Poza horyzont

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pewnego dnia Jan zauważył niezwykłe tropy odciśnięte w mokrym gruncie. Koń, który miał właśnie przejść nad nimi, rzucił się tak, że Jan, chociaż wielkiej wprawy w jeździe doszedł, nieomal spadł na ziemię.

– Spójrz, Benedykcie, gdyby nie wielkość, można by powiedzieć, że to kot tędy szedł.

– Kot, który mógłby wołu kark przetrącić…

Tatarzy zauważywszy ślady, rozprawiali między sobą i nie chcieli w tym miejscu na nocleg stawać. Tę noc drzemali więc na kulbakach.

Na ziemiach tych później jeszcze ośm dni musieli jechać przez pustynię. Nie byli pierwszymi, którzy przeprawiali się przez złowrogie pustkowia. Każdego dnia napotykali czaszki i kości ludzkie.

– Kto tych ludzi pomordował? – pytali się nawzajem bracia.

Po kilku dniach jednak, gdy rano na każdego z nich po jednym tylko łyku wody przypadło, nie szukali już odpowiedzi. Szlak, przemierzany przez karawany kupców, koczowników szukających nowych ziem i ludy wygnane z ojczyzny przez najeźdźców, od dawna znaczony był kośćmi, które niekiedy na piaskach gęsto jak nawóz na polu leżały.

W dzień paliło słońce, a nocą panował chłód, który nie tylko ludziom doskwierał. Pewnego ranka jeden z Tatarów znalazł pod skórą, która służyła mu za posłanie, jadowitego węża, zwabionego ciepłem obozowiska.

Gdy myśleli już, że i ich kości pozostaną na pustyni niepogrzebione, w święto Wniebowstąpienia wjechali w kraj Biserminów. Mieszkali w nim muzułmanie, którymi rządził niegdyś Wielki Sułtan, zanim kraju Mongołowie nie podbili, a sułtana wraz z całym potomstwem zgładzili.

Pewnego dnia na południu ujrzeli wieże i złocone kopuły wielkiego miasta. Wydawało się ono unosić nad ziemią w rozgrzanym powietrzu. Mrużąc oczy od słońca, Polak zagadnął jadącego obok Tatara. Coraz więcej rozumiał już tego języka. Znajomość mowy tatarskiej była franciszkanom niezwykle potrzebna dla spełnienia drugiego, obok poselstwa, celu wyprawy, jakim było potajemne zebranie informacji o wojskach, polityce, sposobach toczenia wojen i planach Mongołów.

– Czy to już stolica wielkiego chana?

– To Baldak, który Saraceni nazywają Bagdadem.

– Myślałem, że w innej zupełnie części świata leży – zdumiał się Benedykt.

– Rację masz, miasto daleko stąd. To, co oczy nasze widzą, to fatamorgana.

Widzieli też miasta prawdziwe, ale zniszczone ręką mongolską. Niektóre dłużej stawiały opór, inne upadły od razu, od samego strachu, jaki budzili Tatarzy. Padł Barchin, Iankynt i Ornam. To ostatnie zatopiono wodami rzeki, której bieg najeźdźcy zmienili rękami chińskich budowniczych towarzyszących wojsku.

Pewnego dnia stanęli na nocleg w ruinach Iankyntu. Miasto nosiło ślady jeszcze wcześniejszego osadnictwa. Istotnie, zostało wzniesione przez Biserminów na miejscu dawnej osady Oguzów, starszej jeszcze o kilkaset lat. Wokół miasta stały pokruszone mury, a w nich obronna, teraz pusta, cytadela.

Gdy słońce skryło się za widnokręgiem, gdzieś z niedaleka dobiegać zaczęło wołanie sówki ziemnej. Później powietrze wypełniło się monotonnym, metalicznym dźwiękiem, który nie ustawał nawet na chwilę. Benedykt z Janem wiedzeni ciekawością udali się, by znaleźć źródło głosu. Gdy myśleli już, że wrócą, nie wyjaśniwszy zagadki, zauważyli na gałęzi sporego owada. Benedykt wziął go ostrożnie na palec, przybliżył do oczu, by lepiej dojrzeć przy słabym świetle, i począł oglądać z zainteresowaniem.

– Przypomina cykady, takie jak u nas w Italii – zauważył Jan.


Święte miasto Mongołów Karakorum (Charchorin) – cel podróży Benedykta Polaka

– Chwal Pana w pokoju, bracie. – Benedykt uśmiechnął się i usadowił owada delikatnie z powrotem na gałęzi.

