcy. Twierdzili, że syreny zaatakowały osadę i wybiły wszystkich do nogi. Dwudziestu silnych mężczyzn. Syreny! Don Diego oszalał z wściekłości. Chciał zabrać wszystkich mężczyzn i ruszyć na odsiecz. Ludzie się bali. Wie pan, to jest wyspa, wszyscy tu to rybacy i żeglarze, oni wierzą w takie historie i się boją. Tylko pięciu chętnych się znalazło. No i popłynęliśmy w siedmiu.

Bartolomeo zamilkł. Łzy wolno spływały mu po twarzy. Adelino nalał wina do kubków. Obaj pociągnęli długi łyk. Bartolomeo chrząknął i wznowił swoją opowieść.

– Na północny brzeg dotarliśmy wieczorem. Wszystko było tak, jak opowiadali. Rafa przy lagunie była naturalną keją, osada, przygotowana z rozmachem, umocniona jak forteca, tylko ludzi nie było. Znaleźliśmy ich, a właściwie to, co z nich pozostało. Trupy pływały w wodzie, ich głowy roztrzaskiwały się o skały, a ryby i ptaki rozszarpywały ich po kawałku. Koszmar. Dlatego nie było śladów po poprzednich osadnikach, napastnicy wrzucili wszystkich do oceanu. Don Diego zarządził odpoczynek. Załoga nocowała w chacie osadników, łódź zacumowaliśmy przy kei, rozstawiliśmy straże. Ja zostałem na łodzi, don Diego czuwał na kei, Andrea trzymał wachtę przy chacie, reszta spała. O świcie pojawiły się syreny. – Starzec znów zamilkł i pogrążył się we wspomnieniach.

– Jak to syreny? Pół kobiety, pół ryby? Wypłynęły z morza? – dopytywał się gorączkowo Adelino.

– Nie, nie z morza. Nie rozumiem tego. Najpierw pojawiło się zielone światło. Pięć punkcików zielonego światła wyłoniło się z lasu. Nawet ich nie zauważyłem, don Diego też nie. Byliśmy skoncentrowani na morzu, z morza oczekiwaliśmy niebezpieczeństwa. Najpierw usłyszałem huk. Wie pan, don Diego był żeglarzem, miał taką lancę ognistą od podróżników. Na Corvo nie było potrzeby jej używać, ale na tę wyprawę ją zabrał. I wszystkie zapasy tego szarego proszku. Andrea wiedział, jak tego używać, don Diego go nauczył. I to był właśnie ten huk, który usłyszałem. Andrea wystrzelił z lancy do syreny. Nic jej nie zrobił. Już świtało. Wszystko widziałem i nic nie mogłem zrobić. Syrena podeszła do niego i koniec. Upadł na ziemię i się nie ruszał. Zaczarowała go, zabiła. Z chaty wybiegła reszta naszych ludzi. Rzucili się na nie z nożami. Pan wie, to rybacy, żeglarze, silni mężczyźni. Żadna z syren nawet się nie ruszyła. Coś dźwigały na plecach, zatrzymały się tylko i obserwowały. A ta jedna podchodziła po kolei do naszych mężczyzn, bez broni, naga i dotykała go jedynie. Padali jeden po drugim. To trwało nie dłużej jak minutę. Jak to możliwe? Czary. Don Diego biegł po rafie w ich kierunku, z obnażoną szpadą i z krzykiem. Zobaczyła go. Podbiegła i znowu to samo. Dotknęła go…

Łzy leciały nieprzerwanym potokiem po twarzy staruszka. Adelino objął go mocno. Starzec strząsnął z siebie przyjazne ramię i mówił dalej udręczonym głosem:

