Dwie rodzinyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Joanna Miszczuk, 2017

Projekt okładki

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Magdalena Russocka/Trevillion Images;

Rick Wang/Shutterstock.com; RossHelen/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8123-575-4

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Gdyby nawet Boga nie było,

należałoby go wymyślić.

Wolter

Dla Ireny, mojej mamy

Pamięci wszystkich prześladowanych

w imię „wyższych celów”

Każdy z nas w coś wierzy. Religia interpretuje kwestie boskie. Jednak religia to dzieło ludzi, tak samo jak nauka czy polityka. Kto dał nam prawo osądzać, która z tych interpretacji jest właściwa?

Ta książka to opowieść o miłości. To dzieje zwykłych przeciętnych ludzi, takich jak my. Czy ich los był z góry przesądzony jakimś wyższym planem? Nie wiem. Wiem jedynie, że żyli w określonych krajach, zdominowani nakazami swoich czasów oraz polityki i religii, która te czasy i kraje definiowała. Oczywiście cała powieść to fikcja. Tło historyczne starałam się sprawdzić rzetelnie, ale jeśli znajdą się jakieś nieścisłości, proszę o wybaczenie. To prawda, że tak nie było, lecz przecież mogło być. Tamte czasy i tamte realia sprawiają, że to możliwe.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Dzisiaj

Marzec 2005, mieszkanie Zofii i Jana Dembskich we Wrocławiu

– Trzy bez atu – zameldowała z satysfakcją doktor Zofia Dembska.

– Pas – mruknął z rezygnacją Marek. Nic innego nie mógł powiedzieć. Nie miał nic, dosłownie nic w ręce, same blotki. No cóż, kto nie ma szczęścia w kartach… Uśmiechnął się w duchu.

– Pas – potwierdził z uśmiechem Jan Dembski.

Ewa, dziewczyna Marka, córka gospodarzy, wzruszyła ramionami.

– Pas, a niby co innego mam powiedzieć? – zwróciła się do Marka siedzącego naprzeciwko.

Patrzyli w skupieniu, jak doktor Dembska mistrzowsko prowadzi rozgrywkę. Płynnie przechodziła ze stołu na rękę. Oba impasy niezbędne do zamknięcia partii wyszły. Ugrała.

– No to załatwiliśmy was na cacy, dzieciątka. – Jan roześmiał się z satysfakcją, podliczając punkty. – To już trzeci rober dla nas, cieszcie się, że nie gramy na kasę.

– Zawsze nas załatwiacie – odparł Marek. – Nic dziwnego, po pierwsze, wy gracie razem trzydzieści lat, a my trzy. Trening czyni mistrza.

– Nie tłumacz się, Mareczku. – Doktor Dembska poklepała go po dłoni. – Jak na nieopierzone pisklaki brydżowe, dajecie sobie nieźle radę. Nawet można powiedzieć, że jesteście całkiem zgrani.

– No właśnie… – Marek dostrzegł okazję, popatrzył porozumiewawczo na Ewę i nabrał powietrza, żeby wreszcie przejść do tematu, który przez cały wieczór koniecznie chciał omówić.

– Poza tym – weszła mu w słowo Zofia – przegrana w brydża to nie tragedia. Wiesz, co mówią, kto nie ma szczęścia w kartach, ten ma w miłości.

– No właśnie – potwierdził dobitnie Marek. – I na ten temat chciałem z wami dzisiaj koniecznie porozmawiać.

– To co, jeszcze jeden roberek? – wtrącił z rozpędu ojciec Ewy. – Zosia nie ma jutro dyżuru, możemy posiedzieć do ranka.

– Oj, tato – przerwała mu Ewa – możemy grać i do niedzieli, ale teraz daj mu powiedzieć. Mamo, czy możecie przez chwilę nas posłuchać? Ostatnio rozmawialiśmy dużo z Markiem i chcemy znać waszą opinię.

– Ups, sorry – zmitygował się Jan. – Wlazłem ci w słowo, Marek, przepraszam. Wiesz, jak to jest, w ferworze walki. Trzy wygrane robry, to się rozgrzałem. – Zerknął kątem oka na córkę, która kpiąco kiwała głową. – No dobra, już się zamykam. Co jest?

– To jeszcze całkiem nieoficjalnie. – Marek chrząknął nerwowo. – Już trzy lata jesteśmy razem. Ewa skończyła studia. Chcielibyśmy się pobrać. Co wy na to?

– A ona co na to? – spytała spokojnie doktor Dembska po chwili milczenia.