Obaj zakonnicy w dobrych humorach wrócili do ogniska i położyli się spać.

Przez spustoszone państwo Biserminów jechali niemal miesiąc, aż do 15 czerwca 1246 roku, kiedy to osiem dni przed Świętym Janem wjechali do Karakytaiu, w którym mieszkali Czarni Kitajowie. Jedno nowe miasto Tatarzy tam zbudowali, nazywane Diwult. W owym mieście mieszkał zarządca wyznaczony przez chana. Gdy dowiedział się o poselstwie papieskim, kazał swoim synom i co znakomitszym mieszkańcom wyjść na powitanie i klaskać w dłonie, co było powszechnym w tych stronach zwyczajem. Ziemia wokół należała do Ordu, najstarszego ze wszystkich wodzów tatarskich.

W Karakitaiu dotarli nad brzeg jeziora lub małego morza. Połowa wody była w nim słodka – w miejscu, gdzie z niedalekich, zaśnieżonych gór do jeziora wpływała rzeka – a druga część słona. Pytali się o nie swoich przewodników, żeby poznać, przez jaką część świata teraz jadą, na co ci odparli, że nie jest to morze, tylko nuur, czyli jezioro, a nazywa się Bałchasz. W jeziorze żyły ryby, które wędrowcy łowili. Po upieczeniu na ogniu ryby okazały się smaczne, trzeba tylko było wcześniej odciąć ciemne podbrzusze, było bowiem trujące.

Na jeziorze było wiele niezamieszkałych wysp, a nad brzegiem góra. Napotkani Kitajowie opowiadali, że w górze tej jest wydrążenie, a z jamy zimą wieją wielkie i niebezpieczne wiatry. Podczas tej pory roku omijają więc wszyscy tę okolicę.

W piaskach niedaleko jeziora żył długi na trzy łokcie i gruby jak ramię robak olgoj-chorchoj, barwy czerwonej i poruszający się jak wąż. Rzadko wychodził na powierzchnię i tylko jeden z Mongołów widział go w młodości. Spotkanie z robakiem mogło skończyć się śmiercią, potrafił bowiem pluć jadem i razić mocą na kształt pioruna.

28 czerwca 1246 roku wjechali w góry, w których mieszkali Najmanowie. Było tam bardzo zimno i mimo, że zaczęło się już lato, pewnego dnia spadł śnieg. Droga była trudna i jechali znacznie wolniej niż dotychczas.

Kiedy się zbudzili, śnieg przestał już padać. Góry były ciche i spokojne, a wszystko dookoła przykrywał biały puch. Co jakiś czas tylko z gałęzi świerków o ciemnych, wąskich koronach osypywał się śnieg. Benedykt przeciągnął się i wylazł spod futra, które było całym jego nocnym schronieniem. Podszedł do ognia, żeby rozdmuchać żar. Jan zbudził się również.

– Pustynia, śniegi, góry… czy kiedyś skończymy tę podróż?

– Zanim wyruszyliśmy, wiedziałem, że świat jest wielki, ale teraz wydaje się bezgraniczny.

Poczęto zwijać obóz, czekano tylko na dwóch ludzi, którzy ruszyli nieco wcześniej przepatrzeć drogę. Nagle wśród drzew pojawili się wysłani przodem jeźdźcy. Jadąc, rozglądali się wokół i rozmawiali cicho, lecz z wielkim ożywieniem. Gdy dotarli do obozu, zaczęli opowiadać coś szybko, tak że franciszkanie zrozumieli tylko powtarzające się słowo ałmas.

Dopiero na kolejnym wieczornym popasie Benedykt i Jan dowiedzieli się, że ałmas, którego tropy napotkali rankiem zwiadowcy, to dzicy ludzie, cali z wyjątkiem twarzy pokryci rudawym futrem. Mongołowie podobno spotykali ich czasem w tych górach. Z kształtu twarzy o wysuniętych do przodu szczękach przypominali zwierzęta, ale poruszali się na dwóch nogach i porozumiewali jakby prymitywną mową. Uważali ich za starszy rodzaj ludzki, od pradawnych czasów mieszkający na ziemi.


Dominikanie u papieża

Z początkiem lipca wjechali do ziemi Tatarów. Serca koczowników uradowały się na widok swobodnych przestrzeni pokrytych zasłoną traw, wznoszących się i opadających na przemian pod tchnieniem wiatru jak bezmiar morski. Popędzono konie, posłowie mieli bowiem dotrzeć na miejsce na czas wielkiego kurułtaju, wyboru i uroczystego ogłoszenia nowego chana tatarskiego, który z łaski bożej podbić miał cały świat.

