Matki, żony, czarowniceTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Joanna Miszczuk, 2011

Zdjęcie na okładce

© Mila Supinskaya/Shutterstock.com

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Elżbieta Steglińska

Dominika Stępień

ISBN 978-83-7839-993-3

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

ul. Rzymowskiego 28

02-697 Warszawa

www.proszynski.pl

Książkę tę dedykuję wszystkim kobietom,

a przede wszystkim mojej córce Zuzi

i mojej mamie Irenie;

dzięki wam uwierzyłam, że „miłość”

i „przebaczenie”

nie są jedynie pustymi słowami

Dziękuję z całego serca:

MARII za opiekę.

Irenie za wszystko.

Zuzi za radość i dumę.

Bożenie za realną pomoc i wiarę we mnie.

Joli za szczerość i ustawienie mnie do pionu.

Lili za wiarę w ludzi.

Gertrudzie za niezłomność.

Zofii za tradycję.

Doreen za wiarę w czary.

Jeannette za śmiech.

…za złośliwość.

Markowi, tacie, za opiekę.

Wiktorowi za bezkrytyczne wsparcie.

Uwe za pytania.

Gniewkowi za fakty i inteligencję.

Michałowi za zaufanie.

Bernwardowi i Martinowi za pozytywną motywację.

Barneyowi za święty spokój.

Kim za muzykę.

Wiele z tych osób proszę o miłość… żadnej o przebaczenie.

Serdecznie dziękuję redaktorom i współpracownikom wydawnictwa Prószyński Media za ich pomoc, profesjonalizm i wiarę w sukces mojej powieści. Pani Annie Derengowskiej i Pani Ewie Witan za całą pozytywną energię, którą mnie wspierały, za cenne uwagi i komentarze, dzięki którym ta powieść wygląda tak, jak wygląda. Dziękuję.

Od autorki

Cała treść poniższej książki jest jedynie moją fantazją. Niekiedy pojawiają się w niej nazwiska osób znanych z kart historii. Życiorysy, które im przypisuję, są jednak wyłącznie moim wymysłem. Roboczy tytuł mojej powieści brzmiał „Czarownice”… Nie zapominajmy, że to, co niegdyś określano mianem czarów, dziś nazywamy medycyną alternatywną, bioenergoterapią, hipnozą, telepatią, ziołolecznictwem czy sugestią. Nie chciałam tą powieścią urazić niczyich uczuć religijnych. Moim jedynym zamys­łem było opisać losy i uczucia kobiet. Mądrych i silnych kobiet, które powinny odnosić w życiu same sukcesy, a niejednokrotnie były skazane na porażkę jedynie dlatego, że kochały.

Asia, wrzesień 2007, Wrocław

– Mamoooo… – Ogłuszający wrzask trzech dziecięcych głosików przewalił się przez studnię dźwiękową starej kamienicy przy Szewskiej. Jedną z wydzierających się dziewczynek była z pewnością Misia.

Jak to jest, że matka w chórze prawie identycznych głosów zawsze rozpozna swoje potomstwo? Mogłam co prawda udawać, że nie rozpoznaję, ale to tylko wyjście doraźne. Prędzej czy później rodzicielki pozostałych latorośli dadzą odzew i moja będzie się darła sama. Wtedy się, niestety, nie wyprę, że to nie ona. Swoją drogą wyczucie czasu ma niezłe. Zawsze otwiera paszczę, kiedy robię coś naprawdę skomplikowanego albo interesującego. I żeby nie wiem jak bardzo mnie to coś wciągało, to jej sprawy są ważniejsze. Tematy do przerywników też zawsze ma obłędnie ważne. O co tym razem…?

– Czego sobie, słoneczko, życzysz? – zapytałam przez uchylony lufcik.

– Mogę dostać batonika? – odkrzyknęło przymilnie moje szczęście.

– Możesz! – odparłam i zamknęłam okno, z mściwą satysfakcją słuchając konwersacji dzieci sąsiadów. Córeczki sąsiadów, bliźniaczki, doczekały się tymczasem odzewu mamusi.

– Czego? – zagrzmiało uprzejmie z sąsiedniego okna.

– Rzuć batona! – padła rozkazująca odpowiedź.

Wiedziałam, że za chwilę usłyszę to samo, w innej formie, Misia jednak musiała zebrać się na odwagę, żeby zadać kolejne pytanie. Może to szkoda, że nie jest tak bezpośrednia jak jej koleżanki? Chociaż dla mnie jej dobre wychowanie i poprawna polszczyzna zawsze były powodem do dumy. Wygrzebałam z kuchennej szafki snickersa i wróciłam na dyżur pod balkon. Długo nie czekałam.

– Mamooo… – Tym razem rozległo się solo Misi.

– Słucham, córcia? – Głupio by było, gdybym zwyczajnie rzuciła w nią batonikiem zamiast odpowiedzi.