– Gdybym miała coś przeciwko temu, to Marek słowem by nie wspomniał o sprawie – odrzekła stanowczo Ewa, podnosząc się ze swojego miejsca. Stanęła za plecami Marka, położyła mu dłoń na ramieniu i uśmiechnęła się do rodziców. – Już dawno powiedziałam: „tak”. Kochamy się i chcemy być razem. Poprosiłam Marka, żebyśmy przed oficjalnymi zaręczynami z pompą, pierścionkiem i jego rodzicami, najpierw pogadali we czwórkę przy brydżyku. Tak życiowo i racjonalnie. No to co wy na to?

Zofia wypuściła przez chwilę wstrzymywany oddech.

– Cudownie! Możemy wam tylko pogratulować. – Przytuliła córkę, podczas gdy Jan poklepywał Marka po ramieniu. – Ewuniu, kochanie, wybrałaś sobie wspaniałego mężczyznę. Brawo.

Po rundzie uścisków, całusów i gratulacji znowu usadowili się przy brydżowym stoliku. Kiedy emocje nieco opadły, doktor Dembska, jak to ona, systematycznie i konsekwentnie zaczęła drążyć temat.

– No dobrze, chcecie się pobrać. Kiedy?

– Jesienią. Konkretnego terminu jeszcze nie wybraliśmy – odparła Ewa. – Najpierw zaręczyny. No i oczywiście czekam na odpowiedź z uczelni. Jeśli uda mi się dostać etat, to świetnie. Jeśli nie, to muszę zacząć się rozglądać za pracą. No dobrze, miałaś rację, jak zwyk­le. W Polsce filozof to głupi zawód. Gdybym mieszkała gdziekolwiek indziej, ceniono by mnie już za sam dyplom, a tutaj przyjdzie mi pewnie cudze dzieci etyki uczyć w szkole. Wiem, wiem, łatwo nie będzie.

– Nie będzie – przytaknęła Zofia. – Czyli zamierzasz najpierw trochę popracować, a potem dzieci, dom?

– W zasadzie tak. Z dziećmi na razie nam się nie śpieszy, a dom… – Ewa spojrzała porozumiewawczo na Marka.

– No właśnie – stwierdził. – Dom to nasz priorytet. Przecież nie sądziliście chyba, że po ślubie wprowadzę się do pokoju Ewy?

– Dlaczego nie?! – wtrącił się Jan Dembski. – Wcale nam nie będziesz przeszkadzał. Może być nawet miło. Dużo brydżyków… – Z nadzieją zawiesił głos.

– Nie, tato, to nie jest dobry pomysł – zaprotestowała stanowczo Ewa.

– Dziękuję za zaproszenie. – Marek się roześmiał. – Ale to rzeczywiście nie byłby dobry pomysł. Od siedmiu lat mieszkam w akademiku albo na stancjach. Kolejna komuna, nawet w tak doskonałym towarzystwie, nie stanowi szczytu moich marzeń. Chciałbym mieć własny dom, mój, nasz, mój i Ewy. Rozumiecie, prawda?

– To oczywiste – skwitowała Zofia. – Tylko że włas­ny dom, czy nawet mieszkanie, oznacza dużo pieniędzy. Mam znajomości w TBS-ach, buduje się dużo nowych osiedli, ale wkład na czterdziestometrowe mieszkanie to prawie osiemdziesiąt tysięcy złotych. Wam przydałoby się trochę większe. Czyli mówimy o ponad stu tysiącach.

– Wiem – odrzekł pogodnie Marek. – Świetnie, że ma pani znajomości, chociaż ja właściwie myślałem o czymś innym. Chciałem kupić działkę i budować dom. Prawie wszystko potrafię zrobić sam, wynająłbym ze dwóch pomocników i podołam. Finansowo wyjdzie na to samo, a będzie własne.

– Bardzo rozsądnie. – Doktor Dembska spojrzała na niego z uznaniem. – Przestań mi paniować, wchodzisz do rodziny. Mów mi „mamo” albo po imieniu, jak ci wygodniej.

– No właśnie – poparł ją mąż. – I mnie też. To znaczy, mów mi po imieniu, bo z tatą to jednak będę się głupio czuł.

– Zgoda. Dzięki – odrzekł ze śmiechem Marek. – Pewnie się jeszcze jakiś czas będę mylił.

– To dobrze, Mareczku. – Zofia w zadumie kreśliła palcem kółeczka na stole. – Jednak zapomniałeś chyba o cenie gruntu. Nawet jeśli projekt, budowa i tak dalej zamkną się w stu tysiącach, w co wątpię, to działka we Wrocławiu będzie kosztowała drugie tyle, jak nie więcej. No chyba że chcecie się wyprowadzić na wieś?

– Nie, zostaniemy we Wrocławiu, a właściwie prawie we Wrocławiu. – Ewa wyciągnęła z torby teczkę z dokumentami. – Czekajcie, zaraz wam pokażę.

– Macie już coś na oku? – spytał z zaciekawieniem ojciec, spoglądając jej przez ramię na plik papierów.

