Nefrytowa szpilkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Joanna Miszczuk, 2016

Projekt okładki

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcia na okładce

© Malgorzata Maj/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Agnieszka Ujma

ISBN 978-83-8097-787-7

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Jak mam być tolerancyjna wobec czegoś,

czego nie znam i nie rozumiem?

Dla Ireny, mojej mamy

Pamięci Pearl Bucks

Moja fascynacja Azją i uwielbienie dla literatury laureatki Nobla Pearl Bucks wydały owoc. Jest nim ta powieść. Jak w każdej mojej książce powołuję się na fakty historyczne, lecz tak jak w poprzednich, tak i w tej są one jedynie tłem dla historii wymyślonej przeze mnie. Zrozumieć Chiny – to nie jest łatwe i nie sądzę, aby mi się udało. Jednak dzięki próbom i poszukiwaniom pojęłam jedno. Zrozumienie jest kluczem do tolerancji.

Tolerancja = termin stosowany w socjologii, badaniach nad kulturą i religią. Słowo oznacza w tym kontekście „poszanowanie czyichś poglądów, wierzeń, upodobań, różniących się od własnych”.

Wikipedia pl

Tolerancja (łac. tolerantia = cierpliwa wytrwałość; od łac. czasownika tolerare = wytrzymywać, znosić, przecierpieć) – w mowie potocznej i naukach społecznych postawa społeczna i osobista odznaczająca się poszanowaniem poglądów, zachowań i cech innych ludzi, a także ich samych. Tolerancja nie oznacza akceptacji (por. łac. acceptatio = przyjmować, sprzyjać) czyjegoś zachowania czy poglądów. Wręcz przeciwnie, tolerancja to poszanowanie czyichś zachowań lub poglądów, mimo że nam się one nie podobają.

Wikipedia pl

Tolerancja (od łac. tolerare = znosić, wytrzymywać) oznacza cierpliwość i wyrozumiałość dla odmienności. Jest poszanowaniem cudzych uczuć, poglądów, upodobań, wierzeń, obyczajów i postępowania, choćby były całkowicie odmienne od naszych własnych albo zupełnie z nimi sprzeczne. Współcześnie rozumiana tolerancja to szacunek dla wolności innych ludzi, ich myśli i opinii oraz sposobu życia.

www.tolerancja.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Dzisiaj, Wrocław 2015

Złośliwe bzyczenie nie ustawało. Jeszcze mgliście unosił się w pamięci obraz twarzy mamy, jeszcze czuła leniwe ciepło sierpniowego wieczoru i intensywny zapach lawendy. Uporczywy, natrętny dźwięk wypierał wszystkie te wrażenia. Melania niechętnie otworzyła oczy. Sen umknął, a fosforyzujące cyfry zegara przy łóżku wskazywały godzinę trzecią piętnaście, smartfon podrygiwał na szafce nocnej i brzęczał. Zawsze wieczorem przestawiała go na wibracje i wyłączała przekaz danych, aby sygnały wiadomości z mejla i Facebooka jej nie budziły. Nie było jednak nikogo, kto mógłby dzwonić do niej o tej porze. Rodziny nie miała, prawdziwych przyjaciół też zresztą nie, telefon odzywał się głównie służbowo.

Ale kto dzwoni w interesach w środku nocy? Pewnie jakiś pijany idiota źle wybrał numer. Zirytowana odebrała połączenie, nawet nie spoglądając na numer na wyświet­laczu.

– Halo? – warknęła do słuchawki, bardziej napastliwie niż pytająco.

– Ni hao, Mel Lan. – Usłyszała męski głos z miękkim azjatyckim akcentem.

Jej serce nagle zatrzymało się na parę sekund, które wydawały się wiecznością. Senność i rozdrażnienie rozpłynęły się i znikły. Czas stanął, a po chwili ruszył w zwolnionym tempie w przód i jednocześnie w tył, przywołując wspomnienia.

Mel Lan, nikt jej tak nie nazywał od wielu lat. Właściwie nikt inny nigdy jej tak nie nazywał, tylko on. Serce podjęło swą pracę ze zdwojonym zapałem. Tłukło się w piersi jak szalone. Musiała szybko nad nim zapanować, uspokoić je, aby mężczyzna, którego natychmiast po tylu latach rozpoznała, nie usłyszał napięcia w jej głosie. Odetchnęła głęboko i przyłożyła telefon do policzka.

– Hao, hao, Gong Tan Ling – odpowiedziała płynnym mandaryńskim na powitanie. – Miło cię słyszeć, chociaż jak zwykle zapomniałeś o różnicy czasu. Witaj ponownie o trzeciej w nocy, po latach. – Roześmiała się.