– Czy mogłabyś mi rzucić tego batonika?

No nie odpowiem jej, że mogłabym, bo konwersacja będzie się toczyć do nocy.

– Uważaj, rzucam! – zameldowałam i snickers dużym łukiem poszybował w dół.

– Dziękuję, mamusiu! – Szczerbata siedmiolatka wyszczerzyła się w stronę naszego balkonu.

Zostawiłam uchylone drzwi balkonowe. Kanikuła ziała żarem. Dobrze, że grube, solidne mury starego budownictwa trzymały temperaturę. Wystarczyło wietrzyć dom w rześkie, nieprzespane noce i cały dzień utrzymywał się miły chłodek. Jak ta mała wytrzymuje całe dni w upale na podwórku? Samotne rozłożyste drzewo przetrwało cudem, otoczone wysokimi kamienicami. Jego cień był jednak zawsze okupowany przez rozplotkowane emerytki. Dzieciaki miały swój kąt z drugiej strony, na małym zielonym placyku, kompletnie nieosłoniętym przed palącym słońcem. Głupota. Dlatego Kamila i jej przyjaciółki najchętniej bawiły się w cieniu tego jednego drzewa, zgodnie dzieląc terytorium ze staruszkami. Podsłuchane rewelacje o zgonach, porodach i inne równie frapujące historie były wielokrotnie tematem przekazów płynących z ust mojej córki. Kamila, Kamisia, Misia. Mój największy i jedyny skarb. Teraz już jedyny sens mojego życia. Moja duma i chluba. Jak ją ustrzec? Jak dać jej dobre i bezpieczne życie? Wiem, że życia za nią nie przeżyję, wszystkie błędy musi popełnić sama. Tak jak ja popełniłam swoje. Cóż, wzory do naśladowania miałam perfekcyjne, tylko los mi nogę podłożył, stawiał na mojej drodze niewłaściwych mężczyzn. Dlaczego omija mnie zwyczajna, wierna i szczęśliwa miłość? Taka, jaką obiecuje pierścionek na moim palcu. Taka, jaką było dane przeżyć babci i mamie. Moje kochane Maria i Krystyna. Mamusia – Krystyna, szczęściara. Dwa razy pokochała, i obaj jej mężczyźni, Marek i Kazimierz, byli w stu procentach tej miłości warci. Diament na moim palcu zamigotał kpiąco. Krystyna… Zamyśliłam się.

Krystyna, 1963, Wrocław

Krystyna pracowicie rozdzielała igłą posklejane tuszem rzęsy. Kreski wyszły idealne, jak z żurnala. Zalotka spełniła swoje zadanie i rzęsy miały pół kilometra długości. Tylko ten upiorny tusz się sklejał. Dlatego od pięciu minut mordowała się z igłą. Właśnie dziś chciała wyglądać perfekcyjnie. Odbicie w lustrze pokazywało pieczołowicie wykrochmaloną kieckę na stu halkach, czerwoną jak grzech. Z gramofonu kupionego za pierwszą nauczycielską wypłatę płynęły słowa jakże pasującej piosenki: „…spostrzegasz mnie, nagle serce ci pęka… dziś, właśnie dziś, obym była tak piękna…”. Tak, to dzisiaj zdobędę go na zawsze, pomyślała. „…Bo wieczorem na bal z tamtą drugą masz przyjść…” – zawodziła Violetta Villas ze zdartej płyty.