Zmieniwszy konie po drodze, dotarli wreszcie Benedykt z Janem do Syra-Ordy – letniej siedziby chanów mongolskich. Niedaleko od Syra-Ordy leżało Charchorin, święte miasto założone przez Czyngis-chana, po dziś dzień stojące w tym samym miejscu, zakonnikom nie było jednak dane udać się do niego. Wszyscy zresztą, którzy przybyli oddać pokłon Wielkiemu Chanowi, gdy obejmie już władzę, gromadzili się w Syra-Ordzie i kwaterowani byli w namiotach, których rozstawiono niezliczoną ilość. Dla braci jako posłów papieskich przygotowano lepszy namiot niż dla pozostałych i przyjmowano ich z honorami.


List z odpowiedzią Chana Guyuka do papieża Innocentego IV

List papieża Innocentego IV przemierzył pół świata i został w końcu przekazany do Gujuka, który miał zostać następcą Ugedeja na tronie chanowym. Benedykt i Jan pozostali na miejscu przez cztery miesiące, aż do wyboru Gujuka. Widzieli, jak posłowie i władcy z królestw tak odległych, że w Europie nikt o nich nie słyszał i usłyszeć miał dopiero od Polaka i Włocha, bili pokłony w dzień wyboru. Bracia jednak nie chcieli klękać, tłumacząc, że nie są poddanymi chana, nie chcieli bowiem nikomu innemu, niż tylko Bogu, czci oddawać.


Lecz epopeja, przewyższająca czyny starożytnych bohaterów i niemająca podobnych sobie w dziejach, nie zakończyła się w Mongolii. Podróż powrotna trwała rok. Dopiero 13 października 1247 roku, po dwóch latach i sześciu miesiącach od rozpoczęcia wyprawy, Benedykt i Jan, jedyni Europejczycy, którzy widzieli i rozmawiali z najpotężniejszym i budzącym niewyobrażalną trwogę Wielkim Chanem Mongołów Gujukiem, dotarli do Lyonu, by przekazać papieżowi odpowiedź chanową i zdać relację z podróży, jak i tego, co podczas niej zobaczyli. Wszędzie po drodze na Rusi, w Polsce, Czechach i Francji, i którędy jeszcze jechali, witano franciszkanów jakby zmartwychwstali, nikt się już bowiem nie spodziewał ich powrotu.

 

Chan nie zapowiadał pokoju, przeciwnie, słowa jego mówiły o kolejnych najazdach, mających zniszczyć z woli bożej, która oddała taką moc w ręce Mongołów, całą ziemię od Wschodu aż do Zachodu. Najazdy te w istocie nastąpiły. Tatarzy przestali być jednak groźbą nieznaną i niezrozumiałą. Informacje spisane i dostarczone przez Benedykta Polaka i Jana di Piano Carpiniego, mówiące o organizacji państwa i wojska mongolskiego, imionach wodzów, liczebności wojowników, sposobach pokonywania przeszkód i zdobywania grodów, walki i uzbrojenia, pozwoliły chrześcijańskiej Europie zjednoczyć się i przetrwać także i tę burzę dziejową.


Bazylika Saint-Martin d'Ainay Lyon


Średniowieczne przedstawienie Kolonii


Herma z relikwiami Trzech Króli


Katedra św. Piotra i Najświętszej Marii Panny w Kolonii – współcześnie


Współczesna rekonstrukcja stolicy Złotej Ordy



Współczesna rekonstrukcja stolicy Złotej Ordy


Dolina Harhorin


Święte miasto Karakorum stupy klasztoru Erdene Zuu


Stara, zniszczona stupa Nirwany. Karakorum, Ajmak południowo-changajski, Mongolia.


Kamienne żółwie w okolicach Karakorum



Wspólczesna replika Srebrnego Drzewa w Karakorum


Mongolski jeździec


Jurta mongolska


Vasco da Gama poprowadzi rejs. Będą płynąć wzdłuż Afryki na południe, szlakiem Bartolomeu Diasa


NIEZNANY LĄD I TAJEMNICA MAPY

Wnoszono beczki z wodą i worki z sucharami. Żaglowiec był tak piękny, że nie dało się od niego oderwać oczu. Najnowsze osiągnięcie szkutników, prawdziwy skarb.