– Więcej niż na oku. Mamy prawie zaklepane, tylko jest problem. – Westchnęła, rozkładając na stole plan Wrocławia.

Rodzice stanęli za plecami Ewy i uważnie śledzili ruchy jej palca.

– To tutaj, na Stabłowicach. Powstaje tu całe nowe osiedle domków jednorodzinnych. Infrastruktura, drogi, uzbrojenie, wszystko już jest. Komunikacja z miastem genialna, nawet samochodu nie trzeba. Sklepy, lekarze, banki, wszystko na miejscu, a w dalekich planach zagospodarowania jest nawet nowy stadion i szpital, że nie wspomnę o obwodnicy.

– Wygląda całkiem nieźle. – Zofia z uznaniem pokiwała głową. – Lokalizacja sensowna. A co z projektem, budową?

– To najmniejszy problem. – Marek wyprostował się dumnie. – Projekt będzie za darmo. Oprócz masy znajomych z czasów studiów na architekturze, mam swojego Gwidona, wiecie przecież. On mi da gotowy projekt. A budowa, przecież powiedziałem, że większość prac zrobię sam. To nie problem.

– Problem jest taki, że trzeba zapłacić natychmiast. A my planowaliśmy dopiero jesienią, po ślubie. – Ewa westchnęła. – No i teraz nie wiemy, co dalej.

– Jak to co? – Jej ojciec rozłożył szeroko ręce. – Pójdziemy do banku i wypłacimy twoje oszczędności. Odkładaliśmy pieniądze na twoją przyszłość. Masz ponad pięćdziesiąt tysięcy. Miałaś to dostać, kiedy będziesz chciała się usamodzielnić, no to chyba właśnie teraz. Prawda, Zosiu?

 

– Naprawdę?! Nam potrzeba tylko trzydzieści. Ojej, naprawdę? – Ewa rzuciła się ojcu na szyję. – Marek, słyszysz?! Będziemy mieć dom!

– Słyszę – odrzekł poważnie. – Ale tak nie może być. Z prawdziwą wdzięcznością przyjmiemy te pieniądze jako pożyczkę. Jesienią oddam.

– Nie unoś się ambicją, Marek. – Doktor Dembska spojrzała poważnie w oczy przyszłego zięcia. – To pieniądze Ewy. Rodzice mają prawo dać prezent własnemu dziecku. A dom ma być wasz, wspólny. Dlatego przestań być taka Zosia Samosia. Pozwól Ewie również zainwestować w waszą przyszłość. Poza tym skąd jesienią weźmiesz tyle pieniędzy? Zamierzasz w pół roku zostać milionerem? Dziecko, przecież ty jeszcze studiów nie skończyłeś.

– I nie skończę – oświadczył dobitnie Marek.

– Jak to? Dlaczego? Co na to twoi rodzice? Ewa, i ty się na to zgadzasz? – Zofia w zdenerwowaniu podniosła głos.

– To jego życie… – szepnęła dziewczyna.

– Co to znaczy „jego”? To twoje życie, dziecko. Chcesz za niego wyjść!

– Ewa, pozwól. – Marek stanowczym tonem przerwał dyskusję, której temperatura niebezpiecznie wzrosła. – Potrafię sam mówić w swoim imieniu. Ani moi rodzice, ani rodzice mojej przyszłej żony, których zresztą bardzo szanuję, nie będą mi dyktowali, jak mam żyć. To moja decyzja i konsultować ją będę jedynie z Ewą. Ale rozumiem, że należy wam się wyjaśnienie. Wiecie, że studiuję już siedem lat. Żadnego z kierunków, które sobie wybrałem, nie ukończyłem. Jednocześnie prawie od dzieciństwa pracuję w stolarni. Najpierw był to warsztat mojego ojca, a potem, jak dorosłem, w każde wakacje wyjeżdżałem na saksy i pracowałem przy remontach, żeby utrzymać się na studiach. Grosza od rodziców nie wziąłem, sam na wszystko zarobiłem. Moi rodzice i tak uważają, że studiowanie to głupi kaprys, bo mam fach w ręku. To ja chciałem czegoś więcej, ale teraz już tego nie potrzebuję. Bo to, o czym marzyłem, już znalazłem. Ewa jest wszystkim, czego chcę. Dlatego chcę jej zapewnić stabilną finansowo przyszłość. Jeden dyplomowany filozof w rodzinie wystarczy. Gdybym chciał uczyć się dalej, to pewnie i tak wróciłbym na architekturę, od której zaczęła się moja studencka kariera. Tylko po co? Lubię pracę w budowlance, aranżacja wnętrz i wykonanie wszystkiego od A do Z to moja pasja. Mam niezbędną wiedzę praktyczną i umiejętności. Papiery stolarza, murarza i wszystkie inne uprawnienia jestem w stanie wyrobić sobie w ciągu paru miesięcy. Dyplom architekta? Cóż, może kiedyś, zaocznie. Teraz jest ważne, żeby zacząć dorosłe i odpowiedzialne życie. Dlatego postanowiłem przerwać studia. W kwietniu jeszcze pozdaję ostatnie egzaminy, tylko po to, żeby mieć ten pierwszy rok filozofii zaliczony. Nie zrywam mostów, nie zamykam za sobą żadnych drzwi. Wszystkie kierunki, na których studiowałem, są zamknięte zaliczonymi egzaminami i będą trwały w zawieszeniu, dopóki życie o nie się nie upomni. W maju ostatni raz wyjeżdżam na zarobek do Francji, do Gwidona. Ma dla mnie robotę, która mi przyniesie pięćdziesiąt tysięcy euro czystego zysku. To prawie ćwierć miliona złotych. Wrócę jesienią, zbuduję nam dom, otworzę firmę remontowo-budowlaną i zaczniemy z Ewą nasze wspólne życie. Przemyśleliśmy to i zaplanowaliśmy wspólnie. Dzisiaj poprosiłem was o rękę córki, ale nie proszę ani o pomoc, ani o zgodę na przyszłość, którą sobie wybraliśmy.