Krysia zakochała się dwa lata temu. Boże! Jakie wspaniałe były te dwa lata. Rysiek, najprzystojniejszy lekarz, jakiego miała wykształcić Wrocławska Akademia Medyczna, do tego absolutnie samodzielny i niezależny. Miał spółdzielcze M-2 w nowym budownictwie, mimo że był przecież kawalerem. Krysia podziwiała jego zaradność. Jakże cudowne chwile przeżywali razem w tym mieszkanku. Traktowała je jak ich wspólne gniazdko. Upiększała, ozdabiała, całe pensje zostawiała w firaneczkach i bibelotach do „ich mieszkanka”. Mama Krystyny irytowała się, że córka prawie nie mieszka w domu. Kryśka tkwiła po uszy w praniu, gotowaniu i prasowaniu koszul ukochanego Rysia, matka czepiała się o ślub. Żądała powrotów do domu na noce – przynajmniej do zaręczyn. Boże, jaka ona nieżyciowa. Przecież się kochają. Dla Krystyny zaręczyny i ślub były czystą formalnością. Bez nacisków napomykała Rysiowi o konieczności poznania się rodzin, ale ciągle to odkładali. On kończył studia. Utrzymywali go rodzice, tłumaczył więc, że nie chce ich dodatkowo obciążać synową przed dyplomem. Dziwne, bo przecież ona zarabiała. Pracowała od trzech lat, od momentu ukończenia szkoły pedagogicznej. Studia musiała na razie odłożyć. A zresztą, po co studia. Przecież i tak jako żona lekarza będzie się zajmowała mężem i domem. Niemiłym zgrzytem jednak była ta jego niechęć do przedstawienia jej rodzicom. Ryszard pochodził z arystokratycznej rodziny, której udało się przeżyć wojnę i przetrwać. Co prawda, nowa Polska odebrała im cały majątek, ale na szczęście ojciec Rysia był człowiekiem życiowym. Zapisał się do partii wystarczająco szybko, żeby mimo „złego” pochodzenia społecznego miękko wylądować. Ordynator szpitala wojewódzkiego, wysoko postawiony członek partii, słowem, totalne wyżyny społeczne. Matka Rysia, hrabianka Janicka z domu, miała wobec syna niebosiężne plany. W ciągu tych dwóch lat życia z Rysiem nie doszło do spotkania Krysi z jego rodzicami. Nawet się nie ukrywali, po prostu nic nie mówił rodzicom o narzeczonej. Nie mieli pojęcia. Tłumaczył jej, że to za wcześnie, że niedługo im powie, że to szok, bo te klasy społeczne… Jakie klasy społeczne? Dopiero po wizycie u rodziców Krystyny, kiedy jej mama, Maria, zaczęła snuć wspomnienia sprzed wojny, Ryszard przestał się migać. Najpierw długo wypytywał o ten utracony majątek w Wielkopolsce, kazał sobie ze szczegółami opowiadać o balach, zalotnikach i kuligach, a potem z głupia frant rzucił:

– No widzi pani, jaka figlarka z tej Krysi? Opowiada, że jej tatuś jest szewcem, a pani pracowała w polu.

– Bo to prawda, panie Ryszardzie. – Mama Krystyny pokiwała głową. – Popełniłam mezalians. Zakochałam się w Stachu i uciekłam do niego. Mama nie wybaczyła mi tego nigdy. Zamieniłam perły i salony na motykę i strzechę. Ależ to był skandal! – Roześmiała się perliście.

 

– I nie żałowała pani? – Zrobił wielkie oczy.

Maria spojrzała na niego z zastanowieniem.

– Zdarzały się chwile, kiedy naprawdę było bardzo ciężko – odpowiedziała po namyśle. – Najtrudniej, kiedy mojego męża Niemcy wywieźli na roboty. Proszę sobie wyobrazić rozpieszczoną panienkę z dobrego domu, samą z dwuletnim dzieckiem, w lichej, zimnej chałupie, bez środków do życia. Nawet tego nędznego poletka nie umiałam obrobić. Co posiałam – zmarniało. Jedyne, co potrafiłam uprawiać, to orchidee! Na szczęście Bóg czuwał nad nami. Bogaty Niemiec szukał nauczycielki dla córki. Zaczepił mnie po mszy w kościele. No bo przecież we wsi wszyscy wiedzieli, że ten biedak Stach wziął sobie uczoną pannę ze dworu. Niemiecki, francuski i angielski wynios­łam z domu. Poznańska pensja dla panien dała mi, jak na przedwojenne czasy, niezłe wykształcenie. Po wsi poszła fama. Niby wstyd był u Niemca pracować, ale dla mnie wtedy wstyd się nie liczył. Krysia leżała z wysoką gorączką, a ja nawet nie miałam z czego upiec chleba. Dostałam posadę, jedzenie, ciepły pokój dla mnie i Krysi. Ten Niemiec był dla nas dobry, trzy lata u niego pracowałam. Kiedy postanowił uciekać przed Rosjanami, zabrał nas ze sobą. A potem już mój mąż nas odnalazł. Tu, we Wrocławiu. – Zamyśliła się. – Nie, panie Ryszardzie, nie żałuję. Zresztą teraz i tak żadne różnice społeczne się nie liczą. Pojęcie mezaliansu przestało istnieć, liczy się tylko miłość.

– No właściwie tak – wymamrotał Ryszard bez przekonania.

To po tej rozmowie ustalili termin zaręczyn. I wtedy zaprosił ją oficjalnie do swojego domu. A ta wizyta obróciła życie Krystyny w gruzy.

Drzwi otworzyła służąca. Zaprowadziła ich do onieśmielającego salonu-biblioteki. Tam zostali posadzeni w głębokich klubowych fotelach przy niskim stoliczku. Służąca wniosła herbatę i ciasteczka. Za nią wszedł wyperfumowany i szalenie elegancki ojciec Rysia.

– Witaj, synu – rzucił prawie w biegu – matka zaraz do ciebie przyjdzie, muszę lecieć, pogadamy w niedzielę.

Krystyny jakby nie zauważył, nie zapytał o nią, zignorował ją kompletnie. Tak też się poczuła – jak nikt. Rysiek nawet gestu nie zrobił, żeby ją przedstawić.