Król Manuel dużo obiecywał sobie po tej wyprawie i nie skąpił cruzado na jej potrzeby. Gdyby wiedział, co portugalskie okręty odnajdą na końcu drogi, sypnąłby jeszcze więcej. Vasco da Gama poprowadzi rejs. Będą płynąć wzdłuż Afryki na południe, szlakiem Bartolomeu Diasa. A potem skończą się znane brzegi i trzeba będzie na oślep szukać drogi. Bogactwa Indii są tego warte. Trudno dotrzeć tam lądem, dlatego pozostaje morze. I świetnie. Morza akurat Portugalia ma pod dostatkiem. Zadowolony Manuel ogarnął wzrokiem przedsięwzięcie i w myślach planował już ceremonię pożegnania.

– Ruszać się, łachudry! – pokrzykiwał bosman. Po tygodniach przygotowań statki wychodziły w morze. Dowódca floty przeglądał mapy. Celem były Indie: kraina wonnych korzeni, pogańskich władców i nieprzebranych bogactw. Po drodze mijać będą dzikie brzegi Manicongo, zamieszkałe przez czarnoskórych krajowców – to da Gama wiedział. Dopłyną do Przylądka Dobrej Nadziei – to też było jasne, lecz niezwykle ryzykowne. I choć informacja, że nie ma lądu łączącego dalekie południe Afryki z Indiami, była niemal pewna, on jednak przygotowywał się na wszystko. Za przylądkiem zaufać będą musieli Bogu. Po opłynięciu Afryki będą szukać na jej wschodnich wybrzeżach chrześcijańskiego królestwa Kapłana Jana, a do chrześcijańskiego władcy w Indiach, którego spodziewali się tam spotkać, wieźli pismo od samego króla Manuela.

Żaglowce były cztery: dwie karaki, jedna karawela oraz jeden statek przeznaczony do transportu zaopatrzenia. Rejs przebiegał sprawnie.

– Zatopić okręt pomocniczy, będzie nas spowalniał – wydał komendę Vasco da Gama. Płynęli już ponad cztery miesiące. Osiągnęli samo południe Afryki.

– Ta zatoka to São Brás. Dziesięć lat temu dopłynął tu Dias. Teraz musimy być skoncentrowani i czujni – dodał. Właśnie wrócił na szalupie z brzegu, gdzie na trójnogu ustawił wielkie astrolabium i dłuższy czas dokonywał pomiarów.

– Brakuje nam przewodnika, a i tłumaczy mamy kiepskich. Jak poradzimy sobie wśród Maurów? – Wątpliwości ogarniały Paulo da Gamę, brata admirała, dowodzącego statkiem „São Rafael”.

– U tych tubylców z przepaskami na biodrach nie mamy czego szukać. Nie wyglądają, jakby mieli znać drogę do Indyj. – Nicolau Coelho, kapitan karaweli „Berrio”, roześmiał się rubasznym głosem.

– Damy im grzechotki i cynowe obrączki, niech nas chociaż miło wspominają – dodał Vasco da Gama, sam zamyślony nad kolejnymi posunięciami ekspedycji. Nagle do kapitańskiej mesy „São Gabriel” wpadł człowiek z wachty.

– Admirale, krajowcy poczynają wrogość okazywać z powodu czerpania z ich źródła!

– Postraszcie ich wystrzałem z bombard. Tylko nie uszkodźcie żadnego – zarządził dowódca i dodał: – Jutro podnosimy kotwice. Uzupełnijcie zapasy wody.

Mijali wyspy pełne fok wielkością przypominających niedźwiedzie, o skórach tak twardych, że nawet najsilniejsze pchnięcia lancą przebić ich nie mogły. Widzieli niespotykane nigdzie wcześniej ptaki, niepotrafiące latać, ubarwione na czarno i biało. Na odkrytych lądach stawiano padrão, kamienne słupy znaczące portugalską obecność. Zjednywali władców napotykanych ludów, obdarowując ich prezentami. Od mijanych na łodziach i czółnach miejscowych podróżników poczęli zdobywać informacje o nieodległych tajemniczych portach.

– Cywilizacja! Widać MIASTO! – Po miesiącach mijania niemal bezludnych i dzikich lądów wschodniej Afryki widok z bocianiego gniazda był zaskakujący: murowana osada oraz imponujący port.

– Mówią, że to Mozambik. – Vasco da Gama odbierał meldunki.

– Nadpływa do nas ich sułtan.