– O, istotnie, przepraszam. – W jego ustach każde przeprosiny, każda forma grzecznościowa, której używał, brzmiały tak autentycznie. – Wybacz mi, proszę, zadzwonię za parę godzin. Mogę zadzwonić do ciebie, Mel Lan?

– Nie przesadzaj. Właśnie zadzwoniłeś. Już i tak nie śpię. Rozmawiajmy.

– Jesteś pewna? Nie chciałbym zabierać ci snu. Masz swoje obowiązki, pracę… Rzeczywiście zapomniałem o różnicy czasu. Proszę cię stokrotnie o wybaczenie…

– Tan, daj spokój – przerwała mu stanowczo. – Nie jesteśmy w Chinach. Przynajmniej ja nie jestem. Skończ z tymi formalnymi grzecznościami. To ja! Ze mną rozmawiasz. Znienacka, nagle, po tylu latach. Dlaczego dzwonisz? Stało się coś? Potrzebujesz mojej pomocy?

– Cała Mel Lan – odrzekł ze śmiechem. – Oczywiście, że to ty. Niezmieniona, zawsze taka sama. Konkretna do bólu, rzeczowa, brutalnie stanowcza i niecierpliwa jak magnolia, która kwitnie, nim jeszcze wiosna zazieleni jej liście. Imię, które dla ciebie znalazłem, nadal jest aktualne, nieprawdaż?

Tamto wspomnienie przemknęło błyskawicznie przed jej oczami. Tan z gałązką magnolii ułamaną gdzieś po drodze, gdy szedł na ich spotkanie. Wtedy to wymyślił, jej europejsko-chińskie miano: „Mel” – skrót od imienia, i „Lan” – chińska nazwa magnolii lub orchidei. Wtedy sprzeczała się z nim, że owo „Lan” wcale do niej nie pasuje. Orchidea to delikatna i subtelna roślina, a ona, Melania, jest twarda, silna i prze do celu jak buldożer, nie jak cieplarniany kwiatek. „Tak – odparł wówczas Tan – ale ty nie jesteś orchideą, tylko magnolią, niecierpliwą ryzykantką”.

– Owszem, Tan – odpowiedziała ciepło. – Nikt mnie tak nie nazywa, ale masz rację, to imię do mnie pasuje. Dlaczego dzwonisz właśnie teraz?

– Wiem, że Harald nie żyje. Dzwonię, żeby ci złożyć kondolencje.

Milczała. Teraz wspomnienia zaatakowały ją całą lawiną.

– Halo, Mel Lan? Jesteś tam jeszcze?

– Jestem.

– Czy źle zrobiłem, że zadzwoniłem? Jego śmierć nic nie zmienia, prawda?

– Prawda. – Westchnęła ciężko. – Dobrze zrobiłeś, że zadzwoniłeś. Może potrzeba było jego śmierci, żebyś wreszcie zrozumiał, że to nie on był naszym problemem, tylko ty.

Teraz milczeli oboje. Po chwili Tan przełamał barierę ciszy i wspomnień.

– Powinniśmy się zobaczyć, Mel Lan.

– Dobrze, Tan.

– Przyślę zaproszenie. Ministerstwo potrzebuje europejskiej wyceny paru mebli z przełomu wieków. Przyjedziesz do Pekinu?

– Przyjadę.

– Dobrze.

– Dobrze.

Jednocześnie zakończyli rozmowę.

Melania pozostała chwilę w łóżku, chociaż było oczywiste, że sen już nie wróci. Wstała, poszła do kuchni i wstawiła wodę na herbatę. Patrzyła przez moment na srebrzyście lśniący elektryczny czajnik, następnie automatycznie przygotowała dzbanek do wyparzenia i ustawiła rządkiem słoiczki z herbatami do wymieszania. Potem wzruszyła ramionami, pstryknęła wyłącznikiem czajnika, zgasiła światło w kuchni i poszła do salonu. Nalała sobie solidną porcję rumu z barku, dopełniła szklankę colą i wyciągnęła z dna regału trzy opasłe albumy ze zdjęciami. Usiadła na kanapie, zapaliła papierosa i otworzyła najstarszy z nich.