Jan w milczeniu dolał wina do kieliszków.

– Twoje zdrowie, chłopie. Wasze zdrowie, dzieci – wzniósł toast, spoglądając z uśmiechem na żonę. – Nawet jeśli o to nie prosisz, Marku, naszą pomoc i wsparcie masz zagwarantowane.

Zofia pochyliła się w stronę Marka i objęła go serdecznie.

– Przepraszam – szepnęła mu do ucha. – Masz rację, to wasze życie.

– To co? Jeszcze jednego roberka? – spytał ze śmiechem Jan Dembski.

– No to jeszcze jednego – zgodził się Marek.

– Jesteście niemożliwi z tym brydżem. – Ewa pokręciła głową. – Który to już raz jedynie Kochanowski was od brydża odrywa?

– Jak to, Kochanowski? – zaciekawiła się Zofia.

– No wiesz, mamo – Ewa zachichotała – „już świt pierwszą roznietą złoci się po ścianie”, to z Trenów. Was też z reguły dopiero świt od brydża odrywa. Pierwsza, która się wyłoży, idzie robić kanapki, zgoda?

– Zgoda – mruknęła Zofia, rozdając karty.

Brydż był od zawsze ukochaną rozrywką doktor Dembskiej. Potrafiła doskonale koncentrować się na kartach, a jednocześnie traktowała czas, kiedy grała, jako okazję, by oczyścić umysł z wszelkich spraw zawodowych i codziennych problemów. Przy brydżu jej myśli błądziły po oceanach fantazji. Dzisiaj było inaczej. Nie martwiła się o przyszłość córki. Doskonale zdawała sobie sprawę, że jej jedynaczka będzie pod dobrą opieką.

Od trzech lat obserwowała ten związek i widziała w nim jedynie miłość, szacunek, wzajemne zrozumienie i wsparcie. Ci dwoje doskonale do siebie pasowali. O Ewie wiedziała wiele, choć nie wszystko. Dembscy adoptowali ją jako mniej więcej sześcioletnią, głuchą i upośledzoną dziewczynkę, kiedy z ramienia organizacji Lekarze bez Granic pracowali w obozie dla uchodźców z Kambodży. Jej przeszłość spowijała mgła tajemnicy. Życie Ewy rozpoczęło się tak naprawdę dopiero wtedy, gdy jako dziewięciolatka przeszła szereg operacji, które umożliwiły jej normalne życie. Od tego momentu Zofia znała swoją córkę doskonale. Dzisiejsza rozmowa uświadomiła jej jednak, jak niewiele wie o jej narzeczonym.

Marek. Wieczny student, stale na pierwszym roku. Przeleciał się już przez architekturę, fizykę, matematykę, prawo, nauki polityczne, a teraz wylądował na filozofii. I co najciekawsze, na wszystkich tych kierunkach śpiewająco zdawał egzaminy, bez żadnych dodatkowych ulg, bez żadnych pleców. Niewiarygodne. Zofia uparła się, by zrozumieć ów fenomen. Brydż, jak brydż. Po licytacji męczy się głównie rozgrywający, więc rozrywka sprzyjała towarzyskim pogawędkom.

– Mareczku, a przyznaj się, czemu tak latasz od kierunku do kierunku jak przetrącony? – zapytała życzliwie.

– Wcale nie jak przetrącony – zaprotestował. – Zauważ, że ja bardzo logicznie latam.