– Zaprosić go. Ugościmy jego oraz świtę najlepszym jedzeniem. – Da Gama myślał o konieczności zjednania tych ludzi dla swojego celu. Sułtan Mozambiku wszedł na statek. Uczta oraz podarki dla sułtana miały być oznaką pokojowych zamiarów. Admirał przeszedł do sedna:

– Pilot, przewodnik, ktoś, kto nam wskaże drogę?! – Nawet z pomocą tłumacza znającego język Maurów trudno było dogadać się z ludźmi z Mozambiku. Ostatecznie władca przydzielił dziwnym przybyszom dwóch ludzi jako przewodników na dalszą drogę, żądając w zamian sowitej zapłaty. Nie targowali się, wiedza o czekających ich morzach warta była bowiem każdej sumy.

Następne miasto zwane było Mombasą. Było duże, położone na wzgórzu i posiadało fortyfikacje oraz tłoczny port, pełen mahometańskich statków. Ludzie wysłani do króla zostali przyjęci dobrze, lecz później zaczęły się kłopoty. Portugalskie statki nie wpłynęły do portu, stały na kotwicach na morzu. Było to dobre posunięcie, w porcie bowiem szykowano zasadzkę. W nocy jednak podpłynęły do europejskich żaglowców szalupy, aby cichcem dokonać abordażu, co się na szczęście nie udało. W zamieszaniu uciekli piloci z Mozambiku. Trzeba więc było pojmać kogokolwiek, aby poprowadził ekspedycję do Indii. W tym celu zdobyto łódź z siedemnastoma Maurami. W nieodległym Melinde, na prośbę tamtejszego władcy, dowódca portugalskiej armady oddał jeńców. W zamian otrzymał prawdziwego pilota, specjalistę od nawigacji pomiędzy Afryką a Indiami. Można było rzucić się przez morze do Indii.


Panorama Goa

Po 23 dniach żeglugi od opuszczenia Melinde, 20 maja roku Pańskiego 1498, flota dobiła do zachodnich wybrzeży Indii. Wydarzenia, które potem nastąpiły, streścić można jako ciąg nieporozumień i konfliktów. Miejscem pierwszego spotkania ekspedycji z ludźmi o ciemnych skórach, brodach i wąsach, długich włosach oraz uszach poprzekłuwanych ozdobionymi kolczykami był Kalikat, księstwo radży Zamorina. Po miesiącach spędzonych wśród ludzi posługujących się niezrozumiałym językiem, po pełnych niedomówień audiencjach na dworze władcy oraz po niesnaskach przepełniających wzajemne relacje nie było ani w pełni zrealizowane poselstwo, ani załatwiona sprawa faktorii kupieckiej, którą planowano powołać w celu sprzedaży przywiezionych towarów. A i wiedza o źródłach wonnych korzeni i cennych kamieni nie powiększyła się nawet o jotę.

Kupcy z Mekki zaniżali ceny – co więcej, ponieważ poczuli, że ich dominacja w rejonie jest zagrożona, nastawiali induskiego władcę przeciw przybyszom. Brak było choćby jednego punktu, który mógłby stać się zalążkiem porozumienia. Przywiezione zza oceanu prezenty były tak skromne, że według dworzan mogły tylko obrazić radżę. Na koniec uwięziono Diego Diasa, posłańca wysłanego ze statku w celu ostatecznego rozmówienia się z władcą Kalikatu, europejskie produkty zostały zaś zarekwirowane. Ostatecznie Vasco da Gama odzyskał posłańca oraz towar i pozostawiwszy na miejscu kilka osób, zarządził odwrót. I gdyby nie pewne zdarzenie, do którego doszło już po opuszczeniu wybrzeży Kalikatu, żeglarze wysłani z misją dotarcia do Indii drogą morską nie mogliby szczycić się odniesieniem pełnego sukcesu.

Był wilgotny wrześniowy poranek. „São Rafael” stał na kotwicy przy Andżediwie, niewielkiej wyspie u wybrzeży Indyjskiego Goa. „Berrio” i „São Gabriel” zostały wciągnięte na brzeg. Załoga uwijała się, czyszcząc kadłuby okrętów. Zainteresowanie europejską flotą, marynarzami w pełnych strojach i masywnymi okrętami, było wśród tubylczej ludności tak wielkie, że codziennie na wyspę przypływały grupy ludzi, aby oglądać przybyszów.

– Miejcie ich na oku. Nie wiem, czy to nie ludzie radży, chcący wyrównać skrycie rachunki istniejące w jego wyobrażeniach – mówił Vasco da Gama do tej części załogi, która nie była zajęta porządkami. – Nie wiem, czy kiedykolwiek zrozumiemy, o co im chodzi.

– Nie martwiłbym się o pościg radży w obliczu konieczności przeprawienia się przez ocean. – Brat dowódcy miał złe przeczucia.