Wrocław 1995

Właściwie to Melania Robak była zadowolona. Wakacje spędziła pracowicie, ale udało jej się zarobić niezłą sumkę. Kupiła nową garderobę, obcięła włosy u prawdziwego fryzjera i zostało jeszcze wystarczająco dużo, żeby mogła sobie pozwolić na jakieś wybryki. Bez szaleństw, ale jeśli inni ją zaakceptują i nadarzy się okazja, to finansowo była przygotowana na co najmniej pięć wypadów do kina albo kawiarni. Oczywiście jeśli tamci ją zaakceptują i zaproszą. Nowa szkoła, nowe możliwości. Nikt jej nie zna, nie wlecze się za nią zła sława kujona, nudziary, biedaczki i Robala. Nikt z jej podstawówki nie składał papierów do tego liceum. Nie żeby było kiepskie, wręcz przeciwnie. Na szczęście większość tych dobrych uczniów z jej rocznika oblegała liceum imienia Mickiewicza albo Polonii Belgijskiej. Poza tym wszyscy chcieli się wyrwać z tego zadupia, za jakie uważali swoją dzielnicę. Od urodzenia, czternaście lat wiecznie w tym samym dołku. Wszyscy wszystkich znali.

Dlatego ci zdolniejsi, z sensownymi świadectwami, pouciekali do centrum. Ci mniej zdolni, za to mający bogatych rodziców, dostali się, bez większych rozważań nad cenzurkami, do niepublicznych szkół średnich. Regina poszła do Sigmy. Świetne liceum, byłoby wprost idealne dla niej, Meli. Dwujęzyczne klasy, proponowano nawet kursy chińskiego. Melania jednak mogła sobie o takiej szkole tylko pomarzyć. Cóż, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dobrze, że Regina się dostała. Na szczęście nie musiała zdawać egzaminów, średnia na jej świadectwie była właściwie zasługą Melanii, ale wystarczyła. Teraz Mela będzie się uczyła właściwie w dwóch szkołach. Swojej własnej i Reginy. Jeszcze tylko trzeba coś wymyślić, żeby tamta poradziła sobie z klasówkami i odpowiedziami ustnymi. Jak wtłoczyć w mózg wielkości ziarnka groszku wiedzę niezbędną licealiście? Mela miała świadomość, że dzięki codziennym „korepetycjom”, które były jej głównym źródłem dochodu, przepchnie swoją uczennicę przez ogólniak, ale matury dziewczyna nie zda samodzielnie w żadnym wypadku. Tatuś będzie musiał się spiąć i znaleźć sposób, żeby królewnie maturę kupić. Jednak dosyć już o Reginie.

 

Dziś tylko ona, Melania, jest ważna. Pierwszy dzień nowej szkoły, gdzie jej nikt nie zna. Wygląda dobrze, nie wyróżnia się z tłumu, ma ekstrafryzurę, à la Edyta Górniak, a także normalne ciuchy; no, może nie superhit, ale średnia krajowa też jest OK. Mela złożyła dokumenty do V LO przy Grochowej we Wrocławiu. Zaledwie pięć minut na piechotę od domu. Dostała się bez problemów, trudno się było nie dostać ze średnią pięć i dziewięćdziesiąt osiem setnych. W dniu zakończenia szkoły podstawowej obiecała sobie jedno. Zacznie od nowa, od zera. Nie dopuści do tego, żeby nowi koledzy z klasy traktowali ją jak ostatnie dno. Będzie równa i na luzie, zacznie się umawiać z chłopakami, łazić z dziewczynami po klubach. I co najważniejsze, znajdzie przyjaciółkę. Taką prawdziwą, wierną i od serca. W tej szkole nie będzie Robalem, tylko jedną z nich.

– Mela, kochanie. – Łagodny głos mamy i skrobanie do drzwi łazienki przerwały jej rozmyślania. – Przygotowałam ci śniadanie. Wyjdź już, proszę, zjemy razem.

– Jeszcze sekundkę. Już jestem prawie gotowa – wymamrotała, ściągając usta w dół, aby poprawić kreskę pod okiem. Tusz złośliwie się rozmazywał i makijaż, ćwiczony przez całe wakacje, nie wychodził tak perfekcyjnie, jak by chciała.

– Czekam, jajka stygną.

Melania dała za wygraną. Wrzuciła kosmetyki do pudełka i wyszła z łazienki. Siedząca przy stole mama popatrzyła na nią krytycznie.

– Tak nie pójdziesz – oświadczyła.

– Oczywiście, że pójdę – odparła buntowniczo dziewczyna. – Co ci się nie podoba w moim wyglądzie?

– Dużo mi się nie podoba. To pierwszy dzień w nowej szkole, dziecko. Jak cię widzą, tak cię piszą. Nie będziemy wracać do rozmowy na temat twojego stroju, postawiłaś na swoim i tyle, ale…

– Jesteś niereformowalna i przestarzała, mamo – ze złością przerwała jej Mela. – Białe bluzeczki i granatowe spódniczki były dobre w podstawówce, a i to dwadzieścia lat temu. Czy ty jesteś ślepa? Rozejrzyj się na ulicy, jak ludzie chodzą. Nigdy więcej nie włożę tej cholernej białej bluzeczki. Chcę być normalna, jak wszyscy dookoła. Dżinsy to norma, rozumiesz? Zresztą okazałam szacunek szkole, jak chciałaś, mam przecież białą koszulkę, o co ci chodzi?