Nie zdążyła nawet ust otworzyć, gdy do salonu wpłynęła szalenie dystyngowana, drobna dama.

– Witaj, kochanie – zwróciła się do Ryszarda.

– Och, witaj, mamusiu, stęskniłem się. – Nowe, nieznane wcześniej Krystynie nutki w jego głosie, strachu przemieszanego z nadskakiwaniem, niemile ją zaskoczyły.

– Poznaj proszę moją… to jest… koleżankę, tak, koleżankę, Krystynę.

Krysia wstała i wyciągnęła rękę, przedstawiając się głośno i wyraźnie:

– Krystyna Jałoch.

Jej ręka zawisła w powietrzu. Dama skinęła głową i bez słowa usiadła przy stoliku. Najpierw długo celebrowała nalewanie herbaty, potem odezwała się do syna:

– Marianna przyjeżdża w czwartek, tak więc już nie musisz się kłopotać o towarzyszkę na bal.

Ryszard zaczerwienił się jak burak.

– Tak, mamo.

Krystyna siedziała sztywno wyprostowana, nic nie rozumiejąc. Przecież na sobotni Bal Medyka, ukoronowanie roku akademickiego, mieli iść razem. Coś tu było szalenie nie w porządku. Nigdy nie uciekała przed konfrontacjami, zawsze stawiała sprawy prosto i uczciwie. Była pewna, że jej ukochany jest taki sam. Tu jednak coś straszliwie nie grało. Dyskretnie kopnęła Ryśka pod stołem. Odpowiedziało jej jedynie ciężko przerażone i spłoszone spojrzenie. Dosyć! Wzięła sprawę we własne ręce i niepytana oznajmiła:

– Cóż, szkoda, że małżonek pani nie znalazł czasu dla nas. Przyszliśmy, aby państwo mogli mnie w końcu poznać.

– W końcu? – pytająco wycedziła różanymi usteczkami mama Ryszarda.

– No tak – Krysia uśmiechnęła się czarująco – już dwa lata jesteśmy razem, jak zapewne pani wie. Ustaliliśmy termin zaręczyn, więc chcieliśmy w imieniu moich rodziców serdecznie państwa zaprosić na tę uroczystość.

Rysio spurpurowiał, przyszła teściowa zbladła.

– Niedorzeczność! – skwitowała ostro. – Ryszard ma przed sobą wspaniałą, już ustaloną przyszłość. Pani się myli! Ryszard! – rzuciła rozkazująco.

Rysio zerwał się z fotela, stanął na baczność i, jąkając się, zaczął zeznawać:

– Mamusiu, ona jest ze szlacheckiej rodziny po kądzieli… z Wielkopolski… tam majątek im przepadł… bo wojna. I dwa lata się… bo ona dba o mnie… I sama mówiłaś, że wydoroślałem… a Marianna już tyle czasu w Warszawie. Bo ja myślałem…

– Bzdura! – Hrabianka de domo Janicka elegancko podniosła się z fotela. – To, synu, że przestałeś przynosić do domu pranie, nie świadczy o twojej samodzielności. Proszę pannie zapłacić za usługę i zakończyć tę znajomość. Marianna wraca po studiach do narzeczonego i nie życzę sobie, żebyś mi tu fanaberie wyczyniał. Do zobaczenia w niedzielę na obiedzie. Służba was odprowadzi.

Po czym, nie dopuszczając nikogo do słowa, po prostu wyszła.

Krystynę zamurowało. Kompletnie nie rozumiała tego, co przed chwilą zostało powiedziane. Narzeczona? Zapłać za usługę? Co to ma niby być?

Ryszard odzyskał wigor, wyciągnął ją za łokieć z fotela, prawie wypchnął z domu i w piorunującym tempie zawlókł do taksówki. Całą drogę usta mu się nie zamykały. Coś tam brzęczał, że się wyjaśni, że trzeba czasu, że ble, ble ble. Wcis­nął ją do taksówki, podając adres rodziców Krystyny.

Właściwie całą drogę nie myślała o niczym. Właściwie nie myślała o niczym przez całą bezsenną noc. W pracy, patrząc na ufne buzie pierwszoklasistów, też nie myślała. Cztery godziny czytała dzieciom na głos bajki, tylko po to, żeby nie myśleć. Cały ten czas, jak przez mgłę, jak niezmienne tło, dźwięczały jej w głowie słowa „proszę pannie zapłacić za usługę”. Nie cierpiała, nie płakała, nie analizowała. Tkwiła w zawieszeniu. Czekała.

Ryszard nie przyszedł po nią pod szkołę jak co dzień.

Powlokła się sama do „ich mieszkania”.

Klucz nie pasował do zamka.

Wróciła do domu rodziców.