– No bardzo logicznie – odparła sceptycznie Zofia. – Nie ma nic logiczniejszego od połączenia ścisłej matematyki z humanistycznym prawem, o filozofii nie wspomnę.

– I tu, z całym szacunkiem, bardzo się mylisz! – Marek rozparł się wygodnie w fotelu. – Otóż architektura, od której zacząłem swą edukację wyższą, to naturalna konsekwencja mojego dążenia do perfekcji w zawodzie, niejako przekazanym mi w genach przez ojca. Postanowiłem zostać architektem po to, aby być doskonalszym stolarzem. Jednak w tak zwanym międzyczasie, gdzieś w połowie drugiego roku, okazało się, że studiowanie architektury bez uwzględnienia podstaw otaczającej ją rzeczywistości jest błędem. Budowle bowiem zajmują konkretne miejsce w otaczającym je świecie i sensowne byłoby, żeby odpowiednio je w ten świat wkomponować. Stąd logiczną konsekwencją nadrobienia luk w moim podstawowym wykształceniu było studiowanie fizyki. Dlatego po dwóch latach architektury postanowiłem zrobić przerwę i zagłębić się w fizykę. Proste i oczywiste.

– Proste i oczywiste! – roześmiała się Zofia. – To dlaczego nie wróciłeś na architekturę po nadrobieniu luk?

– Bo pogłębiła mi się świadomość o mojej niewiedzy – wyjaśnił ponuro Marek. – Fizyka jest, jak wam zapewne wiadomo, nauką przyrodniczą, nie ścisłą, po łacinie physis to natura. Ponieważ świat wokół mnie jest najciekawszym przejawem istnienia, na jaki trafiłem, zdecydowałem się na fizykę. Jednak w czasie moich studiów okazało się, że wszelkie prawidłowości tej nauki opierają się na wyznaczaniu liczb, wektorów i tensorów. Czyli na matematyce. Co mnie okropnie zniesmaczyło, bo znowu doszedłem do wniosku, że mam luki w wykształceniu ogólnym, i postanowiłem je uzupełnić. Zostawiłem więc fizykę, odkładając ją na później, i zająłem się matematyką. Proste i oczywiste.

– Proste i oczywiste – zgodziła się Zofia. – To dlaczego rzuciłeś matematykę?

– A to już bardziej skomplikowane. – Marek westchnął ciężko. – Wstępując w progi naszej ukochanej Alma Mater, mocno liczyłem na to, że będę traktowany jak student, czyli że będę studiować. Tymczasem wykładowcy matematyki byli, niestety, innego zdania. Wyobraź sobie, że oni chcieli mnie nauczać. Czyli wymagając ode mnie rzeczy całkiem bezsensownych typu obecność na zajęciach, całkowicie uniemożliwiali mi studiowanie. Postanowiłem się bronić. Do obrony konieczne mi były argumenty w postaci pełnej wiedzy na temat moich praw obywatelskich oraz środków prawnych, które pozwolą mi je egzekwować. No i znowu odczułem brak wiedzy na ten temat. Czyli lukę w wykształceniu. No przecież nie będę profesorom z zemsty pinezek pod siedzenie podkładał. Należało im uświadomić ogrom ich występku. Zatem zdecydowałem się chwilowo zaniechać kształcenia matematycznego. Aby móc rzetelnie studiować matematykę, musiałem poznać podstawy prawa! Proste i oczywiste.

– Proste i oczywiste – powtórzyła Zofia. – To dlaczego rzuciłeś prawo?

– A to już banalne. – Marek pobłażliwie machnął ręką. – Otóż okazało się, że prawo od zarania dziejów jest zależne od polityki. Należało więc gruntowniej zgłębić temat.

– No to wszystko jasne – ucieszyła się. – Jeszcze mi tylko wytłumacz, dlaczego filozofia. Bo teraz jesteś na etapie rzucania filozofii, prawda?

– Pani doktor – Marek spoważniał – to nie jest tak, że ja się tylko obijałem po uczelniach. Ja szukałem. I tak naprawdę wcześniej sam nie wiedziałem czego. Świat jest taki cholernie ciekawy. Jeszcze niedawno nie miałem pojęcia, co będę robił w życiu. Ale cokolwiek by to miało być, moim pierwszym celem jest zrozumieć, czego chcę. Miałem nadzieję, że podstawy dadzą mi tę wiedzę. Filozofia jest podstawą. Ona nie przynosi odpowiedzi, za to stawia wszelkie możliwe pytania. Miałem nadzieję, że wśród nich znajdę też swoje.

– I znalazłeś? – spytała Zofia, z lekką kpiącą nutką w głosie.