– Potem się odwróciła i pobiegła do pozostałych. Stały tak w kręgu i rozglądały się. Wyglądały jak kobiety. Normalne nagie kobiety, tylko ich włosy lśniły upiorną zieloną poświatą. Podkradłem się do mojego pana, zaciągnąłem go na łódź. Zrzuciłem cumę i odpłynąłem kawałek. Dryfowałem na falach, modląc się, aby nie rzuciły łodzią o rafę. Byłem sam, potrzebowałem czasu, by postawić żagiel. Potrzebowałem żagla i wiatru, a ocean był spokojny jak bajoro. Chciałem tylko uciec. Nie wiem, ile czasu to trwało. Mój pan leżał na pokładzie jak martwy, byłem pewien, że już nie żyje. Kiedy znowu spojrzałem na rafę, pięć syren skoczyło do morza. Wyraźnie widziałem ich rybie, świecące na zielono ogony. Syreny zabiły don Diega. Uciekłem, popłynąłem z powrotem do naszego domu. Byłem sam, płynąłem na jednym żaglu łodzią, która potrzebuje minimum dwóch żeglarzy. Ja nie jestem żeglarzem, jestem służącym. Przypływ rzucił nas na skały, roztrzaskał łódź. Ocknąłem się na plaży, parę godzin od domu, od naszej osady. Obok mnie leżał mój pan. Oddychał. Nie ruszał się, ale żył. Zawlokłem go do domu. Żył jeszcze prawie miesiąc, jego oczy mówiły mi, że żyje i wszystko rozumie, ale nie mógł mówić, ruszać się ani jeść. Bardzo cierpiał. Starałem się go karmić, lecz nie mógł przełykać. Umarł z głodu. – Bartolomeo ukrył twarz w dłoniach. – Syreny go zabiły.

* * *

Trzy dni później wyprawa Miguela Corte wyruszyła z osady Corvo na północny zachód. Na pokładzie „Perły” przybył jeden pasażer. Bartolomeo, służący Diega de Teive.

Max

Paryż, 20 listopada 1964, piątek

Pogrzeb Sophie Dupont był więcej niż skromny. Na cmentarzu Montparnasse nad otwartą mogiłą stał jedynie ksiądz i Ludwik Dupont. Żadnej rodziny, żadnych przyjaciół, nikogo. Sąsiadka, stara dozorczyni kamienicy na rue Jenner, wręczyła mu rano skromny bukiet chryzantem.

– Połóż, synu, ode mnie na grobie Sophie. Pojechałabym sama ją pożegnać, ale pogoda paskudna, reumatyzm mnie szarpie. Pomodlę się w domu za jej duszę.

Deszcz siąpił nieprzerwanie. Ksiądz odmówił modlitwy i odszedł wręcz nieprzyzwoicie szybko, kuląc się przed zimnym wiatrem. Grabarze zasypali mogiłę i oddalili się pośpiesznie.

Ludwik stał samotny nad grobem żony, lodowaty deszcz spływał strużkami po jego twarzy, mieszając się z łzami, które wreszcie popłynęły. Tak się cieszyli dzieckiem, byli tacy szczęśliwi. Teraz, kiedy wreszcie odnaleźli siebie nawzajem po latach smutnego życia, Sophie odeszła. Teraz, kiedy wreszcie mieli być prawdziwą rodziną. Planowali gromadkę dzieci, spokojne codzienne szczęście i miłość. Sophie nie ma, nie będzie szczęśliwej rodziny, została tylko Maxime. Może i rację miała lekarka. Może rodzina, która ją adoptuje, da jej miłość i szczęście? Jak tu chować dziewczynkę bez matki? Do tego jeszcze chorą dziewczynkę. Dziesiątki tysięcy franków – skąd je wziąć? Żyło im się dobrze, ale skromnie. Ludwik był bardzo dobrym ślusarzem, żaden zamek mu się nie oparł. Ludzie z najdalszych dzielnic Paryża trafiali do jego zakładu, mógł rodzinie zapewnić godziwe życie, ale bogaty nie był. Gdyby chociaż mała była zdrowa. Zatrudniłby gosposię, nianię, Maxime poszłaby do żłobka, potem do przedszkola. Poradziłby sobie, wychowałby córkę sam. Ale tak? Oddać ją obcym, wyrzec się jej? Przecież to jego własna córka, jego i Sophie. Ich wspólne marzenie, drobne ciałko, które powstało z ich miłości. Nie, adopcja jest wykluczona. Sam tułał się po rodzinach zastępczych i sierocińcach. Był szczęśliwy, że spotkał Sophie i uciekł od złych duchów przeszłości. Zaryzykuje, nie odda córki nikomu. Lepsza pewna bieda z ojcem, który kocha, niż niepewne bogactwo z obcymi ludźmi. Poradzi sobie…

– Poradzę sobie, Sophie. – Schylił się i zgniótł w dłoni grudkę gliniastej cmentarnej ziemi. – Dam naszej córce dobry dom i przyszłość, nawet jeśli będę musiał wrócić tam, gdzie już nigdy wracać nie chciałem.