– Tak, koszulka z dekoltem do pasa jest bardzo odpowiednia do szkoły. Twoje jedyne ustępstwo to jej kolor. Obwiesiłaś się świecidełkami jak choinka na Boże Narodzenie. To nie wypada… – Mama westchnęła ciężko. – Zresztą dajmy spokój, zrobiłaś, jak chciałaś. Niech ci będzie. Proszę cię tylko o jedno, Melania, zmyj makijaż. Tak nie pójdziesz.

– Żartujesz? – Mela gwałtownie podniosła się od stołu. – To liceum, nie podstawówka, wszystkie dziewczyny się malują!

– Może. Ale ty nie – odpowiedziała spokojnie mama. – Zmyj makijaż. Masz czternaście lat i jesteś niepełnolet…

– Mam piętnaście! – przerwała jej Melania. – Nie będziesz mną rządziła. Za trzy lata będę mogła głosować!

– To będzie za trzy lata. Dzisiaj jesteś niepełnoletnia, mieszkasz w moim domu, to ja cię żywię i ubieram. Jesteś moją córką i ja za ciebie odpowiadam. Zmyj makijaż.

– Sama się ubieram. Tobie ledwie wystarczy na opłacenie tego mieszkania i jedzenie. Gdyby nie moje dodatkowe zarobki z korepetycji, tobyś nawet na książki do tej cholernej szkoły nie miała!

– Melania – powiedziała mama drżącym głosem – koniec dyskusji. Zmyj makijaż i idź do szkoły. – Odwróciła się, próbując ukryć łzy napływające do oczu.

Melania wyszła z pokoju. Po chwili wróciła i zbliżyła twarz do zapłakanej twarzy matki.

– Proszę. Zmyłam. Jesteś zadowolona?

Mama milczała.

– Wychodzę do szkoły. – Mela chwyciła nabijaną ćwiekami absurdalnie drogą torbę, swój nowy nabytek, i wyszła, trzaskając drzwiami.

Małgorzata Robak siedziała nieruchomo przy stole. Jej zmiana w fabryce zaczynała się dzisiaj o czternastej. Musi jeszcze przygotować obiad, żeby Mela sobie odgrzała, jak wróci, trzeba zrobić pranie i trochę posprzątać. Nie chciała się kłócić. Uwielbiała swoją córkę. Chciała jej dać wszystko, co najlepsze.

Mela była owocem prawdziwej wielkiej miłości. Dlatego Małgorzata dała jej na imię Melania. W Przeminęło z wiatrem to Melania Hamilton była kobietą pełną miłości i oddania. Małgorzata miała nadzieję, że to imię będzie dobrą wróżbą dla córki. Ale jej Mela nie była taka jak tamta dama z Południa. Jej Mela bardziej przypominała główną bohaterkę, piękną, ogromnie samodzielną, inteligentną i upartą Scarlett, która – niestety – nie miała serca. Małgorzata zastanawiała się, gdzie popełniła błąd. Wychowywała córkę sama. Poświęciła absolutnie wszystko, całe swoje życie, aby uczynić z niej dobrą i kochającą kobietę. Wierzyła, że przyzwoite wykształcenie zapewni Melanii przyzwoite i dostatnie życie. Może za bardzo skoncentrowała się na tym wykształceniu. Ona sama nawet nie skończyła zawodówki. Swoje życie dzieliła na to przed Melą, o którym nikomu nie mówiła, o którym zapomniała, i to późniejsze. Z tamtego pierwszego okresu zostawiła sobie jedynie romantyczne wspomnienie wielkiej miłości. Jej prawdziwe życie jednak zaczęło się od momentu, kiedy przyszła na świat córka.

Na pierwsze dwa lata po narodzinach dziecka była finansowo zabezpieczona. Potem nie miała już nic, ani pracy, ani perspektyw. Dobrze wykorzystała te dwa lata. Skończyła kursy zawodowe krawiectwa i dostała stałą pracę jako szwaczka w fabryce pościeli. Posłała Melę do przedszkola, a potem do szkoły. Opiekowała się nią najlepiej, jak mogła. Brała nadgodziny i szyła w domu, żeby opłacić Meli dodatkowe kursy angielskiego. Była sama. Jedna pensja musiała wystarczyć na utrzymanie dla nich obu.