– Znalazłem – stwierdził, uśmiechając się do niej. – I chociaż nie dosłownie filozofia mi to pytanie podsunęła, to znalazłem. Nie takiego pytania oczekiwałem, ale znalazłem i jestem szczęśliwy. Na odpowiedź mam całe życie. – Spojrzał ciepło w oczy Ewy.

Kocha ją, pomyślała Zofia. Kocha ją prawie tak bardzo, jak my ją kochamy. Proste i oczywiste. Marek to dobry wybór.

Dzisiaj

Maj 2005, apartament Gwidona Bendieux w Paryżu

Ta robota miała być ostatnia. Co prawda powtarzał to sobie każdego roku od siedmiu lat, ale teraz wszystko się zmieniło. Teraz była Ewa. Koniec z życiem wagabundy. Tą ostatnią francuską fuchą zarobi na dom, na ich wspólną przyszłość. Potem ślub i zwyczajne życie z nadzwyczajną kobietą. Zakochał się jak wariat. Najpierw wrażenie zrobiło opakowanie. Ewa była inna niż te wszystkie dziewczyny, z którymi wcześniej się spotykał. Ładna, no pewnie, że ładna. Jednak to nie jej uroda zwróciła jego uwagę. To była jakaś nieuchwytna gracja, coś kociego i miękkiego w każdym ruchu, a jednocześnie stanowcza duma. Niesamowite, wydawałoby się, że nie da się tego połączyć, a jednak Ewa była właśnie tym – połączeniem miękkości z siłą stali. Uwielbiał ją. Długo musiał ją adorować, zanim zgodziła się na pierwszą randkę. Już wtedy wiedział, że wpadł. Koniec z zabawą w lekkoducha. Chciał spędzić całe życie tylko z nią, dać jej wszystko, opiekować się nią, chronić ją i nosić na rękach. I za żadną cenę nie zamierzał się z nią rozstawać, nawet na dzień.

Mimo to zdecydował się na wyjazd. Oczywiście, że mógłby znaleźć pracę w Polsce, trudno byłoby nie znaleźć z jego umiejętnościami. Ale to zapewniłoby im jedynie wegetację, życie z dnia na dzień, bez nadziei na pewną i bezpieczną przyszłość. Teraz poświęci pół roku, a pieniądze, które przywiezie, dadzą im dom i umożliwią start jego własnej firmy. Dyplomu nie zrobił i nie zrobi, bo będzie musiał utrzymać rodzinę. Coś za coś – albo rybki, albo akwarium. Zarejestruje jednoosobową firmę i będzie przyzwoicie zarabiał na kompleksowych remontach. Trudno, marzenie o własnym biurze architektonicznym trzeba odłożyć ad acta.

Dlatego teraz znowu, jak co roku, wylądował we Francji. Gwidon Bendieux, znany architekt, który regularnie od siedmiu lat w każde wakacje dawał mu dobrą pracę, traktował go jak przyjaciela, nie jak pracownika. Pierwsze zlecenie, które Marek od niego dostał, remont własnego apartamentu Gwidona, było sprawdzianem umiejętności Polaka. Zdał z wyróżnieniem. Odtąd w każde wakacje realizował projekty tamtego.

Mieszkał w służbówce w olbrzymim ośmiopokojowym apartamencie swego szefa i wieczorami wielokrotnie toczyli długie dyskusje o architekturze, życiu, niewdzięcznych dzieciach i świecie. Marek wiedział, że Gwidon ma syna Adama, lecz nigdy go nie poznał. Architekt niewiele mówił o swojej rodzinie. Jednak ze strzępków rozmów Marek wiedział, że Adam wychowywał się bez matki, że był trudnym dzieckiem, zbuntowanym nastolatkiem i upartym młodym mężczyzną.

 

Marek dotarł do apartamentu Gwidona późnym popołudniem. Zaledwie zdołał się rozpakować i odświeżyć, kiedy gospodarz zapukał do drzwi pokoiku.

– Marku, masz już jakieś plany na dzisiejszy wieczór? – zapytał monsieur Bendieux.

– Chciałem jeszcze tylko zadzwonić do mojej narzeczonej i odmeldować się, że bezpiecznie dotarłem, a potem będę do twojej dyspozycji. Dlaczego?

– Zawsze jak przyjeżdżałeś, wychodziliśmy razem na kolację do miasta, ale dzisiaj chciałbym to przełożyć. Może byśmy tym razem trochę odeszli od naszej tradycji i zjedli w domu?

– Nie ma sprawy. Oczywiście. – Marek spojrzał uważnie na przyjaciela. Gwidon bardzo się postarzał przez ten rok. – Dobrze się czujesz? – zapytał.

– Doskonale, mój drogi. A to, że ty tu jesteś, sprawia, że czuję się dużo lepiej niż ostatnimi czasy. Pogadamy przy kolacji. Zorganizuję wszystko, a ty porozmawiaj ze swoją dziewczyną.