 

Rzucił glinę na świeżo uklepaną mogiłę.

– Poradzę sobie, kochana. Obiecuję.

Wytarł dłonie w poły płaszcza i ruszył w stronę cmentarnej bramy.

* * *

Dzielnica Montmartre nie zmieniła się wcale w ciągu tych dwóch lat. Znajome zaułki, znajome knajpki, znajome zapachy. Decyzja o poślubieniu Sophie otworzyła przed nim nowe życie, usiłował pozamykać drzwi swojego dawnego życia. Zerwał wszystkie kontakty, pozacierał wszystkie ślady. Teraz wracał do przeszłości z własnej woli. Nie widział innego wyjścia. Czasami trzeba wybierać między jednym a drugim złem. To zło, do którego wracał teraz, było znajome, oswojone. Nie bał się, ale miotał pomiędzy rozpaczą, rezygnacją a stanowczością. Wiedział, jak zapewnić sobie i Maxime przyszłość. Wiedział, jak zdobyć pieniądze. Wiedział, że ta przyszłość dla niego będzie na zawsze nosiła w sobie skazę. Miał jednak nadzieję, że jedynie jego sumienie będzie to obciążać. Dla Maxime oznaczało to życie, zdrowie, miłość i rodzinę. Poradzi sobie, udźwignie ten ciężar.

Już dwa lata nie był na drugim brzegu Sekwany. Nic się tutaj nie zmieniło. Otworzył znajome drzwi, wszedł do zadymionej kafejki, skinął głową barmanowi i usiadł przy stoliku w kącie. Kelnerka przyniosła mu zamówione piwo. Czekał. Stali bywalcy zaczęli się schodzić, podchodzili do jego stolika, witali się, jakby dopiero tydzień temu widzieli się na piątkowych popijawach. Klepali go po plecach, ściskali mu dłoń, śmiali się. Jak zawsze. Nie czekał długo. Jean przyszedł jak zwykle parę minut po szóstej. Przywitał się z barmanem, po drodze do swojego stolika podchodził do kumpli, żartował z nimi. W końcu usiadł obok Ludwika.

– A jednak – stwierdził, nie witając się. Zapalił gitanes’a i zaciągnął się głęboko dymem. – Tylko nie mów mi, że miałem rację.

– Nie miałeś racji – spokojnie rzekł Ludwik.

– To co tutaj robisz?

– Sophie nie żyje.

– To nic nie zmienia – odparł sucho Jean. – Nie wybrałeś dziewczyny, wybrałeś inne życie. Jeżeli tylko ona ciebie przy tym nowym lepszym życiu trzymała, to znaczy, że miałem rację. Powiedziałem ci już wtedy, że wrócisz. Możesz pomalować wróbla na wszystkie kolory tęczy, nie stanie się przez to pawiem.

– Nie miałeś racji. – Ludwik spojrzał prosto w oczy swojego najlepszego przyjaciela. – Nie ma dla mnie dzisiaj żadnego znaczenia, co o tym myślisz. Wróciłem, bo potrzebuję roboty. Jednorazowo. To wszystko.

– Ludwiku, może dla ciebie to nie ma znaczenia, dla mnie jednak ma. Ludzie się zmieniają. Kiedyś miałem przyjaciela. Najlepszego. Wychowywaliśmy się razem, razem tułaliśmy się po bidulach, razem uciekaliśmy z cholernych pazernych pseudorodzin, razem szwendaliśmy się po mieście, razem chlaliśmy wódę, razem chodziliśmy na dziwki, razem skubaliśmy naiwniaków. To było kiedyś. Teraz jesteś obcy. Nie znam cię. I co to ma być ta gadka o jednorazowej robocie? Co ja jestem, Święty Mikołaj? Wracaj do swojego uczciwego mieszczańskiego życia. Znajdź sobie nową porządną Sophie i daj mi spokój. – Jean podniósł się z krzesła.

– Poczekaj. – Ludwik chwycił go za rękaw. – Poczekaj, proszę…

– Mogę poczekać, mogę usiąść, możemy pogadać. – Jean strząsnął jego dłoń z rękawa. – Ale co to zmieni? Ty nadal wierzysz, że możesz stać jedną nogą w gównie i pachnieć jak fiołek. Zdecyduj się, kim jesteś, a potem wróć albo nie wracaj. Ja tu będę zawsze, wiem, kim jestem.