I kiedy kapitanowie statków toczyli rozmowę, do wyspy, na niewielkiej łodzi, podpłynął tajemniczy człowiek. Był w sile wieku, dostatnio odziany w jasną szatę, na głowie miał turban, a u pasa miecz. Sprawnie wyskoczył na brzeg. Nikt nie zwrócił na niego uwagi, załoga zobojętniała na krajowców odwiedzających ich na wyspie. Kilka minut, zanim zainteresowali się nim marynarze, człowiek przypatrywał się bystrym wzrokiem statkom, osprzętowi i uzbrojeniu. Choć miał do wykonania misję, myślami wybiegał dalej, poza powierzone zadanie, i jeszcze dalej, poza wody okolicznych mórz.

 

– Co się gapisz!? – Szturchnął go Martim Afonso, najlepszy chyba pośród załogi znawca języka Maurów.

– Chciałbym dostąpić zaszczytu stanięcia przed obliczem admirała. – Martim zaniemówił. Słowa wymawiane przez człowieka w turbanie prezentowały najpiękniejszą próbę języka weneckiego. Marynarz nic nie odpowiedział, rzucił się pędem powiadomić dowódcę. Sam nie wiedział co myśleć: „Czy to nasi już tu byli? Czy też to jakieś sztuczki lndusów?”.

– Panie admirale, człowiek najczystszą mowę wenecką znający dopłynął do lądu!

– Przesłyszałeś się Martimie – dowódca zgasił zapał marynarza. – Skąd tubylec może znać europejską mowę? – Martim, skonfundowany, wolał już się nie wychylać. Zaraz jednak dowódca miał się przekonać o prawdziwości słów marynarza.

Mężczyzna w wieku około 40 lat, bogato ubrany, o trudnym do określenia wyglądzie, ni to Indus, ni to Maur, szybkim krokiem podszedł do dowódców. W normalnych warunkach padłaby komenda dla straży przybocznej, tym razem Vasco da Gama nie zdążył pozbyć się intruza. Usłyszał bowiem jego słowa:

– Zaczekaj, panie, z oddaleniem mnie. Wysłuchaj mojej historii.

– Skąd znasz język Wenecjan?

– To właśnie chciałbym wytłumaczyć – tym razem mężczyzna w turbanie przemówił czystą łaciną.

– Masz moją uwagę. – Zainteresowany dowódca nie umiał wytłumaczyć obecności w Indiach tego wykształconego na europejską modłę człowieka.

– Jestem chrześcijaninem, jak wy, tylko że z Lewantu. – „To tłumaczyłoby jego znajomość weneckiej mowy”, pomyślał Vasco da Gama. – Jestem na służbie u potężnego Jusufa Adil Szacha, władcy Bidżapuru.

– Jesteś chrześcijaninem na mahometańskim dworze? – Dowódca portugalskiej floty z coraz większym zdziwieniem słuchał słów człowieka.

– Przez lata musiałem udawać, że jestem jednym z nich. Lecz w tych dniach na wieść o dziwnych przybyszach w Kalikacie uprosiłem władcę, aby mnie do was przysłał. Wydał zgodę.

– Miał w tym jakiś interes – skonstatował admirał, od miesięcy przywykły do problemów i nierozstrzygalnych pertraktacji.

– Nie, w swojej łaskawości Jusuf Adil Szach chce wam pomóc i ofiaruje wszystko, czym dysponuje jego kraj. Da wam okręty i bogactwa.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzyłby w takie obietnice, Vasco da Gama też nie. Jednak wymowność, osobisty czar i kultura prezentowane przez dziwnego człowieka były tak zaskakujące, że postanowił lepiej przyjrzeć się gościowi. Co więcej, nie był on otwarcie wrogo nastawiony do ekspedycji, do czego portugalski admirał także musiał przywyknąć, obcując z Maurami.

– Opowiedz nam o sobie. Skąd znasz łacinę?

– Zanim rozpocznę opowieść, uprzejmie proszę o przesłanie na ląd umówionego znaku dla mojego towarzysza, który tam na mnie czeka. Obiecałem mu, że jeśli zostanę pokojowo przyjęty, prześlę mu ser.

– Wysłać na ląd szalupę z serem i chlebem – wydał rozkaz dowódca.

– W młodości, zanim zostałem porwany przez korsarzy, kształciłem się w Egipcie i Jerozolimie.

– Korsarzy powiadasz…? – Da Gama nabierał wątpliwości. – A jak cię zwą?