Matka gotowała coś w kuchni. Odwrócona plecami nie zauważyła jej powrotu. Dobrze. Krysia przemknęła do swojego pokoju. Na tapczanie leżały dwa kartony. W jednym kłębiły się jej własne drobiazgi i ubrania, które trzymała u Ryszarda, w „ich mieszkanku”. W drugim ukochany gramofon kupiony za pierwszą wypłatę. Ten sam, którego słuchali z Rysiem w najpiękniejszych, najintymniejszych chwilach. To wszystko. To nie może być prawda. Rzuciła torebkę i pobiegła do kuchni, do matki.

– Mamo? Rysio tu był? U mnie w pokoju? – wyrzuciła z siebie pytania w tempie karabinu maszynowego.

– Nie, córeczko. – Matka odłożyła łyżkę do zupy, wytarła ręce i zbliżyła się do niej z szeroko otwartymi ramionami, jak bezpieczna przystań, w którą można się wtulić. – Kochanie… – zaczęła miękko coś mówić.

– Nie! – Krystyna cofnęła się o krok. – Nie dotykaj mnie, mamo, nie mów nic. Nie! Nie teraz. – Odwróciła się i wyszła do swojego pokoju.

Kolejna noc, bez snu, bez łez, bez myśli. O szóstej rano Krystyna wyszła z domu, nie budząc matki. Poszła do przychodni. Zwolnienie dostała bez problemu – na swoje płuca po przebytych chorobach zawsze mogła liczyć. Wystarczyło jedynie poprosić o L-4 i już je miała. Powolutku otwierały się wszystkie szufladki w mózgu. I te odpowiedzialne za myślenie konstruktywne i te przechowujące wspomnienia. Zespołowa praca komórek mózgowych, które po dwóch dniach bezczynności zechciały się wreszcie uaktywnić, dała efekty. Krysia wróciła do domu. Ojciec już wyszedł do pracy. Usiadły z mamą przy kuchennym stole, zrobiły sobie herbatę.

– Mamo – zapytała bardzo spokojnie, z suchymi oczami – kto przyniósł moje rzeczy?

– Marek, córeczko. – Matka pogładziła ją spracowaną dłonią po policzku. – Marek to dobry chłopak, lojalny i przyzwoity. Nic nie mówił, prosił tylko, żeby ci to oddać. Porozmawialiśmy chwilę przy herbacie. Chyba był strasznie wściekły, bo mu się wyrwało, że żeby nie ty… bo ten bałwan jest świnia. Niewiele z tego rozumiem, ale chyba ta świnia i bałwan to Ryszard? Zgadłam?

Krystyna milcząco skinęła głową.

– Mamo, nie chcę o tym rozmawiać. Nie dziś, dobrze?

– Dobrze, kochanie. – Maria napiła się herbaty. – Marek powiedział, że jakbyś czegokolwiek potrzebowała, to on siedzi do niedzieli w bibliotece, bo uczy się do egzaminów.

Posiedziały w milczeniu w ciepłej, przytulnej kuchni. Kiedy mama wyszła na zakupy, Krysia nastawiła sobie płytę z ukochaną Koterbską i zaczęła rozmyślać. Rzeczywiście, Rysio okazał się świnią. Bez słowa się od niej odciął – tchórz. Ale przecież była pewna, że ją kocha. Może go te zdegenerowane, arystokratyczne elementy zmuszają do tamtych zaręczyn. Gdyby chciał się ożenić z tą całą Marianną, to przecież nie byłoby dwóch ubieg­łych cudownych lat. Na pewno można wszystko naprawić. Odzyskać Rysia i swoje życie. Tylko jak? Marek. Marek to ich wspólny przyjaciel. Podkochiwał się w niej całą wieczność, dwa lata temu poznał ją z Rysiem. Kiedy zaczęli się regularnie spotykać, Marek z honorem się wycofał. Nadal jednak pozostał ich wspólnym przyjacielem. Jeśli porozmawia z Markiem, na pewno wiele się wyjaśni. Szybko zrobiła makijaż i ruszyła do biblioteki. Marek tam był, siedział w kącie, obłożony książkami, i notował. Kiedy podeszła, wyglądał na zmieszanego.

– Witaj, Krysiu. Tak mi przykro… – zaczął, wstając na powitanie.

– Och, daj spokój, nikt mi nie umarł. – Słysząc jej spokojny, rzeczowy ton, Marek wyraźnie odetchnął.

– Pogadalibyśmy chwilkę, co? – Krysia rozejrzała się po cichej czytelni uniwersyteckiej – Ale może nie tutaj. Mógłbyś wyjść na chwilkę?

– Dobra, czekaj, tylko sobie przechowalnię na książki załatwię. – Marek sprawnie pozbierał bałagan z biurka i powędrował ze schludną wieżą podręczników do bibliotekarza. Już po chwili siedzieli w zadymionej piwniczce kawiarenki Małgosia w Rynku.