– Usiądź. Proszę. Posłuchaj mnie.

Jean niechętnie opadł na krzesło.

– Słucham.

– Każdy człowiek ma prawo do marzeń. Nie wiń mnie za to, że moje marzenia są inne od twoich.

– Moje? Twoje? A co to za pierdoły? Wtedy, kiedy jeszcze ciebie rozumiałem, mieliśmy takie same marzenia. Mieć kasy jak lodu, chatę super, pełną lodówkę i dupcie na zawołanie. Nigdy więcej nie chować się po śmietnikach przed glinami, nigdy więcej nie zbierać batów od sadystycznych wychowawców lub pseudotatusiów. Nigdy więcej nie patrzeć na gramofon przez szybę.

– No widzisz. – Ludwik przerwał mu w pół słowa. – Właśnie o tym mówię. Chcemy tego samego, ale przecież można inaczej. Inni ludzie spełniają te same marzenia pracą własnych rąk, a my…

– Co my?! – uniósł się Jean. – A my to nie pracujemy? Wolę być uczciwym złodziejem niż zakłamanym bankierem. Oni też kradną, tylko na inną skalę. I co?! Ile tych swoich marzeń spełniłeś pracą własnych rąk? Nie jestem idiotą, widzę, że nic się nie zmieniło. Potrzebujesz pieniędzy, prawda? I pomyślałeś sobie: E tam, jednorazowo odwiedzę Jeana, jednorazowo zrobię skok, nakradnę sobie na zapas na uczciwe życie i zapomnę na kolejne dwa lata. To tak nie działa!

– Jean, zrozum… – Ludwik spuścił głowę. – Sophie umarła przy porodzie, moja córka jest bardzo…

– Daruj sobie. Nie chcę wiedzieć dlaczego. Ty nadal nie rozumiesz.

– Wysłuchaj mnie, do cholery!

– Nie. Jesteś najlepszym kasiarzem, jakiego znam. Zawsze będę miał dla ciebie robotę, ale dam ci ją, dopiero kiedy zrozumiesz, że jesteś złodziejem. Bo widzisz, mój przyjacielu – dodał Jean cynicznie – porządni ludzie nie kradną. Kiedy potrzebują pieniędzy, idą do banku i dają się okradać. Czemu na to nie wpadłeś? Może jednak nie jesteś taki porządny, jak ci się wydaje?

Ludwik tępo wpatrywał się w blat stolika. Jean wstał i poszedł w stronę wyjścia. Nagle zatrzymał się i wrócił.

– Ile potrzebujesz?

– Nie wiem. – Ludwik wzruszył ramionami. – Pięćdziesiąt tysięcy, sto… nie wiem.

– Czekaj tu.

Czekał niecałą godzinę. Czasami godzina to wieczność. „Może nie jesteś taki porządny, jak ci się wydaje?” – proste pytanie wwiercało się w jego umysł. Kim jesteś, Ludwiku? Kim jestem? Jestem złodziejem. Maxime, córka złodzieja? Sophie znała jego przeszłość. Sophie, żona złodzieja, czy Sophie, żona ślusarza? Kim ty jesteś, Ludwiku?

Jean wrócił. Położył na stoliku wypchaną aktówkę.

– Pięć lat. Tyle czasu daję ci na decyzję. Równo za pięć lat oddasz mi pożyczkę bez procentów. Jeśli tak będzie, zniknę z twojego życia, a ty z mojego. Na zawsze. Ale jeśli wcześniej zmądrzejesz, przyjdź. Wiesz, gdzie mnie znaleźć. Tylko wtedy nie pieprz mi głodnych kawałków o jednorazowych robotach. Wróć dlatego, że chcesz, a nie dlatego, że musisz.

– Jean… ja…

– Nic nie mów. Idź już. Idź stąd, to moje miejsce.

Jean odszedł równie szybko, jak przyszedł. Cała ta rozmowa nie trwała nawet dwie minuty. Na stoliku przed Ludwikiem leżała aktówka, w niej dwieście pięćdziesiąt tysięcy franków.

Inne książki tego autora