– Mahmed, panie.

– To niechrześcijańskie imię.

– Mieszkam między Maurami…

– Kontynuuj swoją historię. – Admirał zostawił przybysza w rękach zaufanych członków załogi. Sam oddalił się, dając znak bratu.

– Paulo, ten człowiek wydaje mi się cenny i podejrzany zarazem. Mam wrażenie, że żadne z jego słów nie jest prawdą.

– Zrobię zwiad, kto zacz. Zajmij go rozmową.

Po kilku godzinach biesiady, na którą składały się ryby oraz dynie i ogórki, kupowane przez załogę od tubylców, a która wypełniona była strofami opowieści o zawikłanych kolejach życia mężczyzny, nad admirałem pochylił się jego brat. Szepnął mu do ucha kilka zdań, po czym oddalił się.

– Koniec tych kłamstw. – Vasco da Gama wstał nagle. – Pojmać go! Pilnować. Rano odbędzie się przesłuchanie. To szpieg.

– Ależ panie! To nieporozumienie, nie jestem szpiegiem. Za wiele ryzykowałbym, wchodząc w paszczę lwa. Pomyśl sam!

– Dość tego. Wyprowadzić go.

Poranek rozpoczął się na pokładzie „São Rafael” chłostą.

– Mów, kto cię tu przysłał – indagował dowódca, wprawiony w utrzymywaniu dyscypliny.

– Prawdę powiedziałem, Jusuf Adil Szach. U niego służę. – Ciosy z początku, zanim pękła skóra, były do zniesienia. Potem ból raz za razem rozrywał całe ciało.

– Dlaczego szpiegowałeś? Co zamierzacie?!

– Nie szpiegowałem. – Pomimo odczucia, że palące razy paraliżują bólem każdy skrawek ciała oraz całe wnętrze, człowiek realizował plan z jasnym umysłem. Gdy padał zemdlony, wiedział już, co zrobi w przyszłości.

– Dobrze, wyznam wszystko. – Po wylaniu na niego morskiej wody z cebrzyka piekły go całe plecy.

– Rozkuć go.

– Musicie szybko opuścić wody Indii – mówił szeptem, jakby bał się, że ktoś niepowołany może go usłyszeć.

– Co u licha, nie będziesz nam mówił, co mamy robić! – Vasco da Gama planował wydusić z tego człowieka wszystko, co wiedział, chciał go zastraszyć, pokazać swoją siłę i zdominować. Nie zdawał sobie sprawy, że trafił na trudnego przeciwnika.


– Indie całe są przeciwko wam. Uciekajcie, inaczej wpadniecie w pułapkę. Oni czekają tylko na posiłki, 40 okrętów, potem rozpoczną atak. W każdej zatoce czai się na was uzbrojony statek.

– Przybyłeś więc na przeszpiegi?

– Tego nie powiedziałem. Jestem waszym przyjacielem.

– Wychłostać go ponownie.

Nastał czas powrotu. Da Gama czuł, że zabranie tego człowieka ze sobą będzie jednym z lepszych posunięć ekspedycji. Choć wciąż miał poczucie, że ten rozgrywa jakąś grę i nie jest szczery, to podejrzewał, że może być bardzo użyteczny. Przede wszystkim znał przynajmniej cztery języki, w tym mowę Maurów i Indusów. Ze strzępów zdań, jakie podczas przesłuchania wydusił z siebie, wnioskować można było o jego niezwykłej inteligencji, lecz przede wszystkim o wiedzy – a to po nią ekspedycja tu przybyła. „Czy możliwe, aby taki człowiek był sługą…” – zastanawiał się dowódca armady.

Podróż na zachód, do brzegów Afryki, zmieniła się w niekończącą się katorgę. Brak sprzyjających wiatrów zatrzymał trzy statki na oceanie, tak długo, aż śmierć zaczęła zaglądać załodze w oczy. Kończyło się jedzenie. Zaczęły się zgony. Zmarło kilkudziesięciu członków załogi. Pojmany mężczyzna był przedmiotem pilnej obserwacji. Najpierw więziony był jak skazaniec, następnie, gdy okazało się, że wszyscy są pozbawionymi ucieczki więźniami oceanu, dowódca kazał go oswobodzić. Kilka dni później da Gama obserwował, jak ten przegląda mapy rozłożone na pokładzie.

– Mało ci szpiegowania?

– Tu jest błąd. – Mężczyzna w turbanie wskazał smukłym palcem fragment wybrzeża.