Miały dach nad głową, nosiły ciuchy z lumpeksu. Jedyne, czego Małgorzacie ciągle brakowało, to był czas dla Meli. Cieszyła się, że córka jest taka inteligentna i zdolna, że tak dobrze się uczy, że wygrywa olimpiady. Ale Mela chciała jeździć na wakacje, dostać komputer i nosić modne markowe ubrania, a jej matka nie miała na to pieniędzy. Łatała dziury, jak mogła, zawsze jednak było za mało. Dlatego kiedy jedenastoletnia Melania poprosiła ją o zgodę na dorabianie do domowego bud­żetu korepetycjami, Małgorzata się zgodziła. Potem do korepetycji doszła weekendowa pomoc w butiku, a później jakoś tak się stało, że Melania sama zarabiała na swoje potrzeby, niekiedy nawet dokładała się do wydatków domowych.

Tylko czasu dla siebie miały coraz mniej. Dzisiaj po raz drugi córka ją zaatakowała. Normalny bunt nastolatki? Zapewne. Tylko Małgorzata nie rozumiała dlaczego. Przecież dała swojemu dziecku wszystko. Czy to za mało? Czy Mela już jej nie potrzebuje, nie kocha?

Przez całą drogę do szkoły Melania dławiła w sobie złość. Oczywiście mamie udało się łzami wzbudzić w niej wyrzuty sumienia. Może trochę przesadziła, może nie należało wypominać tego, że mama nie mogłaby nawet książek szkolnych kupić. Ale przecież to prawda. Kto dał jej prawo do mówienia Meli, jak ma żyć? Głupimi uwagami zepsuła cały dzień. Miał być perfekcyjny, miał być początkiem nowego życia, a teraz… Zaczął się wrednie i zapewne wrednie się zakończy.

Przeczytała na tablicy informacyjnej, do której sali powinna się udać. Nadal nachmurzona znalazła swoją klasę i weszła przez szeroko otwarte drzwi. Parę osób siedziało już przy stolikach. Odruchowo skierowała się do pierwszego rzędu, po czym wzruszyła ramionami, uniosła wysoko podbródek i ruszyła na koniec pomieszczenia. Wsunęła torbę pod ostatni stolik i przywitała się głośno z nowymi kolegami.

– Cześć, ludziska, jestem Mel – rzuciła nonszalancko. – To co, od dzisiaj zaczynamy razem walczyć z systemem edukacji? Ktoś coś wie? Wszystko spoko?

– Cześć, cześć… – padło kilka niemrawych odpowiedzi.

Dwie dziewczyny z drugiej ławki szeptały coś między sobą. Jakiś chłopak pośrodku klasy siedział z nosem w książce. Kolejni dwaj wychylali się przez okno, najprawdopodobniej plując na głowy przechodniom. Platynowa blondynka studiowała swoje odbicie w lusterku niezainteresowana otoczeniem. Kolejna dwójka grała w okręty. Całe towarzystwo było przepisowo ubrane na biało-granatowo. Odprasowane, ulizane, kujońskie.

Jestem za wcześnie, pomyślała w panice Mela, jak każdy wzorowy kujon przyszłam za wcześnie. Drobna dziewczyna z pierwszej ławki, oczywiście w białej bluzeczce z kołnierzykiem i granatowej plisowanej spódniczce, patrzyła na nią z ciekawością. Po chwili podniosła się i ruszyła w jej stronę.

– Cześć. – Wyciągnęła rękę. – Jestem Ania Motyl. Możesz usiąść ze mną, jak chcesz. Tylko że ja muszę bardziej z przodu, bo jestem niska, i z tyłu nic nie widzę.

– No cześć. – Melania uścisnęła niepewnie wyciągniętą dłoń. – Eee, jestem Mel. To znaczy, Melania Robak. Wiesz, raczej nie. Ja nie lubię tak na widoku siedzieć. Ale dzięki za propozycję.

Dziewczyna wzruszyła ramionami i dalej przed nią stała.

– Nie ma sprawy. Głupio tak, wiesz. Wszyscy nowi, nikt się nie zna. No a przecież do matury będziemy jedną klasą. Jakoś trzeba zacząć. Mam nadzieję, że znajdzie się parę osób, które lubią poezję. Bo wiesz, ja uwielbiam. Nawet sama trochę piszę. – Skromnie spuściła oczy, czekając na objaw zainteresowania ze strony Melanii.

– Aha. – Mela w panice szukała drogi ucieczki. Niedoczekanie twoje, pomyślała. Ty Motyl, ja Robak, będziemy parą insektów kujonów. O nie. Ja chcę do tych lepszych, nie dam się wrobić. – Ja nie przepadam za poezją, sorry. Wiesz co, Ania? Muszę jeszcze coś załatwić. Rzucisz okiem na moją torbę?

– Tak, oczywiście – odparła entuzjastycznie dziewczyna nadal pełna nadziei.