– No, co tam, Krysiu? Mogę ci ciacho zafundować? – Uśmiechnął się do niej nieśmiało.

– Zgoda, jedno firmowe. Niby o linię dbać nie muszę, ale kto tam wie? – Krystyna odpowiedziała mu uśmiechem i wzięła byka za rogi. – Słuchaj, znasz Rysia dłużej niż ja, powiedz mi uczciwie, co się właściwie stało? I może wiesz, kto to jest Marianna?

Marek wyraźnie zagotował się w środku. Nie kluczył, nie zmieniał tematu, nie tchórzył, ale widać było wyraźnie, że jest wściekły i czuje się bardzo niezręcznie.

– Nie wiem, jak do tego doszło, ale Rysiek oświadczył, że z wami koniec, bo wraca Marianna. I wręcz zmusił mnie, żebym ci odwiózł rzeczy. Nawet taksówkę sfinansował. Powiedział, że wszystko ci wytłumaczył, i tyle. O Mariannie wiedziałem od zawsze, tylko że ten drań mnie zwyczajnie okłamał. Kiedy wyjechała, twierdził, że to koniec, bo tak się umówili. Wtedy podrywał wszystko jak leci. Kiedy was poznałem, Marianna była przeszłością. Zresztą gdybym wiedział, że to się tak skończy, nigdy bym nie dopuścił do tej znajomości. Krysiu, wybacz mi. Nigdy nie przestałbym o ciebie walczyć, ale ty byłaś z nim taka szczęśliwa. I jeszcze, na dodatek, on się ustatkował. Przy tobie przestał szaleć, nawet byłem pewien, że jest ci wierny. Dlatego dziś nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.

– Marek, spokojnie. – Plątanina wątków i wyraźna skrucha Marka nie pozwalała Krystynie zebrać myśli. – Po kolei. Opowiedz mi po kolei o Mariannie i Rysiu.

– No dobra, po kolei. To słuchaj.

Opowieść Marka była prosta i banalna. Otóż Ryszard, zaręczony prawie od kołyski z równie jak on arystokratyczną Marianną, po ukończeniu szkoły średniej zdecydował się zostać i studiować we Wrocławiu. Marianna natomiast, absolwentka liceum plastycznego, postanowiła wyjechać do Warszawy na studia plastyczne. Oboje dostali się, gdzie chcieli – on dzięki protekcji, Marianna ze względu na wielki talent, którego nawet niewłaściwe pochodzenie nie mogło zniwelować. Prawdą jest, że kochali się bardzo. Prawdą jest, że Marianna jest nieciekawa. Za to ma wielki talent malarski, wspaniałą rodzinę i pełną akceptację rodziców Rysia. I rzeczywiście byli zaręczeni. Uroczystość odbyła się u rodziców Marianny, profesorstwa Górskich, a narzeczeni otrzymali od jego rodziców w prezencie zaręczynowym mieszkanie spółdzielcze zarejestrowane na Ryszarda. Marek, jako człowiek z gminu, nie został zaproszony, ale wie na pewno, że tak było. Potem Marianna wyjechała na studia, a Ryszard rzucił się w wir życia towarzyskiego i zmieniał panny jak rękawiczki. Najlepszemu przyjacielowi wmówił zerwanie zaręczyn, z narzeczoną spotykał się w nadmorskich kurortach latem i wszystko było świetnie. Do czasu. Do momentu, kiedy Marek, ciężki idiota, poznał dziewczynę swoich marzeń (Krystynę) z Rysiem. Wtedy przyjaciel, mimo że wiedział o wielkiej miłości Marka, poderwał mu wybrankę. I nawet się z tego powodu pobili. Ale kiedy po dwóch miesiącach kumpel nadal był z Krystyną, Marek uwierzył w jego uczciwe zamiary wobec niej i stara przyjaźń wróciła. Trwała do wczoraj. Wczoraj bowiem się okazało, że Ryszard potulnie nadal jest z Marianną, a Krystyna, owszem, miła, kochana, pomocna, ale, no cóż, kompletnie nie na miejscu. Marek jest za stary, żeby temu bałwanowi mordę obijać. A Krysi mu strasznie żal i teraz ją przeprasza.

 

Krystyna przetrawiła jasne i klarowne informacje Marka. Nadal nie dopuszczała do siebie myśli, że nie ma już Ryszarda. Nie ma miłości. Nie będzie wymarzonego życia we dwoje, w gniazdku, które dla nich tak szykowała. Całkowicie zignorowała deklarację uczuć Marka, który jak zbity pies czekał na odpowiedź. Dla niej ważne było tylko to, że Ryszard ją na pewno wciąż kocha. Jedyna przeszkoda to rodzice tyrani, którzy zaaranżowali arystokratyczne małżeństwo. A przecież nawet matka mówiła, że mezaliansów już nie ma. Liczy się jedynie miłość. I ona wie, że Rysio ją kocha. Tylko trzeba mu o tym przypomnieć. Poza tym Marek mówi, że Marianna nieciekawa.