– Nie będę długo rozmawiał, mogę ci później pomóc.

– Daj spokój. Nie będę na starość uczyć się gotowania. Zamówię jedzenie z restauracji. Może być włoskie?

– Przecież wiesz, że uwielbiam włoską kuchnię. Polegam na twoim wyborze, zamów, co chcesz. Dołączę do ciebie za chwilę.

– Przyjdź do salonu. W jadalni jest za dużo przestrzeni. Posiedzimy sobie w bardziej kameralnym miejscu – powiedział Gwidon, zamykając za sobą cicho drzwi.

Marek osuszył włosy ręcznikiem, który przyniósł z łazienki. Starannie rozwiesił wilgotną płachtę w okiennej wnęce. Przesunął dłonią po gładkim drewnie. Dobrze pamiętał, jak siedem lat temu sam montował ten parapet. Cały ten ogromny apartament przebudował gruntownie, zgodnie z planami Gwidona, prawie sam. Hydraulicy tylko podłączyli stary budynek do miejskiego ogrzewania. Przestronne wielopokojowe apartamenty na ogół zostały podzielone na małe paryskie mieszkanka, jedynie Gwidon zatrzymał swój w stanie prawie nienaruszonym.

Ze wszystkich mieszkań trzykondygnacyjnej kamienicy zniknęły cudowne stare piece, wyparła je nowoczesność. Tylko stary architekt oparł jej się stanowczo. Z pomocą Marka i jednego pomocnika wyremontował mieszkanie, zachowując jego dawny styl. Piękne marmurowe kominki nadal działały, a obrzydliwe współczes­ne kaloryfery zostały skutecznie zasłonięte ażurowymi drewnianym osłonami. Stare podłogi z czasów przełomu wieków odnowiono, oddając im dawny blask. Gwidon uparł się, by urządzić mieszkanie w dawnym francuskim kolonialnym stylu. I choć Marek początkowo nie akceptował tego pomysłu, z czasem wczuł się w niepowtarzalny klimat, który stworzyła taka aranżacja, i z powodzeniem sugerował łączenie nowoczesnych rozwiązań ze starym tłem. Wyszło im coś pięknego.

Usiadł przy biurku i uruchomił komputer, który Gwidon pozostawił do jego dyspozycji. Na ekranie w teczce z napisem „Marek” odkrył nowy podfolder. To pewnie szczegóły ich tegorocznego projektu. Większość już widział, Gwidon przesłał mu podstawowe dane mejlem. Obejrzy sobie dokładnie później, teraz musi pogadać z Ewą. Uruchomił gadu-gadu.

„Ewuniu, już jestem na miejscu” – wystukał wiadomość.

Okienko komunikatora zamigotało natychmiast.

„Jestem. Czekałam już na ciebie. To co, włączamy Skype’a?” – odpisała.

„No to próbujemy” – odpowiedział i rozpoczął logowanie do aplikacji.

W zeszłym roku komunikowali się jedynie przez gadu-gadu. Tuż przed wyjazdem Marka oboje rozpoczęli użytkowanie nowego komunikatora, który znał już od zeszłorocznej wizyty we Francji. Polski Skype miał zacząć oficjalnie działać dopiero za miesiąc, ale Markowi udało się zainstalować francuską wersję programu na komputerze Ewy. Bardzo liczył, że połączenie się uda i że to ostatnie rozstanie z narzeczoną nie będzie tak bolesne i pełne tęsknoty dzięki codziennym rozmowom.

Obraz migotał i trząsł się, chwilami zastygał nieruchomo na długie sekundy, głos, przerywany jak czkawka pijaka, zanikał, niekiedy sylaby przeciągały się, tworząc monotonne buczenie, ale to była ona. Jego Ewa na ekranie komputera. Nie mógł jej dotknąć ani przytulić, ale była. Jeszcze na dobre nie przyjechał do Paryża, a już tęsknota oplotła go grubym powrozem. Zaczynał liczyć dni do powrotu. Połączenie okazało się kiepskie. Pogadali pięć minut i umówili się na jutro, może będzie lepiej. Marek wyłączył komputer. W głębi mieszkania zabrzmiał sygnał gongu. Pewnie dostarczono jedzenie, które zamówił Gwidon. Marek wyciągnął z plecaka butelkę dobrej polskiej wódki i poszedł do przyjaciela.

Na dużym drewnianym stole w salonie leżały porozkładane olbrzymie płachty papieru z projektami. Gwidon krzątał się przy niskiej ławie otoczonej wygodnymi skórzanymi kanapami. Obok już poustawianych naczyń z orzeszkami, owocami i przystawkami kładł właśnie dwa płaskie kartony z pizzą, nie zawracając sobie głowy talerzami.