Melania machnęła jej ręką i wyszła z klasy.

Automatycznie skierowała się w stronę toalet, z głową wypełnioną jedną jedyną myślą. Kiedy ci normalni, ci spoko, wejdą do klasy, parę minut przed dzwonkiem, i zobaczą ją siedzącą tam grzecznie razem z kujonami, to nawet odlotowe ciuchy i stylizacja nie pomogą. Od razu będą wiedzieli, że ona nie jest swoja, że jest jedną z tamtych sztywniaków. Przez głupie przyzwyczajenie cały plan może spalić na panewce. W drzwiach toalety zderzyła się z atrakcyjną blondynką, wyrzucającą z siebie wulgarne przekleństwa.

– Kurwa, kretynki zramolałe! – Dziewczyna chwyciła Melę za łokieć i obrzuciła ją bacznym spojrzeniem. – Sorry, nie do ciebie. A ty co? Która klasa?

– Pierwsza – odpowiedziała automatycznie Melania.

– O?! Naprawdę? Ja też. Która pierwsza?

– Pierwsza E, poszerzony angielski.

– To super. Ja też. Chodź. – Tamta pociągnęła ją w stronę schodów. – Tu same zramolałe debile siedzą. Idziemy.

Melania posłusznie podążyła za nową znajomą. Ta zaś ubrana była jak wszyscy, to znaczy w przepisowe biało-granatowe ciuchy, ale tak jak Mela na nogach miała glany, a ręce obwieszone bransoletkami, przez co wcale nie wyglądała przepisowo ani kujońsko. Wyszły obie przed szkołę, gdzie kłębił się tłum biało-granatowych licealistów.

– Jestem Sylwia – przedstawiła się w końcu tamta. – W tym kiblu to same idiotki bez wyobraźni siedziały. Jedyne, co potrafią, to tylko udzielić prostych informacji i nic więcej. Przepisowe i przestraszone do bólu. Nie szkodzi. Przynajmniej wiem, gdzie się da pogadać. Chodź.

– Mam na imię Mel. Dokąd idziemy?

– Normalnie, zapalić. Luz. Podobno tu w kiblach są czujniki na dym. Durne idiotki, jak tylko mnie z fajką zobaczyły, podniosły wrzask. Chodź, mamy jeszcze czas. Bez fajki nie przeżyję tych ceremonii.

Melania nie paliła. Nie uznała jednak za stosowne dzielić się tą informacją z Sylwią. Magiczne słowo „luz” zadziałało jak czarodziejska różdżka. Wreszcie znalazła osobę, której szukała. Podążyła więc za Sylwią na drugą stronę ulicy, na mały placyk za śmietnikiem, w samym środku blokowiska. Rzeczywiście, parę osób w ich wieku już tam siedziało, zaciągając się papierosami. Sylwia przycupnęła na brzegu koślawej ławeczki i wyciągnęła w stronę Meli paczkę marlboro.

– Częstuj się – mruknęła, odpalając sobie jednego.

– Dzięki. – Bez wahania wyciągnęła rękę po papierosa.

Nie była głupia, wiedziała, jak się pali. Większość jej kolegów z podstawówki miała już te doświadczenia za sobą. Ona zresztą też. Wtedy palenie jej nie wciągnęło, ale jeśli dzięki temu ma być uznana za „równą”, to będzie palić. Czemu nie?

– No to opowiadaj – zaczęła Sylwia. – Skąd jesteś? Ja mieszkam na Krzykach. Ojciec się uparł, żebym poszła do tej budy. Mogłam iść do każdej, chciałam Sigmę, wszystkie kumpele tam poszły i mój facet, ale stary się zaparł. Ponoć to jedyne liceum we Wrocku, które ma przejść na system międzynarodowej matury. Jakby to komu było potrzebne… – przerwała i głęboko zaciągnęła się dymem.

 

– Ja jestem stąd. Moja podstawówka jest parę ulic dalej. Mieszkam też rzut beretem od szkoły. Właściwie dlatego chciałam właśnie tutaj się dostać. – Melania doszła do wniosku, że przerwa w monologu koleżanki wymaga odpowiedzi na wcześniej zadane pytanie, ale Sylwia, nie zwracając na nią uwagi, wypuściła dym z płuc i kontynuowała swój monolog.

– No właśnie. – Gestykulowała żywo. – Matura i matura. Po kiego grzyba ja mam robić maturę, kiedy i tak wiadomo, co będzie dalej? Jestem jedyną córeczką tatusia. Interes rodzinny kwitnie, to ty mi powiedz, po co mam się mordować z maturą, angielskim i cholera wie, czym jeszcze. Po prostu prędzej czy później przejmę sklepiki i basta. Ale nie, bo on wie lepiej. Mam mieć międzynarodową maturę, a potem jeszcze jakieś głupie studia. Sama powiedz, czy to ma sens?