– Maryś? – zapytała. – A ta Marianna jak wygląda?

– Normalnie – odparł zdziwiony – wysoka, chuda blondynka. Krótkie włosy, jakieś tam oczy, płaska trochę. Taka, wiesz, dla mnie nudna.

No, wiary w siebie to Krysi nie brakowało. Przecież, niestety, nie na jej inteligencję leciały te tłumy chłopaków. Właściwie jedyny, który z nią rozmawiał jak z człowiekiem myślącym, to Marek. Reszta, z ukochanym na czele, tylko prawiła komplementy. Rysio aż piał z zachwytu nad jej długimi, niesfornymi rudymi włosami. Tyle razy mówił, że jest jego piękną czarownicą. Ruda, zielonooka, z piękną figurą i ponętnym biustem. Miała to szczęście, że jak wszystkie kobiety w jej rodzinie wyglądała bardzo młodo. Mama, dziś czterdziestolatka, wyglądała na jej starszą siostrę. Obie zgrabne, niewysokie i pełne uroku. Gdzież do niej jakiejś tam wyblakłej, wychudłej blondynce. Powolutku zaczął jej się rysować misterny plan odzyskania Ryszarda.

– Mareczku – wyszeptała przymilnie. – Zrobiłbyś coś dla mnie?

Nadzieja w jego głosie jakoś umknęła Krystynie.

– Krysiu, przecież wiesz, że ja dla ciebie…

– No to świetnie, bo widzisz, ja bardzo chcę iść na Bal Medyka. Już mam kieckę i w ogóle. Tylko chyba z Ryśkiem już nie pójdę… – Roześmiała się nerwowo.

– Nie wybierałem się, bo to bal dla snobów – odpowiedział z wahaniem Marek – Ale jeżeli tobie tak bardzo zależy, to z przyjemnością cię zapraszam. Może znów zaczniemy razem wychodzić? Tak jak dawniej. Ja wiem, Krysiu, że nie mogę na nic…

– Świetnie – przerwała mu w połowie zdania, zaprzątnięta swoim zamiarem. – To ja muszę lecieć. Dzięki za ciacho. Czekam w sobotę. Pa!

Machnęła ręką, porwała torebkę i już jej nie było.

Marek zapalił papierosa i się zamyślił. Nadal nie wiedział, co o tym sądzić. Krystyna była taka spokojna. Może Rysiek nie kłamał. Może faktycznie rozstali się w zgodzie. Tylko dlaczego sam nie odwiózł jej rzeczy. I czemu tak wypytywała o Mariannę. Jeśli się rozstali w zgodzie, to powinna o tamtej wszystko wiedzieć. Strasznie to trudne. Przez dwa lata, które dla Marka były pasmem cierpień, ci dwoje sprawiali wrażenie zakochanych. Usunął się, zszedł im z drogi. Za bardzo kochał Krysię, żeby jej komplikować życie. Może niesłusznie? Dziś w jej oczach nie dostrzegł śladu łez, cienia rozpaczy. A po prawdziwej miłości chyba powinno się rozpaczać? Nieważne, wszystko nieważne. Liczy się tylko Krysia. Kiedyś była najważniejsza. Potem, gdy Rysiek tak podle mu ją wykradł, Marek uciekł w naukę. Na dobre mu to wyszło. W środę ostatni egzamin – obrona pracy. Potem tylko dwa lata stażu i zostanie samodzielnym lekarzem. Nie miał przed sobą kariery usłanej różami jak Rysiek. Będzie musiał walczyć, ale walczył całe życie. Cieszył się, że przyjęli go na staż do przychodni rejonowej. To już pewne. Obrony się nie bał – formalność. Z pensji stażysty i bez dachu nad głową lekko nie będzie. Ale gdyby u jego boku znalazła się Krystyna? Mądra, odważna, pełna miłości. Na pewno teraz nie będzie go już chciała. Chociaż może trzeba czasu. Może trzeba walczyć. O Krysię, tak jak o wszystko. Trzeba. Będzie walczył o nią i jej serce. I pójdzie na ten durny bal dla snobów.