– Pizza – oświadczył z dumą, kiwając głową Markowi. – Jak zamawiałem, chciałem cię zapytać, jaką chcesz, ale słyszałem, że rozmawiasz, więc ci nie przeszkadzałem. O ile nic się nie zmieniło, to klasyczna fungi z potrójnym serem powinna ci smakować.

– Od naszego Włocha? – upewnił się Marek.

– Oczywiście, że od naszego. Nie będę przecież ryzykował niesprawdzonych dostawców.

– Och, pizza fungi, moja ulubiona – Marek oblizał się spektakularnie. – To wino nam do kolacji nie pasuje. Mam coś lepszego. – Zamachał butelką wódki.

– No i bardzo dobrze. Z ust mi to wyjąłeś. Też kupiłem. – Gwidon roześmiał się, wskazując na mrożącą się w kubełku butelkę białego absoluta.

– No to jedzmy, póki ciepłe. – Marek rozsiadł się wygodnie na kanapie. – Widzę, że przygotowałeś nam już na dzisiaj zajęcie. – Skinął ręką w kierunku stołu zasłanego papierami.

– Spokojnie, to nie na dzisiaj. Może poczekać do jutra – odrzekł Gwidon, nalewając alkohol do kieliszków. – Tymczasem wypijmy za kolejne spotkanie. Dzisiaj świętujemy. Praca nie zając. Opowiadaj, co się działo przez ten rok.

– W skrócie bez zmian. – Marek przełknął kolejny kawałek doskonałej pizzy. – A jednocześnie same zmiany, i to poważne. Oświadczyłem się Ewie, to ta sama dziewczyna, co dwa i trzy lata temu, więc czas najwyższy. Po twoim zleceniu zamierzam się ożenić i wybudować nam dom. No i rzuciłem studia. To by było na tyle.

– Jak to, rzuciłeś? – zdziwił się Gwidon. – Chyba wróciłeś na studia, po tych wszystkich eksperymentach z prawem, fizyką i cholera wie czym. Chciałeś powiedzieć, że wróciłeś na architekturę. Dobrze rozumiem?

– Nie, źle rozumiesz, Gwidon. Rzuciłem całkiem. Zamierzam otworzyć firmę budowlaną, żeby utrzymać rodzinę. Wydoroślałem chyba?!

– Marek, przecież całe życie chciałeś być architektem. – Gwidon popatrzył z rozpaczą na swojego protegowanego. – Jak możesz tak pochopnie rezygnować ze wszystkich swoich planów, z całej przyszłości. Dla jednej dziewczyny?

– Nie, nie dla dziewczyny, dla miłości. Kocham ją. To ta właściwa, ta jedyna. Kiedy ją poznasz, sam zrozumiesz – tłumaczył Marek.

– Może. – Przyjaciel westchnął sceptycznie. – Miłość jest ważna, ale myślę, że popełniasz błąd. Jeśli ta dziewczyna cię kocha, to pozwoli ci na samorealizację. Mog­łaby te parę lat poczekać. Ty zaś jako architekt byłbyś nieoceniony. Przemyśl to jeszcze. Zrób dyplom, chłopcze. Masz zagwarantowaną pracę u mnie, przejmiesz wszystkich moich klientów. Jak możesz z tego rezygnować?

– Gwidon, bardzo sobie cenię twoją wielkoduszność, ale nie próbuj mnie przekonywać. To mój samodzielny wybór. Ewa też próbowała mnie namawiać, argumentowała dokładnie tak jak ty, no może bez oferty pracy. – Uśmiechnął się. – Ale to moja decyzja. To ja nie chcę już dłużej czekać. Życie zbyt szybko ucieka. Chcę żyć, już, teraz, a nie za pięć czy dziesięć lat. Chcę być z nią każdego ranka i wieczora. Chcę czuć jej zapach na mojej poduszce w nocy. Nie próbuj mnie przekonywać. To moje ostatnie zlecenie.

– Nie pozostawiasz mi dużego wyboru. Od roku odkładam swoją emeryturę. Trzymałem to biuro architektoniczne tylko dla ciebie, ostatnie pięć lat właściwie projektuję tylko dla ciebie. Wiesz, że już nie muszę pracować, mam dosyć pieniędzy do końca życia. – Gwidon zaciągnął się głęboko papierosem, a potem z sykiem wypuścił dym. – Jesteś dla mnie jak syn, chłopcze. No cóż, zrobimy razem ten ostatni projekt. Może jeszcze zmienisz zdanie. Jeśli nie, to niech tak będzie. Nasze drogi się rozejdą. Może to i dobrze, że właśnie ten projekt będzie ostatni. Zabawne, pewnie tak miało być, że pożegnanie z jednym synem będzie pojednaniem z drugim… – urwał.

Inne książki tego autora