– No nie wiem… – niepewnie odpowiedziała Mela. – To zależy. A ty chcesz pracować w tych sklepikach? Co twój tata właściwie sprzedaje?

– Ty głupia jesteś? – Sylwia przewróciła oczami. – A kto tu mówi o pracy?! Ja zwyczajnie prędzej czy później przejmę firmę. Sklepiki inni będą prowadzić. Od pracy to on ma ludzi. Przecież nie będę za ladą stała. Ojciec handluje starociami, mebelki, obrazy, skorupy, takie tam. Ja generalnie nie zamierzam pracować. Dlatego nie rozumiem, o co mu chodzi z tą maturą. Wiesz, on ma swoje dojścia i twierdzi, że to liceum lada dzień będzie oferowało najbardziej prestiżową maturę w Polsce. Może, kto go tam wie? Ja generalnie jestem przeciwna. I tak wiadomo, że w przyszłości będę tytularnym prezesem. OK. Tylko że po co pracować… Ja tam zamierzam być panią domu, jak moja mama.

– To twoja mama nie pracuje zawodowo?

– Nie. Ona zawodowo jest Lubuska. – Sylwia się roześmiała.

– Nie rozumiem. Kto?

– Wytłumaczę ci później. Chodź, spadamy na pierwszą lekcję. Mel? To dziwne imię, skąd je wzięłaś?

Ramię w ramię ruszyły w stronę budynku szkoły.

– Mel, skrót od Melania. Mojej mamie Przeminęło z wiatrem na mózg padło i dała mi to imię na cześć bohaterki. Ale ja go nie lubię. Proszę, nazywaj mnie Mel, dobrze?

– OK. Jak chcesz, Mel. Przeminęło z wiatrem to chyba jakiś bardzo stary film. Nie widziałam.

Sylwia z Melanią zajęły miejsca w ostatniej ławce klasy pierwszej E. Pierwsza lekcja, organizacyjna, minęła szybko. Następnie w auli odbyło się uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego. O jedenastej pierwszoklasiści byli już wolni.

– To co? – Sylwia uśmiechnęła się szeroko. – Trzeba to uczcić, nie? Gdzie idziemy?

– Nie mam pojęcia – odpowiedziała Mel. – Może do Spychały na kawę. To tutaj niedaleko, mają świetne ciacha.

– E tam, mam coś lepszego, tylko muszę się przebrać. Pojedziemy do Papug. Mnie tam znają, nie będą robić głupich uwag. Chcesz?

– Do rynku? Dobra. Już teraz czy po południu? – spytała Mela, podążając za koleżanką w stronę ulicy Pereca.

– Teraz. Pojedziemy do mnie. Ojca nie ma, to mnie nie przyskrzyni. Taka naturalna jedziesz? – Sylwia wymownie wskazała na twarz Melanii.

– Co, a nie! Makijaż, jasne. Matka się uparła, że na pierwszy dzień szkoły mam się nie malować. To ja skoczę do domu. Poczekasz na mnie kwadrans?

– Daj spokój. Umalujesz się u mnie. Jak chcesz, to dam ci też jakiś sensowniejszy T-shirt. U mnie odwrotnie, matka uważa, że makijaż jest obowiązkowy, ale ojciec jest upierdliwy. Wymusił na niej i na mnie ten beznadziejny strój i zakaz malowania się do szkoły. Rzadko mu się udaje cokolwiek narzucić, bo to mama jest szefem w domu. Ona wniosła całą kasę do interesu. A u ciebie kto rządzi? Matka czy ojciec?

– Nie mam ojca. – Mela zdecydowała się powiedzieć prawdę. Nowa przyjaźń rozwijała się w dobrym kierunku i było jasne, że wszelkie kłamstwa prędzej czy później wyjdą na jaw. – Nigdy nie miałam. Mama jest samotną matką. Była bardzo młoda, jak mnie urodziła.

– O, nieźle. – Sylwia spojrzała na nią z uznaniem. – Moja matka jest w porządku. Tylko ojciec jest wkurzający. Może nawet nie wiesz, jakie masz szczęście. A co robi twoja mama?

– Szczęście? Może? Nie wiem? Nie wiem, jak to jest mieć ojca. Brak doświadczeń własnych. – Mela się zamyś­liła. – Mama jest projektantką mody – zdecydowała się na drobne kłamstwo. Drobne, bo w końcu przecież po pracy w fabryce matka dorabiała sobie szyciem, a tym samym projektowała ubrania dla stałego kręgu klientek. A projektantka brzmi jakoś lepiej niż szwaczka. Trzeba odwrócić uwagę Sylwii od tego tematu. – Miałaś mi wytłumaczyć, co to znaczy, że twoja mama jest Lubuska.