* * *

W sobotę, trzy dni po pomyślnej obronie pracy dyplomowej, Marek przyjechał po Krysię. Kiedy wdrapał się na drugie piętro kamienicy na Szewskiej, Krystyna już była gotowa. Wyglądała olśniewająco. Zielone oczy rzucały iskry, włosy szalały wokół ślicznej twarzy jak dziki, rudy wicher. O, nie dla niej grzeczne nakrochmalone fryzurki, bombki czy stateczne koki. Krystyna była wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju. Sukienkę pewnie uszyła sama. Kto inny wpadłby na połączenie zieleni z czerwienią dla rudej dziewczyny? Sukienka była niemal skandaliczna. Obcisły, zielony błyszczący gorset opinał wspaniały biust Krysi, mnóstwo zielonych satynowych halek unosiło wściekle czerwoną spódnicę. Marek stał w drzwiach, patrząc jak oniemiały na zjawisko przed nim. W ręku ściskał piękną purpurową różę. Stał i patrzył. Pani Maria podeszła do niego spokojnie i wyjęła kwiat z kurczowo zaciśniętej dłoni.

– Wstawię do wazonu, taka ładna, po co ma więdnąć. Zrobić wam herbatę czy uciekacie?

– O, nie, dziękuję. – Marek odzyskał zdolność mówienia. – To niedaleko, ale chyba już pójdziemy? – zwrócił się pytająco do ukochanej.

– Lecimy, mamusiu. Nic nie rób. Życz nam dobrej zabawy. Wrócę późno, nie czekaj. – Krystyna spiesznie wkładała czerwone bolerko.

– Nie będę czekała. Jesteś pod dobrą opieką – odrzekła Maria i otrzymała w odpowiedzi rozczulające, pełne wdzięczności spojrzenie Marka.

Spacer na miejsce zajął im rzeczywiście pięć minut. Uniwersytecka Aula Leopoldyna rokrocznie służyła gościną zaprzyjaźnionym absolwentom akademii medycznej. Bal Medyka cieszył się dobrą sławą jako jedna z najbardziej ekskluzywnych imprez śmietanki polskiej medycyny. Tu odżywały wszystkie różnice klasowe, tak skutecznie tępione przez komunistyczną propagandę. Mogli sobie towarzysze wyklinać wrogów ludu, ale nie tu i nie tego dnia. Na tym balu stara inteligencja, arystokraci medycyny z dziada pradziada wprowadzali w świat swoje potomstwo. W zamkniętej enklawie lekarzy zawód przechodził z ojca na syna. Potomek jak najbardziej poprawnej politycznie klasy robotniczo-chłopskiej, który przez przypadek lub własny upór ukończył studia medyczne, mógł sobie być lekarzem. Ale na Balu Medyka nie widywało się takich wielu. Teoretycznie każdy absolwent miał prawo tu przyjść. W praktyce jednak Marek miał rację – na ten bal dla snobów przychodziły jedynie snoby. Reszta braci studenckiej wolała oblewać dyplom w zaprzyjaźnionych klubokawiarniach.

Fraki, smokingi i fraki, westchnął w duchu Marek i, podając odźwiernemu zaproszenie, wygładził swój sfatygowany garnitur z PDT. Wokół szalała elegancja bieli z czernią, niekiedy przerywana wyblakłymi różami i błękitami pastelowych kreacji panien. Własny skromny strój absolutnie Markowi nie przeszkadzał. Z dumą myślał o Krystynie. Będzie najatrakcyjniejszą, najpiękniejszą kobietą pośród zarozumiałego tłumu snobów.

Krystyna zerknęła ponad jego ramieniem do ociekającej złotem i purpurą Auli Leopoldyna. Oczywiście bywała na balach akademickich. Tylko że wszystkie poprzednie odbywały się w studenckich stołówkach przystrojonych balonikami. Nawet ostatniego sylwestra spędzili z Rysiem wśród przyjaciół właśnie na takim „stołówkowym” balu. To tutaj przeszło jej oczekiwania. Wiedziała, że wygląda wystrzałowo. Ale przecież to nie była sukienka na taką okazję! Krystyna umiała się ubrać. Zawsze umiała. Gdzieś w genach po prababkach arystokratkach miała wspaniały gust i styl. Dlatego zawsze przyciągała oczy oryginalnym, eleganckim strojem. Ten, który uszyła sobie na Bal Medyka, był fantastyczny. To miała być niespodzianka dla ukochanego. Cholera, i będzie. Dlaczego jej nie uprzedził, że na tej imprezie króluje klasyka? Zrezygnowałaby z jego ulubionych krzykliwych kolorów i przygotowała sobie stosowną błyszczącą czerń. No i poszłaby do fryzjera. A tak?! Cholera i jeszcze raz cholera. Dobrze, nie należy się przejmować. Nie przyszła tu dla tych wszystkich ludzi. Chciała odzyskać Rysia. A dla niego ta sukienka jest jak najbardziej właściwa. Przynajmniej będzie się zdecydowanie wyróżniać przy wyblakłej i nudnej Mariannie. Tak, Ryszard już jest jej. Wspierając się lekko na ramieniu Marka, Krystyna, z dumnie wysuniętą piersią, ruszyła na podbój świata.