– Skąd to wiesz? – pozornie obojętnym głosem zapytał admirał. Ten nie odpowiedział. Dodał tylko, rysując palcem na mapie niewidzialną kreskę:

– Zmieńmy kurs o dwa stopnie w tym kierunku, a za dwadzieścia dni będziemy w Mogadiszu.

– Łżesz. Skąd możesz to wiedzieć? Znów próbujesz swoich sztuczek – zakończył dyskusję Vasco da Gama. Nie był jednak na tyle ograniczony w swojej nieufności, aby nie skorzystać z wiedzy pojmanego. Tym bardziej, że sytuacja zaczęła robić się beznadziejna.

– Mahmed, do mnie – padła komenda następnego dnia rano, kiedy okazało się, że przez noc przy braku wiatru i niepomyślnych prądach znów zostali znacząco ściągnięci z kursu.

Od tego czasu dowódca regularnie spotykał się z tajemniczym mężczyzną w swojej kajucie. Czasem w gorące noce stali na pokładzie, z kwadrantem w ręce obserwując gwiazdy. Innym razem studiowali mapy, przy czym egzotyczny więzień z ożywieniem coś opowiadał, wskazując rożne miejsca na płaszczyźnie przedstawiającej lądy i morza. Da Gama notował. Niedawny więzień szybko stał się towarzyszem admirała.

– Co naprawdę stało się na Andżediwie? – Vasco da Gama wierzył, że wzajemne zbliżenie przełamie skrytość człowieka i skłoni go do wyznania prawdy o swoim życiu.

– Miałem do wykonania zadanie haniebne. Nie chcę o tym mówić, pragnę pracą swoją odkupić tamte winy.

– Jakie zadanie, Mahmedzie? – Admirał zadawał sobie sprawę, że nawet to imię jest najprawdopodobniej zmyślone.

– Miałem u was wykonać zwiad, następnie sprowadzić armadę do Bidżapuru, gdzie mieliście być pojmani i wykorzystani w prowadzonych przez władcę walkach z innymi księstwami.

– Czyli nie było zasadzki floty induskiej?

– W tej sprawie nie kłamałem, był przygotowywany na wasze okręty atak.

– Kim jesteś, że masz taką wiedzę?

– Teraz przyjacielem.

– A jutro?

– Już zawsze.

Trzydzieści dni po oswobodzeniu mężczyzny i prawie trzy miesiące po opuszczeniu brzegów Indii okręty z wyczerpaną, przetrzebioną zgonami załogą dopływały do Afryki. Malujący się na horyzoncie ląd, kiedyś obcy i dziki, teraz wydawał się niemal domem rodzinnym. Zarzucono kotwicę. Szalupy przyniosły informacje:

– To Mogadiszu.

Vasco da Gama, słysząc nazwę miasta, spojrzał zdumiony na uprowadzonego z Indii mężczyznę. Wszystkie jego teorie zawarte w wykładach z nawigacji, wraz z tym jednym stwierdzeniem, zyskały nowy wymiar: były skuteczne. Z pewnością nie był zwykłym sługą, lecz wybitnym znawcą żeglugi, terenu i astronomii. Być może wcześniejsze oswobodzenie go zapobiegłoby błąkaniu się przez ćwierć roku po nieprzyjaznych morzach. „Kim jesteś człowieku w turbanie?”, pomyślał, lecz na głos powiedział:

– Znasz się na swojej robocie.

– Miałem niewielką flotę statków w Indiach. – Da Gama znieruchomiał. Nie chciał nachalnym wypytywaniem spłoszyć rozmówcy.

– Pływałem trochę po okolicy – dokończył mężczyzna każący nazywać się Mahmedem.

– Czym zajmowałeś się na dworze Jusufa Adil Szacha?

– Byłem szach-bandarem.

– Dostojnikiem do spraw handlu i podatków? – Portugalczyk we wszystkich odwiedzanych portach Afryki i Indii spotkał się z tym urzędem. Z niedowierzaniem spojrzał na człowieka.

– Nie wierzę ci – kłamał, gdyż właśnie zaczynał ufać w słowa niedawnego szpiega. Jednocześnie wiedział, że całej prawdy nie otrzyma. Jeszcze nie teraz…

– Nie musisz, panie, nie zależy mi na uznaniu. Obecnymi i przyszłymi czynami dowodzić będę swej wartości, a nie dawnymi urzędami.

– Zacznijmy od zaraz. Sporządź mi proszę listę przypraw korzennych z podaniem cen oraz miejscami występowania. Niczym bardziej nie przysłużysz się koronie portugalskiej.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?