– A właśnie! – Tamta się roześmiała i ruszyła w stronę postoju taksówek na Pereca. – Moja mama nie pracuje. Ona jest z domu Lubuska, z tych Lubuskich. W życiu nie przepracowała ani pół dnia. Rodzina mamy była bardzo bogata, tak bardzo, że mama zawsze miała pomoc domową, kucharkę i tak dalej. Ojciec też ma korzenie gdzieś tam w rodach szlacheckich, dlatego pozwolili jej za niego wyjść. Tylko że on był biedny jak mysz kościelna. Dlatego pozwolili, ale nie dopuścili, żeby miał cokolwiek do powiedzenia w kwestii pieniędzy Lubuskich. Więc to mama rządzi. Jest Lubuską, a to daje jej władzę, sama nie musi nic robić. Mama uważa, że życie jest po to, żeby się dobrze bawić, i ja się z nią całkowicie zgadzam. Poznasz ją za chwilę. Jest świetna.

Taksówka zatrzymała się przed zadbanym białym ogrodzeniem stylowej willi nieopodal parku Południowego. Sylwia niedbale podała taksówkarzowi banknot i nie czekając na wydanie reszty, pociągnęła Melanię za sobą. Otworzyła furtkę i oczom Meli ukazał się barwny ogród. Klasyczne rzeźby, szemrzące fontanny, zadbane trawniki i oryginalnie przycięte krzewy tworzyły przepiękny jesienny krajobraz. Złożyła dłonie w zachwycie.

– Boże! Fantastyczne. Ten ogród po prostu jest wspaniały. Twoja mama go urządziła?

– Ogród? Nie. To znaczy tak. Ona chciała mieć taki ogród, ale zrobiła go firma. Wiesz, teraz takie są modne. Jeszcze dwa lata temu mieliśmy inny, też ładny. Mama lubi mieć ładny widok z tarasu i być na czasie. Chodź, zostaw naturę w spokoju, idziemy się przebrać.

Z obszernego holu dwa korytarze prowadziły do bocznych skrzydeł willi. Schody na piętro wyglądały jak miniatura schodów w domu Scarlett z powieści Margaret Mitchell. Wszędzie były marmury, antyki i szlachetne drewno. Melania milczała, szeroko otwierając oczy. Taki przepych widziała wcześniej jedynie na filmach. Tymczasem usiłowała być na luzie, nie zachwycać się zbytnio i traktować to całe bogactwo jak coś normalnego. Pokoje Sylwii mieściły się w prawym skrzydle na parterze. Dziewczyna miała do własnej dyspozycji salonik z zabytkowym fortepianem i olbrzymim telewizorem, a także wielką sypialnię, urządzoną w amerykańskim stylu, z biurkiem, na którym stał monitor jej własnego komputera. Do sypialni przylegała łazienka z wanną i luksusowym prysznicem oraz garderoba, czyli osobny pokoik z szafami i małą stylową toaletką pod oknem.

– Tu się możesz umalować. Wszystkie kosmetyki są w szufladach, szukaj sobie, czego chcesz. – Sylwia wskazała Meli toaletkę. – Ja tymczasem szybko się przebiorę. Jak chcesz jakąś inną bluzkę, to sobie coś wybierz. Wiszą w szafach po lewej. Na razie.

Melania nieśmiało usiadła na wyściełanej pluszem ławeczce przy toaletce. Uchyliła pierwszą szufladę. Biżuteria. Najróżniejsza. Wymieszane ze sobą odpustowe świecidełka, bransoletki z ćwiekami i delikatne złote kolczyki. W panice zamknęła szufladę i otworzyła kolejną. Kosmetyki, fluidy, pudry, róże, cienie do powiek, kredki – jak w ekskluzywnej drogerii. Chanel, Max Factor, Estée Lauder, wszystkie z najwyższej półki. Umalowała się z wprawą, zachwycona, jak łatwo kosmetyki rozprowadzają się na jej twarzy.

Tymczasem Sylwia wróciła do garderoby. Grzeczną szkolną bluzeczkę zastąpiła kolorowa koszulka i dżinsy.

– Dobra, teraz ja. – Wcisnęła się obok Melanii i zaczęła nakładać makijaż. – Jak jesteś gotowa, to znajdź sobie jakąś koszulkę, jeśli chcesz. Potem pójdziemy do kuchni. Zgłodniałam, może coś zjemy, zanim pojedziemy do rynku.

Inne książki tego autora